czwartek, 28 lutego 2013

"Żegnaj pulpecie. Kasia Bosacka cudnie chudnie" Katarzyna Bosacka


Co jak co, ale nie cierpię diet. W sumie nie mogę powiedzieć nawet, żebym kiedykolwiek jakąś stosowała - owszem jakieś tam przymiarki były, ale...
Fakt też jest taki, że w sumie nigdy wcześniej "dietowania" się nie potrzebowałam.
Jednak... coraz częściej zauważam, że moja przemiana materii się zdecydowanie zmienia, gdzieniegdzie przez to zmienia się moje ciało. I choć w ogólnym rozrachunku nie jest źle, to mimo to postanowiłam się za siebie zabrać. Jakkolwiek to brzmi.
Plany poczynione, motywacja rośnie (wraz z rosnącym tłuszczykiem), co  nie co się już dzieje (tak i ja ćwiczę z Chodakowską), ale nie o tym ten wpis miał być.
Wpis jest o książce, którą sobie ostatnio zafundowałam (jak miło, że istnieją programy punktowe w różnych sieciach tel.).
Panią Kasię Bosacką chyba niewielu osobom muszę przedstawić. To znana dziennikarka TVNu, prowadzącą program "Wiem co jem i wiem, co kupuję" oraz pojawiająca się w porannym programie DzieńDobryTVN by właśnie o żywności mówić. Właśnie w DDTVN zwróciłam na nią uwagę. Stamtąd dowiedziałam się, że pani Kasia postanowiła schudnąć. I chudła na oczach widzów - w krótkich reportażach, a nie w BigBrotherze. Po prostu opowiadała o tym jak jej idzie w programie DDTVN.
To co mówiła o dziwo do mnie dotarło (a uwierzcie mi nie często dociera do mnie to co mówią w TV, nie przekonuje mnie też często katowanie się dietami, szalone odchudzanie magicznymi lub drogimi sposobami).
Pani Kasia swoje odchudzanie oparła na zdrowej diecie (niekoniecznie drogiej) i ćwiczeniach. Proste, prawda? Niby nic nadzwyczajnego, a jednak gdy o tym mówiła zostawałam przed TV na dłużej.
Tak jak o tym mówiła tak też napisała.
Właśnie niedawno wyszła jej książka "Kasia Bosacka cudnie chudnie. Żegnaj pulpecie".
Moja pierwsza książka poradnikowa, dotycząca zdrowego odżywiania się.
I pewnie jedyna.
Mimo mojej sceptyczności książkę odebrałam nad wyraz dobrze. Sposób pisania autorki powoduje, że nie męczymy się czytając, jakbyśmy czytali naukowe rozprawy nad zdrowym stylem życia. Nie ma tu też zbędnego nadęcia, filozofowania i wychwalania wszystkiego co eko i light.
Jest po prostu normalnie, autorka opowiada nam o jej perypetiach tak jakby usiadła z nami w kawiarni i mówiła to bezpośrednio do nas. Do tego ogromne poczucie humoru wypływające z każdego zdania, powoduje, że książki nie sposób nie polubić. Uwierzcie mi nie spodziewałam się, że między jedną mądrą informacją, a drugą informacją motywującą mnie do ruszenia się, znajdę tak duże pokłady dobrego humoru, ba będę się zaśmiewała w głos.
Książeczka podzielona jest na rozdziały, z każdego dowiemy się czegoś nowego o diecie, o tym jak ważny jest ruch w chudnięciu, jak wszystko to racjonalnie sobie dawkować, jak uniknąć efektu jo-jo, dowiemy się też których diet unikać i z jakich przyczyn, co kryje za sobą żywność typu light, kto/co przeszkadza nam w chudnięciu.
Jednym słowem możemy się dosyć dobrze zmotywować. Na mnie wszystko to co czytałam działało motywująco! Bo moi drodzy to przede wszystkim jakby taka pogadanka o tym jak zacząć dbać o siebie, to nie surowe nakazy i zakazy, to nie sztywna lista składników naszego posiłku, to nie rozpisane ćwiczenia i fikołki niemożliwe. To przede wszystkim zbiór motywujących, pożytecznych informacji o tym jak podejść do odchudzania i jak w nim wytrwać. Czasem przecież nie tylko o zbędne kilogramy chodzi, ale też o zmianę naszego sposobu życia, o to by w końcu skupić się na sobie, by od czasu do czasu mieć moment tylko dla siebie.
Czy to będzie moment na siłowni, czy nad talerzem smacznego dania tylko dla nas, to już nie ważne. Ważne jakie przyniesie nam to rezultaty.
Jedyne czego mi w tej książce brakowało to większej ilości inspirujących przepisów. Nie bez powodu piszę inspirujących - na końcu książki mamy bowiem parę podpowiedzi, co można sobie zrobić do jedzenia na śniadanie, obiad i kolację - i uwierzcie mi nie są to dziwaczne, kosmiczne przepisy. To normalne potrawy, z ogólnodostępnych produktów i wcale nie drogich. Ba, to jedzonko, którym możemy nakarmić całą rodzinę, więc nie musimy oddzielnie gotować dla każdego.

