wtorek, 30 kwietnia 2013

"Martwe Jezioro" Olga Rudnicka



Co jakiś czas na blogach przewija się imię i nazwisko Olga Rudnicka, i to raczej przewija się wśród pochlebnych opinii. Stąd i ja oczywiście postanowiłam się Olgą Rudnicką zainteresować. Dokładniej książkami przez nią napisanymi. Zaczęłam od jej debiutu. Swe poznawanie twórczości młodej (jejuś młodszej nawet ode mnie!) autorki zaczęłam od "Martwego jeziora". Miało to być połączenie kryminału (który chciałam przeczytać w Kwietniowym Wyzwaniu Trójka E-Pik organizowanym u Sardegny) i romansu, do tego z ogromną dawką dobrego poczucia humoru, ciętych ripost i zabawnych sytuacji. Książka miała według opisów na okładce wciągać tak, że nie można się od niej oderwać. Jak było w rzeczywistości?
Odczucia mam mieszane. Trzydziestoletnia singielka (heh, jak ja "lubię" to słowo) zaczyna podejrzewać, że jej rodzice nie są jej rodzicami biologicznymi. Zawsze czuła do nich dystans, nie potrafiła się zżyć z nimi tak jak tego chciała, aby zdobyć ich miłość musiała udawać kogoś kim nie była i walczyć o ich uwagę. Do czasu. Bo szala się przebrała i dorosła Beata kontakt z rodzicami i siostrą utrzymuje znikomy. Zaskoczeniem jest więc dla niej nagłe zaproszenie na ślub siostry. Początkowo nie ma ochoty na niego jechać, jednak decyduje się na to by odkryć tajemnicę, na którą natknął się wynajęty przez nią detektyw. Tajemnicę jej pochodzenia. Wątek kryminalny zostaje więc tu dosyć fajnie osadzony, rozwija się powoli, by na koniec lekko nas zaskoczyć - pewnie tak jak to powinno być. Choć dla mnie trochę za mało go było. Za łatwo wszystko zostało rozwiązane i za proste to rozwiązanie się okazało. Niemniej potencjał w nim widać, co daje mi ogromne nadzieje na kolejne książki autorki - które słyszałam, że są lepsze. 
Wątkowi kryminalnemu towarzyszy wątek romansowy - który niestety na mnie wywarł złe wrażenie.
Nasza bohaterka wydaje się cóż... być boginią dla której głowę traci brat jej przyjaciółki. Oczywiście macza w tym palce rzeczona przyjaciółka i para wyjeżdża razem na ślub do rodziny Beaty.
Beata niby nic nie czuje (i czuć nie chce) do Jacka, ale powoli rodzi się między nimi uczucie. Plus tu stawiam ogromny dla autorki za nie ładowanie tych dwojga od razu do łóżka, lecz takie spokojne budowanie relacji. Niepotrzebny wydał mi się tu jednak wątek prywatnego detektywa, który nagle ni z gruszki, ni z pietruszki też wykazuje wielkie zainteresowanie bohaterką. Pewnie miało to dodać pikanterii, niby dialogi między dwoma panami miały okazać się zabawne i ironiczne, ale dla mnie po prostu były niepotrzebne.
Czy zatem książka była fascynująca? Chyba aż fascynująca to nie, ale interesująca umiarkowanie tak. Czy nie mogłam się od niej oderwać? Mogłam, jednak niekoniecznie chciałam, bo czytało się bardzo przyjemnie, pióro autorki jest naprawdę dobre, a jeszcze jak na debiut to rzekłabym nawet bardzo dobre.  
Podsumowując zatem szczerze powiedziawszy zachwycona nie jestem, ale mam ogromne nadzieję, że przy kolejnych książkach autorki się zachwycę. Stawiam więc ***3***, ale czuję, że będzie przy kolejnych pozycjach tylko lepiej.Okładki już są lepsze, bo ta z "Martwego jeziora" wręcz mnie odrzuca niestety.

Zresztą widzicie na zdjęciu, że mam jeszcze dwie książki autorki i pewnie zdobędę i inne jeśli w kolejnych mi się spodoba. Zresztą na pewno sięgnę po kontynuację "Martwego Jeziora" czyli "Czy ten rudy kot to pies?" - bo z opisu zapowiada się świetnie.

O. Rudnicka, "Martwe Jezioro", Wyd. Prószyński - S-ka, Warszawa 2008, s. 232

piątek, 26 kwietnia 2013

"Białe trufle" N.M. Kelby


 "Smakowita opowieść o miłości, jedzeniu i miłości do jedzenia" - głosi opis na okładce, okładce dosyć zachęcającej do sięgnięcia po tę książkę, sugerującej wytrawną lekturę, ze szczyptą pikanterii i tajemniczości. Historia życia sławnego francuskiego szefa kuchni - Augusta. Escoffiera, jego miłości do gotowania i do kobiet. Historia co prawda fikcyjna, lecz oparta na życiorysie.
"Białe trufle" zapowiadały się więc smakowicie.
Niestety mnie posmakowały średnio. Ciekawe czy białe trufle zniosłabym lepiej i czy umiałabym docenić ich smak. Bo najwyraźniej smaku "Białych trufli" docenić nie potrafię, choć miałam na to ogromne nadzieję. Nastawiłam się na książkę pełną zmysłowości i smakowitych opisów zarówno życia wielkiego kucharza Francji, jak i potraw przez niego tworzonych. Owszem sporo tego dostałam, ale w jakiś taki nużący sposób, że zamiast chłonąć książkę strona po stronie, męczyłam się i miałam ochotę omijać pewne fragmenty. Owszem początek wciągnął mnie dosyć mocno, wręcz czułam, że będzie dobrze. Przemawiał do mnie język powieści, klimat tworzony przez autorkę.
Niestety ze strony na stronę fabuła mi się gmatwała, przeskoki w czasie niestety mieszały mi wszystko to co sobie poukładałam i zamiast skupiać się na przyjemności płynącej z czytania, skupiałam się na  umiejscawianiu się w czasie - bo albo czytamy o teraźniejszości, albo o przeszłości Escoffiera (która też mi się mieszała, momentami nie nadążałam za akcją i gubiłam się wśród postaci, które spotykał). Druga rzecz, która mnie rozczarowała to opisy kuchni, gotowania i samych potraw- spodziewałam się czegoś więcej, owszem sporo tu nazw potraw i składników (ba nawet dosyć często nietłumaczonych z języka francuskiego), lecz jakieś to wszystko było dla mnie sztuczne, obce i mało wciągające. Może to ze względu na moją raczej nie wielką wiedzę na temat kuchennych tajników - co nie oznacza, że nie gotuję, bo gotuję i lubię gotować- może ze względu na te francuskie nazwy, które mnie tylko z równowagi wytrącały (cztery lata nauki francuskiego niestety odcisnęło na mnie negatywne piętno).
A co mi się podobało? Szalenie podobały mi się takie jakby przerywniki między rozdziałami, które były niby pamiętnikiem Escoffiera, w którym opisywał historię potraw, które tworzył na cześć jakiejś znanej osoby. Było to nie tylko w sumie opisy tej potrawy, ale i przytoczenie wielu zabawnych, ciekawych anegdot z życia tych osób i jakby przybliżeniem ich sylwetki. Łapałam się na tym, że miałam nadzieję, że gdy skończy się kolejny rozdział następna będzie część pamiętnikowa.
Przyznać jeszcze muszę, że mimo iż książka momentami mnie nużyła, mimo iż niektóre wątki były dla mnie niepotrzebne, bądź niezrozumiałe, to między tymi momentami czytało mi się rewelacyjnie, wręcz mogłam się rozsmakować w niektórych zdaniach, przemawiających do mnie jak małe mądrości.
Na przykład: "Zostać w pamięci. To nasza jedyna nadzieja." 
"Pamięć ma to do siebie, że zostawia nieusuwalne plamy. Nawet gdy szczegóły bledną, jest ciemność, która nie znika. Jeśli złamiemy prawą nogę, lewa już zawsze będzie silniejsza. Serce, które poznało swoje granice, już zawsze będzie niechętne, by ich sięgać." 
Prawda, że ciekawe?
Przyznam Wam jeszcze, że czytając tę książkę dosyć często robiłam się głodna, co inspirowało mnie do wymyślania czegoś ciekawego, zaspakajającego mój głód. Stąd muffiny wytrawne, z oliwkami i suszonymi pomidorami i kilka innych potraw, które jakoś pasowały mi do tej książki. Choć wydaje mi się, że żadnej niestety potrawy opisanej przez autorkę sama nie umiałabym ugotować.
Podsumowując daję książce ***3***, bo zbyt mało zachwytów nad nią miałam, zbyt mocno męczyło mnie jej czytanie, a plusów jak widać też nie wiele wymieniłam. Pewnie bardziej do gustu przypadnie osobom, które się na kuchni znają, które się w niej lubują i wiedzą coś o historii potraw, sławnych kucharzy.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kwietniowa Trójka E-pik.

