środa, 31 lipca 2013

"Szamanka na szpilkach" Anna Hunt


"Szamanka na szpilkach" rozczarowała mnie całkowicie. Dawno już tak nie miałam, żeby nie znaleźć choć paru dobrych słów na temat przeczytanej książki. Tym razem nie dość, że dobrych słów nie mam, to na usta cisną mi się raczej same złe.
Zaczęłam ją czytać w trakcie podróży do Pragi (skończyłam w hotelu, zmuszając się do tego okropnie), nie cierpię jeździć busami więc musiałam zająć czymś swoją głowę. Stwierdziłam, że ta książka będzie na podróż idealna, w końcu sama jest o podróży, o odnajdywaniu siebie w podróży właśnie i zmianach jakie ta podróż w życiu głównej bohaterki przynosi.
I tu się zaczynają schody moi mili, bo właśnie głównej bohaterki znieść  nie mogłam! Jeszcze na samym początku wydawało mi się, że jest całkiem ok. Młoda, odnosząca sukcesy dziennikarka,
z odnoszącym jeszcze większe sukcesy chłopakiem, mieszkająca w Londynie, raczej nie biedna, zaczyna czuć potrzebę zmiany. Jeszcze nie wie jakiej zmiany, lecz czuje ją ewidentnie.
Postanawia udać się w podróż. Nie taką all inclusive, z leżakami na plaży i drinkami z palemką.
Nie, Anna - bo takie imię nosi główna bohaterka, wymęczona luksusem, postanawia wybrać się do Peru, z daleka od cywilizacji, ba, postanawia wziąć udział w szamańskich warsztatach.
I niby nic dziwnego, przecież każdy ma prawo zapragnąć zmian, wybrać się w totalną głuszę, by odnaleźć to co nas uszczęśliwi. Co mnie w tym więc dziwi, tudzież drażni? Podejście Anny. Bo jak na początku pisałam, że istniała szansa, że ją polubię, to ze strony na stronę Anna przyprawiała mnie o mdłości. Dlaczego?
Po prostu czytając o Annie, miałam wrażenie, jakby była przeźroczysta. Jakby jej w niej nie było. Wyprana z charakteru, enigmatyczna i nudna do granic możliwości. Przez większość książki sama nie wie czego chce, niby coś robi, ale właściwie nie wiem dlaczego to robi. Do tego szaleńczo wpatrzona w swojego mistrza szamanizmu - zachowuje się wręcz jak nastoletnia (nie obrażając nastolatek, takie ich w tym wieku prawo) dziewczyna, szalejąca na punkcie starszego od niej o cztery lata kolegi. Wszystko to było tak dziwne, że nie potrafiłam wczuć się w nastrój opowiadanej historii i poczuć jej klimat - bo niewątpliwie tego oczekiwałam.
Klimatu. Pełną parą. Bo przecież to książka o Peru, o egzotyce, o tajemniczych szamańskich obrzędach. Wydawało mi się, że będzie to też książka o emocjach, o których czytanie będzie wywoływało emocje w czytelniku. Nie, emocji we mnie, jak i w bohaterce nie było żadnych.
A nawet jeśli się pojawiły to były jakieś takie nieadekwatne. Dziwna ta książka. Poruszająca taki ciekawy temat, lecz nie wyczerpująca go chociażby w trzydziestu procentach.
Denerwowało mnie zatem podejście bohaterki, denerwowała mnie nie raz absurdalność sytuacji, denerwowało mnie więc samo czytanie. A tego nie lubię! Nie lubię jak czytając same złe słowa mi się na usta cisną..., jak mam ochotę książkę/czytnik porzucić. Jak mam ochotę czytając krzyczeć z angielska "NOOOO!".
A jak czegoś nie lubię to oceniam to na *1* i nie polecam. Rozczarowałam się bardzo, wcale nie dlatego, że oczekiwałam po tej książce czegoś świetnego. Oczekiwałam po prostu lektury, która mnie wciągnie, która zainteresuje mnie krajem w którym toczy się akcja lub chociażby opisywanymi szamańskimi rytuałami. Nie zainteresowała mnie niczym, no może oprócz tego, że czytając ją na czytniku najbardziej byłam zainteresowana tym kiedy osiągnę 100%, czyli kiedy ją skończę.
 A koniec...też rozczarował, bo taki przewidywalny był.

