sobota, 29 czerwca 2013

"Zabić ojca" Amelie Nothomb



Amelie Nothomb przyzwyczaiła mnie do pewnego, charakterystycznego sposobu pisania. Jest zawsze treściwie, dobitnie, szybko i konkretnie. Poruszane przez autorkę tematy też są specyficzne. Do tego autorka pisze tak jakby stała obok i obserwowała opisywane przez siebie sytuacje. Tak było też w "Zabić ojca". Cienkiej, lecz jak zawsze w przypadku Nothomb treściwej książeczce.
Tym razem bohaterem Nothomb jest 14 letni, porzucony przez matkę Joe Whip. Joe Whip wyróżnia się tym, że ma niesamowite predyspozycje do wykonywania magicznych sztuczek. Ma też dosyć specyficzne podejście do swojego talentu. W wieku 15 lat zamieszkuje w domu swojego mistrza Normana Terence'a, sławnego iluzjonisty. Oczywiście Norman uczy Joe tajemnic iluzji, ale otacza go też ogromną opieką i miłością. Staje się dla niego ojcem. Ma nadzieje, że Joe odpowiednio wykorzysta swój talent, pozostając przy tym uczciwym człowiekiem. Jednak Joe na swoją przyszłość ma zupełnie inne plany. O tym właśnie jest ta książka według mnie. O zderzeniu dwóch różnych punktów widzenia, dwóch zupełnie innych idei, sposobów patrzenia na ten sam świat.
Jest to też książka o miłości oraz konsekwencjach jej braku. Konsekwencjach, które czasem mogą spaczyć człowieka i jego poglądy na świat, sposób odnajdywania siebie w nim.
Czytanie tej książki to jak zawsze w przypadku tej autorki swoista przygoda, krótka, lecz często nie do zapomnienia. To też przygoda, która zmusza do myślenia, zastanowienia się nad poruszanym tematem, odnalezienia się w nim.
Jednym słowem Amelie Nothomb znowu wyciągnęła asa z rękawa i podbiła nim moje serce.
I choć nie przepadam za magią, iluzjonistami, sztuczkami karcianymi itp. wyobraźcie sobie, że chyba pod wpływem tej książki wybrałam się na film "Iluzja". Który podobał mi się szalenie. Sama się sobie dziwiąc, wyszłam z kina pełna achów i ochów. Polecam! Film zaskakujący, idealny do kina - są i efekty, i emocje...
Obejrzyjcie zwiastun, może i Wam przypadnie do gustu.

Dodam jeszcze, że książka i film nic wspólnego ze sobą nie mają, oprócz tematu magii, jednak
i książkę, i film oceniam tą samą notą.
Zdecydowanie stawiam *****5*****, i wyczekuję na kolejne książki Amelie Nothomb, bo jak na razie niemal wszystkie, które czytałam, okazały się być bardzo dobre.
Zapoznajcie się jeśli chcecie z moimi wcześniejszymi opiniami na temat książek autorki:
"Pewna forma życia:" (klik) 
"Podróż zimowa" (klik) 

Moi Kochani tak już kompletnie prywatnie...od połowy przyszłego tygodnia zaczynają się dla mnie upragnione wakacje - co oznacza, że tutaj zacznę "żyć" mocniej. Zamierzam czytać i pisać o wiele więcej niż było mi to dane ostatnio.
A tak poza tym to znów zapraszam Was do obserwowania bloga za pomocą google+  i bloglovin.
W panelu bocznym bloga znajdziecie oczywiście odpowiednie do kliknięcia ikonki.
Pozdrawiam już prawie wakacyjnie!