Ja czuję się zmotywowana ogromnie, na tyle, że mogę wystawić *****5***** temu poradnikowi.
Jak wygląda moja motywacja: od 1 marca fitness.... i zwracanie uwagi na to co jem.
:) i powiem Wam, że nie mogę się tego doczekać.

Pani Kasi zaś bardzo dziękuję za wszystkie motywujące słowa wypływające z tej książki i ...gratuluję dzidziusia, który rośnie w jej brzuszku. 

K. Bosacka, "Kasia Bosacka cudnie chudnie. Żegnaj, pulpecie", Wyd. Publicat, Poznań 2013, s. 128

poniedziałek, 25 lutego 2013

wyniki losowanie rocznicowego!

Czas na wyniki rocznicowego rozdania!

Choć najpierw chciałabym Wam wszystkim serdecznie podziękować za tyle ciepłych słów pod ostatnim postem!  Owszem kiedyś pisałam tego bloga tylko dla siebie, teraz coraz częściej łapię się na tym, że robię to nadal dla siebie, ale też i dla Was. To każde Wasze słowo sprawia, że książkowe słowa otaczają mnie każdego dnia i że kocham to najbardziej na świecie!

Książek do losowania było 6.
Do książki numer 1 ("Cud w medycynie") zgłosiły się trzy osoby:
1. Valkyrja
2. Poczytajka
3. Alina
Maszyna losująca - za sprawą mojej ręki i myszki, jako nowego właściciela książki wylosowała (zaznaczone na żółto) :
 Książka numer 2 ("Pod dwiema kosami...") zebrała też trzy chętne na nią osoby:
1. Joanna
2. Imani
3. Izusr
A powędruje do:
Książka numer 3 ("Podróż zimowa") zebrała trzy chętne głosy:
1. Maja
2. Lirael
3. Edith
A maszyna wylosowała:
I kolejna książka, numer 4 ("Kwiaty na poddaszu"), na nią miały chrapkę też trzy osoby:
1. Lilien
2. Viv
3. Sara Deever
I wędruje do:


Piąta ("Wejście w zbrodnie") książka i pięć chętnych osób:
1. Kinga
2. Ruczek
3. Patka
4. Futbolowa
5. Magda
Według maszyny wędruje do:
I ostatnia, numer 6 ("Wyznania upiornej mamuśki"), trzy chętne osoby:
1. Faledor
2. Kasandra Dark
3. Anek7
Tym razem maszyna wylosowała taką osobę:
Wszystkie wylosowane osoby proszę o kontakt email (landrusk@gmail.com) z podaniem adresu do wysyłki.
Jak zawsze chętnie wysłałabym coś wszystkim uczestnikom zabawy, ale cóż... na to mnie nie stać, a szkoda.
Pozdrawiam serdecznie i wracam do kubka gorącej herbaty i książki oczywiście.


