środa, 17 kwietnia 2013

"Macocha" Jadwiga Czajkowska


Bardzo nie lubię pisać negatywnych opinii o książkach, męczy mnie to okrutnie i mam wrażenie, że mogę kogoś tym skrzywdzić. Jednak nie potrafię też napisać pozytywnej opinii o książce, która niestety kompletnie nie przypadła mi do gustu.
Tym razem właśnie tak się zdarzyło. I nie chodzi tu o niespełnienie przez książkę oczekiwań, które wobec niej miałam. Ostatnio coraz rzadziej decyduję się na czytanie opisów, recenzji itp. przed tym jak sama się z książką zapoznam, zdarza się więc, że o czym książka będzie nie wiem prawie nic. O książce Jadwigi Czajkowskiej nie wiedziałam wiele, poza tym, że ma poruszać temat bycia "macochą", tego jak jest to trudne i jak to wygląda na co dzień. Pomyślałam, że chętnie przeczytam, bo nigdy wcześniej czegoś takiego nie napotkałam. Byłam bardzo ciekawa jak temat zostanie przedstawiony. Bo sami musicie przyznać, że temat nie łatwy, że daje spore pole do popisu i mam wrażenie, że nie wyczerpany. Choć może się mylę.
Niestety "Macocha" w tym wydaniu do gustu nie przypadła mi w ogóle. No może poza tym, że czytało się bardzo szybko, pewnie ze względu na lekkie pióro autorki- które oceniam na plus. Co do minusów to niestety jest ich sporo. Jednak może najpierw pokrótce przedstawię Wam o czym w ogóle książka owa jest.
Iza, młoda kobieta przed trzydziestką poznaje mężczyznę. Mężczyznę jej marzeń, faceta którego wydaje jej się, że jest jej przeznaczony, a tylko kwestią czasu było ich spotkanie. Ucieleśnienie marzeń i pragnień Izy ma jednak pewien "mankament"- jest wdowcem z dwójką dorastających dzieci. Nasza bohaterka wbrew temu co przyrzekała sobie prawie przez całe życie decyduje się na ślub z owym ideałem. I pewnie wydaje jej się, że teraz to będą żyli długo i szczęśliwie....
Otóż życie to życie, nigdy nie ma do końca tak jakbyśmy chcieli, życie Izy zaczyna się komplikować już po szczęśliwym dniu zaślubin, jej wyobrażenia zderzają się z rzeczywistością.
Jak Iza poradzi sobie z tym wszystkim? Jaką "macochą" będzie? Czy będzie potrafiła odnaleźć się w nowych, zupełnie dla niej obcych warunkach życia? O tym ma być właśnie ta książka.
Ja niestety już na dzień dobry nie polubiłam Izy. Kompletnie odrealniona, jakby spadła z kosmosu, jakby nie miała bladego pojęcia na co się decyduje biorąc ślub z Piotrem. Potem zniechęcił mnie do siebie rzeczony Piotr - traktujący Izę jak służącą, zwracający się do niej co najmniej dziwnie, pouczający, wręcz wychowujący ją. W ogóle kompletnie nie spodobała mi się relacja tej dwójki. Ona rozważająca nieustannie jak to będzie teraz być mamą dwójki dzieci Piotra, jego żoną itp., on ciągle zajęty pracą, odrealniony kompletnie, egocentryk, pełen roszczeń wobec swojej nowej żony.W tym wszystkim zagubione dzieciaki, które do nowej żony ojca mówią per pani, a tatuś zdaje się nie mieć żadnego wpływu, ani ochoty na ułatwienie każdej ze stron nowej sytuacji.
Cała akcja skupia się na Izie, która musi sobie ułożyć nowe życie, musi zrozumieć jak stać się nową matką dla osieroconych dzieci, nie niszcząc przy tym pamięci o ich matce rodzonej. Można było pewnie ten temat jakoś tak bardziej plastycznie przedstawić, jakoś tak urealnić przeżycia wcale nie łatwe bohaterów, a mam wrażenie, że wszystko co czytałam zamiast mnie wciągać i poruszać - irytowało i wręcz od książki odrzucało.
Jakoś wszystko mi się takie mdłe i nieprawdziwe wydawało. Do tego zdania, które raziły komunałami, frazesami i swoją trywialnością. No nie wiem, to kompletnie nie dla mnie. Oczekiwałam czegoś wzruszającego, takiego mocnego, czegoś co kompletnie mnie zaskoczy, ale będzie zupełnie zrozumiałe. Tutaj mamy masę zbędnych słów, sytuacji, które tak naprawdę do niczego nie prowadzą, a cała akcja jest jakby nadmuchana, natomiast jej rozwiązanie nie jest wcale dla mnie żadnym "wow".
Kompletnie nie podoba mi się taki sposób przedstawienia tematu. Nie tego oczekiwałam, a nawet mam wrażenie, że w tym przypadku nie jest to nawet spełnienie tego czego nie oczekiwałam - bo czasem przecież coś czego się po książce nie spodziewaliśmy, wychodzi jej bardzo na plus. Tym razem widzę prawie same minusy i może przez to nie jestem w stanie dostrzec plusów, które może i tam są, ale bardzo słabe.
Stawiam więc **2**, uwierzcie mi nie lubię tego robić. Zwłaszcza, gdy czytam z tak wiosennym i radosnym nastawieniem jak ostatnio. Czy i u Was wiosna zaczyna się pokazywać?
Późno, ale lepiej późno niż wcale!