A. Nothomb, "Zabić ojca", Wyd. Muza, Warszawa 2013, s. 102

niedziela, 23 czerwca 2013

"Dziewczyny i chłopaki. Niepotrzebne skreślić" Sławomir Hanak


Prześwietna książka! Nie sposób jej przeczytać bez zaśmiewania się, bez wręcz głośnego rechotania. Rechotałam ja, rechotały dziewczyny, rechotali też chłopcy. I nic tu nie skreślamy! Bo choć w tytule trzeba niepotrzebne skreślić, po przeczytaniu tej książeczki wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że i dziewczyny, i chłopaki są niezbędni. I o to w tej książeczce chyba chodziło, by dzieciaki dostrzegły różnicę między dziewczynkami i chłopcami, jednak potrafiły je zaakceptować, polubić i wręcz uznać za niezbędne. Wszystko podane tak zabawnie, że naprawdę najsmutniejszy człowiek świata czytając tę książeczkę przynajmniej by się uśmiechnął.Zabawne dialogi, wesołe sytuacje i barwne opisy rzeczywistości dzieciaków nie mogły się nie spodobać tym, którym czytałam.
Jak nie trudno się Wam domyślić bohaterami tej opowieści są dziewczyny i chłopcy. Z klasy 3b. Dziewczynki nie mogą zrozumieć i wręcz polubić chłopców, i oczywiście na odwrót jest tak samo.
Bo przecież według chłopców dziewczynki nic nie robią tylko bawią się lalkami, jęczą i narzekają. Chłopcy zaś według dziewczynek są jeszcze gorsi, bo ich zabawy polegają na bieganiu i krzyczeniu, a do tego ich największym marzeniem jest na przykład być Batmanem. No i jak tu znaleźć nić porozumienia? Zwłaszcza, że trochę jest nawet wstyd się przyznać, że tę drugą stronę się lubi, że jest w niej coś fajnego. A gdy do tego wszystkiego trzeba jeszcze razem współpracować, to niejednokrotnie z takiej współpracy mogą wyjść przedziwne sytuacje. Na przykład dziewczynki mogą zrozumieć to co mówią chłopcy zupełnie inaczej niż powinny....i kłopoty murowane. A jeśli nawet nie kłopoty to na pewno masę zabawnych sytuacji, które wbrew pozorom i dziewczynkom,
i chłopcom pomagają się do siebie zbliżyć.
Myślę, że ta książka może do tego służyć. Owszem na początku gdy czytałam moim świetlicowym dzieciakom, utworzyły się dwie grupy - dziewczynek obśmiewających chłopaków i chłopców nabijających się z dziewczynek, ale strona za stroną coraz bardziej rozumieliśmy swoje zachowania, coraz bardziej się nam one podobały i wręcz można było zauważyć, że nie raz dziewczynki zaczęły bronić chłopców, a chłopcy mówić, że z dziewczynami nie zawsze jest tak źle. Zaś finał książki wzbudził takie poruszenie i rozbawienie, że jeszcze parę godzin po czytaniu dzieciaki o nim dyskutowały.
"Dziewczyny i chłopaki. Niepotrzebne skreślić" czyta się i sucha rewelacyjnie. Narrację prowadzą na zmianę Martyna i Smalec, trzeba się skupić, żeby wychwycić, kto teraz "mówi", ale jeśli czytamy sami od razu wiemy "kogo" czytamy, bo pomaga nam w tym szata graficzna. W ogóle muszę tu wspomnieć właśnie o sposobie wydania tej książki. Myślę, że w dobie komputerów, laptopów i tabletów ciężko jest zainteresować dziecko książką. Musi niestety być ona najpierw dla niego atrakcyjna wizualnie. Tak jest w "Dziewczynach i chłopakach". Strony książki przypominają jakby kartki wyjęte z zeszytu, z marginesami i ilustracjami na nich, rysowanymi jakby przez dzieci. Zabawna forma urozmaicenia tekstu. Mnie i dzieciakom się to spodobało.
Zresztą zobaczcie sami, zrobiłam dla Was kolaż "środka". Już sama oładka zachęca do sięgnięcia po książkę, a w środku jest jeszcze lepiej.
Wszystko to: treść, przesłanie, a także sposób wydania tej książeczki w ocenie mojej i moich słuchaczy zasługuje na ******6******.

Świetny pomysł na wakacyjną lekturę dla dziecka! Bo wakacje przecież są od tego by czytać, czytać, czytać....ja przynajmniej tak zamierzam w sporym stopniu je spędzić. Spodziewajcie się więc mojej większej aktywności tak od drugiego tygodnia lipca.

