niedziela, 25 listopada 2012

"Pompon w rodzinie Fisiów" Joanna Olech


W grodzie Kraka, w mieście z sławnym Wawelem nie sposób nie natknąć się na tematykę smoczą. Ba, można mieć nawet lekki przesyt ową tematyką. Zwłaszcza doskwiera on krakowskim dzieciakom, które tematem są w trakcie swojej edukacji można by rzec torpedowane.
Gdy zapowiedziałam moim świetlicowym dzieciakom, że będziemy czytać o smoku reakcja była niestety dość negatywna. "Znowu?", "Dlaczego?", "Blllleeee" - takie posypały się komentarze. Nie zraziło mnie to jednak i ogłosiłam "czas czytania".
Dlaczego mnie to nie zraziło? Bo po pierwszym zaglądnięciu do książeczki wiedziałam, że dzieciaki oszaleją z miłości do smoka - Pompona. Ja oszalałam !
Takiej dużej dawki humoru dawno nie mieliśmy. Bardzo dobrego humoru dodam. Do tego naprawdę ciekawy pomysł na książkę, bo któż z nas w dzieciństwie nie chciał mieć tajemniczego przyjaciela..., krasnoludka, zwierzątka...smoka?????? Ja chciałam! Marzyłam wręcz o tym, ba nawet całą wyprawkę dla takiego małego stworka stworzyłam z waty i ścinków, podkładałam chlebek na parapet...itp...
Owszem nie marzyłam o smoku, ale po tej książce chyba zaczynam marzyć.
Na początku poznajemy członków rodziny Fisiów, rodziny całkiem zwyczajnej, jest mama, tata, brat i siostra. I jest smok.
Co już nie jest zwyczajne. Do tego smok, który wcale nie jest np. gekonem lub jaszczurką, lecz po prostu gadającym smokiem. Smokiem, który beka, który zażywa kąpieli z pianą, który żywi się muchami, smokiem, który jest dosyć specyficzny, nie tylko przez to, że jest gadającym smokiem.
Zatem rodzina Fisiów zupełnie normalnie funkcjonować to raczej nie może. Jak funkcjonuje, jakie z powodu posiadania smoka mogą wyniknąć korzyści i problemy możecie dowiedzieć się czytając.
My połknęliśmy pół książki na raz, druga połowa też poszła za jednym posiedzeniem. Było przy tym dużo śmiechu (sama musiałam przestawać czytać, bo zanosiłam się śmiechem) i trochę też wzruszenia nawet. Było pouczająco czasem i czasem totalnie niepouczająco. Było tak jak dzieciaki lubią. Autorka w swojej książce udowodniła, że zna ten sekretny język, który sprawia, że nawet niechętne czytaniu dzieciaki, o przygodach Pompona i rodziny Fisiów słuchają (lub czytają) z otwartą buzią, wyrażającą ogromne zaciekawienie.
Udało mi się (a właściwie autorce) więc odczarować smoka w Krakowie, znowu smokiem dzieci zainteresować i do tego gdzieś tam przemycić temat o smoku na Wawelu, który tym razem okazał się bardziej strawny. Wilk syty (a może bardziej pasuje tu tym razem: smok) i owca cała. O dziwo!
Przed nami kolejne spotkanie ze smoczymi bohaterami pani Olech - "Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie Przygodowe" zaczynamy czytać od poniedziałku. Coś czuję, że też nam przypadnie do gustu.

Pompon zasłużył więc jak najbardziej na najwyższą notę - ******6******, za wszystko! Za tekst, za ilustracje (spod ręki samej autorki), za twardą oprawę, no za wszystko po prostu!
Rodzice jeśli Wasze dzieci jeszcze nie znają Pompona naprawcie to - zbliżają się przecież Mikołajki...a ja zawsze podpowiadam Mikołajowi, że książki to najlepsze prezenty!