A. Hunt, "Szamanka na szpilkach", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 488

wtorek, 30 lipca 2013

Doradźcie, proszę!

Chodzi mi po głowie ostatnio zmiana. Zmiana nazwy bloga. Nie drastyczna, minimalna wręcz.
Z achy ochy z książką zrobiłabym achy ochy nad książką, jakoś tak składniej mi to wygląda i brzmi. Doradźcie bo się głowię i głowię...
Zmienić? Zostawić? 

I jeszcze jedno pytanie, o czym wolicie przeczytać na blogu najpierw, o moim rozczarowaniu ogromnym książką "Szamanka na szpilkach" czy ogromnym zachwycie książką "Upalne lato Kaliny"? 

Na koniec zachęcam Was jeszcze do obserwowania mojego bloga na różnych platformach tj. Na blogerze (standard), na bloglovin i na google+, ba nawet na facebooku. Odpowiednie gadżety znajdziecie w pasku bocznym. Klikajcie. Każdy nowy obserwator to moja duża radość, zatem witam ciepło nowe osoby, a te które są już ze mną od dawna mocno sciskam. 

Czekam zatem na Wasze odpowiedzi na zadane przeze mnie dziś pytania! Liczę na Was! 

poniedziałek, 29 lipca 2013

"W poszukiwaniu siebie" Ewelina Kłoda


Swego czasu pytanie czy pojawi się ta książka tj. dalsze losy Izy z książki "Niezapominajki" było najczęstszym hasłem dzięki któremu ludzie trafiali na mojego bloga. Ja wiedziałam tylko, że książka ma powstać, ale kompletnie nie miałam pojęcia kiedy to się stanie. Ba, szczerze powiedziawszy niestety przeoczyłam premierę "W poszukiwaniu siebie", która miała miejsce w maju tego roku.
O wydaniu drugiej części "Niezapominajek" dowiedziałam się dopiero w lipcu i od razu ją zakupiłam - na prezent! Dla pewnej osóbki, której "Niezapominajki" przypadły do gustu bardzo i która sama ciągle pytała mnie kiedy będzie druga część.
Prezent ów udało mi się też przeczytać. I dziś Wam napiszę co ja o dalszych losach Izy myślę.
Ta część nadal ma formę pamiętnika pisanego przez Izę i jest opisem dalszych losów Izy i jej bliskich.
Iza jest już o cztery lata starsza, studiuje, pracuje, mieszka z przyjaciółmi i ma wpatrzonego w nią chłopaka. Można by rzec, że życie Izy w końcu się ułożyło. Wszystko zdaje się być na swoim miejscu. Jednak coś ten ład psuje. List z przeszłości. Przeszłości matki Izy.
List, który burzy spokój dziewczyny, zmusza ją do rozliczenia się z przeszłością i odnalezienia się w teraźniejszości. Po to by w końcu Iza zaczęła zupełnie inaczej patrzeć na swoją przyszłość.
Tak pokrótce, bez wyjawiani zbyt wielu szczegółów można by opisać treść tej części. Oczywiście w opisach Izy spotykamy nadal starych bohaterów książki, ale też pojawia się masę nowych osób, które w jakiś sposób na życie Izy wpływają.
Przed Izą trudne decyzje, niezbyt ciekawe sytuacje i sporo zmian. Iza musi zastanowić się nad swoim życiem,nad sobą samą i swoim stosunkiem do wielu spraw. Mamy tu więcej wydarzeń, jest trochę dramatu, mamy też całkiem sporą dawkę napięcia. Ewelina Kłoda w tej części porusza też wiele trudniejszych tematów. Ma się wrażenie, że z Izą "wydoroślała" też książka, bo przecież starsza Iza ma już starsze problemy, ale i wnioski z nich wynikające.
Jaka jest zatem Iza teraz? Czy zmieniłam do niej swój stosunek od czasu "Niezapominajek" ( moją opinie o "Niezapominajkach" możecie przeczytać TU) ?
Myślę, że Iza dorosła, dojrzała. Choć nie zdarzyło się to od razu na początku książki, ze strony na stronę mamy się tu bowiem przekonać o tym jaką drogę nasza bohaterka przebyła w tytułowym poszukiwaniu siebie. Nie ukrywam, że nadal pewne opinie i przekonania Izy mnie drażniły, niektóre śmieszyły. Jednak coraz częściej odnajdywałam w niej więcej cech które mnie do niej zbliżały, coraz mocniej się do niej przekonywałam. Może to przez to, że Iza już nie jest w książce nastolatką, choć jeszcze nadal nie jest na tym etapie życie na którym ja jestem.
Niemniej cieszę się, że poznałam dalsze losy bohaterki owego pamiętnika i przyznam się Wam, że chętnie przeczytałabym o niej kolejną książkę. Może pani Ewelina opisze jak wygląda życie swojej bohaterki w kolejnych etapach? Mam taką nadzieję.




