niedziela, 31 marca 2013

"Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quick


Sama się dziwię, że mogło się tak stać. Moi drodzy spodobała mi się i wersja książkowa, i wersja filmowa "Poradnika pozytywnego myślenia".
Co w tym dziwnego? Otóż mam wrażenie, że to może nie zupełnie dwie różne historie, ale na pewno w sporym stopniu inne! Zazwyczaj bywa tak, że jeśli przeczytam książkę i nie jest ona zekranizowana tak jak być powinna- czyli dobrze odzwierciedlona, niepozmieniana itp.- to jestem wściekła, że ekranizację obejrzałam. Tym razem jest zupełnie inaczej. Może jednak od początku.
O "Poradniku pozytywnego myślenia" dowiedziałam się oczywiście za sprawą filmu. Jednak po początkowej euforii i zamiarach natychmiastowego biegu do kina - zrezygnowałam. Pomyślałam, że najpierw przeczytam książkę na podstawie, które został on nakręcony. Tak też zrobiłam! Choć przyznam Wam, że mam wrażenie, że ani film nie miałaby wpływu na odbiór książki, ani o dziwo książka nie miała wpływu na mój odbiór filmu.
Cóż tu mówić o tej książce, gdy wszyscy pewnie już o niej wszystko wiedzą. Pat- główny bohater i narrator opowieści, a właściwie swojego pamiętnika, znajduje się w bardzo trudnym momencie  życia. Wychodzi właśnie ze Szpitala Psychiatrycznego. Dlaczego się tam znalazł w książce dowiadujemy się wręcz na samym końcu, w filmie zaś jest zupełnie inaczej. Wraca do domu swoich rodziców i musi jakby na nowo rozpocząć życie, niosąc oczywiście bagaż wcześniejszych doświadczeń. Nie jest to proste. Nic nie jest bowiem już takie jak było, a to co nowe w jego życiu zdaje się być dla niego niezrozumiałe, ba nawet niepotrzebne. Mimo to Pat ma pewną teorię na temat swojego życia - zdaje się mu, być ono filmem, który musi się zakończyć happy endem.
Film filmem, życie życiem, a mimo to Pat nie traci wiary w pozytywne myślenie. Mimo iż nic nie układa się tak jak sobie to wyobrażał. Bo czy zawsze musi być tak jak sobie to wykreujemy, jak sobie ułożymy w naszej głowie i "zatwierdzimy" do wykonania. Nie musi. Czasem warto otworzyć się na nowe, na to co nieprzewidywalne i nie zawsze od początku wydające się odpowiednie. Czy mimo takich przeszkód można osiągnąć swój cel? I czy czasem cel to, to co założyliśmy sobie na początku swojej drogi?
"Poradnik pozytywnego myślenia" to nie tylko książka o Patcie, ale też o całej jego rodzinie i jego bliskich. Mamy tu bardzo skomplikowane relacje, mamy tu poruszonych kilka społecznych problemów, sporo tu też mowy o akceptacji i zrozumieniu, które nie zawsze łatwo przychodzi. I choć czasem drażnił mnie Pat ( nie wiem dlaczego, ale czasem miałam wrażenie jakbym czytała zdania pisane przez małego chłopca) po przeczytaniu książki w całości wiem, że tak miało być. I dobrze, że tak było. Bo Pat to nie zwykły sztampowy człowiek, to człowiek z ogromną wyobraźnią, ogromną siłą uczuć, ale i ogromnymi problemami wynikającymi z jego choroby.
Tak przynajmniej odebrałam go w książce.


Tyle o książce. Co zaś myślę o filmie? Gdy zaczęłam oglądać zjeżyłam się jak jeż. Bo po pierwsze wszystko to co w książce powiedziane na końcu tu zaserwowane jest nam już w pierwszych zdaniach. Wydawało mi się, że to całe napięcie, które wydawało mi się być budowane w książce padło! Tak było, ale...Ale nie przestałam oglądać. I dobrze, bo owszem bohaterów mamy tu tych samych co w książkowej wersji, główne wątki też te same, ale nacisk położony jest zupełnie w innych miejscach, zupełnie inaczej jest rozłożona akcja i choć owszem koniec mamy tu podobny to trochę innymi ścieżkami reżyser do niego doprowadził. Tak wiem, że wyszło z tego trochę romansidło, ale o dziwo nie przeszkodziło mi to w pozytywnym odebraniu filmu. Właściwie nie wiem dlaczego tak się stało, bo naprawdę jak zazwyczaj w takich przypadkach bywam wściekła, ale z ręką na sercu mogę napisać, że chyba po raz pierwszy podobała mi się ekranizacji książki, która od książki różniła się bardzo, można powiedzieć, że główna oś książki została pominięta, akcenty zostały poprzesuwane, ale mimo to oglądało mi się bardzo przyjemnie. Do tego rewelacyjna Jennifer Lawrence. A i na Bradleya Coopera przyjemnie się patrzyło ;).

