sobota, 18 maja 2013

"Ślubny Babylon" Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy


Ostatnio była komunia, jest i ślub...
Dziś na tapetę idzie "Ślubny Babylon" Imogen Edwards-Jones. Pewnie większość wie, że to kolejna z serii książek ukazujących nam tajniki różnych zawodów/światów. Dzięki autorce możemy poznać kulisy na przykład pracy w hotelach, szpitalach, czy w branży muzycznej. Ja sama mam za sobą już dwie książki z tej serii: "Plaża Babylon" i "Pop Babylon". Tym razem razem z Imogen i Autorem Anonimowym przeniosłam się do świata wedding plannerów. "Ślubny Babylon" to jak sam tytuł wskazuje kulisy ślubów i pracy w branży ze ślubami związanej. Kulisy tym razem opisane tak, że mi się podobało. Poprawkę trzeba tylko wziąć na to, że te kulisy to bardziej kulisy angielskich ślubów, nie takich typowo polskich. Właściwie przecież w Polsce jest jeszcze nie wielu wedding plannerów, jak decydujemy się wziąć ślub to raczej organizujemy wszystko sami, chodząc od jednego miejsca, do drugiego.
"Ślubny Babylon" to książka, która ukazuje nam sytuacje zupełnie odwrotną. Przyszłe małżeństwo decyduje się na zatrudnienie człowieka, który większość spraw załatwi za nich. Do nich należeć będzie tylko ostateczne decydowanie i zapłacenie za całą imprezę. Świetna sprawa, prawda? Ja decydując się na ślub i wesele wszystko musiałam zorganizować sama, co wcale nie było proste, a bo to salę trzeba zamówić sporo wcześniej, a to potem dopasować zespół/dj'a do terminu, itp., itd.... jedno wielkie ganianie. W moim przypadku udało się wszystko świetnie, a czy w przypadkach opisywanych w tej książce tak bywa?
Otóż niby bywa, ale by tak bywało właśnie ów wedding planner musi się mocno natrudzić. Na jego barkach spoczywa wszystko: począwszy od pomocy przy wyborze sukni ślubnej, skończywszy na wyborze serwetek na stół, załatwia sale, katering, całą obsługę, ba nawet toalety jest w stanie załatwić. Do tego jeszcze niejednokrotnie wysłuchuje żali i problemów roztrzęsionych panien młodych. Właściwie jest na każde ich zawołanie. Organizacja tego wszystkiego, no niestety, nie należy do zadań łatwych, dodając do tego jeszcze kaprysy przyszłych małżonków i ich rodzin - rzecz czasem wydaje się być niewykonalna. Jednak dla Anonimowego Autora wydaje się, że nie ma rzeczy niewykonalnych, trzeba je tylko umiejętnie "sprzedać", przedstawić zainteresowanym tak, by czuli, że to najlepsze co ich spotyka i wszystko jest dopięte na ostatni guzik. Choć czasem to spora prowizorka i jakby tańczenie na lodzie.
"Ślubny Babylon" momentami przeraża (bo jak czytamy o pieniądzach jakie w Wielkiej Brytanii przeznaczane są na śluby, to wymieniane kwoty przerażają - można by za nie wyżywić cała rodzinę co najmniej przez rok), momentami mocno bawi (to chyba pierwsza książka z tej serii przy której śmiałam się w głos), a momentami zmusza nawet do przemyśleń. Czy to normalne by tak wariować na punkcie własnego ślubu, na punkcie jednego dnia, który ma być wyjątkowy, ale żeby aż tak????
Mnie opisywane sytuacje stawiały włosy dęba na głowie, choć brałam też poprawkę na to, że opisywane sytuacje dotyczyły często celebrytów i innych mega bogatych osobistości - którym pewnie dziwactwa przychodzą zdecydowanie łatwiej, niż ludziom, którzy pieniądze muszą bardziej liczyć. Mimo to wciąganie koki z własnych ojcem, na chwilę przed składaniem przysięgi małżeńskiej nie mieści mi się w głowie. Pewnie cały ten świat w głowie by mi się nie zmieścił, i pewnie dlatego w nim nie żyję. I chyba takim wedding plannerem też bym być nie chciała. Nie wydaje mi się to być łatwy kawałek chleba, choć myślę, że dosyć mocno dochodowy jest na pewno. Niemniej o tym wszystkim czytało mi się wyjątkowo dobrze, lektura czysto rozrywkowa, w pozytywnym tego słowa znaczeniu- niczego więcej nie oczekiwałam, ba, tego się spodziewałam, a z takim nastawieniem nie mogło być źle.
Co do oceny "Ślubnego Babylonu" to stawiam *****5*****, coraz bardziej przekonuję się do tej serii. Ciekawe jaką grupę zawodową lub środowisko społeczne przyjdzie jeszcze autorce opisać. Ja osobiście chciałabym, żeby opisała środowisko nauczycieli, choć trochę się boje, że to z Wielkiej Brytanii dosyć mocno różni się do naszego, polskiego - które, no cóż, znam od podszewki, niestety.

I. Edwards-Jones, "Ślubny Babylon", Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2013, s. 448

8 komentarzy:

  1. świetna recenzja, chętnie bym przeczytała :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki za miłe słowa, pozdrawiam! :D

      Usuń
  2. "Ślubny Babylon" to moje pierwsze spotkanie z tą serią, ale bardzo udane i na pewno nie ostatnie. Na razie jestem jeszcze w trakcie lektury, ale moje wrażenia są bardzo pozytywne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to czekam na recenzję u Ciebie:) ja sięgnę pewnie jeszcze po jakieś inne tytuły z tej serii prędzej czy później, pewnie i to opiszę:)

      Usuń
  3. Przyznam, że nie słyszałam wcześniej o tej serii książek, ale z chęcią sobie zapamiętam te tytuły :) Fajnie jest móc poznawać takie kwestie, których zwykle nie widać.

    OdpowiedzUsuń

  4. Bardzo ciekawa recenzja. O serii tych książek słyszałam i nawet mam zamiar ją przeczytać. Teraz, po zapoznaniu się z Twoją recenzją nabrałam na nią jeszcze większą ochotę:)

    OdpowiedzUsuń
  5. Mój tata przygotowuje filmy weselne, więc zawsze się o tych ślubach nasłucham (i naoglądam). ;) Trafiają się nietypowe pomysły na sesje zdjęciowe (pewna panna młoda koniecznie chciała mieć zdjęcie na placu zabaw - o ile wejście do dziecięcej wieżyczki nie było trudne, o tyle opuszczenie jej okazało się niemożliwe bez zniszczenia sukni), ale na ogół pary wydają się być rozsądne i uprzejme.

    OdpowiedzUsuń
  6. brzmi bardzo ciekawie, choć ostatnimi czasy unikam serii... bo za bardzo wciągają :)
    www.strefaksiazek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń