wtorek, 24 listopada 2015

PO PROSTU BĄDŹ MAGDALENA WITKIEWICZ

Kilka książek Magdaleny Witkiewicz już przeczytałam, wszystkie podobały mi się bardzo. Tematy które w swoich książkach poruszała zdecydowanie przemawiały do mnie, czasem nawet mnie bezpośrednio dotykały, czasem mnie po prostu ciekawiły. I zazwyczaj tematy te autorka ukazywała w taki sposób, że czułam, że ja sama tak bym je chciała ukazać. Dlatego ogromnie ucieszyła mnie przesyłka od autorki z jej najnowszą książką (na tamten czas), czyli "Po prostu bądź". 

Oczywiście przeczytałam, oczywiście szybko, bo książki autorki czyta się nader szybko i przyjemnie, ale jednak tym razem nie było między mną, a książką chemii. Żadnej chemii. 
Nie było chemii między mną, a książki głównymi bohaterami, ba nawet Ci poboczni mi do gustu nie przypadli. Lecz przede wszystkim nie było chemii między mną, a historią opisywaną przez autorkę. Historią młodej dziewczyny, która się zakochuje, wzajemnie i choć nie bez przeszkód to mimo wszystko szczęśliwie. Zakochuje się i jak to w zakochaniu bywa jej życie jest tu i teraz, w danym momencie, owszem z planami na przyszłość, ale opartymi na tym szczęściu, którym żyje. Jednak los bywa okrutny i to szczęście może się w każdej chwili skończyć. I z tym przychodzi się naszej bohaterce zmierzyć. I o tym jest jej historia. Jednak nie jest w tym sama. Bo obok niej jest ktoś, kto niezmiennie czuwa, troszczy się i darzy ją uczuciem, które momentami jest wręcz irracjonalne. I fakt może to wszystko o czym pisze autorka ma sens, i może się nawet w życiu zdarza, ale jak dla mnie nie tak, nie tak szybko, nie tak łatwo. 

Ciągle miałam wrażenie, że to wszystko takie irracjonalne, że takie na siłę, gładkie, odrealnione. Miałam wrażenie jakby ta historia opowiedziana przez autorkę potencjał ogromny miała, ale w książce potoczyła się zdecydowanie za szybko i za "płasko". Jakoś brakowało mi takich prawdziwych emocji, takiego realnego spojrzenia na sprawę. Dzięki temu miałam wrażenie, że zamiast solidnej książki, takiej jak wcześniejsze książki autorki, dostałam opowiastkę, która ma owszem wzruszyć (i na bank wzrusza momentami), ma pograć na emocjach czytelniczek, ma urzec je tematem w niej poruszanym, ale...ale to nadal tylko opowiastka, coś o czym się zapomina zaraz po przeczytaniu. 

A ja bym jednak chciała, żeby autorka i w tej książce mnie urzekła autentycznością tego co opisuje, takim osadzeniem w temacie, taką wiarygodnością emocji i emocji wywoływaniem dłuższym niż moment czytania książki. Chciałam, żeby opowiedziana przez autorkę historia została we mnie tak jak te wcześniejsze z ktorymi się zetknęłam i są we mnie do dziś i do dziś dzielę się nimi z innymi, polecając książki pani Magdaleny. Jednak tym razem stało się inaczej. Nie było chemii, nie było emocji, które zdawałyby się być wywołane autentycznością historii, chęci wczucia się w sytuacje bohaterki. Po prostu przeczytałam i długo owszem myślałam...ale nad tym jak opisać tę książkę, byście dokładnie zrozumieli o co mi w tym opisie chodzi. I mam nadzieję, że zrozumieliście, że po prostu nie chciałam kolejnej opowiastki, jakich na półkach księgarni wiele, chciałam od autorki kolejnej książki, która mnie porwie, a nie tak po prostu będzie....

Tak więc książkę oceniam tylko na ***3***, bo owszem da się przeczytać, owszem jestem przekonana, że wielu osobom się ona nawet zdecydowanie spodoba (mojej siostrze na przykład książka się bardzo podobała), ale ja jednak ostatnio szukam czegoś innego nawet w literaturze kobiecej. I tu tego nie znalazłam. 

M.Witkiewicz, "Po prostu bądź", Wyd. Filia, Poznań 2015

piątek, 13 listopada 2015

SZEŚĆ DNI W LENINGRADZIE PAULLINA SIMONS

Myśle, że Ci którzy czytają mnie już od dawna doskonale wiedzą, że jedną z pisarek do których mam słabość jest Paullina Simons. I za "Jeźdźca miedzianego" i za "Dziewczyna na Times Square" i za kilka innych książek, które przeczytałam ( i pewnie za te, które jeszcze przeczytam też). Nie mogłam więc obojętnie przejść obok hasła na najnowszej autorki książce, mówiącego iż "Sześć dni w Leningradzie" to najbardziej osobista książka autorki. Osobista ponieważ opisuje wyjazd autorki do kraju w którym się urodziła, do miasta, w którym przeżyła pierwsze lata swojego dzieciństwa. Wyjazd, który dał początek właśnie uwielbianemu przeze mnie "Jeźdźcowi miedzianemu". 

Paullina Simons jako kilkuletnia dziewczynka emigrowała razem ze swoimi rodzicami z Rosji, a dokładnie z Leningradu do Stanów Zjednoczonych. Tam mieszka do dziś. Tam też powstały jej wszystkie książki, jednak "Jeździec miedziany" i jego kontynuacje swój początek mają właśnie w podróży opisanej przez autorkę w jej najnowszej książce. Podróży-powrocie, podróży-wspomnieniu dawnych lat, podróży - odkrywaniu tego co było i zderzaniu się tego z zaistniała rzeczywistością. 

Paullina Simons chciała wyjechać do Rosji by móc napisać książkę, by móc zrozumieć losy jakich doświadczyła jej rodzina, jej przodkowie. By móc wiarygodnie opisać kraj swojego dzieciństwa, by go zrozumieć i zrozumieć jego historię. Jednak chyba nie do końca spodziewała się tego co zastała. Ta podróż w ogromnym stopniu, mam wrażenie, zmieniła jej patrzenie na świat, na to co było, na to co jest i chyba na to co będzie. Niejednokrotnie autorka wydaje się być przytłoczona tym co w Rosji zastaje, niejednokrotnie miałam wrażenie, że czuje się zagubiona i wręcz zdziwiona Rosją, którą przyszło jej na nowo poznać. Lecz jest też w niej to coś co, mimo iż nie do końca rozumie kraj do którego przyszło jej po wielu latach choć na chwilę powrócić, porusza jej serce, coś po powoduje, że wspomnienia jej dzieciństwa nabierają nowych kształtów i barw, coś co łączy ją z jej pochodzeniem, coś czego nawet życie w zupełnie odmiennym kraju jakim jest Ameryka nie wymazało z niej. 

