niedziela, 29 lipca 2012

"Opowieść niewiernej" Magdalena Witkiewicz


"Opowieść niewiernej" to nie tylko opowieść o zdradzie, jak sugeruje nam sam tytuł. To opowieść przede wszystkim o kobiecie. Owszem o kobiecie niewiernej, bowiem główna bohaterka - Ewa - zdradza męża. Pewnie jak wiele innych kobiet, ku wielu innych oburzeniu. Właściwie męża zdradza nawet ku swemu oburzeniu na początku. Bo ona wcale nie wychodziła za mąż z myślą o tym, że kiedyś zdradzi, ba, nawet zdradą się brzydziła i zdradzającymi - jak informuje nas już w pierwszych zdaniach opowieści. Jednak zdradziła.
I nam o tym opowiada. Wcale się tego nie wypierając, nie biorąc nas na litość, nie szukając u nas zrozumienia lub uzasadnienia swoich czynów. Nie, ona czyny swoje uzasadnia sobie sama. Choć nie wiem czy słowo "uzasadnia" jest słowem odpowiednim. Ewa opowiada nam o sobie, o początkach swojego związku z mężem, o tym jak powstawał i jak się zmieniał, o tym jak postrzegała i jak postrzega swojego męża, o miłości do niego i o tym ile miłości dostawała od niego. Obserwujemy jak między tym dwojgiem rodzi się uczucie, jak ono się zmienia, jak się kształtuje z biegiem lat.
Pewnie gdybym obserwowała związek Ewy i Maćka (męża) obok, realnie, od początku nie wróżyłabym mu dobrze, bo już czytając słowa Ewy, czułam, że to nie jest to co mogłoby trwać w szczęściu, co szczęście by dawało. Niestety Ewa nie czuje się szczęśliwa, a życie u boku Maćka nie ma nic wspólnego z tym czym nazwałaby szczęście. Mimo tego, że Maciek niby nie jest złym mężem. Pracuje (a wręcz zapracowuje się), buduje ich dom, nie zdradza, nie pije, nie bije.... no cud - miód.

Ale czy to na pewno wszystko czego Ewa powinna pragnąć? Czy obok tych "nie bije, nie pije" jest jeszcze miejsce na miłość, na uczucie, na wzajemny szacunek i przyjaźń? W związku Ewy i Maćka najwyraźniej nie było. Bo Ewa jednak mimo iż zdradą się brzydziła, sama ją popełnia. W ramionach innego mężczyzny znajduje to czego nie znalazła u męża, a w słowach i porozumieniu z jeszcze innym mężczyzną odnajduje przyjaźń.
A mąż? Właśnie męża tzn. jego opinii mi brakowało. Jego strony medalu. Owszem Ewa nam o nim opowiada, nieustannie, bo wszystko się do niego odnosi. Ale znamy tylko relacje Ewy, jej spostrzeżenia. On z kolei nie broni się w tej książce w ogóle, bo głosu nie dostał. I pewnie to zabieg celowy. Choć nie ukrywam, że tej obrony mi czasem brakowało, tego męskiego punktu widzenia. Ale jak głosi sam tytuł, to "Opowieść niewiernej".
Opowieść, która jest niesamowicie szczera, emocjonalna, skłaniająca do refleksji. Lecz tak jak wspomniałam na początku to nie tylko opowieść o zdradzie, o jej skutkach. To opowieść o pragnieniach kobiety, o trudach z jakimi się boryka, o marzeniach, które nie zawsze można zrealizować w pojedynkę, o samotności we dwoje, o nadziei, jej traceniu i odzyskiwaniu. O poszukiwaniu szczęścia, może nie zawsze we właściwy sposób, ale czy zawsze od razu wiemy gdzie odnajdziemy szczęście?
Ewa nie wiedziała, szukała go czasem po omacku, ale... konia z rzędem temu kto to wie.
"Opowieść niewiernej" to bardzo kobieca książka, kierowana pewnie przede wszystkim do kobiet, choć ja uważam, że powinni ją przeczytać przede wszystkim mężczyźni. Powinni ją przeczytać jako instruktaż do tego jak nie zepsuć sobie relacji z kobietą, jak nie doprowadzić do tego, że tego co szukała w nich, zacznie szukać u innego. Powinni ją przeczytać i spróbować zrozumieć choć jedną trzecią z naszych myśli. Może nie od razu im się uda, a może i nigdy, ale ważne będzie, że próbowali.
A kobiety też "Opowieść niewiernej" czytać powinny. Choćby po to, by tak jak ja cieszyć się, że nie jestem na miejscu Ewy i modlić się bym nigdy na nim być nie musiała.
I dzięki temu mogłam wypić lampkę wina za zdrowie mojego wspaniałego męża - co by się nigdy nie popsuł.

Moje pierwsze spotkanie z książkami pani Magdaleny Witkiewicz oceniam na ******6******.
"Opowieść niewiernej" to naprawdę dojrzała książka, przemyślana, przenikająca czytelnika. I choć nie wszystko podobało mi się w niej na sto procent, to w ogólnym rozrachunku już nawet nie wiem co to było i niech tak pozostanie! Grunt, że gdy odłożyłam książkę po przeczytaniu jej miałam to uczucie, że przeczytałam książkę, którą przeczytać było warto!