Mam też nadzieję, że "W poszukiwaniu siebie" przypadnie do gustu osobie, którą książką tą obdaruję. Olu - w sobotę książka do Ciebie przyjedzie! Mam nadzieję, że ocenisz ją zdecydowanie wyżej niż ja. Czuję, że Ci się spodoba.

U mnie książka dostaje ****4****, choć to naprawdę solidna czwórka. To książka idealna na letnie wojaże - mnie towarzyszyła w wakacyjnym wyjeździe, czytałam ją podczas jazdy samochodem do celu wyprawy, podczas obiadów..., kolacji, śniadań..., w hotelu zamiast spania...no prawie wszędzie, szkoda, że nie dało się jej jeszcze czytać podczas chodzenia po górach - cóż...byłoby to zbyt niebezpieczne.


E. Kłoda, "W poszukiwaniu siebie", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2013, s. 511

niedziela, 28 lipca 2013

"Posyłam wieżę Eiffla" Herbert - Brzękowski

Wróciłam z wojaży. Było świetnie! Choć nie obyło się bez przygód. Na szczęście więcej było tych pozytywnych, więc o negatywnych cicho sza.
Oczywiście wypoczynek sprzyjał czytaniu. Udało mi się przeczytać trzy książki ("Niezapominajki", "Szamanka na szpilkach" oraz "Upalne lato Kaliny" właśnie skończone), zatem spodziewajcie się kilku postów w najbliższym czasie. Udało mi się także przeczytać coś o czym chciałam Wam dzisiaj napisać.

Listy. Lubię.
Herbert. Lubię.
Zatem zainteresowałam się bardzo najnowszym numerem miesięcznika ZNAK  gdzie została opublikowana nieznana dotąd korespondencja Zbigniewa Herberta. Z Janem Brzękowskim - polskim poetą, który w latach 20-tych z Polski wyemigrował i na emigracji pozostał aż do swojej śmierci.
Korespondencja ta dotyczyła w szczególności odczuć Herberta odnośnie emigracji. Korespondencja ta bowiem rozpoczęła się, gdy sam Herbert udał się na stypendium ZLP. Trwała zaś z przerwami przez kilkadziesiąt lat.
Listy te są więc jakby po trochę dokumentacją wyjazdu poety do Paryża, gdzie przebywał on niespełna rok. Są też obrazem tego jak Herbert postrzegał poezję swoją i innych twórców. Wymienia się z Brzękowskim opiniami na temat jego poezji, opisuje jak tworzył swoje utwory, jak zostawały one odbierane, dzieli się swoimi opiniami na proces tworzenia w ogóle.
Listy te to też jakby opis ówczesnych czasów w jakich poetom owym przyszło żyć i tworzyć. Cenzura, naciski, niechęć do autorów przebywających na emigracji.
Wkradają się w te listy zupełnie prywatne informacje, poeci początkowo piszący do siebie dosyć formalnie, z listu na list zbliżają się do siebie, ich relacje się ocieplają i zaczynają oni pisać sobie o bardziej prywatnych sprawach.
Cóż więcej mogę Wam jeszcze o owych 25 listach napisać? Nic więcej nie napiszę, jeśli interesujecie się Herbertem, jeśli jego utwory były i są bliskie waszemu sercu, to kolejne listy ukazujące sprawek duszy autora przeczytajcie. Poznacie bowiem może taką stronę jego twórczości jakiej nie znacie.