Dzięki tej książce poznajemy historię Rosji, poznajemy historię jej bohaterów, poznajemy też w jakimś stopniu jej kulturę. Jednak jak dla mnie przede wszystkim poznajemy przez te sześć dni w Leningradzie samą autorkę. I chyba to mnie w tej książce urzekło najbardziej. Zaczęłam zupełnie inaczej na autorkę patrzeć, stała się dla mnie człowiekiem z przeszłością i teraźniejszością, która z jej przeszłości się też wywodzi. Stała się mi bliższa, bardziej zrozumiała, ludzka... To już nigdy nie będzie dla mnie jakaś tam autorka z Ameryki, która popełniła książki poruszające moje serce. I choć jakoś nigdy do Rosji nie pałałam sympatią, nigdy mnie do tego kraju też nie ciągnęło, to dzięki Paullinie Simons spojrzałam jakoś na ten kraj przychylniej, z jakimś tam sentymentem, bo przecież Polska jakieś trzydzieści lat temu wcale nie była dużo inna...

Tak więc moi drodzy tym razem nie poznawałam bohaterów stworzonych przez Paullinę Simons, nie poznawałam historii przez nią wykreowanej. Poznałam po prostu samą autorkę i historię, która jest częścią niej samej. Historię z jej życia. I wszystkim fanom "Jeźdźca miedzianego" zdecydowanie polecam po "Sześć dni w Leningradzie" sięgnąć. I mimo iż momentami bywałam lekko znużona ( bo tak jak pisałam Wam wyżej nie przepadam za historią Rosji) to coś nie pozwalało mi tej lektury przerwać i wiem już czym było to "coś". To chęć obcowania z emocjami autorki, z jej wspomnieniami, z jej przemyśleniami, z nią samą. Bo to trochę tak jakbym się z nią w podróż ową udała. Podróż tę oceniam co prawda tylko na ****4****, ale z ogromnym plusem za możliwość poznania przeszłości autorki. 
Książkę przeczytałam w formie ebooka dzięki mojej nowej współpracy z portalem Virtualo.pl 
i zachęcam Was do zapoznania się z ich ofertą. Mają naprawdę korzystne ceny ebooków i sporo różnych atrakcyjnych promocji  i konkursów - zresztą wiem, że wiecie, że nie piszę Wam tego tylko ze względu na współpracę, prawda? 

P. Simons, "Sześć dni w Leningradzie", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, s.352

wtorek, 3 listopada 2015

ZŁĄCZENI CAROL CASSELLA

Zaczynam pisać ten post chyba już po raz dziesiąty. Sama nie wiem dlaczego, ponieważ niby wiem co chcę Wam powiedzieć o tej książce, ale gdy próbuję ubrać to w słowa jakoś średnio mi idzie. 
Niby chcę zacząć od tego, że nie raz mnie samą zadziwia to jak plączą się moje losy, jakich ludzi spotykam na swojej drodze i jaki oni na moje życie wpływ mają, lecz wydaje się to być takie trywialne, takie proste aż do bólu, takie sztampowe. 

Z drugiej strony o tym właśnie jest ta książka, 
o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. O tym jaki mają wpływ na nasze życie, jaki wpływ mogą mieć w przyszłości, jakie piętno na nas odciskają. Bo tak już jest, że pewnych ludzi spotykamy w naszym życiu na dłużej, innych na trochę krócej, a jeszcze inni w naszym życiu są tylko migawką. Niby nic nie znaczącą. A po czasie okazuje się, że nic nie było bez przyczyny, że nawet ta migawka odcisnęła się na kliszy naszego życia i gdzieś tam w nas trwa. 

Łączy nas z jakimiś wspomnieniami, z jakimiś odczuciami, które pielęgnujemy lub wręcz odwrotnie odsuwamy od siebie jak najdalej. Czasem o nich zapominamy, żyjemy dalej, nawet nie zastanawiamy się czy jeszcze kiedyś w naszym życiu zaistnieją. A co z tymi ludźmi, którzy w naszym życiu byli ważni, którzy z jakichś różnych powodów z naszego życia zniknęli, bo przecież różne scenariusze życie pisze? 

O tym jest właśnie historia Raney, o tym jest historia Charlotte, o tym jest historia Bo. To historia trzech osób, których przeszłość miesza się z teraźniejszością i wpływa na przyszłość. To kompletne uwiarygodnienie moje tezy, że czasem Ci, którzy odcisnęli ślad w nas w naszej przeszłości wcale nie odchodzą "z nas" zupełnie. W jakiś dziwny sposób jesteśmy z nimi złączeni. Z jednymi bardziej, z innymi mniej, lecz nadal jakieś to połączenie istnieje. I w każdej chwili może zacząć mieć wpływ na naszą teraźniejszość lub przyszłość. Chociaż nie tylko na naszą, wszystko co wpływa na nas samych, uderza też w ludzi, którzy na danym etapie życia właśnie nam towarzyszą. 

"Złączeni" to książka, która porusza wiele naprawdę trudnych tematów, i tych natury medycznej (bo i takie aspekty w książce tej są ważne, ba początkowo myślałam, że to jej główny temat), i tych społecznych,  i tych najzwyklejszych, życiowych, codziennych. To książka dzięki której zadajemy sobie pytania. Pytania na które odpowiedzi wcale nie są łatwe i oczywiste, na które chyba wolałabym w życiu nie odpowiadać.

Jednak według mnie książka Carol Cassella to przede wszystkim piękna historia o życiu, jego blaskach i cieniach, o walce z życia przeciwnościami i cieszeniu się z tego co nam czasem samo oferuje. To książka o losach ludzi takich jak my, o tym jak te losy są warunkowane przez to kogo na swojej drodze spotykamy lub kogo nam na tej drodze brakuje. I choć wiele Wam o samej fabule nie chcę mówić, bo jak zawsze wolę podzielić się z Wami wrażeniami, a nie opisem tego co w książce znajdziecie, to mogę Wam zdradzić jedno: to wcale nie jest książka w której najważniejsze są około medyczne tematy, problemy natury moralno-medycznej itp. Ja tak początkowo myślałam. Myślałam, że to kolejna książka która będzie poruszała tematy życia po życiu, życia w śpiączce, wartości życia itp. Owszem, i to w niej się znajduje, ale według mnie "Złączeni" to książka o miłości (i to zupełnie różnych jej aspektach), o losach ludzi, którzy są ze sobą złączeni... Czym? 
Tymi wszystkimi migawkami na kliszy, które widzimy raz mocniej, raz słabiej. 