środa, 20 lutego 2013

3 lata z Wami


Moi drodzy,
właśnie sobie uświadomiłam, że dziś mijają TRZY lata odkąd zaczęłam prowadzić tego bloga. Przypomniał mi o tym post na blogu Lektury Lirael, który uwielbiam, nie tylko dlatego, że akurat obie mamy rocznicę powstania bloga w tym samym dniu :D. Niemniej dziś dzięki Lirael przypomniałam sobie o tym, że trzy lata temu zaczęłam tu powoli raczkować. Z roku na rok się zmieniam, zmienia się pewnie też mój blog.
Jednak dalej mam ogromną frajdę z dzielenia się z Wami moimi przemyśleniami na temat tego co akurat przeczytałam. Dziękuję więc Wam za to, że jesteście, że odwiedzacie me skromne progi :), że komentujecie i dajcie wiarę, że jest ktoś dla kogo mogę to robić (oprócz siebie).
Czego sobie bym dziś z tej wielkiej dla mnie okazji życzyła? Wytrwałości w tym co robię i .. więcej czasu na czytanie!
No i jeszcze nie odmówiłabym gdyby ktoś chciał mnie poczęstować takim torcikiem: )

 Dla Was zaś mam dziś aż 6 książek, którymi chcę Was urodzinowo obdarować.
Jedna książka jest z mojego pierwszego roku blogowania, dwie są z drugiego roku, a trzy z ostatniego- trzeciego.
Razem książek jest sześć, wylosuję więc sześć osób!
Jeśli zatem któraś z książek Was zainteresowała wpisujcie w komentarzach jej numerek ze zdjęcia (poniżej) i wyraźcie chęć otrzymania książki. Chętnie też poczytam co Was sprowadziło na mojego bloga, skąd się o nim dowiedzieliście i co spowodowało, że np. chcecie go obserwować.
termin losowania to 24. 02. 2012, do 23.00, do tego dnia możecie się zgłaszać, wyniki podam 25.02.2012.
Oto książki: 

Zatem zapraszam do wybierania, pomocne w zdecydowaniu się na określony numerek może będą linki, do moich recenzji o nich.
1.http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2010/12/cud-w-medycynie-na-granicy-zycia-i.html
2. http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2011/09/pod-dwiema-kosami-czyli-przedsmiertne.html
3. http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2011/05/pozdroz-zimowa-amelie-nothomb.html
4. http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2012/02/kwiaty-na-poddaszu-virginia-c-andrews.html
5. http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2012/08/wejscie-w-zbrodnie-jill-hathaway.html
6. http://achyochyzksiazka.blogspot.com/2012/09/wyznania-upiornej-mamuski-jill-smokler.html

Mam nadzieję, że któraś z książek Was zainteresuje i znajdzie nowy dom.