M. Witkiewicz, "Opowieść niewiernej", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 224

piątek, 27 lipca 2012

"Brzydka miłość" Jacek Getner


Z opowiadaniami pana Jacka Getnera zetknęłam się dzięki samemu ich autorowi. Napisał do mnie któregoś dnia z propozycją zrecenzowania ich. Szczerze powiedziawszy boję się trochę takich propozycji. Gdzieś tam w głębi mojego sumienia istnieje przekonanie iż gdy ktoś nas o coś prosi i nam coś za to daje, powinniśmy to ocenić pozytywnie. A jaka była szansa, że opowiadania autora przypadną mi do gustu? Pięćdziesiąt na pięćdziesiąt. I co zrobię, gdy mi się nie spodobają?
Na szczęście nie muszę tak pisać! Bo spodobały mi się, choć nie jakoś szalenie.Nie będę tu pisała samych pochwał, ale jak pewnie już wiecie bywam za szczera w swoich opiniach - i dobrze mi z tym. Zatem przyznam od razu- niektóre opowiadania zrobiły na mnie wrażenie bardzo dobre, inne dobre, a jeszcze inne średnie. "Brzydka miłość" to zbiór trzydziestu opowiadań. Króciutkich, bo zaledwie na kilka stron. Opowiadań momentami dosadnych, momentami metaforycznych, opowiadań o ludziach, życiu i miłości. Choć wcale, jakby sugerował sam tytuł, miłość nie gra tu pierwszych skrzypiec. To po prostu życie, w którym owa miłość się zdarza. To po prostu ludzie, którzy raz kochają, raz nienawidzą, a raz są obojętni. Historie, które są bardzo prawdopodobne, mogą przydarzyć się każdemu z nas. Z każdej z nich płynie mniejsze lub większe przesłanie.Jednak nie chodzi tu chyba o umoralnianie, lecz o zwrócenie uwagi czytelnika na pewne tematy, które czasem nam w życiu umykają lub stają się niezauważalne.
Autor pisze tak, że mimo iż czytamy o sprawach zwykłych, mamy wrażenie jakbyśmy czytali o sprawach dla autora niezwykłych. jakby nam opowiadał o tym co przed chwilą przeżył, zobaczył, przypomniał sobie, co nim poruszyło, zbulwersowało bądź zachwyciło. Czułam się jakbym prowadziła z autorem rozmowę i choć czasem wiedziałam co zaraz powie, nie przeszkadzało mi to. Raczej podobało mi się to, że ktoś myśli tak jak ja i tak jak ja spostrzega rzeczywistość. Choć nie zawsze z autorem się zgadzałam, wręcz w niektórych opowiadaniach denerwowałam się na niego, to i tak ogólny odbiór mam pozytywny. Podobała mi się szczerość, która z opowiadań przebrzmiewa i ten łatwy sposób pisania autora- rzekłabym- ciepły, zachęcający, nie nadający wydumanego znaczenia sprawom prostym, o których można po prostu bez zadęcia opowiadać. I chyba to właśnie jest plusem tych opowiadań.
Cieszę się więc, że się skusiłam na propozycję autora. Cieszę się, że oderwałam się od powieści i choć nie lubię opowiadań, te polubiłam, a czytanie ich sprawiało mi przyjemność. Zwłaszcza czytanie ich na cudnej łące, pod niebem lekko zachmurzonym... z brzęczeniem owadów przy uchu i krzakami malin pod ręką.
Czasem z małej chmury, duży deszcz - tak i w tej książeczce po której nie spodziewałam się wiele, dostałam całkiem sporo dobrego pióra. Może nie na każdej stronie, lecz na ich większości.Spokojnie więc mogę napisać- może Wam się spodobać, może i się nie spodobać! Mimo iż nie są to jakieś wyjątkowo wybitne opowiadania  uwagę na nie warto zwrócić.
Moja uwaga została zwrócona, a myślę, że jeszcze nie raz zerknę na opowiadania, które autor umieszcza na swoim blogu. Bo od tego się wszystko zaczęło. A takim początkom życzę z całego serca sukcesu.

To spotkanie z "Brzydką miłością" oceniam na ****4****, bo nie potrafię opowiadaniom dać więcej - tak już mam, opowiadania nie należą do moich faworytów, jednak ta ocena w tym kontekście jest naprawdę wysoka.
I na koniec dwa cytaty, które utkwiły mi  pamięci:

"Miłość jest uczuciem, które nie da się wytłumaczyć kategoriami urody, ani żadnymi innymi racjonalnymi sposobami. Ale wiedzą o tym tylko sami zakochani."

"Sami potrafimy kochać miejsca i osoby na jakiejś irracjonalnej podstawie, ale miłość innych potrafimy sobie wytłumaczyć tylko racjonalnymi metodami."
  
