czwartek, 28 listopada 2013

"Co nowego?" Grudzień!


Tak jak obwieściłam na facebooku bloga, dziś zajęłam się przygotowywaniem listy nowości grudniowych (plus tych z końcówki listopada, które we wcześniejszym postcie mi umknęły) czyli pogrzebałam w zapowiedziach wydawnictw na najbliższy miesiąc i wybrałam to co najbardziej zwróciło moją uwagę.
Mam wrażenie, że w tym miesiącu wydawniczo jest spokojniej.
W sumie nic nie znalazłam na stronie Wydawnictwa Prószyński, Znak czy Wydawnictwa Literackiego - czyli trzech wydawnictw, które w ubiegłym miesiącu powaliły mnie na kolana swoimi nowościami. Ba sporo z nich udało mi się zdobyć, choć niestety nie wszystkie. :( chlip...
Co zatem w grudniu mnie będzie kusiło?
Przede wszystkim moją uwagę zwróciła literatura dziecięca. Szaleńczym tańcem radości zareagowałam na wieść, że powstała druga część mojego ukochanego "Uroczyska". Czuję, że choć pewnie będzie droga (pierwsza część była droga okrutnie!) to i tak się nie powstrzymam i sobie zrobię sama prezent mikołajkowy na przykład. Bardzo ciekawie zapowiada się też książka z Wydawnictwa Dwie Siostry czyli "Pionierzy" - coś dla moich ciekawskich słuchaczy, w końcu książka z której będą mogli wyciągnąć jakąś mądrą wiedzę! Niemniej cieczy mnie też "Lotta". To trzy opowiadania Astrid Lindgren, a ją kocham miłością bezwarunkową, więc brałabym w ciemno! Idealny prezent dla dziewczynek Święty Mikołaju!
Pięknym prezentem mikołajowym mogą też być "Najpiękniejsze wiersze i wierszyki" - zbiór utworów najwybitniejszych polskich poetów, tych których chyba każdy zna. 
Zaciekawiła mnie też książka "Marysiu, jak myślisz?" Manueli Gretkowskiej, wydaje się być naprawdę ciepłą, familijną lekturą. Zdziwiona jestem ogromnie tym, że pani Gretkowska książkę dla dzieci popełniła teraz, ale liczę, że się nie zawiodę!
"Po drugiej stronie drzwi" to  kolejna książka Rafała Lasoty, w której wprowadza młodych czytelników w fantastyczny świat pełen pytań i odpowiedzi na nie niezmiernie ciekawych.
W październiku przeoczyłam premierę książeczki "Akademia wyobraźni", a wydaje się mi na tyle fascynująca, że muszę ją zdobyć dla moich świetliczaków. Tyle o książkach dla dzieci! Przechodzimy do książek dla dorosłych. :)
Na co czekam najbardziej?Aż na trzy pozycje. "Wołanie kukułki", które już mam i z tego powodu jestem niezmiernie szczęśliwa, już wkrótce przeczytam i podzielę się z Wami wrażeniami! Liczę na rewelacyjną lekturę! "ZARA. Człowiek, który stworzył Zarę" to moje must have w grudniu! Fascynuje mnie ta historia, jakoś ta kobieca ciekawość i myśl o tym, że w końcu poznam historię powstania tak bardzo rozpoznawalnej marki powoduje, że już mam ochotę lecieć do księgarni.
Czekam też na "Dom służących" bo ta książka wydaje mi się idealna na zimowe wieczory, z herbatką, pod kocem.
Co poza tym? Bo oczywiście moją uwagę zwróciły nie tylko te trzy książki.
Nie zawiodło tym razem Wydawnictwo Albatros. Cztery pozycje też idealne pod kocyk. I przepiękna okładka wznowienia książki "Klucz do rebeki".
A "Wojna Afrodyty" zaciekawiła mnie z kompletnie kosmicznego powodu! Wiecie, że o tej książce nigdzie, ale to nigdzie nic nie mogłam znaleźć - ani joty o jej treści! Za to okładka intrygująca. Może Wy wiecie o niej coś więcej?
Intrygujące też są zapowiedzi Wydawnictwa Marginesy.Kira Gałczyńska- to będzie istna poezja dla duszy. Tak czuję! A "Kamerdyner" też czuję, że wciągnie mnie na amen! O ile tylko uda mi się i jego zdobyć! Aj, portfel w grudniu tego nie wytrzyma!
Zwłaszcza jak dorzucić do tego Wydawnictwo Zysk i S-ka, które dwoma pozycjami mnie przyciągnęło."Cena życia" zdaje się być lekko kontrowersyjną i raczej trudną książka, ale takie też lubię poczytać.Z kolei "A lasy wiecznie śpiewają" wydają się tak klimatyczną powieścią, że liczę na to, że pod choinką ją znajdę! A co! w ogóle powinnam zrobić jakąś listę dla Mikołaja i choinkowych darczyńców! :D
Zwłaszcza, że w Świecie Książki też dwie kuszące pozycje. Z serii "Leniwa Niedziela" tym razem książka polskiej autorki (której niestety nie znam) czyli "Pestka" oraz Robert Crais z kolejną książką "do bania się". Dobrze, że jak na razie tylko te dwie książki w ŚK zauważyłam, a to z tego co wiem książki jeszcze z listopada.
Moją uwagę przykuło jeszcze sześć innych pozycji.Ale na szczęście nie mam na nie aż takiego ciśnienia, choć mam nadzieję, że Was zainteresują. Taki misz masz. Wszystkie ciekawe. I coś dla lubiących romanse czyli "Jesteś tylko mój", i coś dla lubiących dobre obyczajówki czyli "Nie dochodzą tylko listy niepisane", i coś dla wielbicieli Charlotte Link.
No i nowy Mankell. Plus Liroy z autobiografią- zwróciłam na nią uwagę, bo ostatnio oglądałam z nim gdzieś wywiad i bardzo spodobało mi się jak o tej swojej książce się wypowiadał. Ciekawi jej jesteście?

A tak będąc przy ciekawości to nurtuje mnie pytanie czy lubicie program MasterChef? Ja w sumie lubiłam (dopóki nie obejrzałam TopChef, który wydaje mi się lepszy) i pewnie dlatego czekam na finał drugiej edycji. Ten kto ją wygra wyda w Wydawnictwie ZNAK swoją książkę kucharską.
Z kolei jeden z uczestników pierwszej edycji show nie wygrał, ale właśnie wydał swoją kucharską (jak mniemam, bo jeszcze na oczy jej nie widziałam) książkę.Janek Paszkowski, kojarzycie? "Kuchnia z pasją". Obie pewnie nie kupię, ale z chęcią ogromną przejrzę.

To by było w grudniu na tyle. Mam nadzieję, że dotrwaliście do końca, ba, że dzięki temu post'owi znaleźliście coś dla siebie lub swoich bliskich. Ja bym tymi książkami nie pogardziła!
Choć coś czuję, że nie mogę liczyć od moich bliskich na książkowe prezenty, niestety twierdzą (całkiem racjonalnie), że powinnam najpierw przeczytać to co mam, a potem dostawać książki następne! Prawda, że przesadzają? ;)

środa, 27 listopada 2013

"Kuchnia filmowa" Paulina Wnuk


Bardzo ale to bardzo lubię, gdy komuś się udaje, gdy realizuje swoje marzenia i robi to co lubi. Gdy dzięki swojej pasji osiąga sukces, większy lub mniejszy, ale sukces. Wydaje mi się, że tak stało się lub powoli się staje w przypadku Pauliny Wnuk, autorki przede wszystkim rewelacyjnego bloga FROM MOVIE TO THE KITCHEN  oraz książki, która, chyba mogę tak powiedzieć, na podstawie bloga powstała.
"Kuchnia filmowa" to zbiór przepisów, kulinarnych. Niby nic niezwykłego, przecież książek z przepisami vel. książek kucharskich powstało mnóstwo i ciągle mnóstwo powstaje. Śledzę wieści o kulinarnych nowościach mniej więcej na bieżąco bowiem mam siostrę, którą spokojnie mogę nazwać najlepszą kucharką i cukierniczką w moim otoczeniu. I w ramach wdzięczności za dopieszczanie mojego podniebienia staram się raz na jakiś czas nową książkę kucharską jej sprezentować. Tak też było z "Kuchnią filmową". Od razu jak się dowiedziałam, że powstanie wiedziałam do kogo ona trafi. Jednak najpierw sama dokładnie się jej przyjrzałam, by móc Wam ją opisać. Jak więc ją odebrałam? O tym dalej.
"Kuchnia filmowa" to nie taka zwykła książka kucharska. Paulina Wnuk bowiem łączy w niej swoje dwie pasje - kuchnie i film. Każdy przepis, który znajdziecie w tej pozycji  pochodzi z jakiegoś filmu. Są tu dramaty, komedie, romanse, są thrillery, ale są też bajki animowane, ba nawet filmy fantasy tu znajdziecie. I oczywiście co najważniejsze są potrawy, które w tych filmach zwróciły uwagę autorki i które ugotowała/upiekła, podając nam przepis, dzięki  któremu sami możemy teraz je odtworzyć. I może faktycznie nie są to jakieś wymyślne potrawy (bo przecież drink z Seksu w Wielkim Mieście trochę ciężko nazwa potrawą), jednak sama idea "Kuchni filmowej" podoba mi się szalenie. I sama choć piec nie potrafię prawie wcale, to już przygotowaniu kilku potraw z tej książki się nie oprę, ciasta pewnie pominę, ale obiadek zainspirowany "Kuchnią fimową" na pewno w moim domu się pojawi. Można przecież zapraszając znajomych na wieczór kinowy, ugotować dla nich na przykład zupę porową w kolorze niebieskim- pochodzącą z filmu o "Brigitte Jones" lub najprostszy makaron z serem z "Kevina samego w domu" (wkrótce święta, więc na bank go w TV zobaczymy, a taki makaron może nam umilić setne filmu oglądanie). Uwierzcie mi na pewno sprawi Wam to niezwykłą frajdę.
Dodać jeszcze chcę, że oprócz samej treści książki podoba mi się też tej treści ukazanie. Rewelacyjna okładka, pomysłowa, przykuwająca mój wzrok, piękne zdjęcia potraw, czytelne przepisy, a do tego opisy autorki na temat przedstawionych filmów i kadry z nich.
Dla mnie "Kuchnia filmowa" była nie tylko inspiracją kulinarną - dzięki niej postanowiłam nadrobić moje zaległości filmowe, wypisałam sobie chyba z dziesięć tytułów filmów, które opisane były przez autorkę, a ja ich jeszcze (o zgrozo!) nie widziałam.
No i kochani moi przyznam się Wam jeszcze do czegoś - dzięki temu, że w "Kuchni filmowej" są potrawy z "Władcy pierścieni" - filmu, do obejrzenia którego mój mąż usiłuje mnie zmusić od niemal 10 lat, postanowiłam po pierwsze zrobić pudding z Shire inspirowany filmem, jak i zmusić się w końcu do wejścia w świat Elfów i obejrzeć film.  Na razie pierwszą część, a jak nie zasnę po 9 minutach (dokładnie tyle czasu mi to zawsze zajmowało) to może i na kolejne się skuszę. Ba... może podróżny chleb Elfów czyli Lembas w mojej kuchni powstanie...
Na koniec mini quiz dla Was. Na zdjęciu w prawym dolnym rogu jest potrawa "Sałatka z sercem wieprzowym" - jak myślicie z jakiego filmu pochodzi, czym jest inspirowana? 
Podsumowując "Kuchnię filmową" polecam fanom i gotowania, i kina. Sama oceniam ją na *****5*****, dodam Wam jeszcze, że obdarowanej siostrze też się bardzo spodobała.Może i Wy pomyślicie zatem o niej jako o prezencie mikołajkowym dla najbliższych.
Cieszę się bardzo, że Paulinie Wnuk udało się wydać tak dobrą książkę i wiecie co? Czekam na kolejne, nieustannie obserwując jej bloga.

