wtorek, 30 października 2012

"Spójrz mi w oczy" Lisa Scottoline

Z Lisą Scottoline spotkałam się po raz pierwszy, jednak słyszałam o niej już wcześniej wiele pochlebnych opinii, okładka hipnotyzowała tymi niewiarygodnie niebieskimi oczami, tytuł ciekawił, a treść wydawał się być czymś totalnie dla mnie! I niestety pozory lubią mylić, a oczekiwania nie zawsze mogą być zaspokojone.
Niby nie powinnam na tę książkę narzekać, niby powinna była podobać mi się szalenie, bo i tematyka jej mnie interesująca, i czyta się ją szybko i w miarę przyjemnie, ale...
Coś mnie w niej uwierało, coś mi w niej nie zagrało i właśnie mogę po prostu napisać tak:
niby mi się podoba, ale nie tak jak się spodziewałam.
Czuję się przez to rozczarowana i jakoś niezaspokojona. To tak jest, że gdy coś nie sprosta naszym oczekiwaniom czujemy niedosyt i wręcz złość. Faktycznie czytając tę książkę zdarzało mi się złościć. Na co się złościłam?
Na to, że pomysł na książkę ciekawy, temat bardzo mnie interesujący i myślę, że dla ogółu ciekawy i bardzo trudny. Adopcje i wszelkie sprawy około adopcyjne (bo to główny rdzeń książki) są jakby nie patrzeć raczej tematem zagmatwanym, z wieloma odcieniami i tajemnicami. Jednak autorka swoim stylem tak go jakoś spłaszczyła, że zamiast intrygować to mnie irytowało to co czytałam. Owszem wszystko co opisywała mogłoby się wydarzyć naprawdę (jak to bywa w powieściach obyczajowych), lecz jakoś z drugiej strony wydawało mi się trochę odrealnione. Owszem można było się gdzieś tam w sytuacji bohaterki odnaleźć, lecz ja chyba nie do końca potrafiłam. Nie mogę Wam zdradzić o co mi chodzi dokładnie, podpowiem Wam, że po prostu reakcje głównej bohaterki na to co jej się przydarza są według mnie momentami dziwne, odrealnione właśnie i tak jakoś spłaszczone zbytnio. Do tego kompletnie według mnie niepotrzebny wątek miłosny, gdzieś tam niby wpleciony w tło. Dla mnie on tylko książkę przymulił, nic do niej nie wnosząc.
Na co się jeszcze złościłam? Na to, że za dużo z treści wyjawione jest już na okładce. Myślę, że zupełnie inaczej mogłoby się czytać mi tę książkę, gdybym nie do końca wiedziała o co chodzi, gdybym razem z bohaterką mogła "prowadzić jej prywatne śledztwo", razem z nią reagować na to co się dowiedziała i razem z nią podejmować decyzję - tzn. obserwować jej decyzję i albo się z nimi kłócić, albo zgadzać.
Niestety na okładce wyczytałam za dużo, za dużo też oczekiwałam najwyraźniej i owszem przeczytałam, ale częściej się złoszcząc na autorkę niż podziwiając to co pisze.
I złościłam się jeszcze na pewne nieścisłości, które wyłapywałam w książce, np. imiona dalszych postaci się plątały, literówki i powtórzenia drażniły, a czasem wydawało mi się, że wyłapałam parę nieścisłości co do samej treści.
Jak widać coś mi w tej książce nie zagrało, jak trzeba. Jednak nie spisałam jej na straty, bo mimo wszystko czytało się ją przyjemnie, w tempie zawrotnym, momentami z lekkim dreszczykiem, choć nie można powiedzieć, że pewnych rozwiązań nie można było się już wcześniej domyślić.
Tak więc jak widzicie czasem to o wydaje się nam bardzo odpowiadać trafia albo na nieodpowiedni moment w naszym życiu, albo okazuje się, że niestety myliliśmy się w swojej ocenie i ocenę musimy zrewidować. Ja zrewidowałam ją do ****4****, bo to książka, która nie jest zła, którą da się przeczytać, ale nadzieje moje budziła większe. Cóż... i tak bywa!