"Złączeni" lądują na półce z etykietką "na *****5*****", a w mojej głowie dalej toczą się myśli o tym jak wielu migawek początkowo nie dostrzegłam i ile z nich jeszcze kiedyś do mnie wróci. 

C.Cassella, "Złączeni", Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2015, s. 416

poniedziałek, 2 listopada 2015

CHCECIE KSIĄŻKĘ - WYNIKI!


Trochę po czasie, ale w końcu są. Bez zbędnego "gadania" książka Marcina Prokopa powędruje do


MALINECZKA74

Gratuluję i mam nadzieję, że będziesz zadowolona z lektury. 

Zaś co do samego konkursu i jego przebiegu nie ukrywam, że jestem trochę zawiedziona tym, że raczej średnio Was zainteresował, bardzo mocno dziękuję więc tym czterem osobom, które wzięły w nim udział, uwierzcie mi każdą z Was chciałabym tak naprawdę nagrodzić. 
Pozdrawiam wszystkich ciepło i zapraszam na kolejne konkursy, które tuż za rogiem....


piątek, 23 października 2015

Chcecie Longina? KONKURS!


Zainteresowałam Was może ostatnią opisywaną książką? Chcecie razem z Longinem wybrać się na wakacje w czasach niby z innej epoki? Jeśli nie to może ten filmik Was jeszcze zachęci?

Zachęceni? Jeśli tak to zapraszam do konkursu, w którym możecie wygrać właśnie książkę "Longin.Tu byłem". Książkę funduje Wam Wydawnictwo Znak.
Co zrobić by ją wygrać? 
Podzielcie się ze mną ( w komentarzach pod tym postem) Waszym wspomnieniem z wakacyjnych wyjazdów Waszego dzieciństwa.  Ten komentarz, który przypadnie mi najbardziej do gustu (no niestety ponoć o gustach się nie dyskutuje, ale cóż jakoś będę musiała wybrać!) wygrywa książkę!
Na Wasze komentarze czekam do środy (do północy) - 28.10.2015, a wyniki postaram się ogłosić w dniu następnym.
Oczywiście zachęcam do rozpowszechniania wiedzy o konkursie i z góry za to dziękuję!
Pozdrawiam Was wszystkich cieplutko z ponurego, wietrznego i deszczowego Krakowa, w którym zaiste panuje książkowa atmosfera.
PS. Kto zjechał na Targi Książki? Z kim się mi uda zobaczyć na Blogerskim Spotkaniu w Smakołykach? (bo prawdopodobnie dotrę tam choć na chwilę, mam nadzieję!)

poniedziałek, 19 października 2015

LONGIN. TU BYŁEM Marcin Prokop

Kochani moi znowu spotkałam się z Longinem. Tym razem wyjechaliśmy razem na wakacje. Och, cóż to były za wakacje. 
Co prawda odbyły się w październiku i na kartach książki (a jeśli mam być zupełnie szczera to o dziwo na ekranie telefonu), niemniej Marcin Prokop ze swoim bohaterem zapewnili mi rewelacyjną przygodę. Po raz kolejny zresztą, bo pierwsze moje spotkanie z Longinem też bardzo przypadło mi do gustu (o tym możecie przeczytać TU). 

Że pierwsze moje spotkanie z tym co wyszło spod pióra (tak jeszcze żyję w tym przekonaniu, że może ktoś pisze piórem książki) sławnego Marcina Prokopa już wiecie, a jak nie to klikać mi tu w link wyżej szybciutko. Że drugie spotkanie też jest równie udane udowodnię Wam dziś. 
Jak wspomniałam na początku tym razem autor wysyła nas na wakacje. Wakacje Longina, czyli tytułowego bohatera książek pana Marcina. Najpierw wybieramy się do Francji. Fiu, fiu, a co tam Francja, pomyślicie, przecież to na wyciągnięcie ręki, bilety samolotowe do Paryża można kupić już nawet za 50 zł. No można. Choć mnie się to nigdy nie udało i Paryż wydaje mi się nadal niesamowicie odległy. Tak jak i Longinowi. Tylko, że Longin żył w Polsce, w której wyjazd za granicę był równie abstrakcyjny co teraz dla nas wyjazd do Chin - choć i pewnie do Chin dziś łatwiej wyjechać. Ale Lonignowi i jego rodzinie się udało. 

I o tym wyjeździe sobie w najnowszej książce Marcina Prokopa poczytać możemy. I o wyjeździe na Mazury, oczywiście z babcią, bo takie wakacje są jedyne w swoim rodzaju. W zupełnie innych warunkach niż współczesne hotelowe wyjazdy. I jeszcze o wyjeździe na kolonie. Tak, na kolonie, obowiązkowo, nad morze. Choć mnie się nie zdarzyło nawet na kolonii być (biedne dziecko, pomyślicie, no cóż na szczęście w końcu nad morze dotarłam, już jako osoba dorosła, ale dotarłam, ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że na Mazurach byłam!), to zawsze temat ów mi był zawsze bliski. Oczywiście kolonie opisywane przez autora różnią się zdecydowanie od tych, na które wyjeżdżają współczesne dzieci. Ale w sumie cóż się teraz nie różni od naszego dzieciństwa, spędzonego w czasach do których już miejmy nadzieję nigdy nie wrócimy - co prawda uważam, że mojego dzieciństwa mogą mi zazdrościć wszystkie współczesne dzieciaki, bez względu na ustrój polityczny, który wtedy panował.