N.M. Kelby, "Białe trufle", Wyd. Znak, Kraków 2013, s. 336

czwartek, 25 kwietnia 2013

"Dwie kobiety" Doris Lessing


"Dwie kobiety" to zbiór opowiadań, które miałam nadzieję zachęcą mnie do zmierzenia się z prozą Doris Lessing. Czy zachęciły?
Sama nie wiem, na pewno nie zraziły - czego trochę się bałam. Jednak po przeczytaniu opowiadań stosunek do autorki mam raczej chłodny. Nie wzbudza mego entuzjazmu to co pisze, może nie do końca więc jestem w stanie zrozumieć co chce przez swe słowa przekazać?
Cztery opowiadania, zebrane w tomie "Dwie kobiety" wydają mi się być pozbawione tego czegoś, tego zapału, takiej iskierki, która w opowiadaniach mnie na tyle przyciąga, że mimo iż opowiadań nie lubię, to nadal je czytam. Tym razem przeczytałam  - owszem, ale po skończeniu prawie każdego czułam jakiś taki niedosyt.
Każde z opowiadań porusza inny temat, lecz mają też one temat przewodni łączący je wszystkie. Fatalne zauroczenie, zbieg okoliczności, który wpływa na losy bohaterów, miłość, która prowadzi bohaterów dosyć krętymi ścieżkami, samotność i zagubienie.
W pierwszym opowiadaniu, tytułowym "Dwie kobiety", mamy dwie przyjaciółki związane są ze swoimi synami. Jedna ma romans z synem drugiej i na odwrót. Makabra? Nie, Lessing jakoś tak zupełnie spokojnie prowadzi narrację, bez zgorszenia i obrzydzenia. Otóż chłopcy wychowywali się razem, żyli jakby w jednej wielkiej rodzinie i naturalną koleją rzeczy jest, że związali się z przyjaciółką matki. Związki toksyczne, które wpływają na ich dalsze życie. Tak to przedstawia według mnie noblistka. Fatalne zauroczenie, które wpływa na dalsze losy bohaterów. Jak dla mnie trochę bez emocji, trochę "za sucho". Na podstawie opowiadania powstał/powstaje ponoć film - szczerze powiedziawszy zaintrygował mnie chyba bardziej niż opowiadanie.