S. Hanak, "Dziewczyny i chłopaki. Niepotrzebne skreślić" , Wyd. Skrzat, Kraków 2013, s. 200

czwartek, 20 czerwca 2013

"Chata" William P. Young


Od kilku dni zbieram się do napisania czegoś o tej książce. Książce niezwykłej, o której pisanie to będzie czysta przyjemność. Tak jak zresztą było z czytaniem jej. Jednak upały i nawał pracy powodują, że mam około sto postów w czytniku bloglovin zaległych do przeczytania i parę zaległych postów o książkach, które już przeczytane.
Wracając jednak do książki. Cóż dobrego może spotkać naszego bohatera w chacie do której dostaje zaproszenie od "Taty" - Boga?  W chacie, która kojarzy mu się tylko z ogromnym cierpieniem, złem, które się w niej wydarzyło, jednym słowem dramatem, który zmienił całe jego życie. Raczej nic. Jednak nasz bohater postanawia się do owego miejsca udać. Sam do końca nie wie co go tam może spotkać, sam też do końca nie wie czego oczekiwać. A rzeczywistość przerasta wszelkie oczekiwania. Choć nie wiem czy słowo "rzeczywistość" tu pasuje. Bo to, co spotyka naszego bohatera - Macka - z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.  Oczywiście jak zawsze nie mogę Wam nic więcej zdradzić. Jedyne co mogę to napisać Wam, że to co czytałam i moje oczekiwania przerosło. Bo "Chata" to książka niesamowita, każde zdanie, każde słowo z niej ma jakąś taką wyjątkową moc, która powoduje, że choć ja na przykład na co dzień takich książek nie czytam, tym razem czułam jakby ta książka stworzona była dla mnie. Przedstawiony przez autora świat jest tyle samo realny, co nierealny. Bo czyż na naszym świecie nie przydarzają się nieszczęścia, zbrodnie nie do wybaczenia i dramaty łamiące ludzkie życie? Zdarzają! Niestety nawet nazbyt często. Jednak czy na co dzień zastanawiamy się nad tym jaki jest ich głębszy sens? Czy widzimy w tym rękę Boga? Czy w ogóle w naszym życiu Boga widzimy? Czy zastanawiamy się jak wyglądałby nasz z nim dialog?
Ta książka to umożliwia, to zatrzymanie się w codziennym pędzie i zastanowienie się nad tym w co wierzymy lub w co nie wierzymy. Choć trzeba brać poprawkę na to, że przecież opisywana historia to wizja autora, to niejednokrotnie do mnie ta wizja jakoś sugestywnie przemawiała. Gdzieś tam chciałabym, żeby tak to właśnie wyglądało, żeby Bóg w którego wierzę był bliski wyobrażeniom opisywanym przez W.P. Young'a.
Jednak nawet jeśli nie do końca nasze wizje na temat wiary zgadzają się z wizjami autora, myślę, że przeczytanie tej książki będzie świetnym powodem do przemyślenia sobie naszego stanowiska wobec niej.
Jak widzicie "Chatą" jestem zachwycona. Mam co prawda do niej kilka zastrzeżeń, jednak potraktowałam ją bardziej jako taką jakby baśń o wierze, starałam się za bardzo nie przejmować niektórymi zbyt wylukrowanymi wizjami, dialogami i sytuacjami. Dałam się porwać tej opowieści, wciągnąć w ten klimat i dać oczarować autorowi w niemal każdym calu. Przy okazji sama się nad swoją wiarą zadumałam, sama gdzieś w sobie odszukałam tę cząstkę, która ostatnio prosiła się o odkurzenie. I chyba zaczęłam bardziej zwracać uwagę na Boga wokół mnie..., bo czyż jak się mocniej przyglądniemy to przejawia się on chociażby w małym ułamku naszego życia?
Komu zatem poleciłabym tę książkę? Otóż moi mili poleciłabym ją każdemu, nie ważne jakiego jest wyznania, nie ważne w jakiego Boga wierzy czy też nie. To książka mimo iż mówiąca o Bogu chrześcijan, według mnie w wielu aspektach uniwersalna. To też książka, którą poleciłabym przede wszystkim osobom, które dotknęła jakaś tragedia i chciałyby choć trochę ją zrozumieć, choć na minutę znaleźć spokój i oparcie - w tej historii można je znaleźć jak najbardziej.
Czasem książki, które wydają się nam być zupełnie nie dla nas (bo przecież pewnie już wiecie, że ja to raczej takie realne historie wolę) potrafią nas tak zaskoczyć i oczarować, że od razu stawiam ******6******.