P. Wnuk, "Kuchnia filmowa", Wyd. Otwarte, Kraków 2013, s. 224

piątek, 22 listopada 2013

"Elfie, gdzie jesteś?!" Marcin Pałasz

 Zacznę może od tego. Bo dziś stuknęło 200 000 wyświetleń bloga, a teraz to właściwie jest już ponad dwieście...więc...
A teraz o książce, która wyobraźcie sobie jest moją 52 książką w tym roku. Dopiero, albo już....sama nie wiem....

Z Elfem poznaliśmy się już jakiś czas temu. Zrobił furorę wśród moich świetlicowych dzieciaków, mnie samej zresztą też bardzo przypadł do gustu. Zresztą sami przeczytajcie o tym tutaj (klik).
Nie mogliśmy się więc doczekaćczytania o dalszych losach Elfowej rodzinki, zwłaszcza, że druga część zapowiadała się świetnie. I taka była - piszę to ja i podpowiadają mi to dzieciaki, którym wręcz codziennie, od poniedziałku do piątku książkę przez ostatnie tygodnie czytałam. Wiedzieliśmy już, że Elf zadomowił się u Dużego i Młodego, ba że sobie już bez nich życia swego nie wyobraża, zresztą z wzajemnością - bo i oni żyć bez niego też by już nie potrafili. Przygody ze wcześniejszej części zakończyły się dobrze, a nasi bohaterzy zaplanowali wyjazd na wakacje. Zatem przed nimi miał być relaks nad morzem. Miał być, ale nie był. Elf bowiem zaginął! Nie napiszę Wam jak, nie napiszę dlaczego i w jakich okolicznościach. Nie martwcie się jednak za bardzo... Elf, Duży i Młody są dla siebie stworzeni więc nie było opcji, żeby sprawy potoczyły się źle,w końcu jest już trzecia część książki o przygodach Elfa. Jednak zanim sprawy się pozytywnie rozwiązały to Duży i Młody musieli przeżyć mrożące krew w żyłach przygody. Musieli Elfa odnaleźć! A to wcale nie było takie łatwe. Bo na ich drodze stają niebezpieczni ludzie, przed nimi akcje rodem z sensacyjnych filmów, ale czegóż się nie robi by uratować kogoś kogo kocha się najmocniej? Przecież pies to członek rodziny, jak mama, tata, brat czy siostra. Nie martwcie się jednak, bo oprócz tych sensacyjnych scen (choć te pewnie niektórych bardzo akurat cieszą - zwłaszcza cieszyły moich świetlicowych chłopców) mamy też sporą jak zawsze dawkę humoru. Poczucie humoru autora zdecydowanie jest bliskie mojemu poczuciu humoru i moich małych słuchaczy, którzy niejednokrotnie wybuchali salwami śmiechu. Jednak w tej części mieliśmy też sporo momentów, w których się wzruszyliśmy.
I to naprawdę. Smutne me dzieci były niekiedy, ale tak "pozytywnie smutne". Myślę, że zdecydowanie otworzyła im ta książka oczy na temat zaginięć psów, na to jak ludzie sami traktują te zwierzęta i na jaki nie raz los sami je skazują. I o to chodziło! Bo owszem mam wrażenie, że autor chce by jego młodzi czytelnicy dobrze się czytając bawili (racząc ich naprawdę dużą dawką dobrego humoru sytuacyjnego), to też zależy mu na tym na czym mnie zależy. By przez czytanie dzieci jednak czegoś się nauczyły, by uwrażliwiły się na pewne tematy, by czerpały z czytanych historii jak
najwięcej. Z pewnością mogę już napisać (po dwóch spotkaniach z autorem), że takie właśnie skutki ma czytanie o Elfie. U nas czytanie o Elfie miało jeszcze kilka innych skutków, na przykład obrażanie się na mnie, gdy czytać moim dzieciakom musiałam przestać - czas wyjścia na lekcje, skutkiem były też nieustanne rozmowy o Elfie, o psach w ogóle, skutkiem było też samodzielne sięganie po lekturę przez uczniów, którzy na nasze wspólne czytanie się spóźnili lub przyjść nie mogli - w celu nadrobienia zaległych treści. Najfajniejszym jednak skutkiem chyba było wspólne rysowanie portretów Elfa i przygód, które najbardziej dzieciakom w pamięci zostały. Zresztą sami możecie zobaczyć  kilka efektów.
Oj mieliśmy frajdę i czytając, i rysując.  I dalej mamy bo właśnie zaczęliśmy czytać następną książkę czyli "Elfa Wszechmogącego" - ba...czytany egzemplarz mamy podpisany przez samego autora, więc muszę (według dzieciaków) obchodzić się z nim z szacunkiem.
Cóż moi drodzy, nie pozostaje mi nic innego jak bardzo wysoko ocenić tę książeczkę, ja sama stawiam solidną piątkę, ale "sterroryzowana" (to nasze ulubione słowo po antyterrorystach, kto przeczyta książkę ten będzie wiedział o co chodzi) przez moich uczniów notę podnoszę, aż do ******6******. Obym częściej sterroryzowana w takiej sprawie bywała.


M. Pałasz, "Elfie, gdzie jesteś?!", Wyd. Skrzat, Kraków 2012, s. 232

poniedziałek, 18 listopada 2013

"Jedenaście godzin" Paullina Simons


Są autorki, których książki biorę w ciemno. Paullina Simons właśnie do nich należy. Wszystko co dotąd wyszło spod jej ręki i miałam okazję to przeczytać, było niezapomnianą przygodą z książką, która wciąga, fascynuje i nie pozostawia czytelnika obojętnym. Tak też było i tym razem.
Paullina Simons mnie nie zawiodła, choć fajerwerki wzbudziła troszkę słabsze niż zazwyczaj. Jednak były, a tego po książkach tej autorki zawsze się spodziewam.
Tym razem Simons poruszyła zupełnie inny temat niż zazwyczaj. "Jedenaście godzin" to jakby thriller, trzymający czytelnika w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Pełen strachu i silnych emocji. Wstrząsający, a zarazem tak jakoś dziwnie bliski czytelnikowi, że można wręcz uwierzyć, że to historia prawdziwa, w której sami bierzemy udział. Przez tytułowe jedenaście godzin "żyjemy" w napięciu, przeżywamy minuta po minucie opisane wydarzenia. I z minuty na minutę jest nam coraz trudniej. I ciężko, żeby tak nie było, gdy na naszych oczach rozgrywa się dramat.
Młoda kobieta - Didi Wood - będąca w zaawansowanej ciąży robi zakupy w centrum handlowym. Za chwilę ma spotkać się ze swoim mężem, potem wrócić do ciepłego domu, gdzie z nianią czekają na nią dwie córeczki. Wszystko ma być tak jak co dzień, Didi ma wieść dobre, poukładane życie. Jej plany może jedynie zmienić oczekiwany poród - ale przecież to pozytywna zmiana, zwłaszcza w dziewiątym miesiącu ciąży.
Czy aby na pewno tak będzie? Nie, tak na pewno nie będzie. Życie naszej bohaterki zostaje zakłócone przez zdesperowanego młodego człowieka, który porywa ją i zamierza wywieźć w jemu tylko znane miejsce, w jemu tylko znanym celu. W trakcie tych tytułowych jedenastu godzin uczestniczymy w dwóch akcjach. Razem z Didi i zdesperowanym porywaczem pędzimy przez kolejne stany USA, poznając motywy porywacza i wspomnienia Didi na temat jej życia. Niemal równocześnie uczestniczymy w pościgu zorganizowanym przez FBI i męża Didi. Wszystko to daje niesamowity obraz, ze strony na stronę coraz bardziej przeżywamy tę historię. Przeraża nas ona, ale i daję nadzieję na pozytywne zakończenie, którego pragniemy niemal tak szaleńczo jak Didi i jej mąż. I nie napiszę Wam czy je dostaniecie. Zresztą czym jest pozytywne zakończenie? Przecież innego możecie oczekiwać Wy, a innego może oczekiwałam ja? Sami się przekonajcie.
Ja przekonałam się, że autorka zdecydowanie zasługuje na miano mojej ulubionej autorki, mimo iż kilka scen mnie zirytowało, to wiem jedno: Paullina Simons nie tylko książki o miłości pisze takie, że zapierają dech w piersiach. Thrillery psychologiczne (bo taka nazwa mi się tu sama nasuwa) pisze może nie jak Jeffery Deaver, ale pisze tak, że ja je kupuję niemal w stu procentach. Trzyma w napięciu, budzi grozę, nie raz zaskakuje swojego czytelnika, ale dodatkowo ukazuje tak ludzką duszę, jej najciemniejsze zakątki, że moi drodzy czuję, że na pewno i w tym wydaniu nie pozostaniecie jej obojętni. Bo mam wrażenie, że jak się zacznie czytać jej książki, to niezależnie od poruszanej tematyki, nie można się od nich oderwać i ciągle chce się ich więcej.
Od "Jedenastu godzin" nie mogłam się oderwać dopóki nie przeczytałam do końca, a zegar wybijał późno nocne godziny i wybijał..., na szczęście rano nie musiałam się zrywać o świcie, tylko mogłam leżeć w łóżku i dalej o przeczytanej historii myśleć. Bo myśleć o niej długo nie przestałam. Niby akcja jak z amerykańskiego filmu, jednak tak jakoś dziwnie realna, że długo, długo...w moich myślach buszowała.
Wszystko to więc zasługuje na *****5*****. Byłoby i pewnie trochę wyżej, gdyby nie pewne momenty zbytnio irytujące, zbyt amerykańskie, ale ciężko się pewnie tego wyzbyć, będąc autorką z USA. Niemniej polecam gorąco, zarówno tym, którzy już z autorką się spotkali, jak i tym, którzy jeszcze tego nie zrobili. "Jedenaście godzin" to książka, której szybko nie zapomnicie i będziecie z pewnością polecać ją innym!