Drugie opowiadanie podobało mi się bardziej. Mogę nawet powiedzieć, że podobało mi się najbardziej i ono samo przekonało mnie, że może jednak warto nie zrażać się do autorki i spróbować kiedyś jej prozy. "Wiktoria i Stanveneyowie" od samego początku zaciekawiło mnie bardzo mocno. Tutaj miałam wrażenie, że bohaterowie istnieją naprawdę, że kartki tętnią życiem, przelewa się przez nie wiele emocji i autorka porusza naprawdę trudne tematy. Wiktorię poznajemy jako małą czarnoskórą dziewczynkę, która poznaje białą rodzinę Staveneyów (nie mam pojęcia czy dobrze odmieniłam, raczej źle), zupełnie innych od niej ludzi, którzy zapadają jej głęboko w sercu. Po latach ich drogi znowu się stykają, a z tego spotkania rodzi się dziecko, które połączy Wiktorię z tą rodziną na zawsze. Doris Lessing porusza tu wiele trudnych tematów : dyskryminację rasową, samotność, poświęcenie. Owszme znowu krótka forma mam wrażenie nie wyczerpała tematu tak jakbym tego oczekiwała, ale jest lepiej, nawet bardzo, bardzo dobrze.
Z kolei opowiadanie "Przyczyna" podobało mi się najmniej. Męczył mnie jego moralizatorski wydźwięk oraz osadzenie akcji w fikcyjnym świecie(bądź bliżej nie określonym w czasie i miejscu). Z wcześniejszych opowiadań  (owszem innych od siebie, lecz łączących się jakby realnością wydarzeń) nagle musimy zupełnie zmienić swój sposób myślenia, przenieść się jakby do innego świata i w zupełnie inny sposób czytać. "Przyczyna" to opowiadanie o losach Rady Dwunastu, która stała na straży Miasta Rodytów. Teraz, gdy żyje już tylko ostatni jej członek, a sytuacja Miasta znacznie się przez lata zmieniła, zastanawia się on jak do tego mogło dojść. Analizuje losy Dwanaściorga i zastanawia się jaki mieli oni wpływ na świat, w którym żyli.
Ostatnie zaś opowiadanie - "Dziecko miłości" - z jedne strony mnie zainteresowało, z drugiej lekko nużyło. Jest to opowieść o spotkaniu dwóch zagubionych dusz- Daphne, angielki, która wyjechała za swoim mężem aż do Indii i tam ciągle oczekuje na jego powrót z Wojny oraz Jamesa, żołnierza, który uczestniczy w walkach podczas II Wolny Światowej i w pewnym momencie swego życia trafia do Kapsztadu, gdzie poznaje właśnie Daphne. To spotkanie będzie miało swoje konsekwencje, które autorka opisuje w dalszej części opowiadania.


Tak pokrótce można opisać treść opowiadań. Ogółem zaś co mogę powiedzieć? Może to, że mam wrażenie, że niektóre z tych opowiadań (np. "Dziecko miłości") mogłyby zostać rozszerzone wręcz na powieść. I stąd może mój taki chłodny odbiór, bo miałam wrażenie, że autorka jakby streszcza powieść, momentami zbyt szybko i zbyt wiele się działo, a momentami co paradoksalne działo się za mało - bądź za mało treści było. Momentami chciałam się jakby dowiedzieć więcej! Może łatwiej byłoby mi zrozumieć dokonywane przez bohaterów wybory, zrozumieć ich konsekwencje i gdzieś tam odnaleźć to czego chciałam.
Niestety nie udało się do końca. Choć tak jak pisałam na początku - może ja jeszcze nie dorosłam do dzieł noblistki? A może powinnam spróbować jej prozy, bo przecież rzadko, które opowiadanie przypada mi do gustu? Może Wy mi coś polecicie?
Moje pierwsze spotkanie z twórczością Doris Lessing oceniam dosyć chłodno, choć czuję, że drzemie we mnie ochota na odkrycie jej potencjału, w końcu musi tam być coś co zachwyca, nie za darmo ma tyle czytelników, prawda?
Stawiam ****4**** i czekam na Wasze podpowiedzi, po którą książkę Doris Lessing sięgnąć następnym razem!