J. Olech, "Pompon w rodzinie Fisiów", Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 144



wtorek, 20 listopada 2012

"White Plate" Eliza Mórawska


Dziś obchodzi urodziny osoba bardzo dla mnie ważna, osoba z którą ta książka kojarzy mi się najbardziej. Moja kochana Siostra.
Czemu akurat z nią kojarzy mi się książka kucharska jednej z najpopularniejszych blogerek kulinarnych? Ponieważ po pierwsze książka ta jest prezentem jaki podarowałam siostrze właśnie na urodziny, po drugie siostra moja uwielbia piec i gotować -  i wychodzi jej to uwierzcie mi wspaniale - i nie piszę tak, bo tak wypada, tylko naprawdę ma dziewczyna dar w rękach i kubkach smakowych, taki, że uważam iż  powinna restaurację lub cukiernię otworzyć (do dziś rozpływam się nad wspomnieniem o tiramisu jagodowym, jakie dostałam od niej na urodziny) lub przynajmniej stowrzyć o tym co tworzy bloga. Po trzecie bo White Plate to jeden z tych blogów, które moja siostra uwielbia. Ja zresztą też lubię, choć takiego daru do wypieków jak moja sis lub autorka nie mam, oj nie...
Ale dobrze, że mam tak cudowną siostrę, która dopieszcza moje podniebienie jak mało kto.
Eliza Mórawska też dopieszcza, ba nawet rozpieszcza. Rozpieszcza w swojej pierwszej książce kucharskiej "White Plate - słodkie". Rozpieszcza na maksa!
Po pierwsze rozpieszcza już samą okładką - nie dość, że to twarda oprawa, duża książka, to tak piękna, że nie można przejść obok niej bez zwrócenia na nią uwagi. O dziwo uwagę przykuwa prostota na zdjęciu, klasa po prostu. Talerz z okruszkami...niby nic nadzwyczajnego, jednak już to jakoś przemawia do mnie, sugerując, że po tych wypiekach mogą pozostać tylko okruszki, reszta może zniknąć niebywale szybko...
Gdy już zwrócimy uwagę na książkę to oczywiście nie powstrzymamy się przed jej otworzeniem. I tu w moim przypadku nastąpiło wielkie i przeciągłe "wowww", które mogły usłyszeć Panie na stoisku Wydawnictwa Dwie Siostry (bo tam, na Targach Książki prezent zakupiłam). Byłam i jestem zachwycona! Piękne zdjęcia! Spokojna czcionka, przyjemna szata graficzna, wszystko w przyjemnych barwach, dopieszczone do granic możliwości. Naprawdę zachwycające! Nie mogłam oderwać wzroku, nie mogłam tej książki normalnie zamknąć by za nią zapłacić.
Zaś co do treści to uwierzcie mi też zachwyca. Dla osoby, która piecze na co dzień będzie to bardzo przydatna i konkretna pozycja, dla takiego laika jak ja - totalna inspiracja by jednak tematem pieczenia się zainteresować z bliska, z perspektywy wałka i piekarnika....
Mamy tu jakieś 55 przepisów na słodkie cuda! Każde cudo sfotografowane, wypisane składniki i oczywiście przepis jak owo cudo wykonać. Łatwym językiem, który trafił i do mnie. Tak, że ślinka cieknie już przy kompletowaniu składników. Dodatkowo autorka zamieściła też liczne podpowiedzi jak sobie z pewnymi problemami przy przygotowywaniu ciasta i pieczeniu radzić. Mamy tu też przydatny bardzo spis miar, podpowiedzi dotyczące tego w czym można piec (formy na ciasta) i opis przydatnych składników, przypraw. Mamy też miejsce na swoje adnotacje odnośnie przepisów (bardzo fajna rzecz). Dodam jeszcze, że książka jest dwujęzyczna - w języku polskim i angielskim.
Wszystko to powoduje, że jak widzicie jestem tą pozycją oczarowana. Aż mi szkoda, że nie odpisałam sobie wszystkich przepisów nim podarowałam siostrze książkę. No nic, obiecała, że da odpisać. :)
Ba, dziś mi mówiła, że już parę przepisów wypróbowała i mi poleca. Ja wypróbowałam ciasto marchewkowe - wyszło pyszne i na stałe zagości w moim domu. A White Plate nadal będę odwiedzać na blogu, wierząc, że pani Eliza wyda kolejną tak piękną książkę.
Siostrze zaś najchętniej sprezentowałabym warsztaty kulinarne z autorką, szkoda, że są np. w Poznaniu, a od niej to bardzo daleko...może kiedyś autorka zawita i tam, gdzie mojej siostrze bliżej...? Śledzę to uważnie ! :) 
E. Mórawska, "White Plate - słodkie", Wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2012, s.196