J. Getner, "Brzydka miłość", Wyd. Najlepszy Seler, 2005, s. 184

czwartek, 26 lipca 2012

"Starsza pani wnika" Anna Fryczkowska


Najgorsze jest porównywanie. Zwłaszcza porównywanie do czegoś co nam się wcześniej szalenie podobało. Najgorsze, bo bardzo nie fair. I bardzo złudne. Bo przecież kolejna książka autora/autorki nie musi być wcale lepsza, ani wcale gorsza od poprzedniej. Może być inna. I "Starsza pani wnika" jest inna. Jednak nie potrafię pozbyć się poczucia, że wcześniejszy kryminał Anny Fryczkowskiej przypadł mi do gustu bardziej. I mimo niechęci do porównywania, przyznając się szczerze - książki porównywałam.
Pewnie to wpłynęło na moje średnio pozytywne odebranie tego kryminału. Niezachwycenie się nim (jak "Kobietą bez twarzy") i jakieś takie chłodne go postrzeganie. Choć nie ukrywam - bohaterki książki polubiłam bardzo.
Bo ja w ogóle lubię szalenie starszych ludzi. Lubię z nimi rozmawiać, słuchać ich, obserwować jak funkcjonują w naszym dziwnym dla nich współcześnie świecie. Lubię ich podziwiać. To, że przeżyli tyle lat i tyle różnych zdarzeń. Lubię ich szanować, pokazywać im, że są dla mnie ważni. Lubię ludzi, którzy mimo swojego wieku, nadal aktywnie żyją i cieszą się życiem. Takich jak pani Halinka- główna bohaterka, lubię jeszcze bardziej. Cały czas aktywna, ciekawa świata i ludzi, pomocna, czasem gderliwa i przyzwyczajona do swoich małych dziwactw, jednocześnie akceptująca zachodzące w jej otoczeniu zmiany. A nade wszystko kobieta, która ma za sobą ciekawą przeszłość.
Kobieta, która dla swojego lekko niewydarzonego wnuczka zrobi wszystko. Nawet zamieni się w detektywa w spódnicy, by on myślał, że jest dobrym detektywem w spodniach. I tak skromna chęć pomocy zamienia się w wciągającą serię wydarzeń, spraw, które spokojne i bezpieczne wcale nie są, a pani Halinka czasem zupełnie nieświadomie narażona jest na niebezpieczeństwo. Ale też i na ciekawą zabawę, bo niektóre wydarzenia są zabawne. Choć pewnie z punktu widzenia czytelnika tylko.
Mimo to ja książkę jakoś tak chłodno odebrałam. Wydawała mi się trochę przekombinowana, za dużo w niej wątków było, które co prawda pod koniec ułożyły się w zgrabną całość, lecz i nawet to nie wzbudziło we mnie dużego entuzjazmu. Choć zakończenie naprawdę ciekawe (i cieszę się, że do niego dobrnęłam) to całość mnie męczyła, trochę denerwowała i w pewnych momentach nie mogłam się połapać w mnogości postaci i połączyć ich odpowiednio z czytanym wątkiem. Jednak przy czytaniu nudzić się na pewno nie będziecie. Ja się nie nudziłam, ale tez i nie bawiłam tak przednio jak spodziewałam się bawić, i w napieciu takim też nie czytałam- a tego od kryminału wymagam.
"Starsza pani wnika" to kryminał, w którym uważam, że obok kryminału równie ciekawe (a nawet nie wiem czy i nie ciekawsze) są wątki społeczne. Bo i trochę poobserwować możemy życie starszych pań, które może i nam się kojarzą niestety z moherowymi beretami, ale wcale nie muszą ich nosić, a autorka pokazuje je w zupełnie innym świetle (o wiele ciekawszym), choć wcale nie idealizuje. W ogóle pani Anna Fryczkowska wiele sytuacji nazywa po imieniu, wcale nie bojąc się pewnych tematów, potrafi je w taki sposób opisać, że czytelnik ma wrażenie, że na jego podwórku też może mieszkać grupa starszych kobiet, które czasem niechcący, a czasem chcący rozwiązują pewne zagadki, na które pewnie nikt inny by nie zwrócił uwagi.
A niespełna trzydziestoletni wnuk pani Halinki to sąsiad z dołu...on też jest taki, jakiś...niewydarzony....
A i czy okulary i lornetka we własnym domu nie wydają się teraz nabierać jakiegoś innego znaczenia? A babcia nie wydaje się być teraz jakaś inna? Energiczniejsza?

Wszystko to jednak jak wiecie porównywałam z "Kobietą bez twarzy" i opisując to wszystko umocniłam się tylko w przekonaniu, że porównywanie to ZŁO!
Bo dzięki temu porównywaniu "Starsza pani wnika" dostaje ode mnie tylko ****4****, a liczyłam na o wiele więcej. I z sympatii do autorki też bym więcej dać chciała, jednak nie mogę, bo po porostu "Kobieta bez twarzy" byłaby wtedy skrzywdzona. Cóż po prostu tak czasem bywa, że jak się zafiksujemy na jedną książkę, to inne przy niej bledsze się wydają. Może kolejne książki autorki spowodują, że "Kobieta bez twarzy" zblednie? A może i nie, ja i tak żyję nadzieją na kolejny kryminał autorki.