Książka została przeczytana w ramach Kwietniowego Wyzwania - "Trójka e-Pik"

D. Lessing, "Dwie kobiety", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2013, s. 368

środa, 17 kwietnia 2013

"Macocha" Jadwiga Czajkowska


Bardzo nie lubię pisać negatywnych opinii o książkach, męczy mnie to okrutnie i mam wrażenie, że mogę kogoś tym skrzywdzić. Jednak nie potrafię też napisać pozytywnej opinii o książce, która niestety kompletnie nie przypadła mi do gustu.
Tym razem właśnie tak się zdarzyło. I nie chodzi tu o niespełnienie przez książkę oczekiwań, które wobec niej miałam. Ostatnio coraz rzadziej decyduję się na czytanie opisów, recenzji itp. przed tym jak sama się z książką zapoznam, zdarza się więc, że o czym książka będzie nie wiem prawie nic. O książce Jadwigi Czajkowskiej nie wiedziałam wiele, poza tym, że ma poruszać temat bycia "macochą", tego jak jest to trudne i jak to wygląda na co dzień. Pomyślałam, że chętnie przeczytam, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie napotkałam. Byłam bardzo ciekawa jak temat zostanie przedstawiony. Bo sami musicie przyznać, że temat nie łatwy, że daje spore pole do popisu i mam wrażenie, że nie wyczerpany. Choć może się mylę.
Niestety "Macocha" w tym wydaniu do gustu nie przypadła mi w ogóle. No może poza tym, że czytało się bardzo szybko, pewnie ze względu na lekkie pióro autorki- które oceniam na plus. Co do minusów to niestety jest ich sporo. Jednak może najpierw pokrótce przedstawię Wam o czym w ogóle książka owa jest.
Iza, młoda kobieta przed trzydziestką poznaje mężczyznę. Mężczyznę jej marzeń, faceta którego wydaje jej się, że jest jej przeznaczony, a tylko kwestią czasu było ich spotkanie. Ucieleśnienie marzeń i pragnień Izy ma jednak pewien "mankament"- jest wdowcem z dwójką dorastających dzieci. Nasza bohaterka wbrew temu co przyrzekała sobie prawie przez całe życie decyduje się na ślub z owym ideałem. I pewnie wydaje jej się, że teraz to będą żyli długo i szczęśliwie....
Otóż życie to życie, nigdy nie ma do końca tak jakbyśmy chcieli, życie Izy zaczyna się komplikować już po szczęśliwym dniu zaślubin, jej wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością.
Jak Iza poradzi sobie z tym wszystkim? Jaką "macochą" będzie? Czy będzie potrafiła odnaleźć się w nowych, zupełnie dla niej obcych warunkach życia? O tym ma być właśnie ta książka.
Ja niestety już na dzień dobry nie polubiłam Izy. Kompletnie odrealniona, jakby spadła z kosmosu, jakby nie miała bladego pojęcia na co się decyduje biorąc ślub z Piotrem. Potem zniechęcił mnie do siebie rzeczony Piotr - traktujący Izę jak służącą, zwracający się do niej co najmniej dziwnie, pouczający, wręcz wychowujący ją. W ogóle kompletnie nie spodobała mi się relacja tej dwójki. Ona rozważająca nieustannie jak to będzie teraz być mamą dwójki dzieci Piotra, jego żoną itp., on ciągle zajęty pracą, odrealniony kompletnie, egocentryk, pełen roszczeń wobec swojej nowej żony.W tym wszystkim zagubione dzieciaki, które do nowej żony ojca mówią per pani, a tatuś zdaje się nie mieć żadnego wpływu, ani ochoty na ułatwienie każdej ze stron nowej sytuacji.
Cała akcja skupia się na Izie, która musi sobie ułożyć nowe życie, musi zrozumieć jak stać się nową matką dla osieroconych dzieci, nie niszcząc przy tym pamięci o ich matce rodzonej. Można było pewnie ten temat jakoś tak bardziej plastycznie przedstawić, jakoś tak urealnić przeżycia wcale nie łatwe bohaterów, a mam wrażenie, że wszystko co czytałam zamiast mnie wciągać i poruszać - irytowało i wręcz od książki odrzucało.
Jakoś wszystko mi się takie mdłe i nieprawdziwe wydawało. Do tego zdania, które raziły komunałami, frazesami i swoją trywialnością. No nie wiem, to kompletnie nie dla mnie. Oczekiwałam czegoś wzruszającego, takiego mocnego, czegoś co kompletnie mnie zaskoczy, ale będzie zupełnie zrozumiałe. Tutaj mamy masę zbędnych słów, sytuacji, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą, a cała akcja jest jakby nadmuchana, natomiast jej rozwiązanie nie jest wcale dla mnie żadnym "wow".
Kompletnie nie podoba mi się taki sposób przedstawienia tematu. Nie tego oczekiwałam, a nawet mam wrażenie, że w tym przypadku nie jest to nawet spełnienie tego czego nie oczekiwałam - bo czasem przecież coś czego się po książce nie spodziewaliśmy, wychodzi jej bardzo na plus. Tym razem widzę prawie same minusy i może przez to nie jestem w stanie dostrzec plusów, które może i tam są, ale bardzo słabe.
Stawiam więc **2**, uwierzcie mi nie lubię tego robić. Zwłaszcza, gdy czytam z tak wiosennym i radosnym nastawieniem jak ostatnio. Czy i u Was wiosna zaczyna się pokazywać?
Późno, ale lepiej późno niż wcale!

