czwartek, 20 września 2012

"Kobieta z Piątej Dzielnicy" Douglas Kennedy


Nastawiłam się na to, że będzie to książka o miłości, o romansie dojrzałego mężczyzny po przejściach z tajemniczą kobietą. Spodziewałam się, że akcja powieści będzie toczyła się w np. Nowym Jorku (nie wiem skąd mi to przyszło  do głowy - może skojarzenie z Piątą Aleją - a nie przeczytałam wcześniej opisu książki), a ja NY uwielbiam. Nastawiłam się na powolne czytanie, z żółtymi taksówkami w wyobraźni, na powolną akcję, która opływała będzie i trochę w ckliwość, i trochę w tajemniczość, spodziewałam się, że będę obserwowała uczucie rodzące się między dwojgiem ludzi, będę im kibicowała lub nie, raczej nie będę zaskakiwana, ot po prostu tytuł brzmiał kusząco.
I co?
I wszystko było inaczej niż się spodziewałam.
Dostałam rewelacyjną książkę, której czytanie było niesamowitą przyjemnością, przygodą, której nie chce się kończyć, wejściem w świat kreowany przez autora i uwierzeniem w jego istnienie, pomimo jego absurdalności.
Akcja powieści toczy się w Paryżu! Owszem mamy tu coś wspólnego z Ameryką - głównego bohatera Amerykanina, który po rozsypaniu się jego dotychczasowego życia ucieka do Paryża. Za sobą zostawia aferę w której brał udział, córkę, która pozostaje pod opieką jego byłej już żony i pracę, którą stracił przez wyżej wymienioną aferę. Jaką, dowiadujemy się czytając - i to ma w sobie sens, bo głównego bohatera najpierw poznajemy, a potem możemy ocenić go w obliczu nowych informacji. Dla mnie - bardzo ciekawy efekt.
Harry Ricks (bo tak nazywa się ów Amerykanin) próbuje ułożyć sobie od nowa życie właśnie w Paryżu, choć "ułożyć" to trochę za dużo powiedziane. Bo trafia do miejsca, w którym raczej "ułożyć" sobie życia nie może, podejmuje co najmniej tajemniczą pracę i ... poznaje jeszcze bardziej tajemniczą kobietę. Jednym słowem wcale nie jest lepiej niż było, Harry ma wrażenie, że sięgnął dna. Ale czy na pewno? Czy nie może być jeszcze gorzej? Może! I o tym przekonuje się nasz bohater. Jego życie zmienia się z minuty na minutę, z każdej strony czyha niebezpieczeństwo lub seria absurdalnych zdarzeń. Skąd to się wszystko bierze? Czy ma z tym coś wspólnego owa tajemnicza kobieta, z którą Harry się związał?
Kim ona w ogóle jest? O co tak naprawdę chodzi w historii Harrego, co jest prawdą, a co złudą? Gdzie jest granica między tym co realne, a wymyślone? I czy w ogóle jakaś granica jest?
Douglas Kennedy stworzył naprawdę fascynującą książkę, która momentami tak mnie zaskakiwała, że aż irytowała.  Momentami miałam wrażenie, że czytam spokojną powieść (taką do kubka gorącej kawy), by zaraz moje wrażenie obróciło się w pył zupełnych niewiadomych. Wszelkie moje wrażenia i opinie na temat tej historii zostały w pewnym momencie zniszczone. Książka okazała się być czymś zupełnie innym niż się spodziewałam, nie tylko z powodu tego co sobie o niej wyobrażałam nie mając jej jeszcze w rękach. Autor zburzył moją koncepcję nawet podczas czytania, już pod koniec książki, gdy niby nie mogło to nastąpić. I było to tak irytujące, że aż mi się podobało! Bo mimo iż nastawiłam się najpierw na zupełnie inny rodzaj lektury, mimo iż czytając ją zbudowałam sobie ten obraz jeszcze inaczej, by w pewnym momencie został on zniszczony, to tak wciągnęła mnie ta opowieść, że wszystko to ułożyło mi się w rewelacyjną całość, wszelkie wrażenia z lektury pozostawiły jeden wielki wydźwięk: świetna książka!
Na całkowitą ******6******, mimo tego iż w pewnym momencie (jak przeczytacie będziecie pewnie się domyślali w którym) byłam nią tak zirytowana, że powiedziałam, że to beznadziejne jest. Po poukładaniu się całości w mojej głowie, nie mogę przestać myśleć o tym rewelacyjnym pomyśle na powieść i marzy mi się tylko jeszcze obejrzenie jej ekranizacji - ponoć już wchodzi do kin, na pewno zobaczę! Choć już patrząc na trailer mam wrażenie, że zbyt wiele zostało zmienione. Dlatego polecam, najpierw przeczytajcie książkę, potem film.

