sobota, 28 września 2013

Nowe serie Świata Książki plus PS. :)


Kochani, jak pewnie już wiecie Wydawnictwo Świat Książki to jedno z moich ulubionych wydawnictw. Po pierwsze zawsze wydawali książki, które trafiały w moje czytelnicze gusta, po drugie ich książki były zawsze naprawdę solidnie wydane.
Książki te towarzyszyły mi prawie od zawsze, mam wrażenie, że moje pierwsze, bardziej świadome lektury, były właśnie spod tego wydawnictwa. Zresztą pamiętam, że miałam taki moment, że będąc w bibliotece szukałam książek właśnie z logiem ŚK, czując, że co by to nie było to ŚK raczej mogę brać w ciemno.
Kiedy jakiś czas temu blogosferę obiegła informacja, że dalsze losy Świata Książki wiszą na włosku, byłam bardzo zmartwiona. Nie wyobrażałam sobie swoich półek na książki bez nowości ŚK, nie wyobrażałam sobie, że nie będę mogła z niecierpliwością czekać na ich plany wydawnicze, polować na te książki z ich oferty, które mnie interesują itp.
Na szczęście nie muszę sobie tego już wyobrażać, bo jak pewnie też wiecie cała akcja zakończyła się pomyślnie i Świat Książki nadal istnieje na rynku wydawniczym. Hurra!
Co prawda trochę się tam pozmieniało, ale ja liczę na to, że są to zmiany na jeszcze lepsze.
Jedną ze zmian, tudzież po prostu nowości są nowe serie książek.



"Leniwa Niedziela" oraz "Granice zła" Obie serie zainteresowały mnie bardzo.
Zarówno seria obyczajowa, kierowana przede wszystkim do kobiet, choć nie do końca oparta na romansowych historiach, którą jest "Leniwa niedziela", jak i zupełnie odmienna seria "Granice zła"czyli mrożące krew w żyłach kryminały i thrillery.
Pięknie wydane - zwłaszcza seria obyczajowa, kuszące opisami na okładkach, znanymi nazwiskami autorów, ale i kuszące autorami debiutującymi, książki od razu zwróciły moją uwagę.
We wrześniu w serii "Leniwa niedziela" ukazały się trzy pozycje:
- Jojo Moyes "Zanim się pojawiłeś"
- Caroline Leavitt "Szczęście w Twoich oczach"
- Karolina Monkiewicz - Święcicka "Taniec z przeszłością"

Zaś w serii "Granice zła" ukazały się dwie pozycje:
- Hans Koppel "Ona już nie wróci"
- Christoper G. Moore "Ulice Bangkoku"

Każda z tych książek budzi moje ogromne nadzieje na rewelacyjną lekturę. Słyszeliście już o nich? A może ktoś z Was już je czytał? Ja sama nie wiem za którą zabrać się najpierw. Czuję, że dzięki obu seriom moja jesień będzie czytelniczo genialna. Rozumiecie więc dlaczego tak bardzo się cieszę, że Świat Książki przetrwał. Mam nadzieję, że i Was to cieszy, a po ich nowe książki będziecie sięgać z równie wielką radością jak ja to robić będę. Polecam Wam je gorąco, choć nie gwarantuję, że i Wam się będą podobać. Moich opinii oczekujcie niebawem. Mam nadzieję, że będą tylko pozytywne.

Ps. Tydzień temu byłam na Targach Książki w Katowicach, pewnie przeczytaliście o tym wydarzeniu sporo opinii, lepszych i tych gorszych. Ja samymi Targami zachwycona nie jestem, ale spotkaniami z blogerami zdecydowanie tak - choć strasznie mi szkoda, że nie udało mi się porozmawiać ze wszystkimi. Cóż...
Będzie okazja nadrobić! Pod koniec października Targi Książki w Krakowie i ... tradycyjnie już organizuję Po-targowe Spotkanie Blogerów. Mam nadzieję, że wzbudzi ono Wasze zainteresowanie- niebawem więcej szczegółów, ale już dziś zainteresowanych zapraszam, a tych niezainteresowanych zachęcam do uczestnictwa!
Pozdrawiam wszystkich ciepło i wracam do książki..., tylko jeszcze gorącą herbatkę sobie zrobię i powalczę ze snem, mam nadzieję, że na korzyść niespania- bo ostatnio spać mogłabym wszędzie i w każdej pozycji..., co martwi mnie niezmiernie, bo tyle książek mam ciekawych do czytania (jak widać na zdjęciach), a czasu tak mało. 