J. Czajkowska, "Macocha", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 504

wtorek, 16 kwietnia 2013

"Tove Jansson. Mama Muminków" Boel Westin



Raz na jakiś czas trafiam na taką książkę, której czytanie zajmuje mi ogrom czasu. Tym razem trafiło na biografię Tove Jansson. Biografię genialną! Bo jestem totalnie zachwycona.
Dlaczego czytałam tak długo? Bo to nie jest według mnie książka do czytania na raz, to nie jest książka do czytania szybkiego, to nie jest książka, którą można ot tak przeczytać i odłożyć.
Czytałam więc długo, po trochę, powoli, poznając Tove Jansson spokojnie i cierpliwie. Niektóre momenty mnie pociągały do szybszego czytania, niektóre niestety nużyły (tak to już mam z biografiami, niemniej całość określić mogę jako fascynującą lekturę. 
Jaka więc tak książka jest?
Przede wszystkim gruba! Ciężka! Naszpikowana tyloma wiadomościami o Mamie Muminków, że głowa mała! Ale przede wszystkim jak myślę o tej książce to nasuwają mi się dwa słowa: szczera i konkretna.
O Tove Jansson przed przeczytaniem tej książki mogę powiedzieć, że nie wiedziałam nic poza tym, że to ona stworzyła Muminki (kto ich nie kochał w dzieciństwie, lub przynajmniej parę razy nie oglądał?) i że pochodziła z Finlandii (tego rejonu świata, który marzy mi się zobaczyć na własne oczy). Po przeczytaniu - wiem naprawdę dużo! Teraz spokojnie mogę powiedzieć, że Mama Muminków na pewno nie była postacią nudną, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że była postacią fascynującą, barwną i nietuzinkową. Przede wszystkim była artystką. Artystką mocno stąpającą po ziemi, konkretną, z ideałami i z wiedzą na temat tego co chce osiągnąć. Jednocześnie wrażliwą, momentami szaloną w swoich tezach i wyborach, bardzo emocjonalną. Taką jakich dziś już jest mało.
Historię Tove Jansson poznajemy po kolei - od narodzin do 27 czerwca 2001 roku, gdy zmarła. Poznajmy jej bliskie osoby, osoby, które kochała, poznajemy relacje jakie z nimi budowała, nie zawsze łatwe i oczywiste. Bo mam wrażenie, że życie Tove właśnie takie było, nie zawsze łatwe i oczywiste, a mimo to potrafiła zachować tę radość tworzenia i życia jego pełnią. Tworzenie chyba w życiu Tove zajmowała najważniejsze miejsce. Czy to poprzez malowanie, rysowanie, czy przez pisanie uzewnętrzniała siebie, wyrażała swoje emocje, opinie i marzenia. Stąd też wzięły się Muminki - z marzeń o szczęśliwej krainie, pełnej ciepła, przyjaźni i kolorów.
