poniedziałek, 31 grudnia 2012

2013

Podsumowań nie będzie, nie mam w zwyczaju podliczania, przeliczania i robienia statystyk z okazji 31 grudnia....
Wolę raczej pozytywnie nastroić się na 1 stycznia i to co ma przynieść Nowy Rok...
Mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak dobry jak ten, który mija...
Jeśli będzie lepszy to już w ogóle byłoby bardzo dobrze...
Zatem moi drodzy z książką lub bez...
Z lampką szampana,  z uśmiechem na twarzy...., z nadzieją na to co ma nadejść,
wkraczajmy w ten 2013 rok i cieszmy się jego każdą minutą...:)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

trochę z innej beczki...TreeCards i mój angielski

Z angielskim to u mnie raczej kiepsko. To znaczy może nie kiepsko, ale nie tak jakbym chciała. I niestety ciężko mi to zmienić. Na zajęcia w szkole językowej chyba mnie nie stać (bo to zawsze jakiś inny wydatek ważniejszy), a gdy usiłuję uczyć się sama w domu to z tym różnie bywa. To czasu za mało, a to człowiek zmęczony, a to nudnawe to czasami bywa, żmudne i trudne.
Cóż... zapał mam zawsze wielki, ale najwyraźniej czasem za mało go by na dłużej wystarczył.
Tym razem znowu się nakręciłam i powiem Wam, że jak na razie idzie mi dosyć dobrze. Może dlatego, że naukę rozpoczęłam zupełnie inaczej niż dotychczas. Zupełnie nie zakładając sobie, że muszę, że powinnam, że taki, a taki materiał mam przerobić, itp.
„Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy”

Po prostu trafiłam na FISZKI, a można by rzec, że to one same na mnie trafiły. Nie będę przed Wami ukrywała, że produkt o którym dziś piszę dostałam od Wydawnictwa Cztery Głowy. Rzadko decyduję się na tego typu recenzję, bo tak mam i już. Początkowo stwierdziłam, że propozycję Wydawcy odrzucę, ale jednak coś zostało w mojej głowie zasiane. Nigdy wcześniej nie uczyłam się angielskiego za pomocą fiszek, ba nawet średnio łapałam o co w tym wszystkim chodzi. Stwierdziłam więc, że cóż mi szkodzi i zgodziłam się na "przetestowanie". I wyobraźcie sobie, że wsiąknęłam w ten tryb.
Metoda "TreeCards" podeszła mi zdecydowanie.
Jednak o co w nim chodzi?
To nauka angielskiego za pomocą zapadających w pamięć obrazków, rysunków,rymowanek oraz rebusów. Wszystko to oparte o teorię S. Leitnera (dla mnie to akurat było mało ważne). W bardzo przyjemnym, logicznym wydaniu. Mamy tu około 250 karteczek, na których znajdziemy zabawne rysunki ułatwiające zapamiętanie słowa/ wyrażenia, którego mamy się nauczyć. Do nauki i kontrolowania jej rezultatów mamy ciekawe pudełeczko tzw. tree box, podzielony na 4 części - system sprawdzający nasz poziom utrwalenia danego materiału. Plus przewodnik pokazujący nam jak to wszystko obsługiwać.
I oczywiście nie musimy nauczyć się od razu wszystkich słówek. Możemy rozdzielać sobie naukę tak jak chcemy. Ja tygodniowo utrwalam jakieś 20 fiszek. Mało, ale przynajmniej wiem, że na bank je opanowałam. Jak dla mnie bomba!   