A w samym wakacyjnym miesięczniku ZNAK możecie przeczytać też na przykład rewelacyjny wywiad z Ryszardem Horowitzem, który mnie akurat w tym numerze zainteresował najbardziej.

 Na koniec chciałabym was serdecznie pozdrowić i zapytać jak Wam mijają te upalne dni? Czytacie coś? Może jakąś ochładzającą lekturę mi polecicie???



sobota, 20 lipca 2013

liebster blog

Kochani, aby przełamać ciszę na blogu, która niestety zapowiada się prawdopodobnie i na kolejny tydzień postanowiłam odpowiedzieć na nominację do Libster Blog. Zostałam nominowana przez Agnes z bloga: http://recenzentki-ksiazkowe.blogspot.com/2013/07/kolejna-nominacja.html


To moja pierwsza nominacja. Dziękuję Agnes i odpowiem na pytania. Niestety nie do końca spełnię wymagania nominacji, ponieważ sama nie nominuję nikogo i niestety z braku czasu też sama nie ułożę owych 11 pytań. Jednak tak przed wyjazdem wakacyjnym odpowiem na pytania ułożone dla mnie. Dzięki temu będziecie mogli mnie lepiej poznać. :) A i nuda na blogu na chwilę zostanie przerwana. Jednak obiecuję, za tydzień wracam z opiniami - na urlopie mam zamiar czytać, czytać, czytać....no i chodzić po górach...więc będę miała o czym pisać wkrótce! 
A teraz pora na odpowiedzi: 

1. Otwórz najbliżej leżącą książkę na 13 stronie i napisz pierwsze trzy zdania.
 "Spotkajmy się w knajpie - zaproponował. -Jutro o dziesiątej? Naprzeciwko Aneksu.  ("Chemia łez")

2. Ktoś Ci powiedział, że w trakcie podróży trafisz na bezludną wyspę… Jaką książkę weźmiesz ze sobą, jeśli możesz wybrać tylko jedną?
Pewnie zabrałabym czytnik Kindle, bo tam mogłabym zachomikować więcej książek. A z papierowych to pewnie zabrałabym encyklopedię PWN - ileż tam haseł do poznania,ileż wiedzy można nabyć ;) ileż stron do przeczytania. Jako trzylatka uczyłam się na encyklopedii czytać i ponoć nigdy mi się to nie nudziło. 

3. Ile miałaś/eś lat, kiedy pokochałaś/eś czytanie książek?
Pewnie właśnie rzeczone trzy, a tak serio to myślę, że czytanie pokochałam tak około 10 roku życia, biegając do biblioteki po kolejne części Ani z Zielonego Wzgórza i książek Małgorzaty Musierowicz. 
 
4. Czy masz swoją ulubioną ekranizację? Podaj tytuł.
Z ekranizacjami to mam problem. Raczej jestem często na nie. Natomiast ostatnio zachwyciła mnie ekranizacja książki "Delikatność". 

5. Masz w domu zwierzęta? Jak się wabią?
Niestety nie mam. 

6. Czy któreś z Twoich marzeń się spełniło?
Oj masę moich marzeń się spełniło! Po to się żyje - by spełniać marzenia swoje i innych. 
 
7. Jakiej piosenki teraz słuchasz? (w zaokrągleniu do tygodnia)
Ostatnio mam fazę na "Get Lucky" Daft Punk, zresztą cała ich płyta u mnie gra non stop. 
 
8. Która książka Cię najbardziej zaskoczyła, do tego stopnia, że na głos wypowiedziałaś/eś lub wykrzyknęłaś/ąłeś swoje zdanie na jej temat?
Sporo takich książek jest. Często "mówię do książek". Najbardziej kojarzy mi się jednak "Pokój" E. Donoghue. 

