piątek, 23 października 2015

Chcecie Longina? KONKURS!


Zainteresowałam Was może ostatnią opisywaną książką? Chcecie razem z Longinem wybrać się na wakacje w czasach niby z innej epoki? Jeśli nie to może ten filmik Was jeszcze zachęci?

Zachęceni? Jeśli tak to zapraszam do konkursu, w którym możecie wygrać właśnie książkę "Longin.Tu byłem". Książkę funduje Wam Wydawnictwo Znak.
Co zrobić by ją wygrać? 
Podzielcie się ze mną ( w komentarzach pod tym postem) Waszym wspomnieniem z wakacyjnych wyjazdów Waszego dzieciństwa.  Ten komentarz, który przypadnie mi najbardziej do gustu (no niestety ponoć o gustach się nie dyskutuje, ale cóż jakoś będę musiała wybrać!) wygrywa książkę!
Na Wasze komentarze czekam do środy (do północy) - 28.10.2015, a wyniki postaram się ogłosić w dniu następnym.
Oczywiście zachęcam do rozpowszechniania wiedzy o konkursie i z góry za to dziękuję!
Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko z ponurego, wietrznego i deszczowego Krakowa, w którym zaiste panuje książkowa atmosfera.
PS. Kto zjechał na Targi Książki? Z kim się mi uda zobaczyć na Blogerskim Spotkaniu w Smakołykach? (bo prawdopodobnie dotrę tam choć na chwilę, mam nadzieję!)

poniedziałek, 19 października 2015

LONGIN. TU BYŁEM Marcin Prokop

Kochani moi znowu spotkałam się z Longinem. Tym razem wyjechaliśmy razem na wakacje. Och, cóż to były za wakacje. 
Co prawda odbyły się w październiku i na kartach książki (a jeśli mam być zupełnie szczera to o dziwo na ekranie telefonu), niemniej Marcin Prokop ze swoim bohaterem zapewnili mi rewelacyjną przygodę. Po raz kolejny zresztą, bo pierwsze moje spotkanie z Longinem też bardzo przypadło mi do gustu (o tym możecie przeczytać TU). 

Że pierwsze moje spotkanie z tym co wyszło spod pióra (tak jeszcze żyję w tym przekonaniu, że może ktoś pisze piórem książki) sławnego Marcina Prokopa już wiecie, a jak nie to klikać mi tu w link wyżej szybciutko. Że drugie spotkanie też jest równie udane udowodnię Wam dziś. 
Jak wspomniałam na początku tym razem autor wysyła nas na wakacje. Wakacje Longina, czyli tytułowego bohatera książek pana Marcina. Najpierw wybieramy się do Francji. Fiu, fiu, a co tam Francja, pomyślicie, przecież to na wyciągnięcie ręki, bilety samolotowe do Paryża można kupić już nawet za 50 zł. No można. Choć mnie się to nigdy nie udało i Paryż wydaje mi się nadal niesamowicie odległy. Tak jak i Longinowi. Tylko, że Longin żył w Polsce, w której wyjazd za granicę był równie abstrakcyjny co teraz dla nas wyjazd do Chin - choć i pewnie do Chin dziś łatwiej wyjechać. Ale Lonignowi i jego rodzinie się udało. 

I o tym wyjeździe sobie w najnowszej książce Marcina Prokopa poczytać możemy. I o wyjeździe na Mazury, oczywiście z babcią, bo takie wakacje są jedyne w swoim rodzaju. W zupełnie innych warunkach niż współczesne hotelowe wyjazdy. I jeszcze o wyjeździe na kolonie. Tak, na kolonie, obowiązkowo, nad morze. Choć mnie się nie zdarzyło nawet na kolonii być (biedne dziecko, pomyślicie, no cóż na szczęście w końcu nad morze dotarłam, już jako osoba dorosła, ale dotarłam, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że na Mazurach byłam!), to zawsze temat ów mi był zawsze bliski. Oczywiście kolonie opisywane przez autora różnią się zdecydowanie od tych, na które wyjeżdżają współczesne dzieci. Ale w sumie cóż się teraz nie różni od naszego dzieciństwa, spędzonego w czasach do których już miejmy nadzieję nigdy nie wrócimy - co prawda uważam, że mojego dzieciństwa mogą mi zazdrościć wszystkie współczesne dzieciaki, bez względu na ustrój polityczny, który wtedy panował.