Oczywiście obraz wakacji Longina jest pełen humoru, radości i beztroski. Taki jak powinny być wakacje. Lecz jest też tu dużo ironii, realnego ukazania czasów w których przyszło dorastać autorowi, co za tym idzie jest tak jak być powinno i tak jak właśnie w tamtych czasach było. Dlatego kochani moi książeczkę tę możecie spokojnie kupić swojemu dziecku i bez zbędnych wyrzutów sumienia też kupić możecie ją sobie. Powspominacie, łezka się w oku zakręci, a dzieci…? Dzieci może docenią czasy w jakich żyją, poznając czasy w jakich żyli ich rodzice. A nawet jeśli nie to na bank nie raz się zaśmieją, nie raz zdziwią i nie raz zadadzą Wam pytanie, które zmusi Was do rozmowy. A czy rozmowy z dzieckiem nie powinniśmy prowokować najczęściej? Jeśli sprzyja temu książka to czym prędzej pędźcie po nią do księgarni. 
Ewentualnie na przystanek autobusowy. No przynajmniej w Krakowie, Gdańsku, Poznaniu, Katowicach, Warszawie i Wrocławiu, bo tam znajdziecie kody do darmowych ebooków w ramach akcji CZYTAJPL. Ja właśnie dzięki tej akcji przeczytałam "Longin. Tu byłem" i o dziwo czytanie na komórce nie szło mi tak strasznie jak sobie to wcześniej wyobrażałam. 
Akcja trwa do końca października, więc musicie się pospieszyć, bo możecie zupełnie za darmo przeczytać kilka naprawdę dobrych książek na komórce lub na tablecie., podczas stania w korku lub jazdy tramwajem.
A na koniec ocena…czyli oczywiście ******6******, bo naprawdę bawiłam się wyśmienicie podczas czytania i będę zachęcać innych do tego! 
M. Prokop, "Longin. Tu byłem", Wyd. ZNAK, Kraków 2015, s. 120


piątek, 16 października 2015

SZAŁU NIE MA, JEST RAK Katarzyna Jabłońska, Ks. Jan Kaczkowski


czytam, płaczę, zachwycam się niemal każdym zdaniem…
Tak napisałam na instagramie jakieś dwa miesiące temu. Tak czułam wtedy i tak czuję dziś. Dalej się zachwycam i tym zachwytem podzielić chcę się z Wami. 
Co mnie tak zachwyciło? Wywiad, który przeprowadziła pani Katarzyna Jabłońska z księdzem Janem Kaczkowskim. A księdza Kaczkowskiego mam nadzieję, że przynajmniej kojarzycie. Bez względu na to jaką wiarę wyznajcie możecie go kojarzyć z tego co robi dla innych ludzi. A robi dużo. Wracając jednak do książki...
"Szału nie ma, jest rak" to taka niepozorna książeczka, cieniutka, ze zdjęciami, wcale zewnętrznie niezapowiadająca tego co w jej wnętrzu się kryje. A kryje się ogrom. Ogrom emocji, ogrom mądrych zdań, ogrom przemyśleń i wniosków. Ta książka to taki ładunek wybuchowy, który już w trakcie jej czytania w nas powoduje różne reakcje. Mnie zdarzyło się i rozpłakać, i roześmiać i zdziwić porządnie. I trochę przestraszyć mi się też zdarzyło. Dlaczego? Bo w wywiadzie owym ksiądz Kaczkowski i pani Jabłońska poruszają bardzo trudny temat, temat umierania. A temat ten księdzu Kaczkowskiemu nie jest obcy. Sam żyje jakby z wyrokiem śmierci - ze zdiagnozowanym nowotworem mózgu, do tego ze śmiercią obcuje na co dzień, bowiem pracuje w hospicjum. 

Nie ma co ukrywać, śmierci boję się bardzo, nawet nie swojej, ale swoich bliskich. I chyba większość ludzi tak ma. Ksiądz Kaczkowski w tej książeczce sporo na ten temat tłumaczy, jakby przygotowuje człowieka, otwiera mu oczy na to co ważne, pomaga radzić sobie z emocjami, których nie rozumiemy i chyba czasem nie jesteśmy w stanie nigdy zrozumieć. Mnie ta książeczka otrząsnęła, pomogła mi spojrzeć na moje życie pod odpowiednim kątem, trochę spokornieć, trochę zrozumieć, a trochę też dopuścić do siebie myśl, że nie na wszystko mogę i muszę mieć wpływ. 

"Szału nie ma, jest rak" owszem jest książką, w której wiara w Boga odgrywa główne skrzypce, ale myślę, że jest w niej też sporo wartości uniwersalnych, dla wszystkich, nawet dla niewierzących. Rozmowa, którą ksiądz prowadzi z panią Kasią jest swobodna, pełna luzu i niewymuszonej sympatii. I nawet jeśli nie zgadzamy się z tezami, które ksiądz Jan stawia to i tak mamy ochotę w dalszym ciągu poznawać tor jego rozumowania. Dajemy się wciągnąć w ten dialog, dajemy się porwać temu myśleniu, sami oswajamy się z tematem i próbujemy go zrozumieć. 
Bo "Szału nie ma, jest rak" uwierzcie mi spowoduje, że o niej, o tematach w niej poruszonych, na tych zaledwie 140 stronach, będziecie myśleć jeszcze bardzo długo. I będziecie chcieli do tej książeczki wracać co jakiś czas, ja jestem tego pewna, że gdy znowu po nią sięgnę (a sięgnę na pewno), znowu odkryję w niej coś co do mnie trafi, coś co mnie oczyści i pomoże mi przetrwać trudne chwile. 
Polecam każdemu. Oczywiście stawiam ******6******, bo to książka, która w pełni na to zasługuje i mam nadzieję, że i Wy wkrótce to odkryjecie - o ile już tego nie zrobiliście. Jeśli tak, dajcie znać jakie są Wasze wrażenia. 

K.Jabłońska, ks. J.Kaczkowski, "Szału nie ma, jest rak", Wyd. Biblioteka Więzi, Warszawa 2013, s. 140

środa, 14 października 2015

jak wrócić do blogowania?

No właśnie….jak wrócić do blogowania? Do pisania o książkach, które się przecież nieustannie czytało - w mniejszym lub większym natężeniu. Jak wrócić po przerwie, która najwyraźniej była mi potrzebna, ale czy moim czytelnikom również? Czy ich jeszcze mam?
Żywię nadzieję, że tak bo pewnie gdybym takiej nadziei nie miała to bym jednak nie stworzyła tego posta. Choć w sumie pisanie o książkach tak bardzo lubię, że jeśli jednak nikt tu nie będzie zaglądał to i tak będę znowu pisać.
Lecz wracając do postawionego w tytule pytania "Jak wrócić do blogowania?" postanowiłam dać sobie i pewnie niektórym z Was kilka wskazówek.

Po pierwsze -> weź się w końcu zmuś. No tak, ociągałaś/ociągałeś się z pisaniem kilka dobrych tygodni (jeśli nawet nie miesięcy- a to już lekka przesada, nie sądzisz?), zawsze było coś ważniejszego na Twojej drodze do komputera, szukałeś tysiąca wymówek dlaczego akurat dziś nie możesz się skupić na pisaniu, wena niby była, a nagle znikała i nic Ci się nie kleiło…Znasz to? No to się jednak zmuś do pisania, bo jak już to zrobisz to będzie już tylko lepiej.