9. Opisz siebie w trzech słowach.
Się nie da. :)

10. Czy często utożsamiasz się z bohaterami książek?
Mam coś takiego, że gdy czytam książkę to często bohaterów z książki przyrównuję sobie do moich realnych znajomych, rodziny itp. I gdzieś wśród nich siebie odnajduję też. Zatem: często! 
 
11. Jesteś w obcym mieście… Gdzie najpierw wejdziesz – do biblioteki czy księgarni?
Do księgarni, w bibliotece w związku  tym, że nie jestem zameldowana w tym mieście i tak mi nic nie wypożyczą. Tak przynajmniej miałam parę lat temu w Krakowie. 

To by było na tyle. Dziękuję za nominację. Wszystkich czytających serdecznie pozdrawiam, witam nowe osoby, bo trochę się ich nazbierało! No i obiecuję masę postów po moim powrocie. 
Trzymajcie się ciepło!

niedziela, 14 lipca 2013

"Upalne lato Marianny" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

"Upalne lato Marianny" to książka dzięki której przenosimy się w czasie. Owszem za oknem czytając miałam upalny lipiec, tak jak w książce, lecz nic poza tym nie przypominało mi współczesnego świata. No może poza tym, że główna bohaterka tak jak i współczesne osiemnastolatki marzy o miłości, wolności, dorosłości. Choć w chyba zupełnie innym znaczeniu niż współczesne dziewczyny.
Mamy 1939 rok, lato, wakacje. To ostatnie lato Marianny przed rozpoczęciem studiów w Warszawie. Studiów prawniczych. Czyż to już nie mówi nam wiele o naszej bohaterce? W tamtych czasach kobiety raczej nie zostawały prawnikami, raczej były żonami swoich mężów, opiekowały się dziećmi i domem. Mariannie to zupełnie nie pasuje. Nie zgadza się ona z zasadami panującymi w ówczesnym świecie, dla siebie wyobraża sobie zupełnie inną przyszłość. Do tego marzy o wyjeździe z rodzinnego Kamieńczyka, prowadzeniu ciekawego i barwnego życia, może nawet u czyjegoś boku. Ba, wyobrażenie wymarzonego mężczyzny też już gdzieś tam w niej kiełkuje. Gdy taki mężczyzna pojawia się w Kamieńczyku, świat Marianny nabiera barw, a ona w końcu zaczyna odkrywać czym jest dorosłość i kobiecość. 
Lecz oprócz tych trochę niby trywialnych wątków (bo sami przyznajcie czy gdy przeczytaliście moje słowa, tak nie pomyśleliście?) to też, a może nawet przede wszystkim, książka o tamtych czasach, o życiu w obliczu nadchodzącej wojny, o silnych kobietach, o tym jakie tak naprawdę były. Masę tu bowiem emocji, dobrych pobocznych historii, które dotyczą kobiet, masę tu też prawd, które o dziwo do dziś są aktualne. 
Autorka wszystko opisała w tak sugestywny sposób, że naprawdę miałam wrażenie, że przeniosłam się do innej epoki, lecz czytam o uniwersalnych tematach, owszem może dziś do nich podchodzimy zdecydowanie liberalniej, lecz były, są i bedą targały nami zawsze. Czyż każdy z nas w pewnym momencie swojego życia nie chciał dotknąć tabu, przeżyć tego czego mu, nie tyle zabraniano, lecz czego jeszcze wtedy nie rozumiał. Czy po prostu zapomnieliśmy jak bardzo chcieliśmy być dorośli, jak bardzo chcieliśmy przeżyć szaloną miłość, delektować się wolnością? I czy nasze wyobrażenia o tym nieraz nie rozbiły się w drobny mak, a rzeczywistość okazała się boleśniejsza? 
Marianna w trakcie tego tytułowego upalnego lata musi dorosnąć, zmierzyć się z rzeczywistością, zupełnie inaczej sobie przez nią wyobrażaną. I choć początkowo wszystko wydaje się kolorowe, to w miarę poznawania losów Marianny zaczynamy widzieć jak wyobrażane sobie przez nią kolory, zaczynają blaknąć. 
"Upalne lato Marianny" to książka bardziej smutna niż wesoła, choć najbardziej kojarzy mi się z nią słowo - nostalgiczna. Bo oprócz tego, że sposób pisania autorki, przenosi nas jakby do innej epoki, to jeszcze wprawia nas w zadumanie, zmusza do zatrzymania nad tekstem i przemyślenia losów Marianny i jej postępowania. Gdzieś tam potem snuje się w nas nostalgicznie, tęskno nam do czegoś, coś w nas zostaje...
Ja raz w upale, raz przy akompaniamencie letniego deszczu rozsmakowywałam się w niej niezmiernie..., tak, że przywoływać będzie już tylko same dobre wspomnienia.