A. Fryczkowska, "Starsza pani wnika", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 440

niedziela, 22 lipca 2012

"Oro" Marcel A. Marcel


Będąc tak bardzo zachwycona tą książką  nie wiem od czego zacząć moje zachwalanie Wam jej.
Jestem pewna, że nie zapomnę o niej nigdy, tak głęboko wryła mi się w serce, że już zawsze będzie gdzieś we mnie.
Genialna, zachwycająca, świetna... aż brak mi słów by ją określić. Książka, która niesamowicie mnie zaskoczyła swoją wartością, tym ile pozytywnego niesie. Tym, że mimo iż kierowana do nastolatków, trafiła do mnie (już nie nastolatki, jak zapewne zauważyliście) w stu procentach. I wiem, że teraz każde napotkane przeze mnie dziecko/nastolatek dostanie ją w zaleceniu.
Bo "Oro" to książka, która leczy, którą powinno się przepisywać na recepcie, każdemu nastolatkowi. Bo to lek, który odwróci znieczulice na życie innych, to lek, który rozbawi, ale i wzruszy, który spowoduje, że czytanie znowu wróci do łask! Młody czytelnik poczuje, że wszystko ma sens, a to co czasem jest złe, nie na zawsze takim musi pozostać. A i może ktoś  przestanie być samotnym, w świecie, gdzie wszystko jest dookoła, a nawet wszystkiego jest za dużo?Taki nastolatek może na przykład polubić główną bohaterkę książki - dwunastoletnią Lenę. Dziewczynkę z domu dziecka, która tuła się od rodziny zastępczej, do rodziny... I powoli traci nadzieję, na to, że może zostać pokochana, że na jakieś miejsce będzie po prostu mówiła dom...bez dodawania słowa "dziecka". Wręcz na tę okoliczność się zamyka. A głową ponoć muru się nie przebije. Otóż  może być zupełnie inaczej. Tylko nie od razu i trzeba nad tym i nad sobą trochę popracować. Plus oczywiście sprzyjające okoliczności.
Lena bowiem trafia  do kolejnego domu. I już na dzień dobry nastawia się negatywnie, jednak mieszkańcy tego domu nie są zwykli, pospolici i nawet opór Leny wobec nich nie traktują pospolicie.
Jak w nowym miejscu odnajduje się Lena? O tym jest własnie "Oro". Ale nie tylko o tym. Autorki (bo pod pseudonimem Marcel A. Marcel ukryły się dwie panie: Dana Łukasińska i Olga Sawicka) w genialny sposób odmalowały świat nastolatków, ukazały ich problemy, to co ich interesuje, czym się zajmują i to w jaki sposób myślą. Bardzo dobrze ukazały też środowisko domów dziecka i domów zastępczych- momentami może i przejaskrawione, choć ja jestem bliżej stwierdzenia, że nie. Podobało mi się też zwrócenie uwagi na odmienność ludzi, na to, że w swoim życiu możemy spotkać i tych dobrych, i tych złych, i tych zdrowych i tych chorych. Autorki nazywają rzeczy po imieniu, a czytelnika, choć młodego traktują zupełnie poważnie. Choć ze sporą dawka, naprawdę zabawnego humoru, który niejednokrotnie mnie rozbawił, tak że śmiałam się na głos. Ale i też łezka w oku mi się zakręciła. Tak, książka dla nastolatków trafiła do mnie w stu procentach, zachwyciła mnie i właściwie odbierała mi w pewnych momentach mowę. W końcu ktoś napisał tak rewelacyjną książkę, którą mogą czytać i dorośli, i ich dzieci. Książkę o której będą mogli ze sobą rozmawiać, choć pewnie spostrzeżenia na jej temat mogą mieć inne, bo z innego punktu widzenia postrzegane. Jednak na pewno będą nią zauroczeni, poruszeni i tak jak ja po przeczytaniu ostatniej strony  będą żałowali, że się już skończyła
I w końcu powstała książka, w której nie ma wampirów, zombie, wilkołaków i innych stworzeń pseudo-magicznych, które ponoć mają pomóc nastolatkom poznać świat i zrozumieć siebie.taka pseudo magia, zastraszająca. Co prawda w "Oro" też jest trochę magii, ale takiej innej, delikatnej...
Bo to książka magiczna, w której magia jest tak subtelna, że wręcz niezauważalna, lecz niezastąpiona. I taka jakaś realna...wiarygodna...taka, którą chcielibyśmy spotkać na własnej drodze.