Pozdrawiam serdecznie
Kaś

"Kto wiatr sieje" Virginia C. Andrews


"Kto wiatr sieje" rozczarowało mnie totalnie!
Fakt nie spodziewałam się, że książka będzie rewelacyjna, że będzie tak zaskakująca jak jej poprzedniczki, ale że tak mocno mnie rozczaruje nie spodziewałam się w ogóle.
Głwni bohaterowie Cathy i Chris wracają do znienawidzonego przez siebie domu - domu swego dziadka, w którym byli jako dzieci więzieni. Wracają ponieważ dom został odbudowany przez syna Cathy - Barta. Bart odziedziczył go bowiem i zamierza w nim urządzić przyjęcie z okazji swoich 25 urodzin. Z tej okazji zbiera się cała rodzina i nie tylko. Pojawia się też kilka nowych postaci, które mają wnieść coś nowego do książki (nie wnoszą) i rozkręcić akcję (nie rozkręcają). Powracają też oczywiście koszmary przeszłości z którymi rodzina Dollangangerów się boryka od dawna.
Prawda, że zapowiadało się ciekawie? Dlatego nie odpuściłam sobie przeczytania choć już część trzecia mocno mnie irytowała.
Czwarta część sagi o rodzinie Dollangangerów niestety jak dla mnie jest częścią najsłabszą, najmniej ciekawą i ociekającą tak nieprzyswajalnym absurdem, że aż boli. Czytanie jej nie dawało mi radości i zaintrygowania, takiego jakie miałam przy wcześniejszych tytułach (choć i one z tytułu na tytuł stawały się gorsze), wręcz tym razem męczyłam się okrutnie, irytowałam i parskałam śmiechem. Śmiechem wywoływanym niestety nie tym czym powinien wywoływany być. Momentami miałam wrażenie, że nie wiem o co chodzi w tej części, że autorka kluczy, miota się, walczy z tekstem, a nie płynie w swojej opowieści prowadząc czytelnika przez nią.
Wszystko wydawało mi się okropnie groteskowe (choć to by można było uznać za plus, jeśli wziąć to za zamierzenie serii), przejaskrawione i niestety kompletnie nielogiczne. Ze zdania na zdanie logika gubiła się, wypowiedzi bohaterów wzajemnie się wykluczały, powodowały moje nieustanne pytanie "Ale o co w ogóle chodzi?". Do tego jakiś taki ogromny patetyzm wypływał ze strony na stronę, co powodowało tylko, że jeszcze bardziej się irytowałam czytając. To zbędne nadęcie, nielogiczność wypowiedzi i podejmowanych działań przez bohaterów książki, przeskakiwanie z tematu na temat  nie pozwalało mi dostrzec pozytywnych jej stron. Tego klimatu, który nawet można by rzec lubiłam we wcześniejszych częściach. Bo faktycznie cała seria była odrealniona, szokująca i dramatyczna, ale  można było to uznać za jej cechę charakterystyczną, nawet można by to przekłuć w sukces autorki, tak po prostu miało być!
Tym razem jednak nie wiem co sprawiło, że absolutnie wszystko to raziło tak mocno, że było dla mnie nie do zaakceptowania. Czy sprawił to język, którym autorka się posługiwała, niekonsekwencja, czy może przesycenie absurdalnością zdarzeń, czy może nuda, która mimo tej absurdalności wyzierała??? Bo jeśli miałabym brać pod uwagę częstotliwość bycia zaskakiwaną przez autorkę (co było sukcesem według mnie jej wcześniejszych książek), to byłam zaskoczona tylko raz - na końcu książki. Jednak jakim cudem do tego końca dotrwałam - nie wiem.
Do czytania bardziej napędzała mnie ciekawość czy autorka jeszcze bardziej może tę książkę "rozłożyć na łopatki", a nie chęć dobrnięcia do zaskakującego finału. Zresztą finał jakiś tak bardzo zaskakujący też nie był. Niemniej na całościowym tle książki to on mnie poruszył. Po czym odłożyłam książkę zastanawiając się dlaczego pozwoliłam sobie zmarnować tyle czasu na przeczytanie jej, nie dostawszy choćby pięciu procent tego czego oczekiwałam.
Cóż totalne rozczarowanie, irytacja i złość. Do tego zniechęciłam się do czekania na kolejną (ostatnią!) część owej sagi. Nie wykluczam, że po nią sięgnę, ale dopuszczam już, że mogę jej nie skończyć. Co w moim przypadku zdarza się baaaardzo rzadko, prawie nigdy.

Czwartą część Sagi Dollangangerów oceniam na **2**, niestety nie polecam, szkoda mi jednak bardzo, że książki, którym tak bardzo kiedyś kibicowałam nie utrzymały poziomu z pierwszej części i jako cała seria coraz rzadziej będą przeze mnie polecane. Bo po co polecać komuś coś co z tytułu na tytuł nas bardziej odstrasza?


Żeby już nie kończyć tak okropnie smutno napiszę Wam o czymś szalenie radosnym dla mnie i myślę, że i dla wielu czytelników.
Wydawnictwo Świat Książki jednak nie przepadnie. Zostało wykupione przez Wydawnictwo Bukowy Las, które deklaruje zachowanie odrębnego profilu Świata Książki i podjęcie dalszych planów wydawniczych zaplanowanych na 2013 rok.
Ja cieszę się szalenie! Kibicowałam temu od samego początku, ba... jeszcze mocniej modliłam się od wygraną w LOTTO, by móc wykupić Świat Książki - tak to był główny cel mej wygranej....mnie się jednak nie udało, ale ŚWIAT KSIĄŻKI przetrwał!!!!!  Już nie mogę się doczekać nowości jakie zostaną wydane!
 HURRRRAAAA!!!!!