niedziela, 22 września 2013

"Trzy dziewczyny, trzy randki, trzy łóżka" Ewa Rajter


Doczytałam, bo jak może niektórzy ( Ci, którzy mojego FB nie lubią jeszcze lub tak w ogóle) nie wiedzą wahałam się mocno czy książkę doczytać do końca, po tym jak zostało mi jeszcze sto z trzystu stron czegoś co najwyraźniej kompletnie nie dla mnie jednak jest. Jednak doczytałam i przekonałam się, że tego typu książki nie dla mnie.
Jakiego typu? Typu erotycznego. Od razu zaznaczę, że ten typ sama sobie tak nazwałam.
Cóż...nie dla mnie Grey'e, Crossy i inne takie twory. To w sumie już wiedziałam. Dlaczego więc postanowiłam przeczytać książkę, która reklamowana jest jako prowokacyjna, erotyczna i niegrzeczna komedia? Właśnie przez słowo - komedia. Jakoś tak liczyłam na to, że te erotyczne wątki będą traktowane z humorem, te prowokacyjne momenty będą mnie zaskakiwały i może nawet momentami oburzały, ale coś wniosą do mego żywota. A niestety mimo iż było iście erotycznie, niby prowokacyjnie i niegrzecznie, to niestety nie wiem o czym tak naprawdę ta książka jest.
Mamy trzy dziewczyny- przyjaciółki, z Warszawy, singielki (ach, cóż za "cudna" nazwa), wyzwolone, spełniające się we współczesnych realiach wielkiego miasta. Są i tytułowe trzy randki - zasada, którą sobie owe przyjaciółki wymyślają. Otóż mogą do swojego łóżka (choć nie tylko łóżka, dziewczyny nie ograniczają się, a co!) jednego mężczyznę wpuścić tylko trzy razy. Potem, by się nie zakochać, nie wystawić na zranienie, nie dać uwiązać sidłom miłości czy czegokolwiek tam, muszą łóżkowego delikwenta spławić. Tudzież...podesłać przyjaciółce. Bo wymiana partnerami też w sumie wchodzi w grę. Tylko czy zawsze? Czy reguły wymyślone przez te wyzwolone panie zawsze się sprawdzają, czy są od nich wyjątki? Czy nasze bohaterki same mogą o wszystkim decydować?
Ewa Rajter chyba książką tą chciała udowodnić, że nie zawsze. Choć w sumie nie ukrywam, że średnio wiem co autorka przez tę książkę chciała przekazać. Niestety mam wrażenie, że "Trzy dziewczyny, trzy randki, trzy łóżka" to książka, która powstała na fali popularności książek erotycznych, a szkoda, bo ja osobiście mam powoli dosyć tego, że co druga książka właśnie seksem opływa. Owszem, takie książki istniały zawsze - harlequiny moi drodzy to nic innego niż to czym jesteśmy ostatnio masowo zasypywani. Tylko do czytania harlequinów niewiele osób jawnie się przyznaje (tak, ja czytałam, jako nastolatkę fascynowały mnie bardzo), a czytanie wspomnianych wyżej Greyów itp. jest powoli jakimś trendem.
Stąd pewnie i ta książka, co prawda pewnie z założenia mająca być czymś trochę ciekawszym, jednak uwierzcie mi niczego ciekawego do mojego życia nie wniosła. Bo ani się dobrze nie bawiłam czytając o tym jak tytułowe trzy dziewczyny traktują mężczyzn, jak traktują seks w ogóle, jak żyją i jak to biorą sprawy w swoje ręce, zamiast wzdychać i narażać się na rozczarowania. Może przez to, że niestety kompletnie nie identyfikuję się z wyznawanymi przez bohaterki zasadami, a może przez to, że wszystko to grubymi nićmi było według mnie szyte, a jakby tak człowiek mocniej szarpnął, to nici te puściłyby od razu. Jednak nie chciałabym, żeby współczesne kobiety były takie jak bohaterki tej książki. Owszem nie mam nic przeciwko wyzwoleniu, życiu na własną rękę, wyznawaniu swoich zasad, czy to dotyczących seksu, czy innych tematów często kontrowersyjnych, ale...
Ale bohaterki pani Rajter nie robią nic z czym chciałabym być kojarzona jako współczesna młoda kobieta, nota bene żyjąca w "wielkim mieście".
Nie skleiło mi się więc to wszystko w przynajmniej dobrą całość. Książkę odebrałam raczej smutno, a nastawiałam się na komedię. A między dialogami, które niby miały być fascynujące/szokujące, raczej widziałam samotność i smutek.
No i niestety wcale nie było tak jak z okładki zapowiadała to pani Anna Wendzikowska, że nie będę w stanie oderwać się od lektury. Oj, oderwać się od niej chciałam bardzo, więc czytałam przed snem, w łóżku, zasypiając po kilku stronach. I niestety nie miałam po niej nawet dobrych snów..., ani tych erotycznych....
Z ogromną przykrością stawiam **2**, bo książkę tę wydało jedno z moich ulubionych Wydawnictw. Cóż, muszę jednak ostrożniej wybierać to co biorę do czytania. Komedia w opisie nie zawsze komedią jest. A przynajmniej nie zawsze jest taką komedią jaką sobie wyobrażałam.