 Magia, dzięki której pokochałam tę książkę całym sercem! I z głębi serca stawiam jej ******6******, choć mam świadomość, że to za mało! Zachęcam Was zatem gorąco do sięgnięcia po nią, i nastolatków, i dorosłych! Dajcie jej się porwać, uwierzcie w nią i pokochajcie tak jak ja!
Dodatkowo muszę też pochwalić wydawcę za jej naprawdę solidne wydanie- szata graficzna rewelacyjna, z rewelacyjnymi ilustracjami komiksu (bo obok treści mamy też komiks), brak literówek i naprawdę świetna redakcja! Jakby książka spod igły wyszła!
A i jeszcze chcę podziękować pewnemu piętnastolatkowi, który mi książkę udostępnił, przez co sam czytać jej nie mógł. Ale już oddałam mu i dostałam cynk, że jemu też się podoba!
M. jesteś wielki z tym czytaniem, daje mi wiarę w to, że chłopcy tez potrafią czytać, ;P

Marcel A. Marcel, "Oro", Wyd. Marginesy, Warszawa 2012, s. 344



środa, 18 lipca 2012

"Wiosna w Różanach" Bogna Ziembicka


Pierwszą część powieści pani Bogny Ziembickiej czytałam już jakiś czas temu, bodajże wczesną wiosną. Tym razem latem zaczytałam się w "Wiośnie w Różanach". I co? Może podzielę się z Wami najpierw moimi pierwszymi spostrzeżeniami po odłożeniu książki na półkę.
Po przeczytaniu "Wiosny w Różanach" mogę powiedzieć, że:
- jeszcze bardziej nie lubię głównej bohaterki - niejakiej Zosi,
- jeszcze bardziej lubię jej przyjaciółkę Mariannę,
- marzy mi się odnalezienie starego pamiętnika, w którym mogłabym poczytać o losach moich przodków i czasach w jakich żyli,
- uwielbiam czytać o miejscach, które znam, o ulicach na których bywam, czuję się wtedy jakoś bliżej czytanej książki i jest dla mnie bardziej realna,
- uwielbiam, gdy w książce mogę znaleźć jakiś np. przepis kuchenny z którego mogę sama potem skorzystać- to też powoduje, że opisywana przez autora/autorkę historia jest nam bliższa.
Jednak nade wszystko uwielbiam gdy autorka, której pierwszą książkę czytałam całkiem niedawno i jeszcze ją gdzieś tam w pamięci mam, mam jej poziom zarysowany..., w drugiej swojej książce ten poziom podnosi, nie zawodzi czytelnika i wciąga go w kreowany przez siebie świat.
Tak udało się zrobić pani Bognie Ziembickiej. Brawo!
"Wiosna do Różan" to naprawdę lepsza książka niż "Droga do Różan", chociaż nie wiem do końca czy powinnam je ze sobą porównywać. Myślę, że "Droga do Różan" to było jakby wprowadzenie do historii przedstawionej w "Wiośnie w Różanach". Bo tu właśnie wszystko się rozkręca. Wspomniana i nie lubiana przeze mnie Zosia niestety (bo choć jej nie lubię, to źle jej nie życzyłam) zostaje mocno doświadczona przez los. Jak? Przeczytacie. Oczywiście pod wpływem tych wydarzeń Zosia załamuje się, wydaje jej się, że nie ma już po co żyć i dla kogo. Wyprowadzić ją z tego błędu chce jak zawsze niezawodna przyjaciółka Marianna, które i w tej części tryska humorem, ironią i mądrością życiową. Oczywiście jest i Eryk (zakochany w Zosi obłędnie), lecz jego Zosia i w tej części traktuje tylko jak przyjaciela, z czym on pogodzić się nie może. No i mamy tu jeszcze kilka nowych postaci, dzięki którym los i Zosi, i Marianny, i nawet Eryka zostanie odmieniony. I znowu Wam nie napiszę jak, bo sami się dowiecie, a ja nie chcę psuć niespodzianek. Mam nadzieję tylko, że rozbudziłam Waszą ciekawość.
Bo autorka znowu udowodniła mi, że mimo mojej antypatii do głównej bohaterki, jej książkę mogę bardzo polubić. Za styl, za nastrój, za rozbudzanie mojej ciekawości, za denerwowanie mnie i rozbawianie, za te niektóre frazesy i zbyt szybkie prowadzenie akcji, ale akcji, która wciąga... za wiarę w miłość, w przyjaźń, za budzenie szacunku do przeszłości i pokazywanie jej w bardzo ciekawy sposób, no za wiele...wiele...pozytywów, które naprawdę przysłoniły mi negatywy.
I dzięki temu książkę polubiłam na *****5*****, a i do tego jeszcze sobie narobiłam smaku na dalsze losy bohaterów, bo czyż nie byłoby miło, gdyby pani Bogna napisała o tym kolejną książkę? I znowu miałabym co czytać podróżując po krakowskich i podkrakowskich zaułkach... z aparatem. w dłoni, z książką na kolanach... 