V.C. Andrews, "Kto wiatr sieje", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2013, s. 462

niedziela, 17 lutego 2013

"Rok który wszystko zmienił" Georgia Bockoven


Wiedziałam, że ta książka mi się spodoba! Tak czułam i jak zaraz przeczytacie intuicja mnie nie zawiodła.
Najpierw spodobała mi się okładka, przykuwająca wzrok, w pięknych kolorach, przejrzysta. Obiecująca coś ciekawego.
Zaintrygował też sam tytuł. "Rok który wszystko zmienił" - taki tytuł może za sobą wiele kryć.
Potem oczywiście zainteresował mnie opis książki : "Cztery siostry, które nigdy nie poznały swojego ojca - ani siebie nawzajem - spotykają się przy jego łożu śmierci. Czy będą chciały poznać prawdę?" 
Opis trochę irytujący, bo o czym niby będą miały poznać prawdę? Zaciekawiło mnie to.
Już od zapowiedzi Wydawnictwa czekałam na tę książkę niecierpliwie. Gdy tylko do mnie dotarła wpadłam w czytanie po uszy.
To książka, która nie jest jednoznaczna. Bo niby nastawiamy się na opowieść o czterech siostrach, które po latach się poznają i do tego przy łożu umierającego ojca, do którego mają prawo mieć ogromne pretensje. I owszem wszystko to dostajemy! Lecz odstajemy też masę innych tematów, nie mniej ważnych problemów, niektórych szerzej omówionych, innych tylko jakby wspomnianych.
Ba, mamy tu sporo kontrowersyjnych tematów, tematów niełatwych, powodujących nasze wzburzenie - bo i wspomniana jest tu aborcja, zdrada, zazdrość czy choroby psychicznych - tematów zachęcających nas do przemyślenia naszego własnego stanowiska wobec nich. 
Mamy też kilka momentów, które mogą nas wzruszyć,ścisnąć za gardło i jakoś tak przybliżyć do bohaterek.

Na początku poznajemy każdą siostrę z osobna, dzięki temu możemy je sobie jakoś wyobrazić, scharakteryzować. Każda z nich jest diametralnie inna, znajduje się w innym momencie swojego życia, z innymi problemami się boryka i z innych rzeczy się cieszy. Łączy je wspólny ojciec. Ojciec, którego historie poznajemy razem z nimi.
Powoli, stopniowo obserwujemy jak zmieniają się relacje zaskoczonych tym co je spotkało sióstr, jak zmienia się ich stosunek do nagle pojawiającego się ojca. Ich życia, tak chyba ogólnie.
I choć owszem od początku wiemy do jakiego finału zmierza tocząca się opowieść, to wszystko to, co autorka funduje nam po drodze jest na tyle dobre, że spotkanie z tą książka mogłam uznać za jedno z najlepszych ostatnio.
"Rok, który wszystko zmienił" to książka, która daje nadzieje, pozytywnie nastraja do życia, niesie jakąś otuchę. To książka o miłości do swoich bliskich, o sile jaką można w sobie odnaleźć, o więzach, które są czasem niezaprzeczalne. To też książka o odkrywaniu tego wszystkiego. O walce ze sobą i z przeciwnościami losu. I choć czasem nierealna, momentami zbyt oczywista, to warta przeczytania.
Jak widzicie intuicja mnie nie zawiodła! Georgia Bockoven napisała naprawdę dobrą książkę, która zasługuje na to by ją polecać innym.
Książkę, która u mnie zasłużyła na ******6****** i już nawet wiem komu ją polecę, ba...kto z nią ode mnie z domu wyjedzie:)