Pani Katarzyna Zyskowska-Ignaciak urzekła mnie tą książką, na ******6******, nieraz się czytając ją wzruszyłam, zdarzyło mi się też nad nią roześmiać, ba, momentami się nawet denerwowałam (a to przez sama Mariannę, a to przez pewne wydarzenia). I choć momentami nie do końca Mariannę akceptowałam, to książkę o niej - akceptuję w pełni. Chętnie sięgnę po drugi tom,"Upalne lato Kaliny" który już za parę dni ma być dostępny w księgarniach. Pewnie kupię go dopiero w sierpniu (w tym miesiącu budżet na książki przekroczony), ale mam nadzieję, że będzie nadal tak upalnie.
Tak dobrze, a nawet dobrze bardzo! 
Dodać jeszcze na koniec muszę, że niezmiernie podobał mi się też sposób wydania książki: twarda oprawa- a książka wcale nie była ciężka, do tego wcale jakoś przez twardą oprawę droższa nie była, bo przecież za 34,90 kupuję też książki w oprawie miękkiej. I to na jakim papierze została wydrukowania tez przypadło mi do gustu- nawet dzięki temu miałam wrażenie, że czytam książkę sprzed lat...
A okładka? Klimatyczna, tak jak i zreszta treść która się za nią kryje. Naprawdę jestem jak widać zachwycona! 

K. Zyskowska-Ignaciak, "Upalne lato Marianny", Wyd. MG, Warszawa 2012, s. 255


poniedziałek, 8 lipca 2013

Nabytki

                                                         
Trzy najnowsze nabytki, od którego zacząć czytanie????