Oceniając książkę stawiam solidną *****5*****, polecam przeczytajcie, a jeśli nie macie problemów z niedosłownymi ekranizacjami książek - obejrzyjcie też film "Poradnik pozytywnego myślenia". Osobom, które czegoś takiego nie trawią odradzam, choć w sumie może tak jak i mnie - zaskoczy Was to, że po raz pierwszy nie zareagowaliście wręcz agresją na coś takiego.

M. Quick, "Poradnik pozytywnego myślenia", Wyd. Otwarte, Kraków 2013, s. 380

sobota, 30 marca 2013

wiosennych...

Na przekór temu co za oknem życzę Wam ciepłych i wiosennych Świąt Wielkanocnych. 
Spędźcie je tak, jakbyście mieli wiosnę w sercu! 
 Zatem:


poniedziałek, 25 marca 2013

"Pyszne 25" Anna Starmach


Dosyć rzadko zdarza mi się kupić sobie książkę kucharską. Wcale nie dlatego, że nie lubię gotować, wręcz przeciwnie gotować lubię bardzo (gorzej z pieczeniem - bo nie wychodzi). Nie kupuję zazwyczaj dlatego, że po pierwsze są one dosyć drogie, a pod drugie wydaje mi się, że dla paru przepisów, które rzucą mi się w książce w oko nie ma sensu jej kupować. Częściej zdarza mi się kupić książkę kucharską jako prezent dla Siostry niż na swój własny użytek.
Jednak nie ukrywam, że często ciągnie mnie do książek kucharskich jak mrówki do cukru. :)
Po pierwsze często są przepięknie wydane, pod drugie chciałabym wszystko co w nich jest pokzanae zjeść! Niemniej częściej zdarza mi się je oglądać niż coś z nich ugotować.
Tym razem jest zupełnie inaczej. Moi Kochani to pierwsza książka kucharska, która przemówiła do mnie wszystkim.
Zacznę trochę od tyłu, by dojść do najważniejszego na końcu, bo temu chcę poświęcić najwięcej treści. 
Po pierwsze cena- swój egzemplarz zakupiłam za 25 złotych - jakaś promocja trwa, więc jeśli zachęci Was to co Wam tu napiszę nie zwlekajcie z jej zakupieniem teraz.
Po drugie wydanie - świetne zdjęcia, dobry format, jedyne co, to wolałabym by książka była szyta nie klejona, gdyż boję się, żeby się nie rozpadła przy częstym użytkowaniu. Bo zamierzam ją użytkować bardzo często! Stąd rodzi się: po trzecie!
Po trzecie treść książki jest genialna! Przepisy? Genialne? Tak!
To moja pierwsza książka kucharska z której jestem pewna, że ugotuję wszystko! Ba nawet postaram się wszystko upiec. Każdy przepis jest do zrobienia, nie są to wydumane receptury, na których wykonanie składniki musimy ściągnąć z dalekiego kraju lub na zakup których musimy wydać pół wypłaty. Do tego przygotowanie przedstawionych przez autorkę potraw ma nam zająć nie więcej niż 25 min. ( tego bym się tak sztywno nie trzymała). Do przygotowania większości przepisów musimy po prostu skoczyć do naszego ulubionego sklepu, ewentualnie na targ i wydać na to około 25 zł.( i tu niekoniecznie się zgadzam, ale to chyba nie najważniejsze). Wykonanie tych potraw też nie wydaje się być trudne! Ba, niektóre wydają się być bajecznie proste i szybkie, co dla mnie jest bardzo ważne.
Zresztą moi drodzy, jeden z przepisów już wypróbowałam. Wczoraj na obiad zaserwowałam Chili con carne według przepisu Ani Starmach - i było pyszne! Zresztą zrobiłam Wam fotorelacje. Jeśli ktoś chciałaby szczegółowy przepis, piszcie do mnie na email (landrusk@gmail.com).

Składników jest niewiele: mięso mielone wołowe, puszka czerwonej fasoli, puszka pomidorów bez skórki, woda, czosnek, cebule, papryka chili, papryka czerwona, przyprawy: kumin, papryka słodka, oregano, sól, pieprz. Wszystko należy pokroić, przysmażyć i trochę poddusić. Oczywiście w odpowiedniej kolejności. Nic trudnego, ale jeśli gotujemy z bliskimi może być z tego sporo radości i fajnej zabawy.


Na koniec zdjęcie z cyklu : znajdź różnicę! Taka zabawa po posiłku, w ramach spalania kalorii. Uwierzcie mi obiad był bardzo smaczny! Coś czuję, że ta potrawa zagości w naszym menu na stałe.


Wracając jeszcze do książeczki opowiem Wam mniej więcej co w niej jest. Podzielona jest jakby na trzy części. Pierwsza część to potrawy na słono. Jest tu sporo zup (np. zupa-krem z pomidorów i papryki, która myślę, że w tym tygodniu zagości na naszym stole), są makarony, naleśniki w trochę innym wydaniu niż zawsze, ryż i parę mięsnych potraw. To co mnie się podoba najbardziej to to, że jest tu sporo warzyw, albo jako dodatek, albo właśnie jako danie główne.
Druga część to potrawy na słodko. I o dziwo ta część też mnie zainteresowała! Nie znajdziecie tu bowiem skomplikowanych receptur na dwupiętrowe torty lub ucierane serniki. Pani Ania na słodko podaje przepisy proste, niewymagające cukierniczych umiejętności i do tego wcale nie wyglądające jak kaloryczna bomba. Owszem jest słodko, ale nieprzesłodzenie! Cieszy mnie to ogromnie, bo piec to ja niestety nie potrafię, a może dzięki pani Ani przekonam się, że i spod mojej ręki może wyjść jakiś deser. Na pewno wypróbuję zapiekankę waniliową z owocami najpierw, bo tak mnie zainteresowała, że aż mi ślinka cieknie.
Ostatnia część to niezbędnik, gdzie autorka podpowiada nam jak zabrać się do gotowania serwując nam 16 podstawowych rad dotyczących gotowania lub pieczenia. Nic nadzwyczajnego, ale jakoś mam wrażenie, że to tak porządkuje moją wiedzę na temat kuchni i gdzieś tam umacnia w planach na kulinarne eksperymenty.
Jak widzicie książką "Pyszne 25" jestem zachwycona. Cieszę się, że dzięki TVNowi dowiedziałam się, że jest ktoś taki jak Ania Starmach, że mogę ją oglądać w TV (DD TVN z jej udziałem zawsze oglądam bacznie i ściągam pomysły na nowe jedzonko). Przepisy pani Ani można też obejrzeć w programie na TVN Style "Pyszne 25". Ja gotowanie Pani Ani w TV obserwuję niemal od początku jej pojawianie się w telewizji, pamiętam jak zauważyłam ją w DDTVN w trakcie castingu do programu "Gotuj o wszystko"- o gotowaniu właśnie, a o tym, że potem trafiła do MasterChefa jako juror pewnie nikomu nie muszę przypominać. I wiecie co, uwielbiam ją za to, że mam wrażenie, że ciągle jest taka sama, tak samo sympatyczna jak na początku swojej telewizyjnej przygody.
Wszystko to co napisałam mam nadzieję udowodniło Wam, że warto tę książkę kupić - owszem nie jest to książka dla zaawansowanych kucharzy, raczej dla normalnych kobiet/mężczyzn, którzy wracają głodni po pracy do domu i zamiast się denerwować co ugotują, mogą zaplanować to sobie wcześniej, właśnie przy pomocy tej książeczki. Czerpiąc inspirację i wiarę w to, że gotowanie można polubić, bo jest PROSTE!
Oceniam na ******6******, bardzo się cieszę, że sobie tę książkę zakupiłam, mam plan na gotowanie na najbliższy miesiąc (pomijając święta oczywiście, bo wtedy mam gotowaniowy luz).

