wtorek, 24 listopada 2015

PO PROSTU BĄDŹ MAGDALENA WITKIEWICZ

Kilka książek Magdaleny Witkiewicz już przeczytałam, wszystkie podobały mi się bardzo. Tematy które w swoich książkach poruszała zdecydowanie przemawiały do mnie, czasem nawet mnie bezpośrednio dotykały, czasem mnie po prostu ciekawiły. I zazwyczaj tematy te autorka ukazywała w taki sposób, że czułam, że ja sama tak bym je chciała ukazać. Dlatego ogromnie ucieszyła mnie przesyłka od autorki z jej najnowszą książką (na tamten czas), czyli "Po prostu bądź". 

Oczywiście przeczytałam, oczywiście szybko, bo książki autorki czyta się nader szybko i przyjemnie, ale jednak tym razem nie było między mną, a książką chemii. Żadnej chemii. 
Nie było chemii między mną, a książki głównymi bohaterami, ba nawet Ci poboczni mi do gustu nie przypadli. Lecz przede wszystkim nie było chemii między mną, a historią opisywaną przez autorkę. Historią młodej dziewczyny, która się zakochuje, wzajemnie i choć nie bez przeszkód to mimo wszystko szczęśliwie. Zakochuje się i jak to w zakochaniu bywa jej życie jest tu i teraz, w danym momencie, owszem z planami na przyszłość, ale opartymi na tym szczęściu, którym żyje. Jednak los bywa okrutny i to szczęście może się w każdej chwili skończyć. I z tym przychodzi się naszej bohaterce zmierzyć. I o tym jest jej historia. Jednak nie jest w tym sama. Bo obok niej jest ktoś, kto niezmiennie czuwa, troszczy się i darzy ją uczuciem, które momentami jest wręcz irracjonalne. I fakt może to wszystko o czym pisze autorka ma sens, i może się nawet w życiu zdarza, ale jak dla mnie nie tak, nie tak szybko, nie tak łatwo. 

Ciągle miałam wrażenie, że to wszystko takie irracjonalne, że takie na siłę, gładkie, odrealnione. Miałam wrażenie jakby ta historia opowiedziana przez autorkę potencjał ogromny miała, ale w książce potoczyła się zdecydowanie za szybko i za "płasko". Jakoś brakowało mi takich prawdziwych emocji, takiego realnego spojrzenia na sprawę. Dzięki temu miałam wrażenie, że zamiast solidnej książki, takiej jak wcześniejsze książki autorki, dostałam opowiastkę, która ma owszem wzruszyć (i na bank wzrusza momentami), ma pograć na emocjach czytelniczek, ma urzec je tematem w niej poruszanym, ale...ale to nadal tylko opowiastka, coś o czym się zapomina zaraz po przeczytaniu. 

A ja bym jednak chciała, żeby autorka i w tej książce mnie urzekła autentycznością tego co opisuje, takim osadzeniem w temacie, taką wiarygodnością emocji i emocji wywoływaniem dłuższym niż moment czytania książki. Chciałam, żeby opowiedziana przez autorkę historia została we mnie tak jak te wcześniejsze z ktorymi się zetknęłam i są we mnie do dziś i do dziś dzielę się nimi z innymi, polecając książki pani Magdaleny. Jednak tym razem stało się inaczej. Nie było chemii, nie było emocji, które zdawałyby się być wywołane autentycznością historii, chęci wczucia się w sytuacje bohaterki. Po prostu przeczytałam i długo owszem myślałam...ale nad tym jak opisać tę książkę, byście dokładnie zrozumieli o co mi w tym opisie chodzi. I mam nadzieję, że zrozumieliście, że po prostu nie chciałam kolejnej opowiastki, jakich na półkach księgarni wiele, chciałam od autorki kolejnej książki, która mnie porwie, a nie tak po prostu będzie....

Tak więc książkę oceniam tylko na ***3***, bo owszem da się przeczytać, owszem jestem przekonana, że wielu osobom się ona nawet zdecydowanie spodoba (mojej siostrze na przykład książka się bardzo podobała), ale ja jednak ostatnio szukam czegoś innego nawet w literaturze kobiecej. I tu tego nie znalazłam. 

M.Witkiewicz, "Po prostu bądź", Wyd. Filia, Poznań 2015

piątek, 13 listopada 2015

SZEŚĆ DNI W LENINGRADZIE PAULLINA SIMONS

Myśle, że Ci którzy czytają mnie już od dawna doskonale wiedzą, że jedną z pisarek do których mam słabość jest Paullina Simons. I za "Jeźdźca miedzianego" i za "Dziewczyna na Times Square" i za kilka innych książek, które przeczytałam ( i pewnie za te, które jeszcze przeczytam też). Nie mogłam więc obojętnie przejść obok hasła na najnowszej autorki książce, mówiącego iż "Sześć dni w Leningradzie" to najbardziej osobista książka autorki. Osobista ponieważ opisuje wyjazd autorki do kraju w którym się urodziła, do miasta, w którym przeżyła pierwsze lata swojego dzieciństwa. Wyjazd, który dał początek właśnie uwielbianemu przeze mnie "Jeźdźcowi miedzianemu". 