G. Bockoven, "Rok który wszystko zmienił", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 502

piątek, 15 lutego 2013

"Ucieczka znad rozlewiska" Katarzyna Zyskowska - Ignaciak



Zaskoczyła mnie ta książka, bardzo pozytywnie!
Spodziewałam się lekkiego czytadła, z wychwalaniem tym razem uroków mieszkania w wielkim mieście, z wydumanymi opiniami na temat tego jak to warto robić karierę i żyć tempem jakie narzuca miasto. Spodziewałam się też sporej ilości lukru dotyczącego tematu miłości...
Och, jakże się cieszę, że się tego wszystkiego nie doczekałam, choć owszem książka o tym wszystkim co piszę wyżej mówi, a jakże! Jednak wszystko w tak dobrej formie, że pochłonęłam ją z ogromną przyjemnością i w tempie zawrotnym.
Fakt, ta książka to przede wszystkim książka o miłości, ale nie do końca takiej lukrowanej i spełnionej, wyśnionej. Fakt, to lektura lekka , ale nie głupia.
Fakt, są i w niej momenty zbyt oczywiste, lekko naciągane też się pojawiają, ale autorka potrafiła mnie też zaskoczyć i wzruszyć. Przede wszystkim potrafiłam uwierzyć w to co pisze, polubić bohaterów autorki, wyobrażać sobie ich życie i kibicować ich wyborom. Wszystko w tej książce było tak dobrze wyważone, że czułam, że to mogłaby być autentyczna historia. Zresztą sama wybrałam życie w mieście, rezygnując z życia w spokojnej wsi, zamieniłam coś za coś...i do dziś nie żałuję swojego wyboru.
Choć mój wybór nie był okraszony tak spektakularnymi okolicznościami, jakimi autorka obdarowała naszą główną bohaterkę.
Franię - bo takie imię nosi nasza bohaterka - poznajemy chwilę przed jej ślubem. Ślubem z Kubą, którego kocha, ale... Właśnie to "ale" powoduje, że ucieka sprzed kościoła. Ucieka ze spokojnego Kazimierza do tętniącej życiem Warszawy, z miasteczka, w którym wszyscy ją znają, do miasta w którym chyba po raz pierwszy może być po prostu sobą. Jej życie niewątpliwie się zmienia! Czy na lepsze czy na gorsze ocenicie czytając. Jak Frania sobie poradzi w nowej sytuacji, czy będzie szczęśliwa, czy w końcu poczuje, że jest we właściwym miejscu przekonujemy się czytając stronę za stroną. I czy wszystko w jej życiu się tak naprawdę zmieniło? I czy sama Frania się zmieniła?
Uwierzcie mi czytając gdzieniegdzie opinie o tej książce wydawało mi się, że na bank wiem o czym jest ta książka i jak się skończy.
Wydawało mi się! Bo autorka miała na tę książkę naprawdę dobry pomysł, zaskoczyła mnie nie jeden raz, rozbawiła, a nawet i wzruszyła. Świetnie prowadziła mnie po historii Frani, ba sprawiła, że Franię polubiłam. Nie denerwowały mnie też opisy życia w mieście (a spodziewałam się, że będą mnie denerwowały), nie miałam wrażenia, że czytam o Warszawie, przedstawianej ostatnio jako miasto idealne, Warszawie rodem z "Przepisu na życie" czy innego serialu, w którym Warszawa lukrem ocieka jak tani donat. Nie zżymałam się też na opisy "kariery" Frani, choć fakt, szczęście miała dosyć spore (szczegółów zdradzała nie będę, przeczytajcie!).
Co ważne podobali mi się też pozostali bohaterowie, pozostałe wątki też wzbudziły moje zainteresowanie, a ten główny miłosny wątek też nie drażnił lukrowatością.
I na koniec dodam, że "Ucieczka znad rozlewiska" to owszem taka trochę bajka, ale czyż bajki nie są tym co kochamy już od małego? Czyż czasem nie warto dać się porwać tej bajecznej magii, czytać o czymś dobrym, miłym i dobrze się kończącym, choć i nie bez perypetii? Warto!
Warto było dać się zaskoczyć pani Katarzynie (ach, jak ja lubię swoje imienniczki), uwierzyć w bajkę, którą opowiedziała i delektować się nią do samego końca. Jak Walentynkową czekoladką... po której została mi urocza zakładka w postaci "sreberka". Używacie czasem jako zakładki czegoś zupełnie zakładki nieprzypominającego????

Może na moją ocenę i odbiór tej książki wpłynęły wczorajsze Walentynki, bo właśnie wczoraj książkę pochłonęłam, ale stawiam sporą *****5***** i niewątpliwie zaczynam polowanie na "Upalne lato Marianny", bo sposób pisania autorki najwyraźniej mi odpowiada.

Za możliwość przeczytania kolejnego e-booka dziękuję Woblinkowi.
Do 17 lutego możecie właśnie na stronie Woblink'u wziąć udział w konkursie walentynkowym.
Więcej szczegółów TUTAJ

K. Zyskowska-Ignaciak, "Ucieczka znad rozlewiska", Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2012, s. 288

poniedziałek, 4 lutego 2013

"Nudzimisie" Rafał Klimczak


Szczerze powiedziawszy już nie pamiętam jak to jest się nudzić. Zawsze mam coś do zrobienia, zawsze mam coś co mnie ciekawi, porywa i nie daje się ponudzić. Zajęcia różne wynajduje mi nie tylko życie, sama sobie je wynajduję. Czasem mam wrażenie, że za dużo rzeczy mnie interesuje bym się nudzić mogła.
Jako dziecko miałam podobnie. Może łatwiej mi było się nie nudzić, bo zawsze mogłam przecież robić to co lubię najbardziej czyli czytać. Fakt, że dzieciństwo moje było zupełnie innym dzieciństwem od współczesnego, ale nudy jakoś nie zapamiętałam.
Co zatem ze współczesnymi dzieciakami? Nie dalej niż osiem godzin temu usłyszałam z ust uroczej dziewczynki właśnie to tytułowe zdanie "Nudzi mi się". I co? Osiem godzin temu nie miałam jeszcze za sobą lektury książki Rafała Klimczaka o jakże trafnym tytule "Nudzimisie". Osiem godzin temu byłam uboższa o wiedzę na temat misiów, których misją jest zwalczanie nudy dziecięcej.
Jutro już wiem co takiej znudzonej istotce polecę. Bo "Nudzimisie" polecać będę teraz każdemu dziecku, które cierpi na nudę.
Dzięki autorowi takie znudzone dziecko może przenieść się do Krainy Nudzimisiów, poznać jej mieszkańców i przeczytać o kilku przygodach jakie ich spotkały. Przez to nuda na pewno zostanie przegoniona.Mamy tu bowiem Szymona, który się nudzi. A jak dziecko się nudzi to rodzic temu musi zaradzić. Tata Szymona opowiada mu więc o pewnych stworzonkach tzw. Nudzimisiach, które przybywają do dzieci, gdy te wypowiadają zdanie "Nudzi mi się". A i oczywiście przybywają do takich dzieci, które w nie wierzą. Szymon uwierzył.
Autor stworzył przesympatyczne misie, do tego mieszkające w tak magicznej krainie, że aż chciałoby się by istniała naprawdę. W zgrabny sposób przemycił też treści mające pouczyć naszego szkraba na przykład o radzeniu sobie z zazdrością, lenistwem, strachem czy reagowaniem na gnębienie młodszych/słabszych. Autor podpowiada też w co się można bawić, jak użyć w tej zabawie swojej wyobraźni.
Naszą (i dziecka oczywiście też) wyobraźnie pobudzają piękne kredkowe ilustracje ( i proszę kolejny pomysł na zwalczenie nudy- zrobienie swoich ilustracji do książki, tej lub innej), zabawny wygląd Nudzimisiów rozśmiesza i wzbudza w dziecku sympatię. Dziecko też spokojnie może identyfikować się z głównym bohaterem Szymkiem- odwiedzanym właśnie przez Nudzimisie - to też ma bardzo dobry wpływ na odbiór tej książeczki.
"Nudzimisie" to książeczka kierowana przede wszystkim do przedszkolaków, ale myślę, że i starsze dzieciaki nią się zainteresują (nie omieszkam sprawdzić wkrótce), ba nawet dorosłych może wciągnąć, rozśmieszyć i przypomnieć nam o naszych zabawach, marzeniach i sposobach na nudę. 
U mnie Nudzimisie chyba były, bo dookoła książki znalazłam malutkie ślady misiowych stópek...i się nie nudzę w ogóle. Tak jak przy czytaniu tej opowieści. Zamierzam sięgnąć po kolejne przygody bohaterów już wkrótce, więc nudziło mi się dalej nie będzie.
To spotkanie z "Nudzimisiami" oceniam na *****5*****, oczywiście etykietuję do cyklu "Achy ochy z książką...dla dzieci", w którym możecie znaleźć też inne polecane przeze mnie książeczki dla dzieciaków. 