środa, 14 listopada 2012

"Wrony w Ameryce" Marcin Wrona


Nie do końca wiem skąd się wzięło to moje zainteresowanie Stanami Zjednoczonymi, ale mam wrażenie, że towarzyszyło mi od zawsze. Ciągnie mnie do tego kraju ogromnie, fascynują mnie jego krajobrazy, jego kultura, obyczajowość i ludzie. Moim największym marzeniem jest objechanie każdego stanu USA, od zawsze o tym marzyłam i chyba na zawsze marzyć o tym będę. Owszem w Stanach widzę też wiele wad, lecz liczba zalet przeważa, stąd moje achy i ochy rozbrzmiewają jak tylko słyszę o tym kraju.
Nie mogłam więc przejść obojętnie obok książki reportera, którego bardzo też lubię, pana Marcina Wrony, który od 2006 roku jest korespondentem z USA pod flagą Faktów TVN. I uwierzcie mi czasem w Faktach mam ochotę oglądać tylko jego.
Gdy tylko się dowiedziałam, że pan Marcin taką książkę napisał, rozpoczęło się moje na nią polowanie. Upolowałam, w dzień Targów Książki, nie na targach co prawda, ale będzie się mi z nimi mocno kojarzyła. Niestety czytać od razu dane mi jej nie było. Mąż porwał w swoje ręce (a przyznam się Wam, że o tej wyżej wspomnianej podróży marzę nie tylko ja) i pochłonął żywcem. Aż się bałam czy mi wszystkich literek nie wyczyta. Nie wyczytał, zostawił coś dla mnie. I ja wpadłam między wrony. :)
"Wrony w Ameryce" czyta się mając wrażenie jakby autor siedział na przeciwko nas i nam opowiadał o swoich amerykańskich doświadczeniach, spostrzeżeniach na temat tego kraju, o swoim życiu w nim i o tym co go w nim fascynuje. Bo nie da się ukryć, że autor jest Stanami zafascynowany, tak jak i ja, tylko on ma o tyle lepiej, że na co dzień je ogląda z bliska. Ja po trochu mogłam też je jakby z bliska obejrzeć właśnie dzięki tej książce. Autor jednak nie pisze tylko o samych zaletach mieszkania w USA, wymienia też masę wad, dziwnych rzeczy, do których jest się mu nadal ciężko przyzwyczaić. Obala niektóre mity, wyjaśnia niektóre błędnie pojęte zwyczaje, oswaja je i tłumaczy zasady, które dla nas Polaków czasem wydają się sztuczne lub po prostu dziwne.
"Wrony w Ameryce" to książeczka pełna ciekawostek, pełna pożytecznych informacji, podanych z dużą dawką humoru, zdrowego dystansu, ale też ogromnej miłości do kraju, w którym autorowi przyszło żyć.
Na moją wysoką ocenę miało zatem wpływ wiele czynników. To, że mocno interesuję się tematem książki, to, że lubię jej autora, ale też to, że autor nie stał się nagle "Amerykaninem" i swoją polskość szanuje, wręcz ją podkreśla. Czytając czuje się taką normalność pana Wrony, to, że musi być niebywale sympatycznym człowiekiem, który podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat kraju, w którym żyje i pracuje. Językiem przystępnym dla każdego, i zabawnie, i poważnie w odpowiednich momentach. Na tyle ciekawie, że jeszcze bardziej chciałabym USA móc zobaczyć na własne oczy. Dodatkowo możemy też dowiedzieć się paru rzeczy o pracy korespondenta, dziennikarza - co też jest dla mnie dosyć interesujące.
Oceniam więc moje spotkanie z Wronami na ******6******. Dziękuję autorowi, że moją fascynację jeszcze pogłębił.
Jak widzicie u mnie na pulpicie USA, do tego dokupiliśmy też "Wałkowanie Ameryki" i już się czyta...na razie przez męża, ale wkrótce trafi do mnie. Ciekawe czy jeszcze bardziej rozkocham się wtedy w tej tematyce, czy moja fascynacja trochę ochłonie?