B. Ziembicka, "Wiosna w Różanach", Wyd. Otwarte dla Ciebie, Kraków 2012, s. 376

wtorek, 17 lipca 2012

"Oskar i Pani Róża" Eric-Emmanuel Schmitt


Co napisać o książce, którą wszyscy już pewnie znają? A jeśli nie znają to pewnie obił im się o uszy sam tytuł lub choćby nazwisko autora.
Co można napisać? O czym jest? Jeśli jeszcze ktoś nie wie to w "dwóch słowach" mogę napisać, że o czymś co nieuniknione, tylko dla jednych przychodzi szybciej, dla innych później...o umieraniu. Umieraniu widzianym z perspektywy dziesięcioletniego chłopca. O dwunastu dniach opisywanych przez niego w listach do Boga.
Co jeszcze można napisać? To co od razu ciśnie się na usta po przeczytaniu tej książeczki- bo gabarytowo to bardziej nowelka, chudziutki tomik, który... wstrząśnie czytelnikiem jakby dostał po głowie sporym tomiszczem, o wiele cięższego kalibru niż "Oskar i Pani Róża". To książeczka, która swoją niepozornością sprawia, że nastawiamy się na coś może nie lekkiego, ale... ja osobiście nastawiłam się na jakąś tam przypowiastkę, o której było bardzo głośno ( a przecież o wielu książkach bywa głośno), ale niekoniecznie musi być szałowo. I może dlatego tak długo w moje ręce nie wpadła ta pozycja?I tak nastawieni czytamy, a właściwie nie wiem czy można nazwać to czytaniem...bo ja bardziej chłonęłam każde słowo, obracałam je w myślach tysiące razy i syciłam się zdaniami, które spod ręki autora wychodziły. Bardzo się cieszę, że dzięki pewnej uroczej osóbce wpadła mi w ręce tak książeczka.
Bo czasem coś niepozornego może rozpalić w naszym sercu to ciepełko, którego czasem szukam w czytaniu książek. Może też nas zatrzymać (choćby na 20 minut czytania) i zmusić do zastanowienia się nad tym co nas otacza. I może spowodować, że powiemy sobie w duchu: "Panie Boże, gdybym miała napisać do Ciebie list, napisałabym, że Ci dziękuję...bo jestem szczęśliwa".
To by było na tyle, krótko, dosyć osobiście. Tak jak w książce, co prawda pisanej z perspektywy dziecka, ale relacja o niej osobista, pisana z perspektywy dorosłego.
I ta perspektywa powoduje, że wystawiam *****5*****.  Książki autora mam wrażenie, że w moim życiu są potrzebne, tak, żeby sięgnąć po nie i się właśnie nad nimi zatrzymać.... podumać i wzruszyć.
Tak mają z tym autorem wszyscy, czy tylko ja?

Za możliwość przeczytania tej książki dziękuję OLI:) cudownej dziewczynie, z którą spędziłam bardzo miło parę dni. Mam nadzieję, że do nas wrócisz. Z kolejną książką dla mnie, bo ja szykuję już kolejne dla Ciebie.
E.E. Schmitt, "Oskar i Pani Róża", Wyd. Znak, Kraków 2004, s. 80

piątek, 13 lipca 2012

"Lilka" Małgorzata Kalicińska


Pani Małgorzata Kalicińska ma to "coś". Ma to "coś" co powoduje, że jej książki czyta mi się tak jak czytać lubię. Ze żyję życiem jej bohaterów, że uwielbiam jak do mnie "mówią", że kibicuję ich poczynaniom.
To ten charakterystyczny dla autorki sposób pisania, te zdania budowane w taki łagodny, niespieszny sposób. To przechodzenie ze zdarzenia w zdarzenie, to opowiadanie słowami ciepłymi, lecz niebojącymi się prawdy, dosadności. Czytałam wcześniej serię "Rozlewiskową", która przypadła mi do gustu w stu procentach, serię, która de facto może nie była kierowana do kobiet w moim wieku, lecz mi podobała się bardzo. Czytanie jej uspokajało, wyciszało wewnętrznie i jakby otulało ciepłym kocem. "Lilka" podziałała na mnie podobnie, choć tematyka książki trochę trudniejsza.
Na wstępie poznajemy Mariannę - redaktorkę, dziennikarkę poczytnego pisma, kobietę dojrzałą, mężatkę, matkę dorosłego syna, oddaną córkę i mniej oddaną przyrodnią siostrę.
Kobieta jakich wiele. I o to chodzi. Bo kobiecie jakich wiele może się przydarzyć wszystko to co spotkało naszą Mariannę. Kobietę taką może mąż nagle poprosić o rozwód, syn takiej kobiety może niepostrzeżenie się od niej oddalać ku rodzinie swojej żony, przyjaciółki mogą wydawać się zbędne, praca może stać się nudna lub nie do końca zgodna z oczekiwaniami, ojciec może się starzeć, a bliscy na których jej zależało mogą powoli zacząć odchodzić... Wszystko może się zmienić. A nawet na progu drzwi może stanąć nielubiana siostra z dużą prośbą. Z prośbą, która zmieni życie Marianny o 180 stopni. Dzięki tytułowej Lilce, Marianna będzie musiała inaczej spojrzeć na otaczający ją świat. Zatrzyma się i zrewiduje swoje poglądy, które budowała przez kilkadziesiąt lat. Bo w obliczu tego co spotkało Lilkę, miłość, zaufanie, wiara, kobiecość i przebaczenie mają zupełnie inną twarz. A to czego pragniemy może do nas przyjść w najmniej spodziewanym momencie i też w najmniej spodziewanym momencie możemy to stracić. Życie.
I choć momentami w książce natkniemy się na frazesy, to jest to książka przemyślana i do przemyśleń skłaniająca. Wzruszająca, ściskająca za serce, ale też wesoła, dająca wiarę w ludzi, w więzy rodzinne. Dająca nadzieję.Powieść przy której czytaniu odpoczywałam, choć jak pisałam wyżej, tematów łatwych nie porusza. Takie książki na mnie działają najlepiej. Książki jakby opowiadane, jakby autorka siedziała obok nas i opowiadała nam o osobie, którą zna. Prostym, normalnym językiem, bez udawania, zmuszania czytelnika do ciągłego zastanawiania się o co chodzi, raczej utwierdza czytelnika, że takie historie są blisko nas, że może za ścianą naszego mieszkania jest ktoś, kto właśnie przeżywa podobną historię. I może my ją też przeżyjemy. Bo to życie jest, po prostu.
Powieść, którą czyta się wyśmienicie i przy gorącej herbacie i przy zimnej lemoniadzie...