Oczywiście obraz wakacji Longina jest pełen humoru, radości i beztroski. Taki jak powinny być wakacje. Lecz jest też tu dużo ironii, realnego ukazania czasów w których przyszło dorastać autorowi, co za tym idzie jest tak jak być powinno i tak jak właśnie w tamtych czasach było. Dlatego kochani moi książeczkę tę możecie spokojnie kupić swojemu dziecku i bez zbędnych wyrzutów sumienia też kupić możecie ją sobie. Powspominacie, łezka się w oku zakręci, a dzieci…? Dzieci może docenią czasy w jakich żyją, poznając czasy w jakich żyli ich rodzice. A nawet jeśli nie to na bank nie raz się zaśmieją, nie raz zdziwią i nie raz zadadzą Wam pytanie, które zmusi Was do rozmowy. A czy rozmowy z dzieckiem nie powinniśmy prowokować najczęściej? Jeśli sprzyja temu książka to czym prędzej pędźcie po nią do księgarni. 
Ewentualnie na przystanek autobusowy. No przynajmniej w Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach, Warszawie i Wrocławiu, bo tam znajdziecie kody do darmowych ebooków w ramach akcji CZYTAJPL. Ja właśnie dzięki tej akcji przeczytałam "Longin. Tu byłem" i o dziwo czytanie na komórce nie szło mi tak strasznie jak sobie to wcześniej wyobrażałam. 
Akcja trwa do końca października, więc musicie się pospieszyć, bo możecie zupełnie za darmo przeczytać kilka naprawdę dobrych książek na komórce lub na tablecie., podczas stania w korku lub jazdy tramwajem.
A na koniec ocena…czyli oczywiście ******6******, bo naprawdę bawiłam się wyśmienicie podczas czytania i będę zachęcać innych do tego! 
M. Prokop, "Longin. Tu byłem", Wyd. ZNAK, Kraków 2015, s. 120


piątek, 16 października 2015

SZAŁU NIE MA, JEST RAK Katarzyna Jabłońska, Ks. Jan Kaczkowski


czytam, płaczę, zachwycam się niemal każdym zdaniem…
Tak napisałam na instagramie jakieś dwa miesiące temu. Tak czułam wtedy i tak czuję dziś. Dalej się zachwycam i tym zachwytem podzielić chcę się z Wami. 
Co mnie tak zachwyciło? Wywiad, który przeprowadziła pani Katarzyna Jabłońska z księdzem Janem Kaczkowskim. A księdza Kaczkowskiego mam nadzieję, że przynajmniej kojarzycie. Bez względu na to jaką wiarę wyznajcie możecie go kojarzyć z tego co robi dla innych ludzi. A robi dużo. Wracając jednak do książki...
"Szału nie ma, jest rak" to taka niepozorna książeczka, cieniutka, ze zdjęciami, wcale zewnętrznie niezapowiadająca tego co w jej wnętrzu się kryje. A kryje się ogrom. Ogrom emocji, ogrom mądrych zdań, ogrom przemyśleń i wniosków. Ta książka to taki ładunek wybuchowy, który już w trakcie jej czytania w nas powoduje różne reakcje. Mnie zdarzyło się i rozpłakać, i roześmiać i zdziwić porządnie. I trochę przestraszyć mi się też zdarzyło. Dlaczego? Bo w wywiadzie owym ksiądz Kaczkowski i pani Jabłońska poruszają bardzo trudny temat, temat umierania. A temat ten księdzu Kaczkowskiemu nie jest obcy. Sam żyje jakby z wyrokiem śmierci - ze zdiagnozowanym nowotworem mózgu, do tego ze śmiercią obcuje na co dzień, bowiem pracuje w hospicjum. 

Nie ma co ukrywać, śmierci boję się bardzo, nawet nie swojej, ale swoich bliskich. I chyba większość ludzi tak ma. Ksiądz Kaczkowski w tej książeczce sporo na ten temat tłumaczy, jakby przygotowuje człowieka, otwiera mu oczy na to co ważne, pomaga radzić sobie z emocjami, których nie rozumiemy i chyba czasem nie jesteśmy w stanie nigdy zrozumieć. Mnie ta książeczka otrząsnęła, pomogła mi spojrzeć na moje życie pod odpowiednim kątem, trochę spokornieć, trochę zrozumieć, a trochę też dopuścić do siebie myśl, że nie na wszystko mogę i muszę mieć wpływ. 