"Z innej bajki" Jodi Picoult, Samantha Van Leer


Dacie wiarę, że to moja pierwsza książka Jodi Picoult? Owszem mam kilka w domu w wersji papierowej i e-booków, ale jakoś mnie do nich dziwnie nie ciągnęło.  Dziwne, prawda? Dziwne tym bardziej, że zaczęłam przygodę z autorką od "Z innej bajki". A to ponoć książka w jej dorobku, kompletnie z innej bajki.
Nazwisko Jodi Picoult zna chyba każdy, spora liczba czytelników choć raz zetknęła się choćby z rezenzją książki tej autorki. Kim zatem jest Samantha van Leer? Owej sławnej autorki córką.
O tym dowiadujemy się już na wstępie. Autorka wyjaśnia nam czemu w ogóle ta książka powstała. Otóż jak to czasem bywa, a nawet często, dziecko przejawia talenty, które wcześniej posiadali/posiadają jego rodzice. Tak jest też w przypadku Samanthy, według Jodi jej córka od zawsze "tworzyła" opowieści, tę postanowiła stworzyć razem z matką.
Jodi razem z córka napisały bajkę. To bajka przede wszystkim dla młodzieży, ale myślę, że dorosły też może się nią zainteresować. Choć dorosłemu czytelnikowi może też w niej wiele rzeczy nie pasować. Ja ciągle się waham czy bardziej książka mi się podobała czy bardziej drażniła. Z jednej strony od razu się w nią wciagnęłam, czytało mi się nad wyraz przyjemnie, momentami mocno wczuwałam się w klimat książki, niektóre opisy podobały mi się tak bardzo, że miałam ochotę sobie je przepisywać. Jednak im dalej w las, tym bardziej książka mnie zdawała się drażnić. A to akcja się zaczynała rozwlekać, a to pewne sceny były tak trywialne, że aż mdliło, a to poziom absurdu był nie do przyjęcia. I tak z bieguna na biegun przechodzilam, raz byłam zachwycona, raz zła, że ją czytam.
Zwłaszcza nie podobały mi się rozdziały końcowe. Gdzieś tam, po naprawdę dobrym początku uroilam sobie w głowie, że koniec to powali mnie pewnie na kolana. Cóż nie powalił, choć fakt bardzo źle też nie było.
O czym jest więc powieść, której nie potrafię chyba jednoznacznie ocenić? O miłości, takiej dla nastolatek, o samotności, której i nastolatki mogą doświadczyć, o realizowaniu marzeń, o dążeniu do szczęścia....
Piętnastoletnia Delilah średnio odnajduje się w otaczającej ją rzeczywistości, raczej ucieka z niej do książek, które powodują, że choć na chwilę przenosi się do świata, gdzie może nie wszystko jest idealne, ale zawsze ma happy end. Czytuje zwłaszcza jedną książkę. Niby nic nienormalnego. Do czasu, aż główny bohater książki zaczyna do niej mówić, mało tego: namawiać ją by Delilah
pomogła mu uwolnić się z owej książki. I przy tym uwalnianiu zaczęłam się momentami lekko irytować. Jednak nic więcej jak zawsze napisać Wam nie mogę. Sami musicie ocenić czy autorka spisała się na tyle, że spokojnie polecilibyście czytanie tej książki komuś innemu.
Ja mam zamiar przetestować ją jeszcze na pewnej nastolatce, choć boję się, że może ją odrzucić od razu..., a może mnie zaskoczy i zachwyci się tak jakby tego oczekiwała autorka. Zobaczymy. Ja oceniam całość na ****4****. Dało się przeczytać, lecz wielkiego happy endu czytelniczego nie było. Ot, opowiastka, z naprawdę sporym potencjałem do wykorzystania, lecz wykorzystanym tak raczej średnio.

Spory potencjał widzę zaś ostatnio w moim nowym nabytku, na którym czytałam "Z innej bajki", mam ipada i ten tekst pisałam (dosyć jeszcze nieudolnie) na nim, więc wybaczcie tym razem jakieś literówki, itp.
Choć niestety mam wrażenie, że blogger nie lubi ipadów, pisanie w edytorze bloggera było istną katuszą.
Zatem pozwolę sobie na koniec zadać Wam pytanie: czy ktoś z Was używa ipada do pisania na bloggerze? Jak sobie z tym poradzić? Pomożecie????