Paullina Simons jako kilkuletnia dziewczynka emigrowała razem ze swoimi rodzicami z Rosji, a dokładnie z Leningradu do Stanów Zjednoczonych. Tam mieszka do dziś. Tam też powstały jej wszystkie książki, jednak "Jeździec miedziany" i jego kontynuacje swój początek mają właśnie w podróży opisanej przez autorkę w jej najnowszej książce. Podróży-powrocie, podróży-wspomnieniu dawnych lat, podróży - odkrywaniu tego co było i zderzaniu się tego z zaistniała rzeczywistością. 

Paullina Simons chciała wyjechać do Rosji by móc napisać książkę, by móc zrozumieć losy jakich doświadczyła jej rodzina, jej przodkowie. By móc wiarygodnie opisać kraj swojego dzieciństwa, by go zrozumieć i zrozumieć jego historię. Jednak chyba nie do końca spodziewała się tego co zastała. Ta podróż w ogromnym stopniu, mam wrażenie, zmieniła jej patrzenie na świat, na to co było, na to co jest i chyba na to co będzie. Niejednokrotnie autorka wydaje się być przytłoczona tym co w Rosji zastaje, niejednokrotnie miałam wrażenie, że czuje się zagubiona i wręcz zdziwiona Rosją, którą przyszło jej na nowo poznać. Lecz jest też w niej to coś co, mimo iż nie do końca rozumie kraj do którego przyszło jej po wielu latach choć na chwilę powrócić, porusza jej serce, coś po powoduje, że wspomnienia jej dzieciństwa nabierają nowych kształtów i barw, coś co łączy ją z jej pochodzeniem, coś czego nawet życie w zupełnie odmiennym kraju jakim jest Ameryka nie wymazało z niej. 

Dzięki tej książce poznajemy historię Rosji, poznajemy historię jej bohaterów, poznajemy też w jakimś stopniu jej kulturę. Jednak jak dla mnie przede wszystkim poznajemy przez te sześć dni w Leningradzie samą autorkę. I chyba to mnie w tej książce urzekło najbardziej. Zaczęłam zupełnie inaczej na autorkę patrzeć, stała się dla mnie człowiekiem z przeszłością i teraźniejszością, która z jej przeszłości się też wywodzi. Stała się mi bliższa, bardziej zrozumiała, ludzka... To już nigdy nie będzie dla mnie jakaś tam autorka z Ameryki, która popełniła książki poruszające moje serce. I choć jakoś nigdy do Rosji nie pałałam sympatią, nigdy mnie do tego kraju też nie ciągnęło, to dzięki Paullinie Simons spojrzałam jakoś na ten kraj przychylniej, z jakimś tam sentymentem, bo przecież Polska jakieś trzydzieści lat temu wcale nie była dużo inna...

Tak więc moi drodzy tym razem nie poznawałam bohaterów stworzonych przez Paullinę Simons, nie poznawałam historii przez nią wykreowanej. Poznałam po prostu samą autorkę i historię, która jest częścią niej samej. Historię z jej życia. I wszystkim fanom "Jeźdźca miedzianego" zdecydowanie polecam po "Sześć dni w Leningradzie" sięgnąć. I mimo iż momentami bywałam lekko znużona ( bo tak jak pisałam Wam wyżej nie przepadam za historią Rosji) to coś nie pozwalało mi tej lektury przerwać i wiem już czym było to "coś". To chęć obcowania z emocjami autorki, z jej wspomnieniami, z jej przemyśleniami, z nią samą. Bo to trochę tak jakbym się z nią w podróż ową udała. Podróż tę oceniam co prawda tylko na ****4****, ale z ogromnym plusem za możliwość poznania przeszłości autorki. 
Książkę przeczytałam w formie ebooka dzięki mojej nowej współpracy z portalem Virtualo.pl 
i zachęcam Was do zapoznania się z ich ofertą. Mają naprawdę korzystne ceny ebooków i sporo różnych atrakcyjnych promocji  i konkursów - zresztą wiem, że wiecie, że nie piszę Wam tego tylko ze względu na współpracę, prawda? 

P. Simons, "Sześć dni w Leningradzie", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, s.352

wtorek, 3 listopada 2015

ZŁĄCZENI CAROL CASSELLA

Zaczynam pisać ten post chyba już po raz dziesiąty. Sama nie wiem dlaczego, ponieważ niby wiem co chcę Wam powiedzieć o tej książce, ale gdy próbuję ubrać to w słowa jakoś średnio mi idzie. 
Niby chcę zacząć od tego, że nie raz mnie samą zadziwia to jak plączą się moje losy, jakich ludzi spotykam na swojej drodze i jaki oni na moje życie wpływ mają, lecz wydaje się to być takie trywialne, takie proste aż do bólu, takie sztampowe. 