Po drugie -> zrób listę tematów/książek, które czekają do opisania. Bo przecież czytałeś/czytałaś ciągle, stos książek to się zmniejszał, to się powiększał, więc będziesz mieć o czym pisać. A nawet jeśli nie to podziel się z innymi tym co czytać planujesz. A co, tak przecież też można, to nie jest karalne! Może to zmotywuje Cię do pisania w przyszłości.

Po trzecie -> zrób sobie rundkę po blogach, poczytaj o tym jak inni fascynują się przeczytanymi książkami, jak zmieniają się ich biblioteczki, co mają w planach do czytania itp. Uwierz mi nabierzesz ogromnej ochoty by się jednak podzielić z innymi swoją częścią książkowego świata.

Po czwarte -> Niekoniecznie zaczynaj od wielkiego postu o przeczytanej książce, spróbuj tak na przykład jak ja napisać o czymś trochę innym niż zazwyczaj piszesz na blogu. Mnie trema przed pisaniem o jednej z chyba dwudziestu już przeczytanych w czasie blogowej przerwy książek zjadła, więc postanowiłam samą siebie takim owym poradnikiem ogarnąć i doprowadzić do użyteczności blogowej.

Po piąte -> zrób sobie kubek dobrej herbaty lub kawy, włącz edytor tekstu (lub cokolwiek co służy Ci do pisania) i pisz, pisz, pisz…a potem niewiele się zastanawiając po prostu to opublikuj - zawsze przecież możesz to skasować. A może akurat okaże się, że Ci się to jednak podoba?

Tak więc kochani zastosowałam się do swoich własnych zaleceń i popełniłam ów post. Wracam więc powoli…, nie tłumacząc się dlaczego mnie nie było, po prostu mnie nie było, a teraz jestem (ba, pewnie jeszcze nie raz zniknę i powrócę).
I mam nadzieję, że się ktoś z tego ucieszy!

czwartek, 23 lipca 2015

Tylko martwi nie kłamią Katarzyna Bonda


O Katarzynie Bondzie słyszał już chyba każdy. Ostatnio to jedna z najmodniejszych pisarek, mam wręcz wrażenie, że każdy autorki jakąś książkę czyta, czytał lub czytać planuje. Cóż, nie mogłam być gorsza, dołączyłam do grona tych osób. Już mogę powiedzieć: "Bonda? A tak, czytałam, czytałam". A co jeszcze będę mogła powiedzieć? Co z opinią na temat przeczytanej książki? Dowiecie się czytając dalej.

Oprócz tego, że mam wrażenie iż każdy Bondę czyta, to mam też wrażenie iż każdy Bondę czytać uwielbia i każdy jej książkami jest zachwycony. Dziwne, prawda? A wcale nie! Bo fakt ja po pierwszej książce przeze mnie przeczytanej jeszcze na amen zachwycić się nie mogę, lecz spokojnie mogę stwierdzić, że owa pierwsza książka autorki, po którą sięgnęłam, jest zdecydowanie dobra i zdecydowanie zachęca do tego by i po kolejne książki autorki jak najszybciej sięgnąć.

A o czym jest? "Tylko martwi nie kłamią" bo od niej przygodę z autorki książkami zaczęłam jest rasowym kryminałem. Kryminałem, który jest drugą częścią trylogii z psychologiem śledczym Hubertem Meyerem w roli głównej. Pierwszej części nie udało mi się dostać, nad czym bardzo ubolewam, ale mimo to spokojnie mogłam zacząć od części drugiej, bo Hubert Mayer do rozwikłania ma kolejną tajemniczą sprawę. Zagadkę śmierci biznesmena, który zostaje zamordowany w dosyć okrutny sposób. I niby to tylko kolejne morderstwo, wiadomo należy znaleźć winowajcę, lecz strona po stronie wszystko się komplikuje, nowe fakty wychodzą na jaw i niekoniecznie prosto będzie znaleźć winnego. W śledztwie pomagają mu (w sumie to niby on im) jeszcze dwie ciekawe postacie z tej książki - podinspektor Szerszeń i prokurator Ruda. Razem ten team ma do rozwiązania zagadkę, która przysporzy im sporo problemów i da wiele powodów do myślenia. Przeszłość łączy się tu bowiem z przyszłością, dobro igra ze złem, a oczywistości nie zawsze są jednak takie oczywiste.

Oprócz samej sprawy do rozwikłania, sporo miejsca poświęcone jest też życiu głównych bohaterów. I tu mnie troszkę męczył na przykład wątek pani prokurator, bo mi się taki na siłę ciężki wydawał. No nie kleił mi się w ogóle. A jeśli jestem już przy zarzutach to jeszcze się tak zastanawiałam czytając "Tylko martwi nie kłamią" czy naprawdę zawsze (no prawie zawsze) nawet w kryminałach musi być wątek miłosny, i to najczęściej między rozwiązującymi wątek kryminalny? Naprawdę? Mnie to już powoli zaczyna nużyć. Niby tutaj pani Katarzyna całkiem znośnie go prowadziła, ale i tak mimo wszystko byłam nim niepotrzebnie rozpraszana. Rozpraszana od wątków kryminalnych właśnie, które narastały, komplikowały się i co chwile na światło dzienne wyciągały nowe, ciekawe informacje, które przecież tak cudownie połączyły się w całość. Całość lekko zaskakującą, pikantną i naprawdę porządnie przemyślaną.

Tak więc spokojnie mogę napisać, że "Tylko martwi nie kłamią" zdało egzamin jako kryminał, wciągnęło mnie od początku do końca, powodowało, że sama chciałam wymyślić rozwiązanie sprawy - najlepiej przed autorką ;), główkowałam, coś tam podejrzewałam, ale ogólnie dałam się zaskoczyć. A tego od kryminałów oczekuję - tego by intryga była tak sprytnie utkana, że niby wiemy kto i co, a jednak element zaskoczenia jest nadal spory i zmusza nas do zrewidowania swoich poglądów.
Poznaliście więc dziś mój pogląd na pierwszą książkę pani Katarzyny Bondy z którą się zetknęłam, wierzcie mi kolejne czekają już na półce i czuję, że będą jeszcze lepsze. I czuję, że długo na tej półce nie postoją bo znowu mnie ciągnie w kryminalne, mroczne, zagadkowe i wciągające klimaty.
"Tylko martwi nie kłamią" dostają *****5***** i muszę przyznać, że powoli zaczynam rozumieć dlaczego autorka jest tak modna. Po prostu w końcu kobieta pisze kryminały tak, że niejeden facet będzie chciał je czytać, a to chyba dobrze, gdy książkami możemy dzielić się też z naszymi mężczyznami. Będzie kolejny argument by je kupować.