M. Wrona, "Wrony w Ameryce", Wyd. The Facto, Warszawa 2012, s. 238

niedziela, 11 listopada 2012

"Pożądanie mieszka w szafie" Piotr Adamczyk


"Pożądanie mieszka w szafie" to książka, która przede wszystkim mnie zdenerwowała!
Bohaterem książki Piotra Adamczyka jest jego imiennik Piotr Adamczyk.
Piotr Adamczyk? Ten aktor? Otóż nie, i może nawet to dobrze, że ani autor tej książki, ani jej bohater nie mają nic wspólnego z "aktorem, który grał papieża", oprócz zbieżności nazwiska. Choć autorowi współczuję pewnie wiecznego zderzania go z "sławą" owego aktora.
Ów Piotr - bohater wydał mi się niestety totalnym fajtłapą. Mężczyzną, która bardziej jest dla mnie chłopcem, niepanującym nad swoimi żądzami i pragnieniami. Człowiekiem bardziej zagubionym we współczesnym świecie, niż redaktorem gazety ten świat opisującej. Facetem, który tak naprawdę nie wie czego chce, który szuka odpowiedzi na to pytanie w ramionach różnych napotkanych kobiet i tych też nienapotkanych - tych, które sobie wyobraża lub o których marzy.
Widzicie więc, że bohatera nie polubiłam, irytował mnie i męczył. Stąd moje zdenerwowanie, bo czyż można się nie denerwować na bohatera, który nas irytuje? No nie można.
Moje nerwy łagodził świetny język autora, świetne spostrzeżenia dotyczące współczesności, świetne porównania, dosadne określenia pewnych zjawisk, ale i liczne metafory, które skłaniały do myślenia.
Jest coś takiego w sposobie pisania autora, co mi się podoba, co mnie pociąga, wręcz nawet fascynuje. Jednak było to zbytnio poukrywane między niektórymi zdaniami tak naładowanymi erotyzmem, że aż trącącymi tandetą, rażącymi swoją namolnością i zbytnim podkreślaniem ich znaczenia. Jak dla mnie za dużo seksu, erotyki i totalnego pożądania... wylewającego się z prawie każdej strony. Odwracało to moją uwagę od czegoś innego, czegoś bardziej wartościowego w tej książce, czegoś, czego zauważyć mi się momentami nie udawało. Czego bardzo żałuję. To mnie też zdenerwowało. Na tyle, że miałam ochotę książkę porzucić, a to już bardzo zły znak.
Mam wręcz wrażenie, że nie do końca zrozumiałam o co autorowi chodziło, co chciał pokazać, co osiągnąć. We mnie wzbudził tylko zainteresowanie sposobem swojego opisywania świata, swoim językiem, a nie przedstawioną historią. I tak wiem, że to bardziej ironia, że książka ma "ukryte dno", że powinnam brać poprawkę na sposób patrzenia na to co czytam, ale...nie potrafiłam. Wszystko to pewnie potrafiłabym zauważyć i tym się delektować wręcz (bo miałam momentami takie zapędy), gdyby nie wybijał mnie z rytmu sam bohater, a to kolejną sceną erotyczną w jego wykonaniu, a to kolejnym aktem onanizmu, który wyskakuje z szafy. W sumie tytuł może powinien był mi to sugerować, może już powinnam była wiedzieć czego mogę się spodziewać. Lecz takiej dawki pożądania się nie spodziewałam. Raczej o innych aspektach samotności bohatera chciałam poczytać.
Tak więc niestety negatywna opinia mi powstała, opinia jakich wystawiać nie lubię, jednak i czasem muszę. Wierzę jednak, że autor ma spory potencjał, że jego sposób pisania wiele obiecuje i mam nadzieję, że coś jeszcze wyda. Może wtedy przekona mnie do swojej prozy bardziej. Może wtedy ją zrozumiem tak jak powinnam.I może jeszcze bardziej zauroczy mnie swoim doborem słów, swoim nazywaniem rzeczy raz po imieniu, a raz w taki sposób, że aż mnie unosi z zachwytu. To w tej książce akurat podobało mi się najbardziej. To pewnie też spowodowało, że się zdenerwowałam na nią, bo jak ktoś kto TAK nazywa rzeczy, kto TAK określa pewne zjawiska, może mnie nie zainteresować swoim bohaterem ????