J. Czajkowska, "Macocha", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013, s. 504

9 komentarzy:

  1. To o czym piszesz to prawda, mnie te rzeczy również irytowały, ale też pewne sprawy interpretowałam w inny sposób, co sprawiło, że tę książkę wspominam mimo wszystko pozytywnie. Zdenerwowała mnie, wzbudziła silne emocje, właśnie poprzez zachowanie bohaterów. A to już plus ;)
    Nie spotkałam się z taką książką, była dla mnie czymś nowym, interesującym

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a dla mnie to wszystko za miałkie i odrealnione było stąd moja irytacja i niezadowolenie z lektury...

      Usuń
  2. A ja nie mam większych oporów przy pisaniu negatywnych opinii. Jak chłam, trzeba to przyznać otwarcie :) A że gusta są różne, to wada w moich oczach może być zaletą w innych :) Książka wydaje się umiarkowanie interesująca, ale nie wykluczam, może kiedyś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ok, ja też może nie mam oporów przed pisaniem, lecz nie lubię tego robić,
      niestety gdy chłam to mus się opinią podzielić także!

      Usuń
  3. Mam w planach. Wprawdzie Ty oceniłaś pewne rzeczy negatywnie, ale mnie ciekawią te relacje mąż- żona, nie idealne. Chociaż szkoda, że pisarka nie tchnęła w temat jakiejś świeżości, a napchała trywialnością i zbędnymi słowami. No cóż zobaczę sama, jak odbiorę tą książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no właśnie te relacje mąż-żona tu są według mnie żadne, kompletnie z boku sobie gdzieś Ci małżonkowie dryfują i od czasu do czasu los ich styka, by mąż się po mądrzył i wrócił do swojego świata...
      ale próbuj, próbuj... choć boję się, że możesz się rozczarować

      Usuń
  4. Ja z opiniami negatywnymi raczej nie mam większych problemów, bo skoro stawiam sobie za cel szczerość i uczciwość, to niestety nie pozachwycam się czymś, co mnie nie rzuciło na kolana. Dziś pisałam o "Alibi na szczęście", która jest właśnie taką książką, nie rozumiem zachwytów nad nią, bo mnie rozczarowała ogromnie. Mnie się gorzej pisze o takich pozycjach, które wzbudzają we mnie mieszane uczucia, wolę jasne sytuacje: albo mi się podoba, albo nie. A co do Macochy, to bardzo chcę ją przeczytać, trochę mnie zmartwiła Twoja opinia, tym bardziej, że Prószyński to jedno z moich ulubionych wydawnictw i zawsze bardzo liczę na ich książki. Ale się rozpisałam;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to nie o to chodzi, że będę zachwalała każdą książkę, nawet chłam - nie tego nigdy nie robiłam i nie będę robić, ale nie ukrywam, że robić tego wcale, a wcale nie lubię!
      "Alibi na szczęście" czeka na półce i specjalnie nie czytam opinii o niej - poczytam po moim książki przeczytaniu,
      a Prószyński - jedno z moich ukochanych wydawnictw, ale tak jak wszędzie czasem coś mi u nich podpasuje, czasem nie i już :)

      Usuń
  5. http://to-wonderland-olcik.blogspot.com/
    Dopiero zaczynam, ale może ci się spodoba :)

    OdpowiedzUsuń