K. Bonda, "Tylko martwi nie kłamią", Wyd. Muza, Warszawa 2015, s. 608

niedziela, 5 lipca 2015

W krainie kolibrów Sofia Caspari


Macie ochotę na wycieczkę w zupełnie inne miejsce niż to w którym właśnie jesteście?  Na czytanie o zupełnie innym świecie niż ten w którym przyszło Wam żyć? Na oderwanie się od tego co Was trapi i skupienie się na tym co trapi innych bohaterów?

wtorek, 30 czerwca 2015

idzie nowe


Kochani!
Jak pewnie widzicie idą zmiany! I to spore zmiany. Pierwsza zmiana dotyczy totalnie nowego wyglądu bloga, który stworzyła dla mnie jusssi.pl - za co jej ogromnie dziękuję i polecam ją, gdy chodzi za Wami jakaś zmiana!
Druga bardzo ważna dla mnie zmiana to nowa nazwa bloga. Niestety (choć dla mnie na szczęście) koniec z nazwą "achy ochy z książką". Uwierała mnie ona już od dawna, a w głowie tworzyły się nowe pomysły na to jak nazwać to swoje stare-nowe miejsce. Padło na "read please".
Dlaczego ? Nie wiem i już.
Idzie za tym trzecia zmiana. Wykupiłam własną domenę. I wkrótce tam już będę urzędować. O fakcie tym oczywiście Was poinformuję wcześniej.
Wiążą się z tym też zmiany na faceboku i google+ (innych społecznościowych miejscach gdzie jestem zarejestrowana pod starą nazwą bloga), ale to za jakiś czas, bo  jak dla mnie co za dużo to nie zdrowo.
Czy zmieni się tematyka bloga? Raczej nie, ewentualnie się rozszerzy, bo czytać można przecież nie tylko o książka. 
Mam nadzieję, że zrozumiecie moją potrzebę zmian. Po ponad pięciu latach zaczęłam się lekko dusić w dotychczasowych ramach, blogowanie w takiej formie mnie męczyło, a przecież powinno sprawiać frajdę. Mam więc nadzieję, że ten wiatr, który czuję w żaglach spowoduje, że i Wy przyzwyczaicie się do nowości! I że będziecie dalej mi kibicować w dzieleniu się z Wami tym co mnie niezmiennie fascynuje.


środa, 27 maja 2015

Obietnica Łucji Dorota Gąsiorowska


Lubię literaturę obyczajową, lubię sobie poczytać o losach bohaterów, którzy mogą mi być bliscy, ich problemy mogłyby być moimi problemami, a ich radości mogłyby okazać się bliskie temu co i mnie raduje. Z drugiej strony lubię też taką literaturę obyczajową, której treść jest mi zupełnie obca, nic mnie nie łączy z bohaterami, nigdy nie byłam w sytuacji w której oni się znajdują i do tego niekoniecznie już owi bohaterzy by mi do gustu przypadli, gdybym ich miała poznać na żywo. Jednak, gdy owa literatura obyczajowa doprowadza mnie do skrętów kiszek i totalnego znudzenia książką to cóż, ale moja sympatia do niej jest bliska zeru. Tak było właśnie z "Obietnicą Łucji". Pozwólcie, że spróbuję Wam opowiedzieć dlaczego tak się stało.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Siedem lat później Emily Giffin

Przeczytałam już chyba wszystkie książki  Emily Giffin wydane w Polsce. Czytywałam je już dosyć dawno temu (chyba jedna z nich była jedną z pierwszych opisywanych tu na blogu), wrażenia z ich lektury miałam zazwyczaj dosyć dobre, bardziej w stronę bardzo dobre, niż raczej średnie. Zostało mi więc zmierzyć się z dwoma tytułami autorki, które czekały na półce. Jeden z nich czyli "Siedem lat później" wyznaczyłam sobie jako książkę do przeczytania w ramach mojego wyzwania "12 książek na 2015 rok". Tak więc w miesiącu marcu (tak wiem, że jest koniec kwietnia, tak wiem, że mam spore opóźnienia ze wszystkim) przeczytałam przedostatnią książkę autorki i wrażeniami z tej lektury najwyższa pora podzielić się z Wami.

środa, 15 kwietnia 2015

12 książek na 2015 rok - miejsce na linki do Waszych marcowych lektur!

Kwiecień już się mocno rozhulał więc znowu mam obsuwę z moim własnym wyzwaniem. Jednak jak wiecie teraz powoli wracam do blogowania, po dosyć długiej przerwie i nie jest to proste. Stos książek czeka na opisanie, drugi stos czeka na przeczytanie. A ja utknęłam w pewnej książce i nie mogę jej dokończyć jakoś tak (nie żeby była zła, po prostu jakoś średnio mi idzie jej czytanie), a przede mną jeszcze kwietniowa lektura z wyzwaniowego stosiku. Mam nadzieję, że wyrobię czasowo. 
A jak tam Wasze lektury? Coś czuję, że już niektórzy to i kwietniowe przeczytali. :) Jednak tym razem proszę jeszcze o dzielenie się (w komentarzach) linkami do Waszych  marcowych lektur. Miejsce na linki do kwietniowych lektur pojawi się w maju. 
Jeśli chcecie być na bieżąco z tym co u mnie słychać to zapraszam na mojego instagrama i profil na facebooku
Pozdrawiam Was serdecznie i cudownych książek Wam życzę!

niedziela, 12 kwietnia 2015

Kraina zwana Tutaj Cecelia Ahern

Dziwnie się wraca do pisania po tak długiej przerwie, tym bardziej dziwnie się pisze o książce, którą czytało się już naprawdę prawie dwa miesiące temu. Bo "Kraina zwana Tutaj" to jeszcze moja lutowa lektura, wybrana w ramach wyzwania "12 książek na 2015 rok". Myślę, że będzie to dla tej książki ogromny sprawdzian. Bo dowiem się sama ile z niej zapamiętałam, ile z niej pozostało w mojej głowie i sercu. I czy mam na tyle pozytywne wrażenia z jej lektury byście i Wy się nią zainteresowali. 
Cecelie Ahern kojarzy pewnie niejeden mol książkowy, zwłaszcza ten który lekturą książki lubi się porządnie wzruszyć. Zresztą nie tylko "czytacze" mogą ją kojarzyć. Wszak na podstawie jeden z jej książek powstał film, "Ps.Kocham Cię"- na którym ja osobiście płaczę od samego początku do jego końca.
Po emocjach, które zafundowała mi właśnie lektura i film "Ps. Kocham Cię"w końcu sięgnęłam po "Krainę zwaną Tutaj", bo i tak już dosyć długo na mojej półce czekała na czytanie. I nastawiłam się na kolejny spory wysyp emocji.