Biografia Tove Jansson to też przede wszystkim jakby biografia samych Muminków. Dowiadujemy się tu bowiem skąd powstał pomysł na nie, jak się kształtował, jak wyglądał proces ich tworzenia i jak się z nimi zaprzyjaźniała sama artystka. Na 500 stronach tej biografii Muminkowa historia wiedzie prym, lecz wpleciona jest tak w życie Tove, że mamy wrażenie, że tym życiem właśnie jest.
Nie będę nic więcej już tu pisać o faktach z życia Mamy Muminków, myślę, że kto będzie nimi zainteresowany powinien sięgnąć właśnie po tę biografię (z tego co wiem o Tove Jansson na naszym rynku to chyba najbardziej wyczerpująca książka) i myślę, że się nie zawiedzie. Dowie się w końcu kim tak naprawdę była może jego ulubiona pisarka z czasów dzieciństwa, zrozumie pewne anegdoty i ironię wypływającą z Muminkowych przesłań, może dzięki temu twórczość Tove będzie dla niektórych bardziej zrozumiała, a na pewno barwna. Co mnie ucieszyło nie ma tu wielu plotek na temat Jansson, nie ma "gorących" momentów, na które pewnie niektórzy czekają (zwłaszcza, że na okładce dowiadujemy się, że Tove kochała kobietę - a dla niektórych to nadal skandal o dziwo), mamy tu raczej sporo faktów z życia pisarki, osnutych opisami uczuć, emocji i przeżyć jej samej.
W końcu autorka biografii pisała ją na podstawie listów i prywatnych dzienników Tove Jansson udostępnionych jej przez partnerkę pisarki, Tooti.
Obok ogromu treści mamy też tu sporo ilustracji. Czarno-białych, urzekających i przedstawiających dorobek autorki, ale i ją samą.
Wspomnę jeszcze o wydaniu, które mnie też urzekło. Dawno nie miałam w rękach tak porządnie wydanej książki, tak dopracowanej w każdym szczególe. Piękna okładka, twarda (co jest ogromnym plusem, bo nie wyobrażam sobie takiego tomiszcza w okładce cienkiej), książka szyta, dobry papier. No po prostu bomba! Aż miło mieć ją na półce.Oby więcej tak dopracowanych wydań, warto nawet zapłacić te niecałe pięćdziesiąt złotych za taką książkę (choć przyznam cena zaporowa, to tutaj mogę sobie ją wytłumaczyć).
Jak pisałam książkę czytałam szalenie długo...chyba coś około pół roku. I o dziwo nie spowodowało to  obniżenia wartości czytania, owszem czasem gubiłam się w czasie - ale zawsze mogłam wrócić do wcześniej przeczytanych stron i jakby utrwalić sobie pewne wiadomości.
Stawiam ******6******, bo to chyba druga biografia, która podobała mi się tak bardzo.
Pewnie kiedyś wrócę do niej lub do jej fragmentów, bo pozostanie w mojej biblioteczce na zawsze.   I chciałabym, żeby stała w zacnym towarzystwie całej serii Muminkowej, którą postanowiłam też skompletować. A co!