P. Simons, "Jedenaście godzin", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2013, s. 302

środa, 13 listopada 2013

"Zamek z piasku" Magdalena Witkiewicz

 
Łatwo o tej książce pisać mi nie jest. I nie dlatego, że jest zła, że nie dla mnie, że nie mam co o niej napisać.
Wręcz przeciwnie. To książka rewelacyjna (choć można się w kilu momentach do czegoś przyczepić, ale nie muszę tego robić), to książka totalnie dla mnie (jej główny temat znam na wylot - i o tym tyle, choć pewnie to właśnie na mój pozytywny odbiór książki wpłynęło najbardziej) i pisać mogłabym o niej bardzo wiele, bo tyle mam słów w głowie, które kołaczą we mnie po jej przeczytaniu, że aż ciężko je zebrać do jednego "wora".
"Zamek z piasku" przede wszystkim porusza. I nie ważne czy temat poruszany przez autorkę jest Wam bliski czy nie, porusza, bo temat ten jest tak realny, tak namacalny, że czytając o nim mamy jakąś dziwną pewność, że to bardzo realna historia, o której może kiedyś słyszeliśmy gdzieś, może ktoś z naszych znajomych bliższych czy dalszych, sam ją przeżywał lub ona zdarzyła tudzież może zdarzyć się nam samym. Zatem ustaliliśmy - "Zamek z piasku" porusza. Oprócz tego też wzrusza - nie ckliwością, nie tandetnymi chwytami rodem z melodramatów - nie, wzrusza znowu swą autentycznością, ale opisaną w taki sposób, że wzruszamy się przeżywając to co przeżywali bohaterzy tej historii. Co jeszcze? Zastanawia - powoduje, że zaczynamy się nad tematem myśleć, jak my byśmy się zachowali, jak byśmy to wszystko przeżyli? Zastanawiamy się nad wyborami naszych bohaterów, nad tym co nimi kieruje, ba pewnie zaczynamy je oceniać, choć ja od tego tym razem byłam daleka. I wiecie co jeszcze, "Zamek z piasku" też zaskakuje. Bo niby wiemy o czym jest ta książka, niby wiemy jak się skończy (i w sumie tak właśnie jak się spodziewałam skończyła), ale mamy w niej też kilka momentów zaskoczenia. Takiego pozytywnego.
Nie nastawiajcie się więc na książkę tylko o problemach z płodnością, o zdradach, o nieszczęściach. Bo to nie tylko o tym książka, choć owszem te tematy też tu znajdziemy. To książka przede wszystkim o uczuciach, uczuciach niełatwych, o zmaganiu się ze sobą, ze swoimi marzeniami, które nie zawsze można ot tak spełnić, o pokusach, które życie czasem nam serwuje w zupełnie nieodpowiednim momencie naszego życia. I wbrew pozorom nie dostajemy gotowych rozwiązań, gotowych recept - choć powierzchownie moglibyśmy tak to ocenić - raczej tak jak pisałam wyżej, autorka zmusza nas do zastanowienia się nad tym o czym pisze. A to, że pisze lekko i tak, że od lektury nie sposób się oderwać oceniam tylko na plus. Bo czyż nie chodzi właśnie o to byśmy od opisywanej historii nie mogli się oderwać bez poznania jej zakończenia?  Czyż nie o to chodzi byśmy żyli czytaną książką, przeżywali problemy naszych bohaterów i kibicowali ich szczęściu, niezależnie od tego czy właśnie takie dla nich rozwiązanie sobie wymarzyliśmy, jakie podarowała im autorka. Ja czytałam prawie całą noc, aż w końcu dotarłam do zakończenia, otarłam łzę, ściągnęłam okulary i zasnęłam...i wiecie co? Śniło mi się spełnienie mojego marzenia...może zatem to dobry znak? Może tak wczułam się w sytuacje z książki, że żyłam nią nadal, nawet we śnie, a może coś chce mi dać znać, że sama mam o co walczyć.
I pamiętajcie, nie zawsze wszystko jest czarne lub białe...
Cudowna książka, ciepła, taka ludzka można by rzec. Przede wszystkim mogę napisać, że bliska memu sercu bardzo, mam nadzieję, że i Wasze serca ogrzeje tym ciepłem i mądrością, która z niej płynie. Mądrością życiową wyczytaną pośród słów tak zebranych przez panią Magdalenę, że spokojnie mogę napisać że "Zamek z piasku" to jedna z lepszych i zapadających w pamięć książek, które przeczytałam w tym roku.
Stawiam mocną ******6******,  polecam nie tylko tym, których temat książki interesuje (nie bez powodu niewiele o nim napisałam), ale także tym, którzy chcą się wzruszyć, dać poruszyć i zadumać nad książką. Polecam wszystkim, którzy lubią czytać o życiu, o jego blaskach i cieniach, o tym, że nie zawsze jest tak jak chcemy, ale wiele w naszym życiu zależy do nas samych i tego czy się w walce o szczęście poddamy, czy będziemy umieli docenić to co mamy i w pewnym momencie przestać walczyć z wiatrakami, zatrzymać się i żyć życiem, które dał nam los. Ewentualnie ulepszać je, jednak akceptując to co niezależne od nas. Bo innego wyjścia po prostu czasem nie mamy.

M. Witkiewicz, "Zamek z piasku", Wyd. Filia, Poznań 2013, s. 280

czwartek, 7 listopada 2013

"Uśpienie" Marta Zaborowska


Uwielbiam zagadki kryminalne, uwielbiam książki kryminalne, uwielbiam, gdy te zagadki kryminalne w książce kryminalnej rozwiązuje kobieta detektyw. W "Uśpieniu" dostałam właśnie to co lubię. Świetną zagadkę kryminalną, a właściwie nie jedną zagadkę lecz kilka, prowadzących do jednego dosadnego rozwiązania, dosyć sporą dawkę napięcia, parę mrożących krew w żyłach scen
i dosyć dużo opisów współczesnego społeczeństwa.
Julia Krawiec - pani policjant, ze sporym doświadczeniem, ze spektakularnymi sukcesami w pracy
i niezbyt poukładanym życiem osobistym zostaje wezwana do prowadzenie sprawy kryminalnej.
Ze szpitala psychiatrycznego uciekł bowiem pacjent, który co gorsza już na wstępie podejrzany jest
o zabicie swojej lekarki z tegoż szpitala. Zbieg okoliczności czy splot niefortunnych zdarzeń? Czy po prostu morderstwo z zimną krwią? I jakie miałoby ono motywy? To główne pytania które stoją przed panią detektyw. Jednak nie jedyne, bo w miarę czytania liczba pytań się zwiększa, niby mamy coraz więcej faktów, ale coraz mnie wiemy. Niewyjaśnione zagadki zdają się piętrzyć, a dookoła pani detektyw i innych zamieszanych w śledztwo osób zaczyna zagęszczać się akcja. A tych osób pojawia się ze strony na stronę więcej i każda coś do treści wnosi. Czytając ma się wrażenie, jakby rozsupływało się poplątany motek włóczki. Rozwiązując supeł za supłem docieramy do nowych faktów, które albo nam jeszcze bardziej zagadkę splątują, albo przybliżają nas do rozwiązania. By na końcu dotrzeć do ostatniej nici z motka, ze świadomością, że wszystko się jakoś rozplątało, łącząc się w jedną zgrabną całość, już nie tak poplątaną jak na początku. Nie poplątaną, ale bardzo zaskakującą. Zresztą mamy masę zaskakujących momentów w "Uśpieniu", co tylko potęguje pozytywny odbiór książki. Jedyne co go umniejsza to kilka rozjeżdżających się szczegółów (w dwóch przypadkach znalazłam treści wykluczające się nawzajem, tak mi się o w oczy rzuciło, bo czytając kryminał dosyć skrupulatnie zbieram szczegóły - zawszę liczę na to, że poznam rozwiązanie przed przedstawieniem go w książce).
I jak dla mnie niepotrzebny był wątek córki Julii (jak przeczytacie będziecie wiedzieli o co chodzi), a nawet jeśli nie był niepotrzebny to był za słabo opisany, niezbyt wiarygodnie jak dla mnie. Cóż najwyraźniej nie może być wszystko w debiucie idealnie, grunt, że "Uśpienie" to bardzo dobry kryminał, pełen zagadek, zwrotów akcji, sekretów i tajemnic przeszłości. To kryminał, który czyta się rewelacyjnie, z prędkością światła, nie nudząc się lecz brnąc dalej w treść, by szybciej dojść do upragnionego wyjaśnienia. I tak jak pisałam wyżej - czytając kryminały liczę na to, że sama przed końcem książki dojdę do rozwiązania głównej zagadki - tym razem mi się to nie udało, choć owszem coś tam podejrzewałam, jednak zakończenie było dla mnie na tyle zaskakujące, że odłożyłam książkę z poczuciem, że autorka zrobiła kawał dobrej roboty - owszem z małymi niedociągnięciami, ale sama chciałabym umieć takie niedociągnięcia popełnić, by na końcu mieć efekt finalny w postaci takiej
książki. 
Stawiam *****5***** z minusem, za te małe niedociągnięcia, ale podziwiam za umiejętność wyprowadzania czytelnika w pole i naprowadzania go z powrotem dającego mu satysfakcje z czytania.To książka dla wszystkich, którzy chcą się dać wciągnąć w wir wydarzeń, tak by zakopując się pod kocem z książką zorientować się, że się cały dzień pod nim leżało i książka się właśnie skończyła. Ja tak miałam, no może jedynie robiłam sobie przerwy w czytaniu na uzupełnianie kubka gorącą herbatą.