 L. Scottoline, "Spójrz mi w oczy", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 485

wspominki potargowo-spotkaniowe!

Targi, targi i po targach....
Próbuję po nich wrócić do rzeczywistości, która nijak nie chce się dać ogarnąć.
Uwierzcie mogłabym jeszcze tak przez tydzień przepychać się między stoiskowymi alejkami, pełnymi książek, rozmów o nich i zadowolonych twarzy książkowych fanów.
Mogłabym też tak przynajmniej z tydzień (albo i dłużej) poznawać kolejnych książkoholików, rozmawiać z nimi o książkach i nie tylko, przekonywać się, że czasem zupełnie obcy sobie i zupełnie różni od siebie ludzie potrafią się dogadać, gdy motywem przewodnim rozmowy jest książka.
Mogłabym też taszczyć ze sobą kupione książki, oglądać je w domu, wąchać, planować kiedy je przeczytam i cieszyć się nimi jak dziecko.
Niestety...rzeczywistość bywa inna i stąd też mój trudny do niej powrót.
Żeby go sobie osłodzić dziś powspominamy.

Zacznijmy od samych Targów. Jak co roku moje wcześniejsze obietnice, że już się więcej na nie nie wybiorę zostały zapomniane i dotarłam na Targi w sobotę, o porze zaiste porannej. Uwierzcie mi - było jeszcze pusto, sama byłam tym wręcz zaskoczona, ba, nikt mnie nie obijał, nikt nie deptał, normalnie myślałam, że się zgubię w tej przestrzeni. Jednak nie długo trwała moja radość. Z minuty na minutę przestrzeń się zaludniała, tłum gęstniał, jak i powietrze, którego w pewnym momencie wręcz mi brakowało. Nic to jednak, bowiem mimo wszystko uwielbiam te klimaty i tak sobie wędrowałam razem z Izą  miedzy stoiskami, a to spotykając znanych i mniej znanych autorów, a to kusząc się na kolejne pozycje książkowe, które faktycznie jakoś na Targach Książki wręcz krzyczą do nas: kup mnie! Tym bardziej podziwiam osoby, które zakupom się oparły - a uwierzcie mi poznałam takich.
Tak będąc już przy poznawaniu to przejdę od razu do spotkania blogerów, które razem z Claudette miałam przyjemność organizować.
Jak wiecie spotkanie miało się odbyć o 16.00, w sobotę, w Botanice na ul. Brackiej. Jak przystało na Bracką - padał deszcz! A co! Lało wręcz by można by nawet rzec.
Mimo to dotarło naprawdę dużo osób, wręcz przerosło to nasze najśmielsze oczekiwania.
Myślę, że było nas grubo ponad 20 osób, dokładnie nie policzyłam w końcu.
Pod spodem umieszczę listę osób, które zapisały swój "adres", wiem, że parę osób się nie wpisało - nie chciało lub nie zdążyło, gdybym kogoś pominęła dajcie znać to chętnie Was dopiszę.
A jak na spotkaniu było? Mnie wydaje się, że świetnie. Poznałam kilka nowych osób, dopisały twarze z ubiegłego roku, rozmowy toczyły się jak zawsze gwarnie, czasem w sporej grupie, czasem w grupkach mniejszych - jak to zawsze bywa. Ja mam nadzieję, że uczestnicy zadowoleni i że za rok też dopiszą!
Rozmowy toczyły się aż do godziny 20.00, a poruszaliśmy różne tematy, od tych książkowo-blogowych po te prywatne. W końcu możemy dopasować coraz więcej twarzy do blogów, które czytamy. I o to chodzi! Wszystko nabiera wtedy czasem innej barwy. Żałuję niestety, że przez te okrutnie ciężkie meble i ścisk ogólny nie ze wszystkimi mogłam porozmawiać, ale mam nadzieję, że to kiedyś nadrobimy.