środa, 1 kwietnia 2015

the end

 Jak widzicie sami nie było mnie tutaj cały miesiąc. Długo nie długo- jak dla mnie to chyba najdłuższa absencja na blogu w całej jego historii. Nie pisałam, nie dawałam znaku życia.
Niestety czasem zdarza się tak, że w życiu coś Was do blogowania przyciąga, a czasem od niego odsuwa. Czasem jest tak, że staje się przed ścianą i nie wie się w którą stronę pójść i czy się w ogóle chce iść dalej. Czasem nie ma się też na to sił. Bo życie prywatne czasem płata figle. I trzeba sobie z nimi poradzić, i wtedy nie zawsze jest czas na to co z blogiem związane czyli czytanie i pisanie. Nie będę ukrywała przed Wami, że przez ostatnie tygodnie od blogowania mnie odrzucało, nie miałam w sobie na tyle sił by skupić się i podzielić się z Wami tym co przeczytałam. Musiałam się więc zastanowić co dalej, jak to dalej ma wyglądać. I przykro mi bardzo, ale po wielu przemyśleniach doszłam do wniosku, że to KONIEC!

niedziela, 1 marca 2015

12 książek na 2015 rok - linki do Waszych lutowych lektur!


Kochani! Nie myślcie, że zapomniałam o własnym wyzwaniu, Nie, nie! Lektura lutowa skończona i jutro ukarze się o niej moja opinia. A jak tam Wasze lutowe wybory?
Już nie mogę się doczekać aż dowiem się co w lutym zniknęło z Waszych stosików wyzwaniowych.
Czekam więc na linki do Waszych recenzji, oczywiście wrzucajcie je na dole w komentarzach do tego postu.
Co poza tym u mnie, bo na blogu ostatnio troszkę ciszej było? Wszystko w porządku, po prostu miałam urlop feryjny. I wykorzystałam go naprawdę dobrze. Oczywiście książki towarzyszyły mi każdego dnia, dlatego do opisania mam aż 5 pozycji! Ciekawi tytułów, które przeczytałam? Zapraszam więc w marcu na nowe posty!
Co do wyzwaniowej lektury na marzec to jeszcze się nad nią zastanawiam, może Wasze linki mnie zainspirują.

Pozdrawiam Was ciepło i życzę Wam cudownych marcowych lektur.


środa, 18 lutego 2015

Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych Susan Gloss

Macie może ochotę na bajkę? Taką w pastelowych kolorach, cukierkowych smakach i z happy endami? Jeśli tak to "Vintage. Sklep rzeczy zapomnianych" jest książką dla Was. Jeśli zaś średnio Was kręcą historyjki, w których wszystko ocieka lukrem, choć niby tak być nie ma, bo przecież tym lukrem ociekają problemy bohaterów owej bajki, to raczej ta książka nie będzie dla Was. 
Ja jestem gdzieś dokładnie po środku. Bo niby zazwyczaj drażni mnie taki zewsząd płynący miodzik, to jakoś dziwnie tym razem miałam trochę ochotę na tak ukazaną historię. I choć sporo mam do książki zastrzeżeń to muszę też przyznać, że czytało się ją niezmiernie miło.

środa, 11 lutego 2015

Mniej. Intymny portret zakupowy Polaków Marta Sapała

O książce Marty Sapały usłyszałam oczywiście za sprawą internetu, na fali mojej fascynacji minimalizmem, który w sumie ostatnimi czasy nie tylko mnie kusi i fascynuje, bo książek związanych z tym tematem ostatnio na rynku jest ogrom. Od jakiegoś czasu szukam dla siebie książek, które mi temat minimalizmu mogłyby przybliżyć, ale w taki realny sposób, dzięki któremu mogłabym wprowadzić część minimalistycznych zasad do mojego życia. Książek jest takich mnóstwo, choć nie wszystkie wydają mi się być na tyle użyteczne by mnie do siebie przekonać. Z myślą o minimalizmie kupiłam więc "Mniej". Chciałam z niej wyciągnąć jak najwięcej dla siebie. Dodatkowo sam zamysł książki jako opisu eksperymentu wydawał mi się ogromnie ciekawy. Czy tak było? Czy udało mi się zaspokoić moje minimalistyczne ciągoty? Przeczytacie dalej. 

środa, 4 lutego 2015

Zaginiona dziewczyna Gillian Flynn

Co można napisać o książce o której słyszeli już pewnie wszyscy. A jeśli nawet nie słyszeli o książce to na pewno słyszeli o jej ekranizacji? 
Co można napisać o książce, co do której miało się przez to właśnie, że wszyscy ją wychwalają dosyć spore oczekiwania?
Co można napisać o książce, która tym oczekiwaniom z jednej strony sprostała, z drugiej zaś nie?
Co można napisać o książce, której bohaterów się nie polubiło, a jednocześnie bardzo mocno chciało się poznać ich losy? Zresztą do samego "lubienia" też się miało sporo sprzecznych odczuć. Pewnie po prostu powinnam odpowiedzieć na te pytani powyżej, może wtedy zrozumiecie skąd się one wzięły.

sobota, 31 stycznia 2015

miejsce do wrzucania linków w ramach wyzwania 12 książek na 2015 rok - styczeń


Wpis ten jest po to by uniknąć zbędnego bałaganu, który już się zaczął robić. Pisałam w opinii o mojej styczniowej lekturze, gdzie możecie wrzucać linki do Waszych opinii o książkach przeczytanych w ramach wyzwania 12 książek na 2015 rok. Jednak najwyraźniej nie zdało to egzaminu i dziś postanowiłam stworzyć oddzielną notkę na ten temat. 
Zatem tutaj czekam na linki do Waszych styczniowych lektur! Wrzucajcie je w komentarzach pod postem. Mam nadzieję, że ułatwiło Wam to komunikację ze mną i że wkrótce poczytamy o tym co Wy w styczniu czytaliście! 
Macie już wybrany tytuł na luty? Ja już mam! Ciekawi jaki? 