E. Rajter, "Trzy dziewczyny, trzy randki, trzy łóżka", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2013, s. 302

czwartek, 12 września 2013

"Siła strachu" Koethi Zan

Lubicie się bać? Co w ogóle Was przeraża? Co powoduje, że nie możecie spokojnie oddychać, głos Wam drży, jeśli nawet po prostu nie możecie wydobyć z siebie żadnego słowa? Co powoduje, że w wpadacie w panikę, histerię czy, jakkolwiek to zwał, stan okropny, paraliżujący?
Bohaterkę "Siły strachu" do takiego stanu doprowadzają wspomnienia. Wspomnienia okrutne, najgorsze chyba z możliwych. Wspomnienia trzech lat życia w zamkniętej piwnicy, na łasce sadysty.
Główna bohaterka - Sara- jako dwudziestolatka była więziona wraz z trzema innymi dziewczynami (w tym ze swoją przyjaciółką) przez niby normalnego człowieka, który teraz po dziesięciu latach od uwolnienia się Sary z tego koszmaru, ma wyjść na wolność.
Sara, która stara się wrócić do normalnego życia, po tych dziesięciu latach dostaje od swojego oprawcy (bo inaczej nazwać go nie można) listy, w których daje jej on jakby znaki mające doprowadzić ją do poznania jego motywów i ...tego co Sarze nie daje spokoju od wielu lat - odnalezienia ciała jej przyjaciółki.
Tak pokrótce można by opisać o czym jest ten thriller psychologiczny. Niby już czujecie czego możecie się spodziewać, prawda? Dziewczyna po okropnych przeżyciach musi stawić czoła kolejnym strasznym przeżyciom. Jednak moi drodzy, spokojnie, to dopiero początek, bo autorka Was jeszcze mocno zaskoczy. Owszem poruszany jest podstawowy wątek w tej książce, czyli dramat jaki przeżyła Sara i jej uwięzione towarzyszki, ale akcja się dopiero rozwija i dramat ten ma być jakby jej tłem. Bo zło nadal czyha i wywołuje paraliżujący strach. A nasza główna bohaterka znowu wpadnie w sidła zła, tylko czy tym razem sobie poradzi? Czy przezwycięży siłę strachu i doprowadzi do tego, czego od początku chciała?
"Siła strachu" nie raz Was zaskoczy, może nie dostaniecie tego czego się spodziewaliście na początku, po zakupieniu książki, przeczytaniu o niej różnych opinii, a może dostaniecie to czego oczekiwaliście. Nie wiem, każdy ponoć inaczej odbiera daną książkę, każdy ma inny poziom strachu...
Ja spodziewałam się, że czytając ją bardziej się będę bała. Nie bałam się tak bardzo, ale to wcale nie umniejszyło bardzo dobrego odbioru tej książki. Bardziej zainteresowały mnie ważne wątki, autorka na szczęście nie skupiła się tylko na przykład na opisywaniu drastycznych scen. Owszem jest dosyć mrocznie, mamy kilka momentów, w których czujemy napięcie, ale jakoś to wszystko jest dobrze wyważone i dzięki temu czytanie tego thrillera nie jest drogą przez mękę, lecz wciągającą przygodą.
Takie przygody to ja lubię, bo muszę się Wam przyznać ,że choć kocham thrillery to nie lubię się bać. Tak, wiem - paradoks. Tak już mam. Najwyraźniej lubię się bać tylko i wyłącznie czytając thrillery, oczywiście gdy poziom lęku nie odrzuca od przewracania kolejnych kartek czytanej książki.
Tak było tym razem stąd moja ocena dosyć wysoka, bo stawiam solidną *****5*****,podobało mi się w niej niemal wszystko, a tematyka poruszona przez autorkę należy do moich ulubionych - choć słowo "ulubiony" w tym kontekście nawet dla mnie brzmi dziwnie. Po prostu interesuje mnie ta tematyka i jeszcze, gdy jest tak ujęta jak w tej książce, to nic mi więcej nie potrzeba.
Zatem "Siłę strachu" polecam jak najbardziej, nawet na jesienne, długie wieczory...które przed nami.
Nawet ja, mimo iż za jesienią nie przepadam, czuję już jesienny nastrój.