J. Picoult, S. Van Leer, "Z innej bajki", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 312

środa, 3 lipca 2013

"Zagubione szczęście" Tom Winter

Czy pamiętacie jak to było pisać list? Ten papierowy, nie elektroniczny. A może nadal się Wam to zdarza? Ja przyznam się, że niestety już bardzo dawno mi się to nie zdarzyło, a szkoda!
Uczucie pisania listu uwielbiałam, przelewanie myśli na papier, wkładanie ich do koperty, zaklejanie i posyłanie części siebie w świat, często do rąk kogoś nam bliskiego - jednym słowem: magia.
Tak samo było z otwieraniem otrzymanego listu, z tą niecierpliwością - cóż tam znajdę, cóż napisał/napisała...
Zdarzało mi się pisać ogromnie dużo listów, do koleżanek, do przyszłego męża (do dziś je mam), a nawet do nieznajomych - bo do dziś pamiętam, jak czytywałam rubrykę w jakiejś tam gazecie dla nastolatków: "Napisz do mnie" i wybierałam osobę, która wydawało mi się najmilsza.
Tylko, że na moich kopertach zawsze widniały dane adresata. Na listach pisanych przez Carol - bohaterkę książki, adresata brak.
Jednak jej listy trafiają do kogoś. Tym kimś jest Albert.
"Zagubione szczęście" to moi drodzy nie jest historia miłosna, jak przed rozpoczęciem czytania myślałam, ułożyłam sobie bowiem w głowie takie wyobrażenie tej książki - nieszczęśliwa Carol pisze listy, które trafiają do Alberta, ten się w niej zakochuje, odszukuje ją, ona zakochuje się w nim
i żyją długo i szczęśliwie.
Wgłębiając się w "Zagubione szczęście" musiała kompletnie wykasować sobie moje wyobrażenia  Bo owszem Carol jest nieszczęśliwa - ale ma do tego jak najbardziej prawo, nie jest to cierpienie zblazowanej kury domowej, której znudziło się dotychczasowe życie. Carol to kobieta, która nie czuje się szczęśliwa w swoim małżeństwie, nie czuje się też zbyt dobrze w swoim macierzyństwie, jej przyjaźnie też nie nasuwają mi skojarzeń z tymi, jakie ja sama bym mieć chciała. Poznajemy Carol w momencie, gdy chce opuścić swojego męża. Jednak nie jest to proste, zwłaszcza, że zamiast powiedzieć o tym mężowi, Carol dowiaduje się, że ów ma raka. Jak zatem ma zachować się Carol?
Z kolei Albert to starszy człowiek, który ma za chwilę odejść z pracy na poczcie, na emeryturę. Albert ma w swoim życiu już tylko starą kotkę. Czuje się bardzo samotny i nieszczęśliwy. Boi się nadchodzącej emerytury.
Tych dwoje łączy kawałek papieru, zapisany słowami pełnymi żalu, słowami, które Carol napisała do nikogo. Po prostu. Wysłała list, bez adresata. List, który znalazł się w rękach Alberta, który on przeczytał i który powoli zaczął odmieniać jego życie.
Jak ta historia się dalej potoczy... przeczytajcie. Nie jest to historia banalna, ale nie jest to też historia nad wyraz wymyślna. Tom Winter tak zbudował swoich bohaterów, że wzbudzili oni moją sympatię, współczułam im, starałam się ich zrozumieć. Jestem też w lekkim szoku, że wydaje mi się dosyć młody autor, potrafił tak dobrze oddać uczucia kobiety po czterdziestce i starszego, samotnego mężczyzny. Może przez to miałam wrażenie, że to z jednej strony bardzo realistyczna książka, z drugiej jakby trochę naciągnięta - ale przecież takie są książki, nie zawsze muszą być realne do bólu, przewidywalne i napisane według naszego planu na nie.
"Zagubione szczęście" to książka o odnajdywaniu szczęścia, ale nie takiego z historii miłosnych, z happy endem. Choć owszem happy end i tu mamy - jak dla mnie zdecydowanie za szybko opisany, mógłby być bardziej szczegółowo potraktowany.
Zatem jak widzicie nie ma się co nastawiać na tandetny romans, spodziewajcie się raczej książki, która wzbudza emocje - niekoniecznie tylko te dobre, sporo w niej też melancholii, sporo nieszczęścia, zadumy. To książka, którą trzeba przemyśleć, nie gubiąc wątków pobocznych, które też są tu niezmiernie ważne. Nie oceniając ani Carol, ani Alberta. Towarzysząc im w ich życiu, które może się uda odmienić, a może spróbować się odnaleźć w nim takim jakie jest.

"Zagubione szczęście" to debiut literacki autora, i zgadzam się z opisem na okładce, że to debiut, który podbił serca czytelników. Moje podbił, na ******6******.  Mam nadzieję, że autor postanowi jeszcze nie raz czytelników zaskoczyć dobrą prozą, która wzrusza, denerwuje, zatrzymuje choćby na chwilę nad losem bohaterów. Skłaniając nas do przemyśleń nad naszym własnym, nieliterackim życiem.

Ps. Tak już kompletnie poza opinią, jak Wam się podoba nowy wygląd bloga? Może podzielicie się ze mną swoimi spostrzeżeniami? Podoba się /nie podoba? Piszcie! Dajcie znać, że czytacie! :)

T. Winter, "Zagubione szczęście", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2013, s. 287