Z drugiej strony o tym właśnie jest ta książka, 
o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. O tym jaki mają wpływ na nasze życie, jaki wpływ mogą mieć w przyszłości, jakie piętno na nas odciskają. Bo tak już jest, że pewnych ludzi spotykamy w naszym życiu na dłużej, innych na trochę krócej, a jeszcze inni w naszym życiu są tylko migawką. Niby nic nie znaczącą. A po czasie okazuje się, że nic nie było bez przyczyny, że nawet ta migawka odcisnęła się na kliszy naszego życia i gdzieś tam w nas trwa. 

Łączy nas z jakimiś wspomnieniami, z jakimiś odczuciami, które pielęgnujemy lub wręcz odwrotnie odsuwamy od siebie jak najdalej. Czasem o nich zapominamy, żyjemy dalej, nawet nie zastanawiamy się czy jeszcze kiedyś w naszym życiu zaistnieją. A co z tymi ludźmi, którzy w naszym życiu byli ważni, którzy z jakichś różnych powodów z naszego życia zniknęli, bo przecież różne scenariusze życie pisze? 

O tym jest właśnie historia Raney, o tym jest historia Charlotte, o tym jest historia Bo. To historia trzech osób, których przeszłość miesza się z teraźniejszością i wpływa na przyszłość. To kompletne uwiarygodnienie moje tezy, że czasem Ci, którzy odcisnęli ślad w nas w naszej przeszłości wcale nie odchodzą "z nas" zupełnie. W jakiś dziwny sposób jesteśmy z nimi złączeni. Z jednymi bardziej, z innymi mniej, lecz nadal jakieś to połączenie istnieje. I w każdej chwili może zacząć mieć wpływ na naszą teraźniejszość lub przyszłość. Chociaż nie tylko na naszą, wszystko co wpływa na nas samych, uderza też w ludzi, którzy na danym etapie życia właśnie nam towarzyszą. 

"Złączeni" to książka, która porusza wiele naprawdę trudnych tematów, i tych natury medycznej (bo i takie aspekty w książce tej są ważne, ba początkowo myślałam, że to jej główny temat), i tych społecznych,  i tych najzwyklejszych, życiowych, codziennych. To książka dzięki której zadajemy sobie pytania. Pytania na które odpowiedzi wcale nie są łatwe i oczywiste, na które chyba wolałabym w życiu nie odpowiadać.

Jednak według mnie książka Carol Cassella to przede wszystkim piękna historia o życiu, jego blaskach i cieniach, o walce z życia przeciwnościami i cieszeniu się z tego co nam czasem samo oferuje. To książka o losach ludzi takich jak my, o tym jak te losy są warunkowane przez to kogo na swojej drodze spotykamy lub kogo nam na tej drodze brakuje. I choć wiele Wam o samej fabule nie chcę mówić, bo jak zawsze wolę podzielić się z Wami wrażeniami, a nie opisem tego co w książce znajdziecie, to mogę Wam zdradzić jedno: to wcale nie jest książka w której najważniejsze są około medyczne tematy, problemy natury moralno-medycznej itp. Ja tak początkowo myślałam. Myślałam, że to kolejna książka która będzie poruszała tematy życia po życiu, życia w śpiączce, wartości życia itp. Owszem, i to w niej się znajduje, ale według mnie "Złączeni" to książka o miłości (i to zupełnie różnych jej aspektach), o losach ludzi, którzy są ze sobą złączeni... Czym? 
Tymi wszystkimi migawkami na kliszy, które widzimy raz mocniej, raz słabiej. 

"Złączeni" lądują na półce z etykietką "na *****5*****", a w mojej głowie dalej toczą się myśli o tym jak wielu migawek początkowo nie dostrzegłam i ile z nich jeszcze kiedyś do mnie wróci. 

C.Cassella, "Złączeni", Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2015, s. 416

poniedziałek, 2 listopada 2015

CHCECIE KSIĄŻKĘ - WYNIKI!


Trochę po czasie, ale w końcu są. Bez zbędnego "gadania" książka Marcina Prokopa powędruje do


MALINECZKA74

Gratuluję i mam nadzieję, że będziesz zadowolona z lektury. 

Zaś co do samego konkursu i jego przebiegu nie ukrywam, że jestem trochę zawiedziona tym, że raczej średnio Was zainteresował, bardzo mocno dziękuję więc tym czterem osobom, które wzięły w nim udział, uwierzcie mi każdą z Was chciałabym tak naprawdę nagrodzić. 
Pozdrawiam wszystkich ciepło i zapraszam na kolejne konkursy, które tuż za rogiem....