Kolejny dzień - niedziela - zaskoczyła chyba nie tylko mnie śniegiem i kolejnymi tłumami na Targach. Ja wybrałam się tam już tylko na chwilkę, nawet niestety nie udało mi się zdążyć na kolejne (już bardziej oficjalne) spotkanie blogerów organizowane przez granice.pl. Właściwie jechałam tam tylko po pewien podpis, na którym zależało mojemu mężowi i by spróbować porobić zdjęcia. Podpis zdobyty, zdjęć jednak nie porobiłam - skutecznie utrudniały mi to przewalające się obok mnie tłumy. Zatem jak widać zdjęć niewiele..., obiecuję sobie jednak, że w przyszłym roku postaram się bardziej.
I tak jak widzicie skończyły się moje targowo-blogowe przygody, rzeczywistość przytłoczyła brakiem internetu i nawałem obowiązków i stąd ta późna relacja. Na osłodę jednak podaję wyczekiwaną listę blogów.
Oto osoby, które miałam przyjemność poznać i mam nadzieję jeszcze kiedyś zobaczyć (w kolejności w jakiej się wpisywaliście):
1. Isabelle -  http://magiaksiazki.blogspot.com/
2. Tirindeth - http://mybooksbytirindeth.blogspot.com/
3. Soulmate - http://marta6792.blogspot.com/
4. Joanna Malita - http://coczytamalita.wordpress.com/
5. Mała Emily - http://zapiski-malejemily.blogspot.com/
6. Sol - http://sol-shadowhunter.blogspot.com/
7. Fonin - http://magiastron.blogspot.com/
8. Gosiarella - http://wkrainiestron.blogspot.com/
9. Magda K-ska - http://stulecieliteratury.blogspot.com/
10. Fenrir - http://zaginionyalmanach.blogspot.com/
11. Silaqui - http://adanbareth.blogspot.com/
12. Zakładnik Książek - http://www.zakladnik-ksiazek.pl/
13. Anek7 - http://anek7.blogspot.com/
14. Enga - http://ksiazkowo.wordpress.com/
15. Viv- http://krakowskieczytanie.blogspot.com/
16. Elenoir - http://impressje.blogspot.com/
17. Elen - http://elen-magic-world.blogspot.com/
18. Ultramaryna - http://kochajmy-ksiazki.blogspot.com/
19. Ktrya - http://moje-recenzje-ksiazek.blog.onet.pl/
20. Claudette -  http://demi-sec.blogspot.com/

Gdyby ktoś jeszcze z obecnych na spotkaniu życzył sobie bym go do listy dopisała - tak jak wcześniej mówiłam- nie wahajcie się dać mi o tym znać!
Mam nadzieję, że nic nie pomyliłam! Pozdrawiam i idę spać...bo jutro znowu...rzeczywistość...
Koniec wspominek!
Wszystkich serdecznie pozdrawiam!