W. P. Young, "Chata", Wyd. Nowa Proza, Warszawa 2009, s. 281

sobota, 15 czerwca 2013

"Jasnowidz" Bartłomiej Biesiekirski


Cykl wydawniczy "Asy Kryminału" bardzo, ale to bardzo mocno lubię. Jak i zresztą kryminały tak w ogóle. Choć fakt, miewam takie momenty, że muszę od nich odpocząć, ale zawsze, niezmiennie do nich po pewnym czasie wracam. Liczę wtedy na to, że w moje ręce wpadnie taki kryminał, po jakim będę miała ochotę na kolejny, kolejny i kolejny...
Czy tak się stało dzięki "Jasnowidzowi"? Tak. Choć z początku wcale się na to nie zapowiadało. Dosyć mozolnie wchodziło mi się w świat przedstawiony przez autora, ale gdy już weszłam, gdy wciągnęłam się w historię, gdy zaczęłam rozsupływać kryminalną zagadkę, przepadłam!
Cała historia rozpoczyna się od telefonu (choć fakt, najpierw mamy prolog - opis morderstwa, widzianego oczami - lisa..., jednak jego znaczenie pojmujemy dopiero w trakcie czytania).
Telefonu, który w środku nocy odbiera główny bohater kryminału. Kto dzwoni? Kobieta, którą kiedyś nasz bohater znał, kobieta, która prosi go o pomoc. Jednak o tę pomoc dla niej już za późno.
Joachim Grefer, przez niektórych nazywany Jasnowidzem zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, które osnute są jakby mgłą przeszłości, która w tajemniczy sposób oplata teraźniejszość. Oplata też naszego bohatera, bowiem zostaje on tak wciągnięty w tę kryminalną intrygę, że mamy wrażenie jakby tracił kontrolę nad swoim życiem. Po odebraniu owego telefonu i kilku jeszcze innych zdarzeniach o których przeczytacie, Grefer postanawia odszukać zaginioną żonę jednego ze swoich (raczej) nieprzyjaciół. Sprawą tą zajmuję się także komisarz Seweryn - nota bene stary znajomy Grefera. Panowie jednak nie prowadzą śledztwa wspólnie, choć ich drogi kilka razy się przecinają, by w finale...hm...i tego już powiedzieć nie mogę.
A co mogę zdradzić?
Może to, że to nie jest książka z tylko jednym wątkiem. Ba, w trakcie jednego dochodzenia rozwiązuje się niejedna sprawa.
Może też to, że prawie do samego końca trudno nam (przynajmniej mnie było trudno) domyślić się o co dokładnie chodzi. Owszem mamy pewne podejrzenia, mamy pewne poszlaki, ale nie od razu udaje się nam je połączyć w zgrabną całość. Autor tak zgrabnie zbudował fabułę, że możemy poczuć się usatysfakcjonowani dopiero na końcu. Choć podczas czytania bądźcie uważni, bo  gdzieniegdzie będziecie mieć wskazówki, których warto nie pominąć.
Może zdradzę Wam też to, że oprócz cech kryminału znajdziemy w tej książce sporo cech obyczajówki - opisy specyficznych klimatów małych wsi, sporo opisów ludzkich przywar, wad i zalet. Do tego ta cała mroczna atmosfera skłania mnie do napisania, że momentami miałam wrażenie, że thrillerem mi to pachniało nawet. Sporo w tej książce napięcia, spora dawka dreszczyku, kilka makabrycznych opisów (przynajmniej dla mnie) i narastające tempo. Bo w pewnym momencie jesteśmy wciągnięci tak mocno w wir wydarzeń, że aż miałam wrażenie, jakbym oglądała to co czytam w jakimś filmie sensacyjno-kryminalnym. I epilog, który wyjaśnia wręcz wszystko, ale pozostawia też mały margines na interpretację własną czytelnika.
Cieszę się bardzo, że autor mnie tak przyjemnie znowu do kryminałów zachęcił.
"Jasnowidzowi" wystawiam *****5*****, i już rozglądam się za kolejnym kryminałem, może Wy mi coś polecicie????