Więcej o książce możecie dowiedzieć się tu: KLIK,  gdzie między innymi możecie posłuchać co sama autorka ma do powiedzenia o tym co stworzyła. Ja na przykład dowiedziałam się skąd tytuł "Uśpienie", który mi jakoś tak średnio pasował do tej książki - teraz już wiem dlaczego autorka tak ją zatytułowała.

M. Zaborowska, "Uśpienie", Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2013, s. 480


niedziela, 3 listopada 2013

Co nowego??? Czyli zapowiedzi miesiąca

Właśnie sama sobie zrobiłam krzywdę. Wiecie dlaczego? Otóż postanowiłam wprowadzić nowy cykl na bloga: "Co nowego??? Czyli zapowiedzi miesiąca". Chciałam podzielić się z Wami tym co wpadło mi w oko pośród nadchodzących premier, pokazać Wam na co czekam i niestety co chciałabym zobaczyć na swojej półce. I wszystko się mi wydawało takie milutkie, jak o tym myślałam. Jednak chyba nie do końca wiedziałam, że tak dużo chcieć będę. Zresztą zobaczcie sami.
Wybrałam dla Was (a właściwie też dla siebie) to co zainteresowało mnie najmocniej. Szukałam na stronach wydawnictw i w księgarniach internetowych - stamtąd też pochodzą wszystkie zdjęcia.
Sporo tego i nie wiem czy to listopad tak obfituje w premiery, czy jest tak zawsze, ale nie potrafiłam z pewnych pozycji zrezygnować. Och...gdyby je móc wszystkie mieć....
Się rozmarzyłam, ale co celu....
Zacznę od mojego ukochanego Wydawnictwa czyli na co czekam w Świecie Książki???
Oczywiście na nową Paullinę Simons, "Jedenaście godzin" zapowiada się szalenie interesująco! Kolejna książka z cyklu "Leniwa niedziela" tj. "Klub porcelanowej filiżanki" też mnie ciekawi. "Obietnica gwiezdnego pyłu" brzmi tak magicznie, że muszę ją mieć, by móc czytać przy choince (tak...wybiegłam w marzeniach już do świąt). "Ostatnie lato w Mayfair" zainteresowało mnie przez autorkę, której wcześniejsze książki już posiadam. Czuję, że może być ciekawie. Niestety to chyba nie wszystkie premiery listopada ze Świata Książki o których wiem - ich strona internetowa jest nadal w budowie i niestety nie dotarłam na przykład do tego czy seria "Granice zła" będzie kontynuowana. Nie mogłam Was też skierować na strony wydawnictwa byście mogli poczytać o tych książkach, stąd linki prowadzą do portalu lubimyczytac.pl

Czym zaś kusi mnie Wydawnictwo Literackie?
Tu się też niestety dużo dzieje."Szczypta smaku" - z sympatii do autorek i do chęci poznania nowych smaków. Do tego opis na stronie Wydawnictwa wydał mi się tak smakowity, że aż zgłodniałam.Kusi też najnowsza książka Doroty Sumińskiej "Historie, które napisało życie". Każda z tych historii ma źródło w rzeczywistości - więc dla mnie bomba.
"Kocham Paryż" przyciągnęło mą uwagę przez to, że mam (jeszcze nieprzeczytaną zresztą) wcześniejszą książkę autorki czyli "Kocham Nowy Jork". A Barbara O'Neal kusi mnie już od dawna - może tym razem skuszę się na jej książkę, zaczynając swą przygodę od "Sposobu na happy end" - prawda, że dobry tytuł?