D. Kennedy, "Kobieta z Piątej Dzielnicy", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 446

sobota, 15 września 2012

"Wyznania upiornej mamuśki" Jill Smokler


Tym razem zacznę od tyłu - czyli od okładki. Tytuł sugeruje nam, że to mamuśka jest upiorna, okładka mówi zupełnie inaczej. Bo czyż dla Was mamuśka nie wygląda raczej na umordowaną, wykończoną wręcz tym urwisem za nią? Upiorna wydaje się być córeczka! Jej mina tylko mnie w tym przekonaniu utwierdza.
Książka trochę też.
To co opisuje Jill Smokler owszem daje do myślenia, ale nad dziećmi i ewentualnie nad ich ojcami, a niekoniecznie robi z matki upiora. Ta kobieta - matka, opisuje nam z czym przyszło jej się zmagać po urodzeniu dzieci, jak jej życie się zmieniło i co jej w nim odpowiada, a co nie. Bez ogródek przedstawia nam swój punkt widzenia na macierzyństwo, na nie tylko to co dobre, ale przede wszystkim na to co w nim złe. Pisze o tym wszystkim ze sporą ironią (i nawet ja się nie raz zaśmiałam czytając), ale niekoniecznie potwierdziłabym słowa z okładki, że z dystansem. Dystansu tu według mnie nie ma, autorka dosadnie pisze o tym co ją dotyczy lub dotyczyło. Macierzyństwo ukazuje z tej mniej lukrowej strony, ze strony, która doprowadza nie raz matki do szaleństwa. Chyba ze strony codzienności, w której matka po urodzeniu dziecka tkwi po uszy.
Piszę "chyba", bo sama jeszcze matką nie jestem (choć nie ukrywam być chcę) i ciężko mi oceniać. Choć już dziwnie jestem przekonana, że w książce Jill Smokler więcej prawdy niż w tych pięknych kolorowych poradnikach lub prasie opisującej jak macierzyństwo jest wspaniałe i jak to ze wszystkim sobie można wyśmienicie radzić. Choć nie ukrywam, że w pewnych momentach opinie autorki trochę mnie irytowały. Przede wszystkim jednak irytowały mnie umieszczone na początku każdego rozdziału -eseju wyznania innych matek, które wpisywały swoje komentarze pod postami na blogu autorki - nie irytowała mnie nawet tak bardzo ich treść, co raczej to, że powodowały, że czytając myślałam, że są to opinie autorki. Gdzieś tam mieszały mi w głowie i nie do końca mogłam sobie ułożyć opinie autorki i te wyznania. No nie grało mi to po prostu.
To wszystko spowodowało, że nie odebrałam ani książki źle, ani dobrze. Ot po prostu przeczytałam, trochę nad nią pomyślałam i odłożyłam, bez jakiejś większej satysfakcji lub wniosków.
Stąd moja ocena: ***3***. Myślę, że to książka, którą powinny przeczytać nie tylko upiorne mamuśki, może dzięki niej wszystkie matki odważą się nazywać rzeczy po imieniu i nie uśmiechać się zawsze, nawet, gdy już nie mają sił. Przeczytać ją powinni też ojcowie - lub przyszli ojcowie - żeby zdać sobie sprawę z tego, że kobiety nie można zostawić z wszelkimi problemami samej. Bo owszem da radę, ale z jakim poświeceniem to tylko ona wie.
A ja się Wam pochwalę, że jutro wybieram się właśnie do pewnej młodej mamy i jej córeczki, i do tatusia, który naprawdę pomaga. Mam nadzieję, że wizyta wypadnie świetnie i nowy człowieczek okaże się uroczy- jakżeby mogło być inaczej, prawda?
Prezent dla córeczki kupiony, a ja poważnie zastanawiam się nad tym czy nie dołączyć do niego prezentu dla jej mamy - "Wyznania upiornej mamuśki".
Wszystkich chętnych do poznawania opinii Jill Smokler nie tylko w książce zachęcam do wejścia na jej blog, który zresztą był inspiracją do powstania tej książki.
www.scarymommy.com.