B.Biesiekirski, "Jasnowidz", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 392

czwartek, 13 czerwca 2013

bloglovin wczoraj, a dziś google+

Jak pewnie zauważyliście, i pewnie macie już tego trochę nawet dosyć, wczoraj zaprosiłam Was do obserwowania mojego bloga za pomocą bloglovin.

Dziś utworzyłam konto Google+ i zachęcam Was do dodawania bloga do swoich kręgów (czy jak to tam zwą).
Jeszcze do końca tego nie ogarniam, o wiele lepiej poszło mi z bloglovin'em..., ale niestety, żeby nie stracić z Wami kontaktu dołączyłam do Google+ i ja.
Choć powiem Wam, że coraz częściej zastanawiam się nad przeniesieniem bloga na inna platformę, np. Wordpress...

Może Wy mi coś podpowiecie? Warto? Jakie inne platformy możecie mi polecić?
Oczywiście na pasku bocznym zostały utworzone odpowiednie gadżety dzięki którym możecie mnie obserwować. Zatem...zapraszam!
Przepraszam Was za to całe zamieszanie, ale obawiam się, że nie tylko u mnie ono będzie występowało. Cóż...chyba nikt z nas nie lubi, gdy zmusza się nas do robienia czegoś czego robić nie chcemy..., takie mam wrażenie odnośnie google+ właśnie.

wtorek, 11 czerwca 2013

follow...


Jak zapewne zauważyliście jestem na bloglovin. Jeśli nie zauważyliście - macie teraz okazję! ;)
I powiem Wam moi mili, że nawet, nawet mi się bloglovin zaczyna podobać:) więc nie jest źle.
Zapraszam zatem do obserwowania bloga na tej platformie.
Pozdrawiam wszystkich ciepło i przy okazji chcę podziękować wszystkim tym, którzy dodają mój blog do obserwowanych na blogerze (choć boję się, że to już tylko niedługo będzie możliwe), na FB bloga i nie tylko. Pewnie niebawem pojawię się też na google+, choć na razie podchodzę do tego jak do jeża. 