wtorek, 27 stycznia 2015

Wałkowanie Ameryki Marek Wałkuski

Jak pewnie wiecie (a jeśli nie to się zaraz dowiecie) na punkcie Stanów Zjednoczonych mam lekkiego fioła. No mam i już, wypiera się tego nie będę. Widzę więcej zalet niż wad tego kraju i niestety nic i nikt mi nie jest w stanie tego wyperswadować. Zresztą niby dlaczego ktoś miałby chcieć to robić? Każdy ma jakiegoś bzika, a moim jest po prostu Ameryka. Czym się ten bzik objawia? U mnie tym, że ciągle marzę o zwiedzeniu USA, w sporej części uwielbiam filmy amerykańskie, kocham książki, których tłem jest właśnie wspomniany kraj i nie jestem w stanie przejść obojętnie obok lektury, która Stany Zjednoczone opisuje w sposób dosyć szczegółowy! Nie powinno więc Was dziwić, że przeczytałam więc kolejną książkę o Ameryce i znowu jestem jeszcze bardziej krajem tym zachwycona, jeszcze bardziej marzę o podróży do niego i mam jeszcze większy apetyt na wszystko z nim związane. 
A apetyt ten rozbudziła tym razem książka Marka Wałkuskiego "Wałkowanie Ameryki".

piątek, 23 stycznia 2015

Motyl Lisa Genova - czyli styczniowa lektura z 12 książek na 2015 rok

"Motyl" czekał u mnie na półce bardzo długo. Za długo. Sama nie wiem dlaczego zwlekałam z czytaniem tej lektury. Wszyscy ją polecali, słyszałam o niej prawie same pozytywne opinie, część osób mnie wręcz namawiała (nie wiedząc nawet, że mam ją w planach) bym właśnie po "Motyla" sięgnęła. Ja jednak jakoś zwlekałam, a potem o tej książce jeśli mam być szczera trochę zapomniałam. Na szczęście pod koniec ubiegłego roku jak wiecie wyszukałam na swoich półkach 12 książek na 2015 rok i jako pierwszą z nich, w miesiącu styczniu postanowiłam przeczytać właśnie "Motyla". I jeśli wszystkie książki z mojego wyzwaniowego stosu będą tak dobre jak "Motyl" to sama na siebie będę co miesiąc krzyczała" "Czemu ta książka tyle na Ciebie musiała czekać?!". Jeśli więc macie ją w planach to nie planujcie tylko się po prostu za nią bierzcie. Bo potem możecie zapomnieć...

środa, 14 stycznia 2015

Pierwsza na liście Magdalena Witkiewicz


Dziś premierę ma książka na którą czekałam z ogromną niecierpliwością. I z ogromnymi nadziejami. Nadziejami, które zostały zaspokojone w stu procentach. Warto było na taką książkę czekać. Warto było po raz kolejny dać się przekonać pani Witkiewicz do tego co tworzy, bo jeśli długo mnie czytacie to wiecie już, że czytałam wcześniej dwie książki autorki i obie przypadły mi do gustu bardzo (klik). "Pierwsza na liście" też mnie nie zawiodła, a wręcz powiedziałabym jeszcze bardziej do autorki przekonała. Nie wiem jak autorka to robi, ale pisze tak jakby pisała dla mnie. Dla kobiety, która w postaciach stworzonych przez nią potrafi znaleźć siebie. Po trochę utożsamiać się z emocjami, które im towarzyszą. Po trochę im zazdrościć, czasem współczuć, czasem się na nie denerwować, a czasem im gorąco kibicować. Tym razem kibicowałam bohaterkom tej książki z ogromnymi emocjami. Bo emocji w tej książce według mnie najwięcej. I ciekawości, co dalej, co to będzie na kolejnej stronie, jak losy bohaterek (bo jest ich kilka) się potoczą.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Komedia świąteczna Victoria Alexander


Święta, święta i po świętach. Ba, już po hucznym (lub i mniej hucznym-jak w moim przypadku) witaniu Nowego Roku opadły emocje, a ja Was jednak jeszcze na chwilę chcę pokusić świąteczną atmosferą. Czyż tak jak ja uwielbiacie choinki, bombki, lampki,wigilię i inne około świąteczne sprawy? Czy tak jak ja uważacie, że to jeden z tych magicznych momentów roku, gdy nagle, po ferworze przygotowań, zatrzymujecie się i razem z najbliższymi spędzacie cudowne dni? Jeśli tak to pewnie tak jak i mnie skusiłby Was tytuł "Komedia Świąteczna". Tylko czy dostalibyście w tej książce tego czego oczekiwaliście? To zależy czego oczekiwaliście właśnie.

czwartek, 8 stycznia 2015

wyzwania, wyznania!

Wyzwania, wyzwania, wszędzie wyzwania. Ba sama wyzwanie popełniłam. I jeszcze Was do niego namówiłam. A sama raczej średnio wyzwaniowa jestem. Choć nie ukrywam zawsze mnie pociągały, nieraz czytałam o Waszych w nich udziałach, o sukcesach jakie odnosicie w związku z nimi i jawnie zazdrościłam. Bo we mnie zazwyczaj nie było tyle determinacji, tyle sumienności i systematyczności. I tak sobie podziwiałam z boku. Tym razem jednak jak wiecie coś mnie podkusiło i stwierdziłam, że jeśli mam jakiemuś wyzwaniu podołać to muszę je sama wymyślić. Co by wstyd nie było, gdy swojego własnego wyzwania nie uda mi się zrealizować, a wstyd jak wiecie potrafi mobilizować. Mnie przynajmniej. (Was może zmobilizować do przeczytania tego posta dalej informacja, że na samym końcu jest niespodzianka. ;D). Dodatkowo postanowiłam wziąć udział w jeszcze jednym wyzwaniu. Ciekawi w jakim? Dowiecie się dalej.

wtorek, 6 stycznia 2015

No to zaczynamy! 12 książek na 2015 rok -Wasze zgłoszenia!

Najwyższa już pora by się do Was odezwać. By dać znać, że weszłam w ten 2015 rok, żyję i mam się całkiem dobrze. Zaś o 2014 roku już nie wiele chcę myśleć, więc u mnie żadnych posumowań, rankingów i innych tym podobnych rzeczy nie znajdziecie.
Jednak coś czuję, że na coś czekacie. A na pewno czeka przynajmniej te czterdzieści pięć osób, które oficjalnie zgłosiły się do mojego wyzwania "12 książek na 2015 rok".
Pora więc zebrać w całość to o co Was prosiłam i po prostu rozpocząć wyzwanie!
O co w nim chodzi? Z własnych, przeładowanych książkami półek wybieramy 12 pozycji, z których jedną miesięcznie będziemy czytać w trakcie 2015 roku. Więcej szczegółów macie tutaj -> KLIK.
Was prosiłam byście się do mnie przyłączyli i wysłali mi zdjęcia swoich wyznaniowych stosików.