Tak to, to co lubię, jestem wzrokowcem, więc idea rysunków na karteczkach (fiszkach) jest dla mnie bardzo czytelna i przekonująca. Do tego mogę się "odpytywać" sama lub mogę to komuś zlecić :).
Przyjemna metoda. Jakie będą jej skutki zobaczę na końcu nauki. Jak na razie idzie mi całkiem dobrze, w miarę systematycznie, nie mam nacisku, co tydzień po prostu odkładam słówka, które już "wykułam" i dokładam nowe, tak by w box'ie było ich dwadzieścia. I tak się moje testowanie kręci.
Mogę więc Wam dziś polecić ten produkt, z czystym sumieniem, nie dlatego, że ktoś mnie o to prosił. Po prostu jak na razie to chyba jedyna metoda nauki języka angielskiego, która mnie porwała i zapał może nie jest szalony, ale nie odpuszczam.
Zaczęłam od  Treecards - Everyday Life - A1 .
Wydawnictwo ma jeszcze kilka innych zestawów, z różnymi stopniami trudności i słownictwem.
Trzymajcie kciuki bym doszła do poziomu ostatniego i bym w końcu była zadowolona ze stanu mojego angielskiego słownictwa. A fiszki już na stałe leżą w zasięgu wzroku, bym mogła w wolnej chwili sobie je poprzerzucać.



wtorek, 11 grudnia 2012

"Pigułka wolności" Piotr Czerwiński


Dziś moi mili przychodzę by podzielić się z Wami moją porażką. Porażką czytelniczą.
Czemu aż używam słowa: porażka? Postaram się wytłumaczyć niżej.
Na lekturę "Pigułki wolności" bardzo się cieszyłam, nie mogłam się jej wręcz doczekać. Czytałam o niej właściwie same pozytywne opinie, tematyka przez autora poruszana wydawała mi się niezmiernie ciekawa, spodziewałam się niebywałych wrażeń, zabawy językiem, tak błyskotliwych uwag o poruszanym temacie, że będę musiała co drugą wypisywać, itp. Jak tylko ją dostałam, dokończyłam wcześniejsze książki i zabrałam się za czytanie.
Ruszyłam z impetem, pierwsze pięćdziesiąt stron pochłonęłam na raz. I z równym impetem zahamowałam tak około setnej strony.  I niestety z kartki na kartkę szło mi coraz gorzej. No może miałam parę zrywów, jakiejś takiej ogromnej chęci do zachwycenia się tą książką, ale niestety poległam. Nie potrafiłam się w niej odnaleźć, skupić na tym co autor pisze, podążać za jego tokiem myślenia i raczyć się nim. To wszystko nie złożyło mi się w książkę, którą czyta się bo się tego chce, tylko się w moim przypadku musi, bo odrzucić się nie da - taki już mam system, że doczytuję, nawet to co działa mi na nerwy najbardziej.
I nie wiem czy to po prostu książka nie dla mnie, czy z czytaniem jej wpadłam w jakiś nieodpowiedni czas, bo miałam wrażenie, że się męczę czytając, że to co autor pisze mnie drażni, że mnie wręcz wkurza. Bohaterowie jakoś kompletnie mnie nie zainteresowali, wręcz mnie drażnił ich sposób bycia, jedyne co mi się podobało to to, że autor świetnie opisywał współczesne wydarzenia, rzucając na nie bardzo ciekawe światło.
I tak oto dobrnęłam do końca "Pigułki wolności" ze świadomością, że średnio zrozumiałam co autor miał na myśli, czego akurat to i dlaczego mi to się nie podobało?
Cóż i tak bywa. Nie będę Wam tu dziś pisała o treści książki, myślę, że większość osób nią zainteresowanych trafiło już na tyle słów o niej, że wie czego można się spodziewać. Moje zdanie jest jednak inne - mnie wydawało się, że wiem czego spodziewać się mogę, ale mimo wszystko u mnie to nie zaskoczyło, nie pojawiła się ta chemia, która pozwala mi na wtopienie się w takie książki i niestety muszę postawić *1*.
To moja kolejna próba zmierzenia się z prozą Piotra Czerwińskiego, kolejna na nie. Chyba to jednak autor niestety nie dla mnie.
Stąd i słowo "porażka" - bo nienawidzę, gdy nastawiam się na ucztę czytelniczą, a wychodzę z ogromnym kacem i o pustym żołądku....
 P. Czerwiński, "Pigułka wolności", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 384