piątek, 7 czerwca 2013

"Strasznie trudne wierszyki" Izabela Mikrut


Świeżo przetestowane! Test wyszedł świetnie! Zachwyceni jesteśmy wszyscy - moje świetlicowe dzieciaki i ja ich świetlicowa pani:)
Wybawiliśmy się przy ich pomocy jakąś bitą godzinę, a frajdę przy tym mieliśmy ogromną. Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się aż tak pozytywnego odbioru.
Zabawa nasza polegała na tym, że sami próbowaliśmy zmierzyć się z tytułowymi strasznie trudnymi wierszykami. Najpierw słuchaliśmy ich czytanych przez pana Macieja Stuhra - bo do książki dołączona jest płyta-audiobook z interpretacją aktora, następnie oczywiście wierszyk musiałam przeczytać ja - i cóż za radość była, gdy pani się pomyliła podczas czytania. Na końcu chętne dzieciaki mogły się z wierszykiem zmierzyć same. Oczywiście dzieciakom wydawało się, że wierszyki wcale trudne nie są, że na pewno im przeczytanie ich pójdzie o wiele lepiej niż pani.
I cóż..., łatwo nie było! Języki się momentami połamać chciały, momentami "nie wyrabiały na zakrętach" - cytując określenia dzieciaków, momentami to aż oddechu brakowało. Choć fakt, niektórym szło całkiem nieźle.
Jednak przede wszystkim mieliśmy ogromny ubaw ich słuchając, bo z każdy wierszyk to spora dawka dobrego humoru, wzbudzająca śmiech niesłychany. W połączeniu z popełnianymi  w czytaniu błędami efekt był jeszcze zabawniejszy. Bo na przykład zdarzało się, że przez pomyłkę przy czytaniu: rybak wziął na przynętę ryby zamiast robaka, a homar "hąsał" zamiast kąsać. Do tego na końcu każdego wierszyka zaskakiwała puenta, która też wzbudzała ogromną radość. A dzieciaki słuchały uważnie i miałam wrażenie, że każdy z siedemnastu wierszyków interesował je równie mocno.
Myślę, że "Strasznie trudne wierszyki" to świetna książeczka - dla logopedów, dla nauczycieli, a także dla rodziców, których pociechy mają jakieś problemy z mową. Czasem dla dzieci z trudnościami w mówieniu ćwiczenia logopedyczne trochę się nudzą, trochę je męczą, więc jak najbardziej książeczka ta może być ciekawą alternatywą zajęć.
Choć wiem już, że dzieciaki, które problemów z poprawnym mówieniem nie mają, też będą bardzo nimi zainteresowane. Jak pisałam wyżej - sama jestem zaskoczona, że moje świetlicowe dzieciaki, aż tak pozytywnie przyjęły czytanie wierszyków, bo na co dzień raczej wolą książki przygodowe.
Dowodem dla mniej na to największym było to, że po wspólnych zajęciach, gdy książeczka ta powędrowała do naszej świetlicowej biblioteczki, długo na półce nie postała. Dzieciaki były tak nią zainteresowane, że wręcz ustawiła się do niej kolejka, każdy chciał sam od nowa przeczytać wszystkie wierszyki. I pooglądać ilustracje, które są równie zabawne jak treść wierszy.
Zatem świeżo przetestowanej książeczce, po zasięgnięciu opinii testerów stawiam *****5*****
i zachęcam do sięgnięcia po nią każdego, kogo zainteresowały moje słowa.
Zresztą sami posłuchajcie jednego z wierszyków, a jestem przekonana, że już będziecie wiedzieli o czym próbowałam Wam opowiedzieć tym razem, co wzbudziło tak dużą aprobatę i moją, i dzieci w tej niepozornej książeczce. 