A. Starmach, "Pyszne 25", Wyd. ZNAK, Kraków 2013, s. 176

sobota, 23 marca 2013

"Czas na mnie" Agnieszka Kowalska


Dawno już tak długo nie zwlekałam z napisaniem Wam o książce, którą przeczytałam. I nie chodzi o to, że to książka zła, czy na przykład książka, którą musiałabym skrytykować. Nie, wręcz przeciwnie! To książka, którą już na samym początku napiszę, że szczerze polecam, wszystkim. Polecam szczerze, bez dystansu, bo pisać z dystansem o tej książce nie można.
"Czas na mnie..." to książka mądra, wyważona i pełna jakiegoś takiego spokoju. Przemyślana.  Codzienność splata się tu ze wspomnieniami. Przeszłość zdaje się determinować teraźniejszość i wyznaczać szlaki przyszłości. Miłość wypływająca z każdego zdania koi i daje nadzieję. Na co? Na to, że uczucia nie umierają nigdy, że wiara pomaga nam żyć, że złe momenty w naszym życiu po coś są, i choćbyśmy się mieli o tym dowiedzieć za jakiś, czasem spory, czas - warto! Warto żyć, kochać, pozwalać się kochać i akceptować to co wokół nas. Bo życie jest krótkie, ale od nas zależy jakie będzie.
To też książka mówiąca przede wszystkim o tym jak żyć po śmierci bliskiej nam osoby. Nie zapominając o niej, jednak żyjąc dalej - bo inaczej się nie da. Przecież my musimy iść dalej, omijając kolejne dziury w naszej drodze, potykając się o kolejne kamienie i biorąc rozpęd przed kolejną prostą jaka przed nami. Tak jest, tak być musi, tak jesteśmy w stanie wytrwać.
No i nie sposób pominąć też tego, że to książka o Maćku Kozłowskim, i choć to nie jego biografia- to dzięki niej możemy zbudować sobie obraz zmarłego aktora, widziany oczami jego żony - autorki książki o nim i o miłości do niego właśnie. I powtórzę za Dorotą Wellman z opisu na okładce, "chciałabym, żeby mnie ktoś tak kochał", dodam jeszcze, że chciałabym, żeby mnie ktoś kiedyś tak wspominał i żeby potrafił żyć, nawet gdy mnie już nie będzie. Chciałabym też umieć żyć tak jak autorka, po śmierci moich bliskich, chciałabym być na tyle mądra, by wiedzieć, że śmierć to nie zawsze koniec.  
Na razie jestem na takim etapie mojego życia, w którym najbardziej boję się utraty bliskich mi osób. Strach przed tym wręcz mnie paraliżuje.Tak mam i już. Stąd często mam jakąś taką sporą niechęć do czytania o śmierci innych.
Bałam się więc trochę tej książki, bałam się, że nad co drugą stroną będę płakać, mieć tysiące depresyjnych myśli i ogólnie wprowadzę się w taki stan, jakiego nie lubię. Choć owszem czasem lubię poczytać takie książki, by docenić to co mam teraz, by poczuć się szczęśliwą i nie chcieć ciągle więcej. Bałam się też trochę tego czytania o cierpieniu osoby umierającej i osób jej bliskich. Nie lubię wchodzić w życie innych osób, zwłaszcza, gdy cierpią. Bałam się też, że autorka opisze zbyt dużo szczegółów o śmierci Maćka Kozłowskiego, takich których nie chciałabym znać i nawet nie powinnam.
Niepotrzebnie się bałam. Książka ta jest bowiem tak wyważona jak powinna być. Jest na tyle intymnie, że nie mamy wrażenia, że wszystko się przed nami odkrywa, że widzimy nagą prawdę. Owszem widzimy sporo, ale tak subtelnie nam ukazane, że wszystko zdaje się być na swoim miejscu, być jak najbardziej właściwe. Podczas czytania nie raz się wzruszycie, nie raz pewnie co wrażliwszym (mnie) zakręci się łezka w oku, ale i nie raz wybuchniecie śmiechem, zadziwicie się i pewnie też zachwycicie.
I wiecie co Wam jeszcze na koniec napiszę? Mam nadzieję, że pan Maciek Kozłowski jest gdzieś tam dumny ze swojej żony, że ten list miłosny do niego ukazał mu tylko to, że dokonał w swoim życiu wielu bardzo dobrych wyborów i był kochany.
Polecam więc ją wszystkim.
Polecając oceniam na ******6******, a pani Agnieszce Kowalskiej życzę dużo siły i wiary w to co robi. Cieszę się, że dzięki niej odkryłam po pierwsze jakim wspaniałym człowiekiem musiał być Maciej Kozłowski, po drugie odkryłam, że może powinnam popracować nam moimi lękami, chociażby czytając takie książki jak tak. Dające wiarę w istnienie sensu, tam gdzie go czasem kompletnie dostrzec nie możemy.
Bo życie jest czasem jak film, kadr goni kadr..., a sens widać dopiero na końcu.


  