R. Klimczak, "Nudzimisie", Wyd. Skrzat, Kraków 2010-2013, s. 128

sobota, 2 lutego 2013

"Miłość oraz inne dysonanse" Janusz Leon Wiśniewski, Irada Wownenko


Tym razem do czytania kolejnej książki pana Wiśniewskiego podeszłam z ogromnym dystansem, jeśli nawet nie rezerwą. Nie oczekiwałam szalonych przeżyć, nie nastawiałam się na rewelacyjne dzieło, na książkę na miarę "Bikini" (która podobała mi się szalenie o czym pewnie dłużej czytający mojego bloga już wiedzą) lub "Samotności w sieci" (choć już na okładce do tej książki "Miłość oraz inne dysonanse" zostaje porównana).
Nie, po prostu chciałam się przekonać czy autor tym razem spełni moje oczekiwania czy będzie tak jak było ostatnio w "Na fejsie z moim synem" - nie zachwyci.
Niestety "Miłość oraz inne dysonanse" podzieliły losy "Na fejsie...". Owszem rozczarowana nie jestem, ale nie jestem też zachwycona. Fakt odnalazłam w tej książce więcej tych cech pisarstwa autora, które lubię, jednak nie było ich na tyle dużo bym mnie to uwiodło, pozwoliło wejść w tę książkę w całości. Czytałam bez emocji, bez zżywania się z jej bohaterami, bez tej magii, którą w czytaniu uwielbiam - tego stuprocentowego zainteresowania opisywaną przez autora historią.
Kilka razy faktycznie się wciągnęłam, ale potem coś mnie odrzucało, coś rozpraszało moją uwagę, odsuwało od tego czego w książce szukałam. Dlaczego? Sama nie wiem, może za dużo w niej tragizmu było, smutku? Może miłość opisywana przez autorów (bo to nie tylko książka Wiśniewskiego, ale i Irady Wownenko) nie do końca przemawiała do mnie, za dużo było w niej niespełnienia, samotności i dramatu. Choć wcale nie oczekiwałam, że autorzy opiszą tu miłość spełnioną, z "motylkami", z lukrem, że aż mdli. Nie, nie! Miałam chyba nadzieję, na to, że będzie ona miała inny finał, że główny bohater niejaki Struna odnajdzie się w swoim życiu, że wszystko złoży się w całość, choć też nie oczekiwałam, że tę całość dostanę od razu złożoną.
Rozpraszał mnie też właśnie sam główny bohater, mnogość wydarzeń wokół niego, ludzi, którzy stają na jego drodze. A główna bohaterka- Anna? Mam wrażenie, że za późno tą główną bohaterką dla mnie się stała, za długo czekałam, aż jej osoba będzie miała jakiś wpływ na Strunę. Za długo czekałam na ten ważny wątek i za krótko on dla mnie trwał. Przez to za bardzo wyrobiłam sobie zdanie o głównym bohaterze, które rzutowało na mój odbiór Struny w relacji z Anną.
Wszystko to wywołała we mnie zbyt duży dysonans właśnie, rozjeżdżała mi się tak opowieść, nie zbierała w zgrabną całość i momentami przez to męczyła.
Na koniec napiszę może co mi się jednak podobało. Podobało mi się przedstawienie Rosji z dwóch perspektyw - Anny, kobiety w tym kraju żyjącej i Struny - mężczyzny przyjeżdżającego do Moskwy. 
Porwało mnie też kilka wątków pobocznych - np. wątek Svena czy współpracownicy Anny. Świetnie też opisana jest muzyka, aż ma się ochotę włączyć do czytania opisywane utwory i wsłuchać się w nie myśląc o bohaterach. Tego autorom ująć nie można - to nie są ludzie, którzy nie potrafią pisać książek, bo potrafią ubrać w słowa i emocje, i opisy tak jakby się te emocje odczuwało, a miejsca, w których przebywają bohaterowie widziało na własne oczy.
Cóż  tym razem się jednak nie zachwyciłam, więc może to dobrze, że nie oczekiwałam czegoś spektakularnego.
Spotkanie z książką oceniam na ***3***,  tak czułam, że może się ona właśnie tak skończyć.
Zastanawiam się tylko czy książki autora już zawsze takie będą czy mnie może w końcu znowu czymś zaskoczy, a może nawet uwiedzie?

Jakiś czas temu natknęłam się na ciekawy reportaż z autorami książki w roli głównej właśnie.
Tutaj link możecie sami go przeczytać. Dowiecie się między innymi kim jest współautorka książki i jak to się stało, że owa książka powstała.

Za możliwość przeczytania książki w formie e-booka dziękuję WOBLINKowi.








J. L. Wiśniewski, I. Wownenko, "Miłość oraz inne dysonanse", Wyd. Znak, Kraków 2012, s. 480