Wydawnictwu ZNAK oczywiście też nie mogłam pozostać obojętna. Cztery pozycje, które tak kuszą, że mnie skręca ze złości, że przecież nie mam na to pieniędzy!
Mój ukochany Evans w "Zimowych snach" znowu obiecuje magiczną i romantyczną historię. Tak jak i zresztą pani Ficner-Ogonowska, którą lubi moja siostra, a ja obiecuję sobie w końcu się z nią poznać- literacko.
Może zatem "Szczęście w Cichą Noc" to odpowiedni do tego tytuł?
Nie wiem czy wiecie, że bardzo lubię program "Kuchenne rewolucje" i samą Magdę Gessler. "Smaczna Polska" na pewno kusi, czy kupię, pewnie niestety nie, ale warto zwrócić na nią uwagę.
Kolejna pozycja to moja czysta paskudna ciekawość, cóż tam Pani Tusk zdradziła nam o swoim życiu. "Między nami" na pewno zaraz będzie bestsellerem, choć ja nie do końca wierzę w takie książki, to nie ukrywam tym razem ciekawa jestem jej bardzo.

Co dalej? Czarna Owca kusi poradnikami Pia Melody.
"Toksyczna miłość. I jak się z niej uwolnić", "Toksyczne związki" oraz "Droga do bliskości" zapowiadają prawdziwą psychologiczną ucztę.
 A czym kusi Prószyński? "Rodzina Casteel" mnie zszokowała w zapowiedziach akurat tego Wydawnictwa, wcześniej autorkę wydawał Świat Książki, do tego w bardzo podobnej szacie graficznej.
Intryguje mnie cóż jeszcze V.C. Andrews mogła wymodzić, bo po sadze rodziny Dellangerów chyba nic mnie już nie może zaskoczyć.
Zaskakująco zapowiada się książka "Gdybyś mnie kochała". Początkowo nie zwróciłam na nią uwagi, bo stwierdziłam, że to pewnie kolejny romans, jednak... wczytałam się w opis na stronie wydawnictwa i jestem pewna, że muszę ją przeczytać. Tak samo mam zresztą "Lotem motyla" - moje must have! Cóż chyba już zauważyliście, że książki z Prószyńskiego często się u mnie pojawiają, bo mam wrażenie, jakby były pisane pode mnie. :)
 W zapowiedziach Wydawnictwa G+J zainteresowały mnie dwie książeczki - coś dla dzieciaków i dla mnie czyli "Kostka i Bruno" to jak głosi podtytuł na okładce - bajki wychowajki- genialne dla moich dzieciaków świetlicowych. I coś kompletnie nie dla nich, a totalnie dla mnie czyli psychologiczny thriller "Niewygodna prawda".  Sonia Draga zaś zainteresowała mnie przepięknymi okładkami. I nie tylko bo treść, która się za nimi kryje też wydaje się być dla mnie. "Posklejana rodzina" to książka jak najbardziej na czasie. Co do "Zakochania" to tutaj się nie sposób się oprzeć treści i okładce razem!

Mam jeszcze dla Was coś od MUZY, czyli "Blogerchef" to książka blogerów kulinarnych, którzy zdaje się wzięli udział w bardzo ciekawym projekcie. Zdecydowanie ciekawi! Marc Levy w "Przepowiedni" też kusi, ja mam do niego słabość, więc i Wam tę nowość polecam. A co powiecie na  "Pewnego dnia, w grudniu" - mnie opis  bardzo zaintrygował, choć nie do końca odkryłam kiedy będzie ta książka wydana (a może już była???).  Znacie "Szmaragdową tablicę"? Jeśli tak to na pewno zainteresuje Was kolejna książka autorki czyli "Wiedeńska gra"- to debiutancka powieść tej autorki, więc ja postanowiłam ją przeczytać najpierw. O ile oczywiście wpadnie w moje ręce.
Na sam koniec pokażę Wam jeszcze dwie perełki, które mnie ogromnie zaintrygowały. Coś co uwielbiam, czyli Nowy Jork. Tym razem w książkach od Wydawnictwa PWN i
Czarne. Prawda, że cudne????

Sporo tego. Mam jednak świadomość, że wszystkiego mieć nie mogę, ale może Wam coś dzięki mnie wpadnie w oko i podzielicie się wrażeniami po tym jak przeczytacie.
Napiszcie mi co zwróciło Waszą uwagę, na co ostrzycie pazurki??!  A może macie dla mnie jeszcze jakieś inne propozycje nowości? Chętnie o tym poczytam!

Podoba się Wam taki sposób przedstawiania nadchodzących nowości? Kontynuować w następnych miesiącach ten cykl?  Mnie samej się to zaczyna podobać, nawet jeśli nie kupię tych książek to zawsze będę wiedziała co w trawie piszczy i może dodam je na moją nigdyniekończącą się listę must have. :)
Pozdrawiam ciepło!