Książkom, które powodują u mnie tyle pozytywnych emocji, bez względu na to czy te emocje były okraszone łzami wzruszenia czy zmarszczkami mimicznymi od uśmiechu, stawiam solidną ******6******, a wszystkim taką książkę polecam do przeczytania. I choć wiem, że nie każdy ją polubi to na pewno nic nie straci sięgając po nią. Ja jestem nią poruszona, wzruszona, ale też pełna nadziei, że nawet to co złe w naszym życiu może zmieniać się w dobre, jeśli tylko tego zechcemy.

M. Kalicińska, "Lilka", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012, s.520

czwartek, 5 lipca 2012

"Sroka w krainie entropii" Marketa Bankova


Z fizyką nigdy nie było mi po drodze. W podstawówce kułam na pamięć wszystko co się dało, kompletnie nie rozumiejąc nic, a nic. W liceum nie było lepiej....nawet sławetne się stało powiedzenie mojej kochanej pani od fizyki: "Ty Z. (i tu wymieniała moje ówczesne nazwisko) idź sobie lepiej te swoje książki czytaj, ty się nie ucz tej fizyki... ". Cóż.... daru do fizyki nie miałam, oj nie miałam. Choć teraz z biegiem lat żałuję, że niewiele łapałam i niewiele dawałam z siebie by załapać o co w tej FIZYCE chodzi ! Może dlatego, gdy przeczytałam na jakimś blogu (zabijcie mnie, ale już nie pamiętam na którym), że jest taka książka opisująca elementarne prawa fizyki za pomocą bajek dla dzieci i dorosłych długo się nie zastanawiałam i chętnie ową książkę zdobyłam. Pomógł w tym Pan z Wydawnictwa PWN, który chyba wierzył, że uda mi się dzięki tej pozycji zrozumieć coś czego przez wiele lat nie pojmowałam i książkę mi przysłał.
Czy się udało? I tak, i nie.
Pewne zagadnienia opisywane przez autorkę właśnie dzięki sposobowi ich przedstawienia w końcu zostały przeze mnie zrozumiane. Przykładów nie będę wymieniała, bo trochę wstyd, że dotychczas miałam problemy z ich rozumieniem. Inne zaś do dziś są dla mnie niejasne, no nie ogarnia ich mój rozumek...,ale to nic! Mam wrażenie, że gdy czytałam tę książkę absolutnie nie o to mi chodziło, by nagle stać się fizycznym geniuszem.
Przede wszystkim zachwyciła mnie idea i oryginalność tej książki! Bo czy o sprawach trudnych, naukowych zawsze trzeba mówić uderzając w poważny ton? Czy to ludziom, którym z fizykom nie po drodze coś daje? Nie, o wiele łatwiej dotrzeć do takich ludzi w zupełnie inny sposób. Może właśnie opowiadając im bajkę..., omijając niezrozumiałe regułki, wkładając je między zdania wypowiedziane przez fantastyczne zwierzęta, które nagle nie tylko o dziwo "mówią", ale i objaśniają nam w "ludzki" sposób, coś co wydaje się być niewyjaśnionym. A gdy przy tym mamy ogromną dawkę humoru, ironii, zabawy słowem i rysunkiem...to już Ci najbardziej oporni (patrz: ja) coś z tego wyciągną i może... może... się przełamią? Nagle stwierdzą, że może ta nauka nie jest taka zła, niezrozumiała? Może po prostu trzeba wyobrazić sobie coś jeszcze bardziej niezrozumiałego (np. przeprowadzające doświadczenia zwierzęta) i dzięki temu zrozumieć to nad czym wydawało się nie mieliśmy szans krzyknąć : tak, wiem!
Myślę, że jeśli nawet ta książka nie wyjaśniła/wyjaśni nam tego co chcieliśmy zrozumieć to przyjemność z jej czytania będzie tak wielka, że spędzimy nad nią czas z uśmiechem na ustach, wyciągniemy z niej pewne wnioski i przestaniemy się bać tematów, które wydają się nie dla nas!
A Ci, którym z fizyką po drodze (patrz: mój mąż, który książkę też przeczytał i pochwalił) pewnie potwierdzą tylko to, że na fizyce się znali. I myślę, że będzie się im podobał taki sposób przedstawienia sprawy. Bo humoru, dobrego, w życiu chyba nigdy dość?
Za ten dobry humor i za to, że nawet trochę zrozumiałam (więc nie jest ze mną tak źle, a mogłoby być gorzej) i ogólne spotkanie z książeczką pani Markety Bankovej (oj, nie wiem czy dobrze odmieniłam) stawiam dużą *****5*****. I lecę szukać prawa fizyki, dzięki któremu puchną mi nogi? Myślicie, że znajdę takie????? Czy mam to po prostu zwalić na upał?