niedziela, 2 grudnia 2012

"Kiedy Bóg był królikiem" Sarah Winman


"Kiedy Bóg był królikiem" to książka do niespiesznego czytania, do zwinięcia się w kłębek na kanapie, pod kocem i czytania, czytania, czytania...
To książka, którą można smakować jak pyszny deser, po trochę, delektując się czytanymi zdaniami, wypisując sobie zdania, które trafiają do nas najbardziej, mając ochotę by pozostały w nas na dłużej. Takie też mam wrażenie po przeczytaniu tej książki: to książka, która pozostaje w czytelniku, to książka, która w nim dojrzewa, by ukazywać swoje oblicza, by pozwolić dochodzić powoli do jej sensu. 
I już Wam mogę zdradzić, że to w niej podoba mi się najbardziej. I ta atmosfera, specyficzna, która w niej panuje. Nie potrafię jej nazwać, lecz ją mocno wyczuwam.
Narratorką powieści jest Elly. Najpierw opowiada nam o swoim dzieciństwie, poznajemy ją i bliskie jej osoby, miejsca, zwyczaje. Pozwalamy się prowadzić za rękę w podróży przez jej dzieciństwo, jej dorastanie. Widzimy świat przedstawiony oczami dziecka. Świat jej ekscentrycznych rodziców, opiekującego się nią brata, specyficznej przyjaciółki. Dorastamy razem z nią, by następnie móc lepiej zrozumieć dalsze losy Elly, opisane w drugiej części książki jej dorosłe życie. Wszystko to na tle ważnych wydarzeń społecznych, które w jakimś stopniu też wpływają na obraz książki, na główną bohaterkę i jej bliskich. Mnie zdecydowanie bardziej podobała się druga część książki, w pierwszej trochę się gubiłam. Jakoś łatwiej było mi się odnaleźć w bliższych mi czasach, do tego bardzo zainteresował mnie włączony do książki wątek ataku na WTC z 11 września 2001.
Zatem o czym jest "Kiedy Bóg był królikiem"? Chyba przede wszystkim o miłości, przyjaźni, wierze w drugiego człowieka, o tym jaki właśnie drugi człowiek ma wpływ na nasze życie.
"Kiedy Bóg był królikiem" to też książka o więzach rodzinnych, o tym, że są niewymazywalne, że nasze dzieciństwo tkwi w nas jak mocny korzeń i kolejne lata to nowe konary na których opiera się nasze życie. I to życie czasem jest szarpane przez różne burze, czasem ocieplane przez słoneczne blaski, jednak ciągle trwa...
A o co chodzi z samym tytułem? Dowiecie się na stronach książki.
Zwińcie się więc na kanapie, przykryjcie kocem, weźcie do ręki książki lub czytniki (tak jak zrobiłam to ja) i oddajcie się niespiesznemu czytaniu, przywiążcie się do bohaterów, przeżywajcie to co oni przeżywają i wyciągnijcie swoje własne wnioski. Zimowe wieczory temu jak najbardziej sprzyjają.

Moje spotkanie z Sarah Winman oceniam na *****5*****, co prawda z małym minusikiem za momentami zbyt pokomplikowaną fabułę, bo czasem się gubiłam, ale może to przez to, że czytałam dosyć długo, od książki często się odrywając.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WOBLINKowi, możecie u nich nabyć tę książkę w formie ebooka. Dzięki temu udało mi się przeczytać kolejną książkę na kindelku i wrażenia z tego doświadczenia jak widzicie dobre, lądują w cyklu e-czytanie.

S. Winman, "Kiedy Bóg był królikiem", Wyd. Albatros, Warszawa 2012, s. 400