piątek, 13 listopada 2015

SZEŚĆ DNI W LENINGRADZIE PAULLINA SIMONS

Myśle, że Ci którzy czytają mnie już od dawna doskonale wiedzą, że jedną z pisarek do których mam słabość jest Paullina Simons. I za "Jeźdźca miedzianego" i za "Dziewczyna na Times Square" i za kilka innych książek, które przeczytałam ( i pewnie za te, które jeszcze przeczytam też). Nie mogłam więc obojętnie przejść obok hasła na najnowszej autorki książce, mówiącego iż "Sześć dni w Leningradzie" to najbardziej osobista książka autorki. Osobista ponieważ opisuje wyjazd autorki do kraju w którym się urodziła, do miasta, w którym przeżyła pierwsze lata swojego dzieciństwa. Wyjazd, który dał początek właśnie uwielbianemu przeze mnie "Jeźdźcowi miedzianemu". 

Paullina Simons jako kilkuletnia dziewczynka emigrowała razem ze swoimi rodzicami z Rosji, a dokładnie z Leningradu do Stanów Zjednoczonych. Tam mieszka do dziś. Tam też powstały jej wszystkie książki, jednak "Jeździec miedziany" i jego kontynuacje swój początek mają właśnie w podróży opisanej przez autorkę w jej najnowszej książce. Podróży-powrocie, podróży-wspomnieniu dawnych lat, podróży - odkrywaniu tego co było i zderzaniu się tego z zaistniała rzeczywistością. 

Paullina Simons chciała wyjechać do Rosji by móc napisać książkę, by móc zrozumieć losy jakich doświadczyła jej rodzina, jej przodkowie. By móc wiarygodnie opisać kraj swojego dzieciństwa, by go zrozumieć i zrozumieć jego historię. Jednak chyba nie do końca spodziewała się tego co zastała. Ta podróż w ogromnym stopniu, mam wrażenie, zmieniła jej patrzenie na świat, na to co było, na to co jest i chyba na to co będzie. Niejednokrotnie autorka wydaje się być przytłoczona tym co w Rosji zastaje, niejednokrotnie miałam wrażenie, że czuje się zagubiona i wręcz zdziwiona Rosją, którą przyszło jej na nowo poznać. Lecz jest też w niej to coś co, mimo iż nie do końca rozumie kraj do którego przyszło jej po wielu latach choć na chwilę powrócić, porusza jej serce, coś po powoduje, że wspomnienia jej dzieciństwa nabierają nowych kształtów i barw, coś co łączy ją z jej pochodzeniem, coś czego nawet życie w zupełnie odmiennym kraju jakim jest Ameryka nie wymazało z niej. 

Dzięki tej książce poznajemy historię Rosji, poznajemy historię jej bohaterów, poznajemy też w jakimś stopniu jej kulturę. Jednak jak dla mnie przede wszystkim poznajemy przez te sześć dni w Leningradzie samą autorkę. I chyba to mnie w tej książce urzekło najbardziej. Zaczęłam zupełnie inaczej na autorkę patrzeć, stała się dla mnie człowiekiem z przeszłością i teraźniejszością, która z jej przeszłości się też wywodzi. Stała się mi bliższa, bardziej zrozumiała, ludzka... To już nigdy nie będzie dla mnie jakaś tam autorka z Ameryki, która popełniła książki poruszające moje serce. I choć jakoś nigdy do Rosji nie pałałam sympatią, nigdy mnie do tego kraju też nie ciągnęło, to dzięki Paullinie Simons spojrzałam jakoś na ten kraj przychylniej, z jakimś tam sentymentem, bo przecież Polska jakieś trzydzieści lat temu wcale nie była dużo inna...

Tak więc moi drodzy tym razem nie poznawałam bohaterów stworzonych przez Paullinę Simons, nie poznawałam historii przez nią wykreowanej. Poznałam po prostu samą autorkę i historię, która jest częścią niej samej. Historię z jej życia. I wszystkim fanom "Jeźdźca miedzianego" zdecydowanie polecam po "Sześć dni w Leningradzie" sięgnąć. I mimo iż momentami bywałam lekko znużona ( bo tak jak pisałam Wam wyżej nie przepadam za historią Rosji) to coś nie pozwalało mi tej lektury przerwać i wiem już czym było to "coś". To chęć obcowania z emocjami autorki, z jej wspomnieniami, z jej przemyśleniami, z nią samą. Bo to trochę tak jakbym się z nią w podróż ową udała. Podróż tę oceniam co prawda tylko na ****4****, ale z ogromnym plusem za możliwość poznania przeszłości autorki. 
Książkę przeczytałam w formie ebooka dzięki mojej nowej współpracy z portalem Virtualo.pl 
i zachęcam Was do zapoznania się z ich ofertą. Mają naprawdę korzystne ceny ebooków i sporo różnych atrakcyjnych promocji  i konkursów - zresztą wiem, że wiecie, że nie piszę Wam tego tylko ze względu na współpracę, prawda? 

P. Simons, "Sześć dni w Leningradzie", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, s.352

8 komentarzy:

  1. Chciałabym się do autorki przekonać, bo tyle pozytywnych opinii krąży o jej książkach, ale po zetknięciu z 'Jeźdźcem miedzianym' - jakoś nie mogę... Wiem, ze są różne gusta, ale aż mnie zaskakuje fakt, ze nie podobała mi się ta książka! Przecież miała wszystko, co powinna mieć książka, którą bym uwielbiała, i do której bym wracała...

    OdpowiedzUsuń
  2. O Simons wiele słyszałam, ja sama nie czytałam jeszcze jej książek, ale pewnie to zrobię, skoro takie pochwały ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Książki tej autorki są jeszcze w sferze moich marzeń :)
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
  4. Styczność z książkami Simons miałam kilka ładnych miesięcy temu. Czytało mi się bardzo dobrze, jak nadrobię zaległości w czytaniu to na pewno wrócę do jej twórczości.

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam jeszcze nic tej autorki ale planuję to nadrobić:)

    OdpowiedzUsuń
  6. W takim razie muszę nadrobić zaległości, bo autorki zupełnie nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Tyle dobrego słyszę o twórczości tej autorki, tyle pozytywnych komentarzy czytałam, a sama jeszcze nie czytałam nic tej autorki. Muszę koniecznie nadrobić, ale raczej nie zacznę od tej książki.

    OdpowiedzUsuń