Stawiam niestety tylko **2**, mając świadomość, że to nie była książka dla mnie, mając nawet nadzieję, że inni dostrzegą w niej to czego jak dostrzec nie umiałam. Zresztą z tego co widziałam książka zbiera wiele pozytywnych recenzji. 

P. Adamczyk, "Pożądanie mieszka w szafie", Wyd. Dobra Literatura, Słupsk 2012, s. 289

czwartek, 8 listopada 2012

Liebster Blog


Jak pewnie zauważyliście rzadko bywam zapraszana do różnych łańcuszków, typowanek itp. Równie chyba rzadko biorę w nich udział. Jednak tym razem zostałam zaproszona przez osobę, którą poznałam na spotkaniu blogerów i wzbudziła we mnie taką sympatię, że nie potrafię jej odmówić. Tak, Viv,  o Tobie mowa:). Zatem odpowiadam na pytania zadane przez nią. 
Oto i one: 
1.       Jaka była twoja pierwsza, przeczytana samodzielnie książka?
     Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, ale coś mi tam świta, że mogły to być książeczki z mojego wczesnego dzieciństwa np. "Pan Kotek był chory" czy wiersze Brzechwy- które ubóstwiałam.  

2.       Chuchasz, dmuchasz na książki czy nie przejmujesz się i zaginasz rogi, zakreślasz?
      Chucham, dmucham, głaszczę i w jeszcze masę innych sposobów dbam o moje książki. Zaginanie rogów mnie tak denerwuje, że mam ochotę zaginającemu urwać..ucho...

3.       Przeczytałaś (łeś) kiedyś szeroko pojętego gniota, który mimo to ci się podobał?
     Oj, pewnie, że tak!  

4.       Co cię skłoniło do założenia bloga?
Hm... pisałam o tym w pierwszym post'cie na blogu. Na początku blog miał być tylko dla mnie, miałam systematyzować sobie przeczytane książki i wrażenia jakie wywołały. Potem zaczęliście pojawiać się tu Wy i po części blog też stał się miejscem, w którym mogę dzielić się tym co myślę o książkach z Wami. 

5.       Skąd wzięła się nazwa twojego bloga?
Heheheh.... od moich wiecznych achów i ochów, wzdychania nad książkami - takie achy i ochy nad książką!  

6.       W jakie miejsce zapragnęłaś (zapragnąłeś) pojechać po tym, jak przeczytałaś (łeś) o nim  w książce?
Zawsze są to Stany Zjednoczone, chyba właśnie od czytania o nich w książkach zaczęła się moja miłość do tego kraju. 

7.       Jaką książkę szczególnie chciałabyś (chciałbyś) polecić, podsunąć swoim dzieciom?
Jest masę takich książek, nie jestem w stanie wskazać jednej, moje dzieci niestety obawiam się, że będą miały więcej książek niż ubrań...:) 
 
8.       Lubisz się spotykać z ludźmi zafiksowanymi na książkach, czy wolisz samotnie się realizować w tym zakresie?
Uwielbiam! W końcu mogę zobaczyć, że nie jestem sama, posłuchać tego co inni mówią o swojej pasji i podzielić się tym co we mnie...
 
9.       Chichrałaś (chichrałeś) się kiedyś na głos w środkach transportu publicznego, czytając książkę?
Jasne, chyba nawet przedwczoraj.  

10.   W szkole byłaś (byłeś) outsiderem, siedzącym w kącie z książką, czy duszą towarzystwa, a książki były zarezerwowane na przebywanie w domu? A może w szkole nie czytałaś (łeś)?
Oj, czytałam nawet na lekcjach, chociaż outsiderem bym się nie nazwała- miałam czas i na rozmowy i na czytanie na przerwach.  

11.   Kontynuację jakiej książki chciałabyś (chciałbyś) przeczytać?
Zazwyczaj  każdej książki kontynuację chciałabym przeczytać - bo mam wiele takich  książek na które jestem zła, że się kończą, że muszę rozstać się z ich bohaterami..., dobrze byłoby ich spotkać jeszcze kiedyś. 
 