czwartek, 25 października 2012

"Mr. Pebble i Gruda" Mariusz Ziomecki


Są takie książki do których ciągnie mnie i już! Najpierw przyciąga mnie do nich ich okładka, czymś zwróci moją uwagę i nie pozwala przejść obok siebie bez rzucenia na nią okiem. Jak już się przy niej zatrzymam to zaczyna mnie ciągnąć do niej opis tego co w niej jest. Choć czytam zazwyczaj opisy na okładkach pobieżnie (nie chcę przez przypadek dowiedzieć się za dużo, bo i tak się mi zdarzało niestety) coś w tej treści przyciąga moje zainteresowanie i powoduje, że tę akurat książkę chcę przeczytać, czasem zupełnie nie wiedząc na co się piszę.
Tak też było z ową książką. Już jej zapowiedź mnie zaciekawiła, a gdy zobaczyłam ją na własne oczy zdębiałam. Gruba niesłychanie - co akurat wcale mnie nie odstraszyło. Bardziej odstraszyła mnie cena.
Nie kupiłam. I myślałam, że niestety nigdy nie uda mi się jej przeczytać.
Zatem gdy tylko nadarzyła się okazja zrecenzowania ebooka, z Wydanwictwa Czarna Owca - niezastanawiając się wiele wybrałam "Mr Pebble i Gruda" Mariusza Ziomeckiego.
Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam o tej książce nic ponad to, że okładka przypadła mi do gustu, z pobieżnie przeczytanego opisu udało mi się wywnioskować, że może to być coś dla mnie i że... jakoś magicznie ciągnie mnie do niej bardzo mocno. Nie wiedziałam więc na co się piszę.
Od razu powiem Wam, że warto było! To książka niesamowita. Mądra, przemyślana, wyważona, napisana rewelacyjnym językiem jest powieścią, której się nie zapomina po przeczytaniu. Zostaje w człowieku, jak wydarzenia o których opowiada, pozostały w pamięci jej bohaterów.
Bo bohaterów Mariusza Ziomeckiego jest wielu. Przede wszystkim tytułowy Mr Pebble tj. Jan Kamyk. Ceniony poeta, ojciec chłopca z zespołem Sawanta, emigrant żyjący w Ameryce, do której wyjechał po śmierci swojej żony. To człowiek, który przeżył w swoim życiu dużo. Dorastał w czasach Gomułki, wkraczał w dorosłość w epoce Gierka, zakochał się w kobiecie, która walczyła z ówczesnym ustrojem, przeżywał dramat stanu wojennego i w końcu wyemigrował by na nowo ułożyć sobie życie, z dala od rodziny, od przeszłości, która nie była czymś co chciał wspominać.
Jednak przeszłość ma to czasem do siebie, że potrafi do nas wrócić w najmniej spodziewanym momencie. Do Janka wraca za sprawą kolejnych bohaterów tej powieści. Za sprawą ludzi, których losy nierozerwalnie łączą się z losami Janka i jego przeszłością właśnie. Przeszłością nie do końca wyjaśnioną, skrywającą masę wyrzutów, niedokończonych spraw, tajemnic i niedomówień. Kryjącą wiele dramatów, które by mogły się zakończyć lub zostać zapomniane muszą być najpierw wyjaśnione. Odkryte i zrozumiane.
Na około 900 stronach wędrujemy po osi czasu, po wydarzeniach, których ja osobiście nie mogę pamiętać lub pamiętam bardzo słabo, ale dla osób starszych ode mnie będzie to niesamowite przeżycie. Dla mnie była to jakaś lekcja historii, bo choć wiem, że powieść nie jest biografią to momentami miałam wrażenie jakbym czytała o czymś co wydarzyło się naprawdę. Pewnie dlatego, że autor tak umiejętnie przedstawił ówczesną rzeczywistość, że człowiek ma wrażenie jakby przeniósł się w owe czasu i wspominał wszystko razem z bohaterami powieści. Naprawdę autor rewelacyjnie ukazał tło swojej powieści, tak wiarygodnie, wręcz namacalnie, tak obrazowo opisał swoich bohaterów, że mam wrażenie, że gdzieś tam żyją obok mnie, że choć ich nie znam wiem, że mogli żyć, przeżywać to o czym czytałam.
Oczarowana, jeszcze jedną nogą będąca w tej historii stawiam ******6******.

Zatem nie bójcie się tego sporego tomiszcza, autor tak je "skonstruował", że po przeczytaniu 900 stron, będziecie mieli ochotę na przeczytanie kolejnych 900. Czytajcie więc sobie niespiesznie, przy kawce, przy czymś co lubicie.... nastrojowo... pod kocem...., jesiennie, tak by czerpać z tego maksimum przyjemności. Bo choć autor poruszał trudne tematy, to przyjemność z czytania tego miałam ogromną.




Zresztą zawsze możecie zakupić ebook na Woblinku - ja czytałam ją właśnie dzięki Woblinkowi, zatem ląduje w cyklu e-czytanie z woblinkiem. A ostatnio Woblink kusi promocjami np. tą:


M. Ziomecki, "Mr. Pebble i Gruda", Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2011, s. 904



wtorek, 16 października 2012

"Szopka" Zośka Papużanka


Pierwsze co ciśnie mi się na usta to zdanie: niezła "Szopka". W bardzo pozytywnym znaczeniu.
I w zasadzie mogłabym wszelkie moje wrażenia zamknąć w tym zdaniu, i to by było już dosyć znaczące. Jednak po co oszczędzać sobie samej radości z pisania o książce, która się tak bardzo spodobała, że jedno zdanie o niej to za mało.
Zacznijmy od tego z czym kojarzy się Wam słowo "szopka"?
Mnie z paroma sprawami, przede wszystkim ze Świętami Bożego Narodzenia, potem z miejscem, w którym mieszkają zwierzątka jakieś wiejskie, a na koniec z szopką jaką można odstawić.
Z czym zaś kojarzy mi się "Szopka" Zośki Papużanki? Z rodziną, jej wpływem na człowieka, jej mrokami i blaskami.
Autorka w swoim debiucie obrazuje nam zwykłą rodzinę. Takich rodzin jest tysiące, tylko, że rzadko o takich rodzinach mówi się wprost, słyszy się gdzieś o nich, ale niekoniecznie w wiadomościach - bo przecież ani nikt tam nikogo nie zabił, ani nie dokonał czegoś wyjątkowego.
O takich rodzinach się też raczej nie rozmawia. Bo to taki nasz jadalny bigosik. Kiszą się jej członkowie razem, wpływają na siebie i od siebie się uzależniają. To taka zwykła rodzina, która sprawia wrażenie rodziny jak najbardziej normalnej. Ale czy taka jest?
Zośka Papużanka wyłuskuje wszelkie problemy, które tą rodziną targają, wyostrza je, napiętnuje, jednak nie tworząc z tego jakiejś patologi - owszem nadal jest strasznie i dziwnie, ale ..., ale czyż my takich rodzin nie znamy? Czy przypadkiem w takiej rodzinie nie wyrośliśmy lub choć jedna z cech tej rodziny nie była cechą rodziny naszej?
Mam wrażenie, że autorka pisze o temacie, którym się raczej nie chwalimy, nie dzielimy, ale nie robimy też z niego dramatu. To po prostu nasza codzienność.
A tak naprawdę to po prostu rodziny, które mówiąc szczerze - odstawiają szopkę!
W takich rodzinach matki dbają o swoje dzieci - zagłaskując je na śmierć, nie wypuszczając ich spod swoich skrzydeł, emocjonalnie je terroryzując, ojcowie też sterroryzowani przez swoje żony nie potrafią w tej ojcowskiej relacji się odnaleźć, choć czasem bardzo chcą.
Żony kochają swoich mężów miłością bezgraniczną, ale za to zamykają ich w klatce swoich wymagań i rozczarowane miłość przeżuwają nienawiścią. Mężowie z kolei mylą miłość z uzależnieniem i obojętnością. Rodzeństwo zaś jest dla siebie czymś wrogim, czymś co zamiast wywoływać miłość samą w sobie to wywołuje lęk i uzależnienie z niego płynące. No jedna wielka - szopka!
I wszystko na zewnątrz wygląda pięknie, nie ma się do czego przyczepić. Bo jest i mama, i tata, i rodzeństwo, i problemy takie zwyczajne, codzienne, i radości też zwykłe.

Proza Zośki Papużanki jest poruszająca, nazywająca rzeczy po imieniu, wcale nie robiąc tego jakoś bezpośrednio. Jej bohaterowie mówią sami za siebie, tło społeczne jeszcze to wszystko wyostrza, kontekst wiele wyjaśnia.
"Szopka" to książka mocna, zmuszająca do myślenia, grzebiąca w naszym postrzeganiu opisywanego tematu, przez to wciągająca do granic możliwości - mimo iż wcale nie łatwa czyta się raz, dwa i trzeba się wręcz spowalniać w czytaniu, by niczego nie przeoczyć, by nie opuścić czegoś co swoją ironią, ukrytą aluzją może wpłynąć na nasz jej odbiór. Na nas samych.
Polecam gorąco!
******6******, taką prozę lubię!
Za taką prozą tęskniłam ostatnio, takiej prozy jak widać potrzebowałam, by znowu poczuć się jak ryba w czytelniczej wodzie.
Raz na jakiś czas musi książka mną "potrzepać", raz na jakiś czas muszę wrócić do takiej literatury. Tak jak raz na jakiś czas ciągnie mnie do drutów...bo przy drutowaniu moim książkę wchłonęłam... a pled się wydłużał, wydłużał..., może owinę się nim już tej zimy, razem z kolejną tak dobrą książką????