K. Zan, "Siła strachu", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 344

piątek, 6 września 2013

"Zdobywam zamek" Dodie Smith


Zamek. Z czym się Wam kojarzy?
Mnie z księżniczkami, rycerzami, przepychem i bogactwem.
Tego moi drodzy w książce "Zdobywam zamek" nie ma.
Owszem jest zamek.Owszem są niby-księżniczki -Cassandra i jej siostra Rose, jest macocha - wcale nie wredna - Topaz, nowa żona ojca owych niby-księżniczek, jest i król- choć tutaj nie taki władczy, ojciec owych dziewczyn, który po tym jak napisał jedną bestsellerową książkę, pisać przestał i jakby to napisać...dziwaczeje? Mamy też dzielnych rycerzy. Tych upragnionych i tych, którzy jak zawsze muszą się pojawić by być odrzuconymi.
Na tym kończą się skojarzenia. W zamku, w którym mieszka autorka pamiętnika, którym jest "Zdobywam zamek" ostatnim o czym można pomyśleć to bogactwo i przepych. Rodzina Mortmainów klepie biedę, zamieszkując owszem w zamku, a raczej w jego ruinie, nie mogąc go odremontować (bo niby za co?) i nie mając żadnych widoków na jakiekolwiek zmiany w przyszłości.
Do czasu, aż w zamku pojawiają się dwaj mężczyźni. Amerykanie. Właściciele owego zamku. Którzy okazują się być nad wyraz mili, bogaci i zainteresowani rodziną Mortmainów, a nawet skorzy do pomocy. Przed oczami Cassandry i Rose zaczynają się rozpościerać wspaniałe widoki na przyszłość. Tylko jak to wszystko zdobyć? Jak zdobyć zamek? I tutaj zaczynają się schody. Bo owszem Rose przecież może według naszej uroczej Cassandry rozkochać w sobie jednego z Amerykanów. Tylko czy plany się powiodą? Bo jak mawiają - serce nie sługa, a los może splatać różne figle. Bo "Zdobywam zamek" to nie bajka, choć pisana w bajeczny sposób. Obok tych wszystkich ozdobień, obok tonu pamiętnika nastolatki, jakim niewątpliwie miał być "Zdobywam zamek", poruszone są bardzo trudne kwestie. Owszem widziane oczami nastolatki, ale przez to bardzo ciekawie ukazane.
Jednak to co najbardziej mi się podobało w tej książce to jej klimat. Miałam wrażenie, jakby przeniosła się do innego wieku, jakbym poznała nastoletnią Cassandrę i jej problemy, marzenia i aspiracje. Bo Cassandra moi drodzy aspiracje ma - chce pisać, co wyraża w swoim pamiętniku, który ma być jakby do pisania przygotowaniem. I naprawdę trafne jest tu skojarzenie z blogiem nastolatki z ery przedkomputerowej ( reklamujące ową książkę). Cassandra jak to przystało na pamiętnik zapisuje w nim wydarzenia ze swojej codzienności, skrupulatnie notując wszystko to co wydaje się jej ważne, ale też pozwala sobie na wyrażenie swoich opinii i nadziei. Pełno w nim przemyśleń, spostrzeżeń i wniosków wyciąganych z tego co nasza bohaterka przeżywa.
Stąd bierze się też pewnie ten niesamowity klimat, który czujemy już od pierwszych stron książki. Od pierwszych stron się uśmiechamy (bo czyż zdanie "Piszę, siedząc na kuchennym zlewie" nie zapowiada czegoś intrygująco wesołego?), odkrywając ogromne poczucie humoru narratorki, świetne spostrzeżenia i to przeobrażanie się z "rozmyślnie naiwnej" nastolatki w całkiem rozsądną młodą kobietę.
Pewnie jak wiele osób, które przeczytało tę książkę jestem pod jej sporym wrażeniem. Z nostalgią myślę o tych książkach do których nawiązuje (czy to przez sposób pisania czy przez wydarzenia w niej przedstawiane) i odkryłam, że tęsknie za taką literaturą, za takim językiem, za tym klimatem rodem z innej epoki.
"Zdobywam zamek" to klasyka literatury angielskiej, mam nadzieję, że w Polsce wzbudzi też spore zainteresowanie, nie tylko tych osób, które takie klimaty lubią, ale też choćby nawet nastolatek, które mogłyby się oderwać od komputera i rozsmakować w czymś zupełnie innym, niż to co im się serwuje na co dzień. Przeciekawie się  tę książkę czytało podczas podróży w autobusie, gdzie otoczona byłam właśnie młodzieżą, takie zderzenie nastoletniej Cassandry z nastoletnimi dziewczynami wiszącymi na komórkach i tabletach, uwierzcie mi, dało mi dużo do myślenia. 
"Zdobywam zamek" w mojej prywatnej ocenie zasłużył na *****5*****. Spróbuję zachęcić pewną nastolatkę do przeczytania go, bo jestem tak bardzo ciekawa jej opinii o nim, że aż mnie trzęsie.

D. Smith, "Zdobywam zamek", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2013, s. 351