I. Mikrut, "Strasznie trudne wierszyki", Wyd. Skrzat, Kraków 2012, s. 36


wtorek, 4 czerwca 2013

"Pieśń o poranku" Paullina Simons


Grzmotnęła mną ta książka naprawdę mocno. Choć początkowo dosyć źle ją odbierałam, w pewnym momencie czytanie tej książki tak mnie wciągnęło, że prawie spóźniłam się do pracy, do tego wywoływało tyle emocji, że aż sama byłam w szoku.
Zdecydowanie mogę powiedzieć, że będzie to jedna z tych moich ulubionych książek, z tych, które zostają we mnie, wbijają się w mój mózg, zaprzątają myśli jeszcze długo po ich przeczytaniu.
Fakt, już wcześniej spotkałam się z prozą Paulliny Simons i były to spotkania udane, a więc i przed tą książką nastawienie miałam bardzo dobre, ale chyba mogę powiedzieć, żen ie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze. Zdecydowanie autorkę też mogę zaliczyć już do autorek, które mnie nie zawodzą, każda jej książka ma ten specyficzny klimat, ten specyficzny sposób prowadzenia narracji, ale w każdej z nich jest coś innego, każda jest zupełnie inaczej intrygująca. Po "Pieśni o poranku" nie mogę się doczekać kolejnych, które już czekają na półce!
Tym razem mamy książkę o zdradzie. O Larissie, która powinna być szczęśliwą kobietą - ma wspaniałego męża, cudowne dzieci, piękny dom, ciągłe perspektywy rozwoju i wsparcie przyjaciół. Tylko czy wszystko to co ma jest dla niej wszystkim? Czy przypadkowe spotkanie może zmienić całe jej życie? Czy tego pragnie i czy jest skłonna podjąć najtrudniejsze decyzje w swoim życiu? Do czego te decyzje mogą ją doprowadzić?
Co jest po drugiej stronie tęczy..., na pewno nie raz zadajecie sobie pytanie co by było, gdyby nasze życie wyglądało inaczej, gdybyśmy kiedyś mogli je zmienić lub podjąć ryzyko postawienia wszystkiego na jedną kartę. Fałszywą lub wygraną. Tego  nigdy byśmy nie wiedzieli.
Larissa staje przed takimi wyborami, a my czytając o tym możemy na szczęście tylko to obserwować. Czy oceniać? O tym każdy zdecyduje sam czytając. To zdecydowanie jest bowiem książka, która wzbudza masę emocji, masę skrajnych opinii i masę przemyśleń. Mnie przynajmniej czytanie jej zmuszało do przemyślenia sobie wielu spraw, zrewidowania wielu poglądów i po trochu zrozumienia też siebie. Masę różnych uczuć.
Jednak będąc zupełnie szczerą to uczucia w trakcie czytania miałam nie tylko pozytywne. Na początku wpadłam w książkę jak śliwka w kompot, jak to zawsze bywa zaczęłam poznawać jej bohaterów, budować sobie tło wydarzeń, tworzyć sobie w głowie to co autorka opisywała. Dałam się porwać przedstawianej historii, bo to historia od samego początku niebanalna. Jednak po pewnym czasie zaczęłam się czytaniem irytować. Drażniło mnie jakby "stanie w miejscu z akcją", drażniła mnie główna bohaterka (co źle wróżyło), zbyt długie i niepotrzebne (z tamtej perspektywy) opisy. Nawet siostrze pytającej o tę książkę powiedziałam, że "średnia".
Oj muszę tu teraz odszczekać te słowa. Bo w pewnym momencie książka rusza z kopyta. Do tego z takim impetem, że mogę śmiało stwierdzić, że powaliła mnie na kolana. Wszystko to co było wcześniej w końcu wydało się być jak najbardziej na miejscu, widziałam sens pewnych słów, zdań, zauważyłam to jak autorka skrupulatnie budowała postać Larissy. Idealnie! Do tego pewna zmiana
(o której nie będę Wam szczegółowo pisała) w sposobie narracji - i uwierzcie mi pozostałą część książki pochłonęłam z wypiekami na twarzy, łzami w oczach, nerwami na granicy wytrzymania i tysiącami emocji, które mną targały.
I chyba po raz pierwszy od bardzo dawna, zakończenie historii przeczytałam kilka razy, do tego z takim ogromnym żalem, że to już koniec, że chciałabym czytać dalej i dalej... i mieć szanse poznać inne alternatywy zakończenia, choć to przedstawione przez autorkę nie było złe.
Dawno już nie byłam pod takim wrażeniem lektury, dawno już czytanie nie wywoływało we mnie aż takich emocji.
"Pieśń o poranku" to książka dla mnie idealna. Wzruszająca, denerwująca, momentami bezlitosna, momentami dająca nadzieję, przemyślana w każdym calu, owszem momentami przejaskrawiona, a momentami trochę nierealna - choć pewnie o to autorce chodziło... w końcu to trochę wykreowany przez nią świat, który może nam otworzyć oczy na ten nasz realny świat, nasz świat. To książka, która nie kreuje nam lukrowanych postaci, których decyzje i wybory jesteśmy w stanie zrozumieć od razu. Ba...., może ich nigdy nie zrozumiemy. Jednak jest w niej coś takiego, że nawet nie zgadzając się z jej bohaterami, z wydarzeniami przedstawionymi, zaczynamy żyć ich życiem i wtapiać się w książkę, która potem zostaje nam w głowie na bardzo długo. Miałam wrażenie, że nawet nie czytając jej, myślałam o niej nieustannie.
Takie spotkania z książką uwielbiam, przy okazji takich spotkań wybaczam drobne niedociągnięcia, takie książki kocham i takie książki oceniam na ******6******, ze świadomością, że to i tak w mojej ocenie za mało! Myślę, że jeszcze minie długi czas nim po niej ochłonę.
Zatem Siostro (jeśli czytasz to) już wiesz z czym pojedziesz na wakacje!

P. Simons, "Pieśń o poranku", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2013, s. 687