Z. Papużanka, "Szopka", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 205

czwartek, 11 października 2012

SPOTKANIE BLOGERÓW KSIĄŻKOWYCH


Moi kochani!
Z okazji zbliżających się 16 Targów Książki w Krakowie zapraszamy (Kaś i Claudette)  Was serdecznie na SPOTKANIE BLOGERÓW KSIĄŻKOWYCH.
Spotkanie odbędzie się 27.10.2012 (sobota) o godz. 16.00 w kawiarni CAFE BOTANICA w Krakowie, ul. Bracka 9.
Mam nadzieję, że tłumnie przybędziecie oraz, że tak jak rok i dwa lata temu będzie miło porozmawiać z Wami o książkach i nie tylko.
W razie dalszych pytań proszę o kontakt ze mną : landrusk@gmail.com.
A jak trafić do CAFE BOTANICA zilustruje Wam mapka:

Zapraszam gorąco! 

PS. Swoją chęć przybycia możecie deklarować pod spodem w komentarzach - pomoże mi to ewentualnie w poszerzeniu rezerwacji, która na nas czeka w BOTANICE. 

środa, 10 października 2012

"Pojechane podróże" zbiór pod red. Marka Tomalika


"Pojechane podróże" kupiłam z myślą o mężu. Ze mnie bowiem podróżnik można by rzec - żaden. Do tego raczej jestem z tych wszystko planujących, układających i przez to w podróżach mało spontanicznych. A i jeszcze dodam, że trochę tchórzem po prostu jestem. Kompletnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie, w którejś z opisywanych wypraw. Natomiast mojego męża byłam sobie w stanie wyobrazić w każdej z nich. Stąd i książka była prezentem dla niego. Przeczytał, wychwalił i odłożył na półkę z nadzieją, że uda mu się zrealizować choć jeden procent tego czego dokonali autorzy relacji w książce umieszczonych.
Książka leżała i leżała, a ja podchodziłam do niej jak do jeża. Bo przecież to nie dla mnie. Szalone wyprawy??? E... nie. Spontaniczne, niezaplanowane podróże, pełne niebezpieczeństw, niewygód i sporej dawki problemów. Nie, to nie dla mnie. Ale książka czemu nie, więc po nią w końcu sięgnęłam i ja. I co? I się nie zawiodłam. Odkryłam, że owszem takie podróże raczej nie dla mnie, ale jest we mnie sporo podziwu dla ludzi, którzy się na to decydują. I chyba trochę im zazdroszczę odwagi, jaką się charakteryzują. Bo bohaterowie książki "Pojechane podróże" to ludzie według mnie przede wszystkim odważni. Ciekawi świata, ale i siebie w tym świecie. Ludzie, których gna wewnętrzny motorek zdobywania i odkrywania. Ludzie niepowtarzalni, pełni pasji, a przy okazji tacy jacyś przystępni, niezadufani, opowiadający o swoich przygodach z poczuciem humoru i radością. Opowiadający przede wszystkim o swojej pasji, z pasją! Ta pasja wydobywająca się z ich słów wciąga nawet takich tchórzy jak ja. I uwierzcie mi miałam takim moment podczas czytania, że sama chciałabym rzucić wszystko, moje zaplanowane życie i wyjechać w podróż do miejsc, których zobaczenie mi się marzy. Jak widać autorzy zarażają energią i inspirują.
I choć może nie każdy po przeczytaniu "Pojechanych podróży" rzuci wszystko, spakuje się i pojedzie w podróż marzeń, to warto poczytać o ludziach, którzy czasem tak robią. A z czasem staje się to ich sposobem życia.
17 inspirujących relacji z "pojechanych podróży", 17 osób zarażonych pasją podróżowania. Każda relacja zupełnie inna, pisana w inny, charakterystyczny dla danej osoby sposób, ale każda wciągająca (średnio do gustu przypadła mi tylko relacja J. Kuźniara - spodziewałam się czegoś więcej, ale nie ukrywam, że zaskoczył mnie sam fakt tego iż on też tak ekstremalnie podróżuje).
Każda relacja z nutą egzotyki, z różnymi miejscami na ziemi - raz ciepłymi, gorącymi, raz z zimnymi, wręcz lodowatymi, z innymi krajobrazami, innymi kulturami, sposobami życia. 17 relacji zupełnie innych, ale łączących się tą nicią chęci odkrywania i podróżowania inaczej niż w hotelowych przybytkach i zorganizowanych wycieczkach. 
Co jeszcze na plus? Ogromny plus to fotografie, w ogóle książka według mnie wydana jest pięknie. Każda strona zachęca do czytania i oglądania, poznawania przygód jej bohaterów. Świetny papier, zapach (tak, wącham książki nagminnie) i dołączona płyta DVD z czterema "Pojechanymi filmami" - relacjami z podróży - świetna! Naprawdę zachęcam Was do zakupienia jej lub przynajmniej pożyczenia. Ja cieszę się bardzo, że robiąc prezent mężowi, zrobiłam prezent i sobie.
Dwie pieczenie na jednym ogniu :)
Spotkanie z książką oceniam na *****5*****, pochwalę się Wam jeszcze, że na półce czeka już na mnie obszerniejsza relacja z podroży dwójki bohaterów poznanych w "Pojechanych podróżach" tj. "Byle dalej" Matry Owczarek i Bartka Skowrońskiego. Zapowiada się genialnie!