J. Smokler, "Wyznania upiornej mamuśki", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 190

wtorek, 11 września 2012

"Plaża Babylon" Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy


Nie wiem jak Wam, ale mnie to się marzy "nicnierobienie" dosyć często.
Nie wiem jak Wy, ale ja chciałabym choć raz leżeć na ciepłym piasku plaży, pozwalać się do woli opalać słońcu, pić orzeźwiające napoje i wsłuchując się w szum fal jakiegoś morza lub oceanu, przewracać kartki czytanej w tych rajskich okolicznościach książki.
Nie wiem jak Was, ale mnie na to na razie nie stać. :)
A na pewno nigdy (no chyba, że rzeczywiście wygramy kiedyś w to Lotto) nie będzie mnie stać na wypoczynek w kurorcie opisywanym w książce "Plaża Babylon".
Bo to przede wszystkim odpoczynek strasznieeeeee drogi, ceny, których chyba nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić. Ceny za którymi idą tak luksusowe warunki, że też ciężko mi to sobie wyobrazić. Bo czy wyobrażacie sobie, że odpoczywacie w miejscu, w którym jeśli Wam się nie spodoba jego wystrój to na Wasze życzenie zostaje on zmieniony, jeśli potrzebujecie więcej roślin to zostają one błyskawicznie dosadzone, jeśli mniej - to ogród zostaje jeszcze w ciągu tej samej godziny zlikwidowany. A jeśli życzycie sobie nagłego powrotu z wakacji (bo na przykład nagle nie odpowiada Wam pogoda) to na pstryknięcie palców dostajecie prywatny odrzutowiec, który zabierze Was gdzie chcecie.
Oczywiście za wszystko to trzeba zapłacić. Jednak dla ludzi tam odpoczywających wydaje się to być jakby płaceniem za ich codzienny chleb. Na odpoczynek na tej egzotycznej, zamkniętej wyspie stać tylko tych aż obrzydliwie bogatych. Ich stać na wszystko. A to wszystko organizuje im cały sztab ludzi, których nie stać choćby nawet na dziesięć procent tego co mają Ci bogacze. I pewnie wyczuliście w moich słowach nutkę żalu. Czyż to nie jest niesprawiedliwe? Że jedni odpoczywają w takich kurortach, a inni nie mają co do garnka włożyć- często nie przez swoją niezaradność lecz po prostu przez rzeczywistość.
Czytając takie książki właśnie nad tym się zastanawiam. I zastanawiam się jak to jest pracować w takim miejscu. I często dochodzę do wniosku, że nie mogłabym być ani jedną z tych stron - ani takim bogaczem ( bo kompletnie nie potrafiłabym się w tym odnaleźć), ani osobą, która z takimi miliarderami pracuje. W tej książce udowodnił mi to jej anonimowy współautor - człowiek, który jest menadżerem sześciogawiazdkowego kurortu na tropikalnej wyspie. Człowiek, który owszem dzięki tym zamożnym ludziom sam sporo zarabia, ale...
Właśnie obok opisów tego niewyobrażalnego luksusu, który oferuje ten "hotel" możemy poczytać o życiu takiego menadżera. Jak wygląda tydzień z życia takiego pracownika i wielu innych? Czy to prosty zawód, łatwe pieniądze, czy może wręcz odwrotnie?
Zobaczymy taki kurort jakby od kuchni, a wiadomo, nie wszystko złoto co się świeci....

Ja swoje wnioski z tej książki wyciągnęłam. Szczerze powiedziawszy jednak chyba wolę być tam gdzie jestem, wypoczywać w taki sposób w jaki wypoczywam i marzyć o wycieczce na jakąś rajską plażę..., ale na w miarę normalnych zasadach i za realne ceny. Mnie to wystarczy.
Tak jak i piękna pogoda we wrześniu (no, parę tych ciepłych dni), która pozwoliła mi na czytanie o rajskich plażach na leżaku, na moim balkonie, który zapewnia mi też całkiem solidny relaks.
Tym razem spotkanie z książkę-reportażem (bo dla mnie trochę takie one są) pani Imongen Edwards-Jones wypadło bardzo dobrze, myślę, że mimo iż nie jest to jakaś ambitna lektura to na długo zostanie mi w pamięci - stawiam więc *****5*****, i jeszcze bardziej wyczekuję kolejnej książki autorki tj. "Szpital Babylon" - to dopiero będzie pewnie jazda.


I. Edwards-Jones &Autor Anonimowy, "Plaża Babylon", Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2012, s. 445

wtorek, 4 września 2012

wyniki losowania "Wejście w zbrodnię"

Moi drodzy!
Wczoraj miało być rozwiązanie losowania z Wydawnictwem Bellona, ale przyznam się Wam szczerze, że wróciłam z rozpoczęcia roku szkolnego tak padnięta, że nie miałam siły już zdjęć z przebiegu losowania wrzucić, bo samo losowanie się odbyło!
W związku z tym, że wróciłam wieczorem (no niestety praca nauczycieli w tym dniu nie zawsze wygląda tak jak sobie ogół to wyobraża) zdjęcia kiepskie, ale coś widać. Widać przede wszystkim całą procedurę :D i wyniki!

Oczywiście zdjęcia można powiększyć, po kliknięciu w nie.
Wygranych (tj. Piotrka i Kochamlatte@gmail.com) proszę o zgłoszenie się do mnie (landrusk@gmail.com) z adresem na jaki mam książkę wysłać. Gratuluję :)
Dziękuję wszystkim za to, że odpowiedzieli na moje pytania. Każde Wasze słowo było dla mnie bardzo ważne i miło widzieć, że tak wiele czerpiecie z blogosfery.
Pozdrawiam Was serdecznie i ...
dobrego wiatru w żagle wiejącego Wam życzę w tym nowym roku szkolnym....(oczywiście tym, których on obowiązuję z różnych przyczyn).

PS. Gdyby ktoś jeszcze chciał wygrać "Wejście w zbrodnię" to można jeszcze załapać się na ciekawy konkurs u Edith. :)