I to by było na tyle. Dziękuję za wytypowanie do zabawy. Ja sama niestety pytań nie wymyślam, jeśli ktoś jednak chce przyłączyć się do zabawy to myślę, że Viv nie będzie miała nic przeciwko jeśli odpowiecie na jej pytania. 
Pozdrawiam serdecznie!  

środa, 7 listopada 2012

"Leśni bracia" Weronika Kurosz


"Leśni bracia" przetestowani zostali przeze mnie na dzieciach. Cóż w tym dziwnego? No, że nie na moich, nie przy wieczornym czytaniu na przykład, lecz...
Podczytywaliśmy sobie "Leśnych braci" w szkole, po rozdzialiku, relaksując się na miękkich klockach, sprawiając, że czytanie wchodzi nam w krew....
Zaczęło się jak zawsze: "A co to za książka?", "A musimy słuchać?", "A czy można słuchać i grać (na konsolach, które dzieci uwielbiają teraz niestety ponad wszystko)?" itp.
Jakież było więc moje zdziwienie, gdy z małej grupki dzieci - słuchaczy zrobiła się grupa całkiem spora, całkiem zaciekawiona i wsłuchana całkowicie!
Jakież było moje zdziwienie, gdy uwielbiane gry na konsolach zostały "zapuzowane", a buzie otwierały się z zaciekawienia, między jednym uśmiechem, a drugim.
I osiągnęłam to "Leśnymi braćmi". Nie wiem czy wpływ na to miał fakt, że Leśni Bracia to niesforni chłopcy, którzy po pierwsze wyglądają zabawnie, po drugie posługują się zabawnym językiem, a po trzecie mają niebywałe przygody, czy może ton mojego głosu to sprawił ? :P
Wszystko to w otoczeniu przyrody, o przyrodzie i jej poszanowaniu. Językiem przystępnym, barwnym i zapraszającym do przygody.
Nasi bracia spotykają bowiem między innymi Panią Jesień, Leśną Babę, a nawet Wodnika Szkaradka. Przy tych spotkaniach wykazać się mogą ogromną odwagą i po trochu bohaterstwem, ale w takim przystępnym wydaniu. Nie ma tu bowiem przejaskrawienia roli chłopców, dzięki czemu każde dziecko może się z nimi utożsamiać. Zarówno dzieciakom, jak i mnie podobały się "teorie na przyrodę"z jakimi Leśni Bracia się spotykali. Mimo bajkowości książki, a może i dzięki niej właśnie, dzieciaki przygody chłopców zaczęły przeżywać jak własne. A gdy kończył się rozdział domagały się kolejnego. Jednak dzwonek już wzywał na zajęcia...
Za to kolejny dzień zaczynaliśmy od pytania: "Kiedy Pani będzie czytać?", "A jaki tytuł ma kolejna przygoda?".
I tak przez pięć dni zaprzyjaźniliśmy się z "Leśnymi braćmi", z czytaniem. Weszło nam to w nawyk, że czytamy coraz to nowe książki. Ba, przynosimy swoje ulubione tytuły, by Pani nam je czytała. Zatem spodziewajcie się tu wysypu dziecięcych pozycji.
Wartych polecenia, tak jak "Leśni bracia", którzy przykuwają uwagę swoją treścią, ilustracjami i nawet cena z tego co widziałam jest przystępna.
A książka w twardej oprawie - co przy zakupie książki dla dziecka według mnie ma znaczenie duże!
Bo można na przykład czytać leżąc na miękkich klockach, na łóżku, pod stołem....i w innych miejscach nieniszczeniu się książki niesprzyjających.
Wszystko to powoduje, że książka Pani Weroniki Kurosz dostaje zarówno u mnie, jak i u dzieciaków ogromną *****5*****, polecam gorąco rodzicom - na prezent...bo ponoć Mikołaj już zamówienia robi...
(więcej książek, które polecam znajdziecie w etykiecie - "cykl achyochy z książka... dla dzieci")