"Szału nie ma, jest rak" owszem jest książką, w której wiara w Boga odgrywa główne skrzypce, ale myślę, że jest w niej też sporo wartości uniwersalnych, dla wszystkich, nawet dla niewierzących. Rozmowa, którą ksiądz prowadzi z panią Kasią jest swobodna, pełna luzu i niewymuszonej sympatii. I nawet jeśli nie zgadzamy się z tezami, które ksiądz Jan stawia to i tak mamy ochotę w dalszym ciągu poznawać tor jego rozumowania. Dajemy się wciągnąć w ten dialog, dajemy się porwać temu myśleniu, sami oswajamy się z tematem i próbujemy go zrozumieć. 
Bo "Szału nie ma, jest rak" uwierzcie mi spowoduje, że o niej, o tematach w niej poruszonych, na tych zaledwie 140 stronach, będziecie myśleć jeszcze bardzo długo. I będziecie chcieli do tej książeczki wracać co jakiś czas, ja jestem tego pewna, że gdy znowu po nią sięgnę (a sięgnę na pewno), znowu odkryję w niej coś co do mnie trafi, coś co mnie oczyści i pomoże mi przetrwać trudne chwile. 
Polecam każdemu. Oczywiście stawiam ******6******, bo to książka, która w pełni na to zasługuje i mam nadzieję, że i Wy wkrótce to odkryjecie - o ile już tego nie zrobiliście. Jeśli tak, dajcie znać jakie są Wasze wrażenia. 

K.Jabłońska, ks. J.Kaczkowski, "Szału nie ma, jest rak", Wyd. Biblioteka Więzi, Warszawa 2013, s. 140

środa, 14 października 2015

jak wrócić do blogowania?

No właśnie….jak wrócić do blogowania? Do pisania o książkach, które się przecież nieustannie czytało - w mniejszym lub większym natężeniu. Jak wrócić po przerwie, która najwyraźniej była mi potrzebna, ale czy moim czytelnikom również? Czy ich jeszcze mam?
Żywię nadzieję, że tak bo pewnie gdybym takiej nadziei nie miała to bym jednak nie stworzyła tego posta. Choć w sumie pisanie o książkach tak bardzo lubię, że jeśli jednak nikt tu nie będzie zaglądał to i tak będę znowu pisać.
Lecz wracając do postawionego w tytule pytania "Jak wrócić do blogowania?" postanowiłam dać sobie i pewnie niektórym z Was kilka wskazówek.

Po pierwsze -> weź się w końcu zmuś. No tak, ociągałaś/ociągałeś się z pisaniem kilka dobrych tygodni (jeśli nawet nie miesięcy- a to już lekka przesada, nie sądzisz?), zawsze było coś ważniejszego na Twojej drodze do komputera, szukałeś tysiąca wymówek dlaczego akurat dziś nie możesz się skupić na pisaniu, wena niby była, a nagle znikała i nic Ci się nie kleiło…Znasz to? No to się jednak zmuś do pisania, bo jak już to zrobisz to będzie już tylko lepiej.

Po drugie -> zrób listę tematów/książek, które czekają do opisania. Bo przecież czytałeś/czytałaś ciągle, stos książek to się zmniejszał, to się powiększał, więc będziesz mieć o czym pisać. A nawet jeśli nie to podziel się z innymi tym co czytać planujesz. A co, tak przecież też można, to nie jest karalne! Może to zmotywuje Cię do pisania w przyszłości.

Po trzecie -> zrób sobie rundkę po blogach, poczytaj o tym jak inni fascynują się przeczytanymi książkami, jak zmieniają się ich biblioteczki, co mają w planach do czytania itp. Uwierz mi nabierzesz ogromnej ochoty by się jednak podzielić z innymi swoją częścią książkowego świata.

Po czwarte -> Niekoniecznie zaczynaj od wielkiego postu o przeczytanej książce, spróbuj tak na przykład jak ja napisać o czymś trochę innym niż zazwyczaj piszesz na blogu. Mnie trema przed pisaniem o jednej z chyba dwudziestu już przeczytanych w czasie blogowej przerwy książek zjadła, więc postanowiłam samą siebie takim owym poradnikiem ogarnąć i doprowadzić do użyteczności blogowej.

Po piąte -> zrób sobie kubek dobrej herbaty lub kawy, włącz edytor tekstu (lub cokolwiek co służy Ci do pisania) i pisz, pisz, pisz…a potem niewiele się zastanawiając po prostu to opublikuj - zawsze przecież możesz to skasować. A może akurat okaże się, że Ci się to jednak podoba?

Tak więc kochani zastosowałam się do swoich własnych zaleceń i popełniłam ów post. Wracam więc powoli…, nie tłumacząc się dlaczego mnie nie było, po prostu mnie nie było, a teraz jestem (ba, pewnie jeszcze nie raz zniknę i powrócę).
I mam nadzieję, że się ktoś z tego ucieszy!