Zbiór autorów pod red. M. Tomalika, "Pojechane podróże. Szalone wyprawy Trzech Żywiołów", Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2012, s. 320

niedziela, 7 października 2012

"Na jagody" Maria Konopnicka

Jak się powiedziała A, to trzeba i rzec B. Stąd dziś moi mili książka z cyklu "Achy Ochy z książką... dla dzieci".

Chyba nie ma wśród nas osoby, która nie kojarzyłaby choć jednego zdania napisanego przez Marię Konopnicką. Ja przede wszystkim pamiętam czytane przeze mnie z wielką męką zdania z "O krasnoludkach i sierotce Marysi", niestety to wspominam po prostu źle.
Dobrze zaś wspominam przygodę z "Na jagody" pani Marii. Bodajże była to moja lektura nawet - taka z pierwszej bądź drugiej klasy szkoły podstawowej.
Do dziś pamiętam okładkę tej książki, czcionkę i ogólnie szatę graficzną. A treść? Też pamiętam, choć nie ukrywam, w owym wieku chyba nie wiele z niej rozumiałam. To znaczy łapałam sens, ale czaru płynącego ze słów poetki chyba nie odczuwałam. No na pewno nie tak jak teraz.
Właśnie dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka mogłam przenieść się w czasu dzieciństwa i wychwycić cały ten czar.
"Na jagody" zostało można by rzec - wznowione. I to jak! 
Po pierwsze książka wydana jest w twardej oprawie - co uważam za wysoce korzystne, bowiem kierowana jest do dzieci, a one książką potrafią wyczyniać cuda - nie tylko ją czytać.
Po drugie - szata graficzna - rewelacyjna! Kolorowo, jasno, wesoło i sensownie.
Numerek każdej strony jest "wpisany" w jagódkę - co nadaje pozytywny efekt i mnie się bardzo podobało. Rysunki ilustrują czytany tekst, są zabawne i interesujące. Czcionka przejrzysta, dosyć duża - więc i dziecku nie sprawi problemu jej czytanie.
Po trzecie - zwróciłam uwagę na coś czego nie pamiętam we wcześniejszych wydaniach. Wytłumaczenie trudniejszych, niezrozumiałych słów.Naprawdę świetny pomysł, bo nie ukrywam i ja już dorosła nie wiedziałam na przykład co oznacza słowo: rozwora. I choć ja mogłam się domyślić z kontekstu, to dziecko takiej umiejętności nie musi posiadać jeszcze. Naprawdę łatwiej się to wydanie czyta i łatwiej wytłumaczyć dziecku znaczenie niezrozumiałych dla niego słów. A uwierzcie mi dzieci, jak nie wiedzą co słowo znaczy, to nie wahają się o jego znaczenie zapytać!
Co do treści to głębiej się nad tym rozwodzić nie będę. Jak pisałam wyżej nie sądzę by ktoś nie wiedział o czym mogą być "Na jagody". A jeśli nie wiedzą lub ich dzieci jeszcze nie wiedzą to naprawdę warto kupić w księgarni to wydanie.
Mnie sprawiło przyjemność obcowanie z tą książeczką. Przypomniałam sobie jak już wtedy czytanie sprawiało mi ogromną przyjemność, stare słowa nabrały nowego znaczenia, a odbiór treści był wyrazistszy.I nadal lubię najbardziej fragment o ślimaku.