W. Kurosz, "Leśni Bracia", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 118

poniedziałek, 5 listopada 2012

"Pewnego dnia" Emily Giffin


Cieszę się, że nie przeczytałam jeszcze "Siedem lat później" Emily Giffin.
Wiecie dlaczego?
Dzięki temu będę miała szansę na kolejne spotkanie z Emily Giffin, bo po przeczytaniu "Pewnego dnia" nagle poczułam, że chętnie przeczytałabym przynajmniej z pięć nowych książek tej autorki i coś czuję, że za każdym razem byłabym zadowolona.
Emily Giffin mogę zaliczyć do autorek zadowalających mnie w pełni. Owszem może nie zaskakuje, z każdej strony nie wyzierają nowe, sensacyjne pomysły, jednak właśnie to utrzymywanie pewnego poziomu w autorce podoba mi się najbardziej.
Poziom, i to bardzo dobry, utrzymany jest i w nowej książce autorki. "Pewnego dnia" to książka charakterystyczna dla niej. I piszę to z ogromną dozą pozytywnego znaczenia tych słów.
Znowu akcja książki rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, znowu dotyczy kobiet i wyborów, jakie niejednokrotnie muszą podejmować. Wyborów wcale niełatwych. Niosących ze sobą konsekwencje na całe życie. Znowu mamy też bardzo dla autorki charakterystyczny sposób opowiadania historii. Jednym zdaniem: znowu mamy wszystko to co w autorce lubię!
W "Pewnego dnia" narracja przypada kobiecie i nastolatce. Kobieta jest biologiczną matką tej nastolatki. Nastolatka ta (jak już zdradza nam okładka, więc i ja Wam zdradzić mogę) została przez tę kobietę oddana do adopcji, kiedy ta kobieta sama jeszcze nastolatką była. Każda z nich wiedzie osobne życie, zupełnie różne, nie tylko ze względu na swój wiek. Lecz nastolatka postanawia po osiemnastu latach swojego życia w adopcyjnej rodzinie, poznać kobietę, która ją urodziła. Tak oto Kirby staje przed Marianne, tak oto życie tych dwóch bohaterek od tego momentu zmienia się, przeszłość powraca budując nową przyszłość. My zaś czytając możemy uświadomić sobie, że życie nie zawsze jest czarno-białe, że pewne decyzje choć determinujące naszą przyszłość mogą być tym innym odcieniem między bielą, a czernią.
Giffin po raz kolejny zatem niesamowicie trafnie opisuje emocje i odczucia kobiet, relacje między ludźmi, tworzy bardzo ciepły klimat powieści. Sprawiając, że mimo iż czasem pisze o sprawach dla nas niewyobrażalnych, potrafimy wczuć się w książkę i dać się porwać opowiadanej historii. Ja niewątpliwie dałam się porwać, czytałam zachłannie, z wypiekami na twarzy i z radością z tego czytania płynącą.
Kibicowałam bohaterkom, życzyłam im jak najlepiej, wręcz byłam momentami pewna jak książka powinna się zakończyć, bym była zadowolona.
Lecz autorka pokazała mi, że inna wersja zakończenia też jest możliwa, dająca wiarę w pozytywne zakończenia, lecz nie za słodkie i pozostawiająca miejsce na nasze późniejsze myślenie o tym co mogło stać się dalej. Jak dalej mogło wyglądać życie Kirby i Marianne. I ich bliskich... bo i oni w tej książce zajmują spore miejsce. Co oceniam na ogromny plus. Bo dzięki temu nie jest to książka płytka, trywialna, lecz dobra obyczajówka, ukazująca wiele aspektów omawianego tematu. 
"Pewnego dnia" jak widzicie zachwyciło mnie, chyba nawet bardziej niż wcześniej czytane przeze mnie książki autorki. Mam nadzieję, że "Siedem lat później" też tak bardzo mi się spodoba. Podskórnie wyczuwam, że tak!

Takie powroty do czytania wcześniej poznanych przeze mnie autorów mogę oceniać na ******6******, bardzo, ale to bardzo lubię, gdy autor/autorka dalej interesuje mnie swoimi książkami, Aż tak, że mam ochotę na kolejne, i kolejne, i kolejne... 

E. Giffin, "Pewnego dnia", Wyd. Otwarte, Kraków 2012, s. 480