piątek, 26 kwietnia 2013

"Białe trufle" N.M. Kelby


 "Smakowita opowieść o miłości, jedzeniu i miłości do jedzenia" - głosi opis na okładce, okładce dosyć zachęcającej do sięgnięcia po tę książkę, sugerującej wytrawną lekturę, ze szczyptą pikanterii i tajemniczości. Historia życia sławnego francuskiego szefa kuchni - Augusta. Escoffiera, jego miłości do gotowania i do kobiet. Historia co prawda fikcyjna, lecz oparta na życiorysie.
"Białe trufle" zapowiadały się więc smakowicie.
Niestety mnie posmakowały średnio. Ciekawe czy białe trufle zniosłabym lepiej i czy umiałabym docenić ich smak. Bo najwyraźniej smaku "Białych trufli" docenić nie potrafię, choć miałam na to ogromne nadzieję. Nastawiłam się na książkę pełną zmysłowości i smakowitych opisów zarówno życia wielkiego kucharza Francji, jak i potraw przez niego tworzonych. Owszem sporo tego dostałam, ale w jakiś taki nużący sposób, że zamiast chłonąć książkę strona po stronie, męczyłam się i miałam ochotę omijać pewne fragmenty. Owszem początek wciągnął mnie dosyć mocno, wręcz czułam, że będzie dobrze. Przemawiał do mnie język powieści, klimat tworzony przez autorkę.
Niestety ze strony na stronę fabuła mi się gmatwała, przeskoki w czasie niestety mieszały mi wszystko to co sobie poukładałam i zamiast skupiać się na przyjemności płynącej z czytania, skupiałam się na  umiejscawianiu się w czasie - bo albo czytamy o teraźniejszości, albo o przeszłości Escoffiera (która też mi się mieszała, momentami nie nadążałam za akcją i gubiłam się wśród postaci, które spotykał). Druga rzecz, która mnie rozczarowała to opisy kuchni, gotowania i samych potraw- spodziewałam się czegoś więcej, owszem sporo tu nazw potraw i składników (ba nawet dosyć często nietłumaczonych z języka francuskiego), lecz jakieś to wszystko było dla mnie sztuczne, obce i mało wciągające. Może to ze względu na moją raczej nie wielką wiedzę na temat kuchennych tajników - co nie oznacza, że nie gotuję, bo gotuję i lubię gotować- może ze względu na te francuskie nazwy, które mnie tylko z równowagi wytrącały (cztery lata nauki francuskiego niestety odcisnęło na mnie negatywne piętno).
A co mi się podobało? Szalenie podobały mi się takie jakby przerywniki między rozdziałami, które były niby pamiętnikiem Escoffiera, w którym opisywał historię potraw, które tworzył na cześć jakiejś znanej osoby. Było to nie tylko w sumie opisy tej potrawy, ale i przytoczenie wielu zabawnych, ciekawych anegdot z życia tych osób i jakby przybliżeniem ich sylwetki. Łapałam się na tym, że miałam nadzieję, że gdy skończy się kolejny rozdział następna będzie część pamiętnikowa.
Przyznać jeszcze muszę, że mimo iż książka momentami mnie nużyła, mimo iż niektóre wątki były dla mnie niepotrzebne, bądź niezrozumiałe, to między tymi momentami czytało mi się rewelacyjnie, wręcz mogłam się rozsmakować w niektórych zdaniach, przemawiających do mnie jak małe mądrości.
Na przykład: "Zostać w pamięci. To nasza jedyna nadzieja." 
"Pamięć ma to do siebie, że zostawia nieusuwalne plamy. Nawet gdy szczegóły bledną, jest ciemność, która nie znika. Jeśli złamiemy prawą nogę, lewa już zawsze będzie silniejsza. Serce, które poznało swoje granice, już zawsze będzie niechętne, by ich sięgać." 
Prawda, że ciekawe?
Przyznam Wam jeszcze, że czytając tę książkę dosyć często robiłam się głodna, co inspirowało mnie do wymyślania czegoś ciekawego, zaspakajającego mój głód. Stąd muffiny wytrawne, z oliwkami i suszonymi pomidorami i kilka innych potraw, które jakoś pasowały mi do tej książki. Choć wydaje mi się, że żadnej niestety potrawy opisanej przez autorkę sama nie umiałabym ugotować.
Podsumowując daję książce ***3***, bo zbyt mało zachwytów nad nią miałam, zbyt mocno męczyło mnie jej czytanie, a plusów jak widać też nie wiele wymieniłam. Pewnie bardziej do gustu przypadnie osobom, które się na kuchni znają, które się w niej lubują i wiedzą coś o historii potraw, sławnych kucharzy.

Książka przeczytana w ramach wyzwania Kwietniowa Trójka E-pik.

N.M. Kelby, "Białe trufle", Wyd. Znak, Kraków 2013, s. 336

4 komentarze:

  1. tak średnio zachęcająca :) Chyba najbardziej to mi się okładka podoba :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Po Twojej recenzji nie mam na nią ochoty

    OdpowiedzUsuń
  3. Sam tytuł i okładka zachęcają, ale jak widać z treścią jest już troszkę gorzej... Rozważę jeszcze sięganie po "Białe trufle".

    OdpowiedzUsuń
  4. Okładka jest przepiękna,a jeśli chodzi o treść to gusta są różne...Mi się podobała

    http://czytamtocodobre.blox.pl/2013/06/Biale-trufle-NMKelby.html

    OdpowiedzUsuń