A. Kowalska, "Czas na mnie", Wyd. Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, s. 229

sobota, 16 marca 2013

"Życie na później" Marta Rivera De La Cruz


Przyjaźń od zawsze była bardzo ważna w moim życiu. Gdzieś tam zawsze towarzyszyło mi jej poszukiwanie, czasem niestety gnanie za nią, a czasami niespieszne jej zdobywanie. Przez lata zmieniał się mój stosunek do niej, moje podejście ewaluowało, bym teraz mogła powiedzieć, że wiem czym chciałabym żeby dla mnie przyjaźń była. I chyba coraz częściej czuję, że ją mam, tam gdzie powinnam, i tak jak powinnam. Mam nadzieję, że to co zbudowałam z osobami, które mogę nazwać przyjaciółmi będzie się tylko umacniało.
Co moja małe zwierzenie ma do książki "Życie na później"? Książka ta moi drodzy to przede wszystkim książka o przyjaźni właśnie. O jej blaskach i cieniach, o budowaniu tej relacji z innymi i podtrzymywaniu jej, o tym jak przyjaźń ewaluuje, jak się zmienia i jak wygląda między różnymi ludźmi. Na dzień dobry poznajemy Victorie Solano, która udaje się na pogrzeb. Pogrzeb swojego przyjaciela. Człowieka, którego zna od bardzo dawna, który towarzyszył jej w jej najważniejszych momentach życia, ale i też tych zwykłych. Człowieka, który chyba był jej człowiekiem najbliższym. O dziwo nie łączyła ją z Janem - bo o nim mowa, żadna seksualna zażyłość, w co aż trudno uwierzyć, nie tylko czytającemu, ale nawet wymienianym w książce osobom. Jednak Victoria nigdy nie była zainteresowana Janem w ten sposób, a i Jan nie był skory do amorów z Victorią. Vitorię łączyła z Janem prawdziwa przyjaźń, taka o której chyba każdy z nas po cichu marzy.
Wiadomość o śmierci Jana szokuje Victorię, ale chyba jeszcze bardziej szokuje ją prośba, którą Jan pozostawił dla niej. Otóż przyjaciel prosi by zaopiekowała się ona jego pogrążoną w żałobie żoną i córką (za którymi szczerze powiedziawszy Victoria średnio przepada). Prośba ta jest o tyle dziwna, że Victorie od Madrytu (gdzie mieszkał Jan z rodziną) dzielą setki kilometrów, bo na co dzień Victoria żyje w Nowym Jorku, u boku swojego męża, zdaje się mieć świetne poukładane życie, które godząc się na spełnienie prośby Jana, musiałaby na jakiś czas porzucić.
Co zrobi Victoria, jakie decyzje podejmie i dlaczego, a nawet jakie będą ich konsekwencje dowiadujemy się czytając. Odkrywamy też po kolei inne odcienie przyjaźni, inne miejsca, w których się zagościła. Widzimy też jak przyjaźń się rodzi, jak wygląda między zupełnie różnymi od siebie kobietami, jak los może zbliżyć sobie obce osoby, które czasem nieszczęście łączy. Bo w prośbie Jana do Victorii kryje się więcej niż na początku spostrzegamy. Nie chodzi w niej tylko o to czego domyślamy się już na początku, z czasem odkrywamy jej drugie dno.... Pożegnalny list przyjaciela do Victorii zmusza ją do zrozumienia relacji Jana z jego bliskimi, ale także do rozwikłania zagadki tajemniczej taśmy z nieznanym dotąd nagraniem Grety Garbo. Nagraniem, które może nie tylko pomóc finansowo rodzinie Jana, ale może też pomóc Victorii w zmienieniu swojego życia.
Dodatkowo poznajemy kawałek  historii życia sławnej Grety Garbo, cofamy się do przeszłości, by odnaleźć w niej ułamek przyszłości.
Jest coś takiego w tej książce, że czyta się ją niesamowicie przyjemnie, że nie można się od niej oderwać, że prawie wszystko do siebie pasuje. Fabuła zaciekawia, bohaterzy są na tyle wyraziści, że się nimi można wręcz fascynować, ze strony na stronę bardziej się w czytanie wciągamy. I choć jest też parę w tej książce niedorzecznych momentów, to jakoś spokojnie przychodzi nam pogodzenie się z nimi, jakoś łatwiej niż w innych książkach przyszło mi przymrużenie oka na pewne niedociągnięcia i absurdy. Po prostu tak mi się dobrze czytało, że nawet lekko niestrawny koniec książki, nie zburzył mi ogólnego pozytywnego jej odbioru. Na wątek romansowy przymknęłam oko i jakby go sobie ominęłam w głowie.
Ogólnie było zaskakująco dobrze, ze sporą dawką naprawdę dobrego humoru, dobrych momentów wzruszeń i takiej magi języka, że czytało się niewiarygodnie szybko.
Wszystko to daje odbiór na *****5*****, sięgnijcie po tę książkę - z czystym sumieniem mogę powiedzieć Wam, że nie będziecie się nudzić, uwierzycie w przyjaźń i może docenicie tę, która jest blisko Was. Lubię książki z tak wyrysowanymi bohaterami, z odrobiną przeszłości w tle..., z jakąś taką aurą pozytywną, mimo poruszanych nie zawsze pozytywnych i łatwych tematów.


Zdjęcie dziś takie mało ciekawe, ale.... Moi Drodzy, w końcu doczekałam się stołu u mnie w mieszkaniu, dlatego nie mogłam odmówić sobie czytania przy stole, stąd i Kindelek na nim sfotografowany. Jutro uroczysty obiad! Od dziś mamy też krzesła:), jest idealnie!

M. Rivera De La Cruz, "Życie na później",  Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 480


sobota, 9 marca 2013

"Moja Ciotka Sroka" Liliana Bardijewska


"Moja Ciotka Sroka" zaskoczyła mnie tak bardzo pozytywnie, że aż sama nie mogę w to uwierzyć.
Któregoś dnia jedna z moich uczennic przyniosła tę książeczkę do szkoły. Oczywiście nie mogłam sobie odmówić obejrzenia jej, wypytania dziecka o czym jest ta książeczka i jakie ma wrażenia po przeczytaniu jej. Okazało się, że to jedna z ulubionych książeczek tej uczennicy, że jest świetna, na tyle że dziewczynka zna ją prawie na pamięć. Postanowiłam się przekonać jak podziała na inne dzieciaki.
Nie ukrywam, że nie spodziewałam się jakiś rewelacji, tak jakoś raczej spodziewałam się, że dzieciaki mogą ją "odrzucić" i trzeba będzie poszukać innej lektury. Jednak test ruszył. I to moi drodzy z kopyta, bo w trakcie jednego czytania pochłonęliśmy trzy z kilku opowieści Ciotki Sroki.
Po czym dzieciaki chciały więcej! Ja też! Tak bardzo spodobały mi się opowieści Ciotki Sroki, że sama czekałam na "nasze czytanie" z niecierpliwością, a podczas niego bawiłam się równie dobrze jak dzieciaki.
"Moja Ciotka Sroka" to bajki opowiadane przez tytułową Ciotkę Srokę, małej Juliance - kilkumiesięcznej dziewczynce. Początek każdej opowieści rozpoczyna się właśnie od przygód Julianki, która na swojej drodze spotyka rozgadaną Srokę. Przy każdym spotkaniu Ciotka Sroka opowiada dziewczynce nową historyjkę. W ten sposób możemy się na przykład dowiedzieć jak według teorii Ciotki powstają pisanki, czy gruszki rosną na wierzbie, jak można obudzić śpiącą Zimę, co oznacza zajęcza odwaga, bądź skąd się wzięły choinki. Każda bajka ma w sobie morał, który uczy, bawi i pozostaje w głowie na długo. A to za sprawą humoru, którym bajki są przesiąknięte, a to za sprawą momentów wzruszeń. Mamy więc masę fajnych zmyślonych faktów, ale mamy też sporo prawdziwych wiadomości, które myślę, że gdzieś tam w dziecku po przeczytaniu lub wysłuchaniu tej książki, pozostaną. Opowieści mają na celu uwrażliwienie dzieci na tematy związane z przyjaźnią, strachem i tolerancją na to co inne.
Często też dzieciaki pytały o znaczenie pewnych zdań/słów - najczęściej powiedzeń/przysłów -co jest zupełnie normalne, ale w tej pozycji było szczególne. Z ogromną przyjemnością zauważyłam, że autorka przemyca w tekście właśnie takie powiedzenia, którymi czasem dzieci posługują się bez ich znajomości, bądź się nimi niestety nie posługują bo ich nie znają, a znać powinny (zresztą bodajże w klasie trzeciej piszą egzamin, na którym jednym z zadań jest wyjaśnianie związków frazeologicznych/powiedzeń/przysłów, jeśli się nie mylę).
Autorka w ogóle tak świetnie bawi się słowem, że czytanie tej książki dzieciakom to czysta przyjemność, do tego samemu można się nie raz uśmiać po pachy. Dzieciaki zaś moi drodzy, jakby za sprawą magii wierzą w niesamowite historie gadającej Sroki, kibicują jej w jej staraniach i każdego jej słowa słuchają z ogromnym przejęciem. Często wybuchają śmiechem, momentami nie dowierzają lub dopowiadają swoje teorie.
Podobały mi się również (dzieciakom także) ilustracje. Wesołe, ale nie przerysowane, subtelne, ale tak przemawiające do wyobraźni dziecka, jak trzeba! Zresztą zobaczcie sami:

Książkę "Moja Ciotka Sroka" testowałam na dzieciakach około ośmioletnich, ale myślę, że to dobra książka dla każdego dziecka, w sumie i dorosłym bym ją poleciła. 

Zatem zaskoczenie na ******6******.
Och, lubię być tak zaskakiwana, moje dzieciaki chyba też. Po prostu lubimy czytać takie książki razem !
Zresztą wiele rzeczy ostatnio lubimy robić razem, ostatnio zamieniliśmy się w pracowników Wiosny....produkujemy, masowo....motyle....





 
L. Bardijewska, "Moja Ciotka Sroka", Wyd. Bis, Warszawa 2009, s. 96

środa, 6 marca 2013

"nowe szaty"...bloga:)

Wchodząc na mojego bloga na pewno zauważyliście, że się coś zmieniło. Coś = nagłówek i ogólnie szata graficzna.
Uwierzcie mi jestem w ogromnym szoku, że mi się to udało! Zwłaszcza, że jestem totalną nogą w tych sprawach, ale...
Pokombinowałam, poczytałam jak można to zrobić i się udało
W końcu mam mój spersonalizowany nagłówek.
Mam nadzieję, że się Wam podoba, fakt jest trochę mdławo, ale chciałam, żeby było jasno i przejrzyście.
Napiszcie mi co sądzicie o "nowych szatach" bloga, może macie jakieś sugestie???
Pozdrawiam i zmykam do pracy.

wtorek, 5 marca 2013

"Delikatność" David Foenkinos + porównanie z filmem


Skuszona licznymi komplementami kierowanymi w stronę autora skusiłam się i ja. Zamówiłam dwie jego książki, "Delikatność" oraz "Nasze rozstania". Pierwszą już przeczytałam, druga czeka na półce. Jednak już wiem, że nie będzie długo czekała, bo sposób pisania autora przyciąga mnie jak magnes. Jestem nim oczarowana, porwana przez jego magiczne opisy zwykłego świata, wydarzeń i uczuć.
Czytając "Delikatność" miałam wrażenie jakby ktoś prowadził mnie za rękę, nie szarpał, nie ciągnął, ale właśnie delikatnie prowadził. A słowa, którymi określa on swoją powieść : "Są na świecie wspaniałe osoby, które spotykamy w nieodpowiednim momencie naszego życia i osoby wspaniałe dlatego, że spotykamy je w dobrym momencie", to słowa, które oddają całą prawdę o tej książce.
Autor tworzył świat Natalie (głównej bohaterki) krok po kroczku, budował napięcie i w odpowiednim momencie je rozładowywał. Subtelnie, ale znacząco. No po prostu mistrzostwo! Tak o miłości pisać to naprawdę sztuka. Zwłaszcza, że autor pisze z taką finezją i lekkością, że nie mamy wrażenia, jakbyśmy czytali o czymś ogromnie ważnym, wyniosłym i nieprawdopodobnym.
Nie, to wszystko co opisał w "Delikatności" jest tak wysoce prawdopodobne, że mamy wrażenie, że tego wręcz dotykamy. Taka miłość mieszka w nas, mieszka za ścianą, mieszka w innym mieście. To wszystko w nas lub gdzieś obok się zdarza, jest realne do bólu.
I nie jest za sentymentalnie, za lirycznie bądź lukrowato. Tu wszystko ma sens. Tu wszystko do siebie pasuje, jedno wynika z drugiego lub jedno za drugim podąża.
Wszystko płynie. Najpierw jest wielkie uczucie, idealne. Natalie poznaje swojego przyszłego męża - Francois, wychodzi za niego za mąż, obserwujemy jak rozwija się ich miłość, jak toczy się ich życie, dotykamy szczęścia, którego oni zaznają. Jednak szczęście się urywa, Francois ginie w wypadku, Natalie zostaje sama. Zamyka się w rozpaczy, która jest tu jak najbardziej zrozumiała.
Mija czas...dużo czasu.
Nic nie zapowiada zmian w życiu Natalie, życiu, które ułożyła sobie po śmierci męża, tak jak pozwalały jej na to uczucia.
Jednak jeden spontaniczny pocałunek, odruch można by nawet rzec - zmienia wszystko...
Nie chcę Wam więcej zdradzać, i tak napisałam już za dużo. Napiszę Wam tylko, że czytając możecie się przekonać czy jeszcze ktoś będzie w stanie otworzyć serce Natalie na miłość. Czy i jak tego dokona? Czym? Delikatnością?
"Delikatność" to też książka, w której znajdziemy sporo ironii, humoru i prawdy o ludziach, o życiu w ogóle. Uwielbiam takich autorów, którzy pisząc o miłości nie odcinają jej od realności, nie zapominają o tym, że wszystko co jej dotyczy dzieje się w realnym świecie, z jego blaskami i cieniami.  Zdecydowanie David Foenkinos zagości w moim domu na stałe, liczę na to, że "Nasze rozstania" równie mocno mnie zachwycą.

Na koniec postanowiłam Wam napisać o filmie, który powstał na podstawie tej cieniutkiej książeczki. Gdy wzięłam ją po raz pierwszy do rąk, wiedząc już też, że powstał na jej podstawie film, zastanawiałam się, jak taką cienką książkę (w sensie objętości) można było zekranizować. Po jej przeczytaniu postanowiłam obejrzeć film. Obejrzałam. I moje zaskoczenie sięgnęło zenitu! Można! I to jak!

Rewelacja moi drodzy, kropka w kropkę, strona po stronie, historia z książki przewijała się na moich oczach. Scena po scenie wiedziałam co nastąpi, nie było zbędnego przegadania, dodatkowych niepotrzebnych scen. Wszystko było tak jak to sobie wyobrażałam. Mogę powiedzieć nawet, że to pierwsza ekranizacja książki, która spodobała mi się w stu procentach! Tak bardzo się cieszę, że mogę to napisać, że mogę po raz pierwszy polecić komuś ekranizację, wiedząc, że naprawdę oddaje ona wszystko to co w książce było zawarte. Sceny, dialogi, to całe budowanie napięcia - wszystko oddane było według mnie idealnie! A aktor gający Markusa - wpasował mi się w tę rolę kompletnie!
Obym częściej mogła tak chwalić i książkę i film na jej podstawie.
Możecie się wkrótce spodziewać kolejnego porównania książki  filmem - przede mną "Poradnik pozytywnego myślenia" i mam nadzieję, że będzie równie dobrze.

Wracając jednak do "Delikatności" stawiam ogromną ******6******, za wszystko!
Warto było dać się skusić licznym pozytywnym opiniom o pisarzu. Mogę teraz napisać, że i ja je podzielam! Polecam ogromnie!

D. Foenkinos, "Delikatność", Wyd. Znak, Kraków 2012, s. 208

sobota, 2 marca 2013

"Wybrani" C. J. Daugherty


Przed przeczytaniem tej książki lekko się zbuntowałam. Bo na okładce mamy notkę, że to "książka skazana na sukces", tylko i wyłącznie dlatego, że odkryła ją znana redaktorka, ta sama która odkryła ponoć Stephanie Meyer.
Cóż mnie bardziej interesuje mnie autor/autorka książki, którą czytam. A C. J. Daugherty zainteresowała mnie bardzo - notka o niej mówi, że jest to kobieta, która pracowała jako reporter kryminalny, ba "Wybrani" są efektem jej fascynacji naturą przestępców.
A poza tym dla mnie treść musi obronić się sama.  Na szczęście książka się obroniła, ku mojej uciesze.
Mogę Wam dziś już powiedzieć, że "Wybrani" to całkiem niezła książka.
W końcu mogę polecić coś moim młodym znajomym, coś co nie jest sagą o dziwnych stworach, wilkołakach, wampirach i tym podobnych. Powstała w końcu saga dla młodzieży, o młodzieży! Spodziewałam się niestety jakiś nadprzyrodzonych istot wyskakujących ze strony na stronę. Jakiś czarów-marów, których bym nie zniosła. Ale...to nie te buty!
"Wybrani" to pierwsza część trylogii wydana w Polsce, czy będą kolejne, pewnie tak - czas pokaże. W sumie mam nadzieję, że tak, bo treść pierwszej zaciekawiła mnie na tyle, że chętnie sięgnę po kolejne.
"Wybrani" to książka o młodej dziewczynie- Allie, która można by rzec: z deczka się pogubiła. Zamiast spokojnie uczęszczać do szkoły, żyć w zgodzie (nawet względnej) z rodzicami, zakochiwać się w miłych chłopcach, nasza główna bohaterka już w pierwszej scenie zostaje aresztowana przez policję. W "nagrodę" za swój kolejny wybryk trafia do szkoły z internatem. Wtedy jeszcze nie wie cóż to za miejsce, dowiaduje się tego z dnia na dzień, wplątana nie tylko w codzienne życie szkoły, ale i niezwykłe wydarzenia, które w niej mają miejsce. Do tego nie wie komu może ufać, a komu nie. Dowiaduje się też wielu ciekawych informacji na swój temat - bo najwyraźniej nic nie jest takim jakie dotychczas było.
Obok naszej głównej bohaterki mamy też kilka innych ciekawych postaci. Przyjaciół i nieprzyjaciół Allie. Ciekawa jest też sama szkoła, w której Allie wylądowała. Otacza ją ogromna tajemnica, która powoli zostaje poznawana przez Allie, jednak nie do końca. Tak jak to bywa w pierwszych częściach sagi nie na wszystkie nasze pytania dostajemy odpowiedzi. Coś nas w końcu musi ciągnąć do przeczytania kolejnych części. I oby ukazały się w miarę szybko, bo sama się dałam wciągnąć.
Jak widać chwalę, ale uwierzcie mi znajdziecie w tej książce niestety też kilka absurdów i niedociągnięć. Fakt, trzeba tę lekturę potraktować jako zabawę (zwłaszcza będąc w moim wieku, mam nadzieję, że młodzież odbierze ją dobrze), ale czy zawsze wszystko musi być realne, racjonalne, według naszych kryteriów. "Wybrani" to przede wszystkim książka, która ma czytelnika zainteresować, może nawet i zaintrygować. Do tego porusza sporo problemów dotyczących młodzieży, w niektórych bohaterach książki może młody człowiek odnajdzie ułamek siebie, może dotknie go  na tyle, że albo się wzruszy, albo przejmie, ale może i nawet zaśmieje.
Jak pisałam wcześniej - sama postaram się kilku młodym osóbkom ją podrzucić. Ciekawa jestem jaka będzie ich reakcja. Mam wrażenie, że to pozycja, która może zachęcić do sięgania po książki częściej. Takie dobre oderwanie od znienawidzonych lektur szkolnych każdemu dobrze zrobi.

W moim prywatnym rankingu oceniam ją na ****4****, przede wszystkim dlatego, że nie przepadam za sagami, ale nie uważam, że jest zła, ba myślę, że gdybym miała szesnaście lat chętnie bym ją przeczytała i oceniła na o wiele wyższą notę. Tak to mam już spaczony odbiór, przez te wszystkie lata ponad szesnastką...

Książka ukaże się 6 marca - czyli już w tym tygodniu! Młodzieży - biegiem do księgarni! Rodzice - kupcie, może ta książka właśnie rozbudzi w Waszym dziecku chęć do czytania. Zresztą każdy z nas może ją przeczytać - spędzić z dwa lub trzy wieczory w elitarnej szkole z "Wybranymi".

C.J. Daugherty, "Wybrani", Wyd. Otwarte, Kraków 2013, s. 434