piątek, 1 listopada 2013

"Szare śniegi Syberii" Ruta Sepetys + kilka słów o spotkaniu z autorką

Są takie książki, których czytanie według mnie powinno być obowiązkowe! Jedną z nich są właśnie "Szare śniegi Syberii". Książka, która wpadła w moje ręce zupełnie przypadkiem, bowiem zostałam namówiona do jej przeczytania (dziękuję Sardegno) by móc uczestniczyć w spotkaniu z autorką tej książki, podczas Targów Książki w Krakowie. I pewnie nigdy bym na tę książkę nie zwróciła uwagi niestety, a patrząc teraz z perspektywy "po przeczytaniu" straciłabym wtedy bardzo dużo!
Bo po przeczytaniu "Szarych śniegów Syberii" i spotkaniu autorskim z Rutą Sepetys stwierdzam, że ta książka powinna być lekturą obowiązkową (a przynajmniej uzupełniającą) w gimnazjum lub liceum. Co nie oznacza, że to książka tylko dla młodzieży. Nie moi drodzy czytelnicy - to książka uniwersalna, myślę, że każdy, bez względu na swój wiek, odnajdzie w niej coś dla siebie, coś z niej będzie czerpał, coś w nim po przeczytaniu tej książki pozostanie.
W "Szarych śniegach Syberii" Ruta Sepetys przenosi nad do 1941 roku, na Litwę. Trwa II Wojna Światowa i chyba nic więcej nie muszę dodawać. Lina- główna bohaterka i jej rodzina zostaje wyrwana z dotychczasowego życia, NKWD zsyła ich do jednego z najcięższych obozów pracy na Syberii. I szczerze powiedziawszy brakuje mi słów by opisać wszystko inne o czym w tej książce przeczytałam, ba... chyba nie potrafię po prostu znaleźć słów do tego właściwych. Każda próba przybliżenia Wam treści tej książki wydaje mi się zbyt prosta, słowa, którymi chcę to opisać wydają się zbyt banalne. Myślę, że po prostu musicie sami przeczytać tę książkę by zrozumieć o co mi chodzi.
Łatwiej mi więc napisać o uczuciach, które podczas czytania tej książki mi towarzyszyły. A było ich dużo. I były intensywne. Do dziś, gdy patrzę na tę książkę to w gdzieś tam w środku mnie coś się zaciska, coś drży, a coś jeszcze innego powoduje, że mokną mi oczy. "Szare śniegi Syberii" poruszają, zmuszają do zastanowienia się nad tym co było, ale i nad tym co jest. Bo często narzekamy jak my to mamy źle, jak nam się nic nie układa, jakie to nasze życie podłe. Uwierzcie mi po przeczytaniu tej książki długo nie będziecie potrafili stwierdzić, że macie złe życie. I dobrze! Bo Lina i jej bliscy zamieniliby się pewnie z każdym z nas, nawet z tymi, którym wydaje się, że są w sytuacji najgorszej.
Bo chyba nikt z nas, współcześnie żyjących, nie potrafi sobie wyobrazić siebie w takich sytuacjach w jakich była bohaterka tej książki. Czy wyobrażacie sobie kilkutygodniową podróż w jednym pociągu z kilkudziesięcioma innymi ludźmi, w wagonie do przewożenia bydła - nie, my narzekamy podczas jazdy naszym współczesnym PKP, czy potrafilibyście sobie wyobrazić, że zjadacie dziennie niewielką kromkę chleba, na którą oczywiście musicie wcześniej zapracować? Jak? Kopiąc groby dla zabijanych przez NKWD niewinnych ludzi. Czy potrafcie wyobrazić sobie, że żyjecie w ciemności, w szałasie zbudowanym z drzewa wyrzuconego przez morze, a na zewnątrz temperatura jest grubo poniżej zera? Nie, bo my przecież narzekamy, że nam zimno, gdy musimy po prostu wyjść i wsiąść do samochodu. I jeszcze spróbujcie sobie wyobrazić to, że na co dzień musicie patrzeć na śmierć, na chorobę i nic z tym nie możecie zrobić. Do tego na Waszych oczach umierają Wasi bliscy, a żołnierze NKWD robią sobie z tego zabawę. I jak w takim świecie żyć, jak się nie poddać?
I wiecie co jest według mnie w tym wszystkim najgorsze? Że to nie fantastyka, że tak było naprawdę, owszem autorka nie opisuje konkretnych ludzi, miesza fikcję literacką z faktami, lecz każdy z nas wie, że te fakty historyczne się wydarzyły, że tak właśnie mogło wyglądać życie jakiejś nastolatki na Litwie, w 1941 roku. 
"Szare śniegi Syberii" każdy z nas może sobie interpretować inaczej, owszem mamy główny wątek, wiemy na podstawie jakich wydarzeń książka została napisana. Lecz tak ja wspomniała autorka na spotkaniu, każdy czytelnik może Wam powiedzieć o "Szarych śniegach Syberii" coś innego. Ja Wam dziś opowiedziałam o tym jak ja odebrałam tę książkę, Wy, uwierzcie mi, powinniście sami ją przeczytać i wyciągnąć z niej to co przemawia do Was najbardziej. I choć owszem język tej książki to może nie "Medaliony"Nalkowskiej, to mną wstrząsnęła całkiem podobnie. Na długo pozostanie w mojej pamięci, tak jak i spotkanie z jej autorką. Bo tego nie mogę pominąć opisując tę książkę.

Autorka- Ruta Sepetys z tłumaczką
Spotkanie odbyło się, jak wspomniałam już wyżej, podczas Krakowskich Targów Książki. Ruta Sepetys okazała się wspaniałą, ciepłą i serdeczną osobą
i uwierzcie mi nie piszę tego z grzeczności. Ja naprawdę, gdy wyszłam ze spotkania z nią byłam oczarowana. Aż mi szkoda było, że po pierwsze nie zabrałam swojej książki do podpisania (a jak pewnie jeszcze nie wiecie, średnio lubię podpisy autorów na moich egzemplarzach, no chyba, że tych, których bardzo lubię), po drugie szkoda mi było, że moja umiejętność mówienia w języku angielskim jest jaka jest, dzięki czemu nie miałam odwagi na rozmowę z autorką - choć chciałam jej zdać milion pytań, opowiedzieć o tym wszystkim co we mnie zostało po przeczytaniu jej książki (na szczęście i wielkie zdziwienie dla mnie, rozumiałam wszystko co autorka mówiła - zatem rozumiem, nie mówię). Do tego chciałabym wypytać ją o jej kolejne książki - ba postanowiłam przeczytać je wszystkie, pani Ruta właśnie w Ameryce promuje swoją kolejną powieść, a uczestnikom spotkania zdradziła, że piszę już następną (ba, o wydarzeniach związanych z Polską). Liczę na to, że Nasza Księgarnia wyda obie, bo jak nie to będę czytać w originale!
Myślę, że po przeczytaniu tego wszystkiego co dziś napisałam spodziewacie się jaką książce ocenę wystawiam. Zasłużone w pełni ******6******, oby więcej takich książek w moim czytelniczym życiu,oby więcej takich spotkań autorskich i oby więcej takich dobrych duszyczek, które mi takie książki wskażą. Ja mam nadzieję, że właśnie ją Wam wskazałam! Zatem wskakujcie pod ciepły koc, bo  końcu jesień, zapalcie świeczuszkę, zróbcie sobie kubek herbaty i przeżyjcie tę książkę. Docenicie, mam nadzieję, wtedy każdą sferę Waszego życia.

R. Sepetys, "Szare śniegi Syberii", Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s. 327