B. Westin, "Tove Jansson. Mama Muminków", Wyd. Marginesy, Warszawa 2012, s. 510

wtorek, 9 kwietnia 2013

"Wszędzie śnieg" Gregg Olsen


"Wszędzie śnieg" - cóż za okrutny tytuł, prawda, że źle się Wam kojarzy?
Od tej pory kojarzyć mam nadzieję będzie się lepiej, jeśli nawet nie bardzo dobrze. Po pierwsze liczę, że wiosna, na którą wszyscy już tak mocno czekamy nadejdzie i o wszędobylskim śniegu będziemy mogli już tylko czytać w książkach, a po drugie mam nadzieję, że tym co niżej napiszę zachęcę Was do sięgnięcia po nią.
Bo "Wszędzie śnieg" to dobry kryminał/thriller- sama nie wiem którego z tych gatunków jest w tej książce więcej. Lecz to nie ważne, ważne to o czym książka jest, co spróbuję Wam nie zdradzając zbyt wiele szczegółów opisać.
Gdybym miała jednym zdaniem opisać całość książki, myślę, że byłoby ono mniej więcej takie: "przeszłość zawsze powraca, nawet w najmniej oczekiwanym momencie". Przeszłość "dopada' naszą główną bohaterkę. Można by rzec nawet, że żyje ona z ciągłym piętnem przeszłości. A przeszłość Hanny Griffin jest straszna, choć nie miała ona na nią najmniejszego wpływu. Jej matką straszono małe dzieci, zresztą sami dorośli nie kryli lęku na myśl o tym co zrobiła ta kobieta.
Mimo tego Hanna ułożyła sobie życie, jest żoną, matką i robi karierę w laboratorium kryminalistycznym. Stara się nie odwracać za siebie, żyć życiem na jakie sama sobie zapracowała. Pewne sprawy wydają się bowiem już być wyjaśnionymi, złoczyńcy wydają się być ukaranymi, a życie ma toczyć się dalej. Jednak to tylko pozory. Pewnego dnia Hanna dostaje przesyłkę rozdrapującą rany z przeszłości. Wszystko zaczyna się sypać jak domek z kart. Hanna musi zmierzyć się z tym od czego uciekała blisko dwadzieścia lat, stawić czoła prawdzie i zrozumieć to czego dotychczas zrozumieć nie potrafiła.
Gregg Olsen powoli buduje napięcie, by na samym końcu je ciekawie rozładować. Czyta się szybko, książka wciąga, jak najszybciej chcemy dotrzeć do odpowiedzi na pytania, które rodzą się podczas czytania w naszej głowie.
Tak dawno nie czytałam tego typu książek (thrillerów czy kryminałów), że już prawie zapomniałam jak ja to lubię. Uwielbiam poznawać bohaterów, dzielić ich sobie na tych "złych" i tych "dobrych", budować sobie fabułę, strona po stronie dowiadywać się nowych faktów, które prowadzą do tego, że mogę próbować odgadywać rozwiązanie głównego wątku. Wszystko to dostałam w "Wszędzie śnieg" i choć nie było tam jakiś ogromnych zwrotów akcji, jakichś ogromnych zaskoczeń czy jakichś trzymających w dużym napięciu scen, to jestem zadowolona. Nawet bardzo.
Na tyle, że mogę spokojnie postawić *****5*****, polecić do przeczytania fanom tego typu książek i w sumie nie tylko. "Wszędzie śnieg" to książka, którą będziecie chcieli przeczytać szybko, by dowiedzieć się co kryje na swoim końcu - a o to w tego typu książkach chodzi, prawda?

Z pisaniem tej notki zwlekałam i zwlekałam przez to zdjęcie właśnie. Chciałam zrobić Wam zdjęcie już w iście wiosennej aurze, na przekór tytułowi na okładce. Jednak jak wiecie ciężko wiosenną aurę napotkać, więc przyniosłam ją sobie w końcu sama do domu.
Stąd i "Wszędzie śnieg" między wiosennymi kwiatami.

G. Olsen, "Wszędzie śnieg", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 464