Stawiam *****5***** i polecam rodzicom zakupienie jej swoim pociechom - możemy dzięki temu pokazać im czym kiedyś dla nas były książki. A jeśli macie jeszcze stare wydania to możecie je razem z dzieckiem porównywać. Ciekawe, które spodoba mu się najbardziej :)




Ja czytałam w dzieciństwie takie:


 A w pracy znalazłam to:
















A jako ciekawostkę podam Wam informację, że jutro mijają 102 lata od śmierci poetki. A jej utwory nadal się wznawia i czyta!

M. Konopnicka, "Na jagody", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 47

czwartek, 4 października 2012

nowy cykl na blogu

Oj tak zdaję sobie sprawę, że strasznie zaniedbałam bloga. To wszystko przez to, że znowu zaczęłam na raz czytać parę książek - a zauważyłam, że gdy tak robię, ciężko skończyć mi którąkolwiek z nich. No nic doczytam do końca kiedyś na pewno! A dziś przychodzę do Was z nowym pomysłem.
Z nowym cyklem.

Często w pracy i nie tylko stykam się z literaturą dziecięcą. I nie ukrywam, że jest to jeden z moich ulubionych aspektów mojej pracy. Oprócz tego marzy mi się, żeby po pierwsze rozbudzać manię czytania wśród dzieciaków, po drugie wśród ich rodziców. Rodziców, którzy często nie mają pomysłu na to co kupić swojemu dziecku, na przeróżne okazje i bez nich. Wybierają kolejną plastikową zabawkę, którą po pewnym czasie dziecko albo porzuci, albo zniszczy.
A czemu by nie zakupić maluchowi po prostu jakiejś książki?
No można by, tylko, że część rodziców nie ma pojęcia jaką książkę kupić. I tu też zaczynają się schody. Sama byłam świadkiem jak znany mi rodzic pokusił się (po moich namowach, by dziecku kupić książkę) o zakupienie jakiejś tam różowiastej książki o Barbie. Ok, wszystko dla ludzi, ale czy naprawdę na naszym rynku nie ma dobrych książek dla dzieci, które je faktycznie zainteresują?
Otóż są! Jest ich mnóstwo! Są fascynujące. Sama nie raz chciałabym znowu być dzieckiem, by móc przeczytać bezkarnie te wszystkie książki skierowane do dzieci.
Stąd też mój pomysł na cykl "Achy Ochy z książką ... dla dzieci".
Chcę w nim przybliżyć lektury i te starsze i te najnowsze, jeszcze ciepłe. Wznowienia tego co sama czytałam i zupełnie nowe książki, z zupełnie innym podejściem do dzieciaków. Parę ciekawych pozycji już Wam opisywałam (podepnę je do cyklu), jednak tak często czytam coś dla dzieciaków, że naprawdę może powstać z tego ciekawy cykl.
Mam nadzieję (ambitnie), że przynajmniej jeden rodzic dzięki temu co o literaturze dziecięcej piszę i pisać będę, kupi przynajmniej jedną książkę swojemu dziecku. I może rozbudzi w nim miłość do literatury...
bo czym skorupka za młodu...
A już niebawem kolejna książka dla dzieci...wznowienie...naprawdę warte zwrócenia uwagi na nie.
Mam nadzieję, że mój pomysł przypadł Wam do gustu.

Ps. Mnie to się w ogóle marzy taka praca, w której mówiłabym ludziom jakie książki powinni kupić. Tak się Wam dziś zwierzyłam :).