Tak poza relacją z książki zostałam zaproszona przez Lawendę do pewnej zabawy. Pewnie wszyscy wiecie już jakiej, bo ja to zawsze na końcu jestem w takich sprawach. I niestety nie do końca trzymam się w nich reguł. Tak jak i tym razem zresztą. Postanowiłam Lawendzie na pytania odpowiedzieć, ale niestety nie skuszę się już na stworzenie własnych i wytypowanie ludzi, którzy by na nie odpowiedzieli. Mam nadzieję Lawendo, że mi to wybaczysz....Na pocieszenie obok odpowiedzi pokarzę Wam kawałek mnie...z książką:) Proszę oto ja i moje odpowiedzi:

1. Aparat czy kamera?
Aparat
2. Włosy proste czy loki?
Proste, choć marzą mi się loki na chwilę.
3. Kryminał czy sensacja?
Kryminał
4. Z lakierem na paznokciach czy bez?
Z lakierem (obowiązkowo!)
5. Saga/trylogia czy kilka różnych książek tego samego autora?
Kilka książek tego samego autora
6. Chiny czy Japonia?
Japonia
7. Kosmetyki czy moda?
Kosmetyki
8. Notatki w zeszycie czy w komórce/na komputerze?
W zeszycie ( uwielbiam ręcznie pisać!)
9. Pianino czy gitara?
Pianino (choć swego czasu go nienawidziłam)
10. Blog czy vlog?
Blog!
11. Wampir czy wilkołak?
Ani jedno...

I to by było na tyle. Pozdrawiam z gorącego jak piekło Krakowa!

środa, 4 lipca 2012

"Teraz ją widzisz" Joy Fielding


Temat zaginięć to temat bardzo trudny. Przede wszystkim dla osób, które miały z nim do czynienia na własnej skórze. Bo czy łatwo żyć ze świadomością, że ktoś z naszych bliskich zaginął, nie mamy bladego pojęcia gdzie jest, co się z nim stało i czy w ogóle żyje?
Nie jest łatwo, jestem w ogóle bliska stwierdzeniu, że zaginięcie bliskiej nam osoby, jest gorsze niż jej śmierć (i niestety wiem co mówię). 
Myślę, że to temat długi jak rzeka i nie przez wszystkich zrozumiany, choć dla wszystkich przerażający.
Główna bohaterka kolejnej  książki Joy Fielding jest matką dziewczyny, która zaginęła. To znaczy wypłynęła na środek jeziora kajakiem i nie do końca wiadomo co się z nią stało. Ciało nigdy nie zostało odnalezione. Marcy (matka) nie potrafi sobie z tym poradzić, do tego, a właściwie pewnie i przez to, rozpada się jej małżeństwo - mąż odchodzi do innej kobiety. My poznajemy Marcy już jakiś czas po tej tragedii, chwilę po rozstaniu z mężem, gdy postanawia wyjechać na wycieczkę do Irlandii - na którą miała udać się z owym mężem właśnie. Wycieczka ta ma niby pomóc jej pozbierać się po tym wszystkim co przeszła. Ma ją oderwać od dramatu, który przeżywa. Przede wszystkim ma oderwać ją od myśli, że jej córka wcale nie zginęła, lecz swoją śmierć sfingowała. Ma oderwać Marcy od tej ostatniej nadziei na odnalezienie się córki.
Czy Marcy uda się dojść z tym wszystkim do ładu? Nie, nie od razu. Bowiem i w Irlandii natknie się na dziewczynę, którą weźmie za swoją córkę. Tylko czy to faktycznie jej córka? Czy zmęczona wyobraźnia znowu płata Marcy figla?
Czy przetrwa kolejną próbę i czy w końcu trafi na kogoś kto zrozumie lub  będzie próbował zrozumieć jej stan?
"Teraz ją widzisz" to książka, która zaskakuje, choć wydawałoby się, że zaskakiwać nie będzie. Wydawało mi się, że wiem dokładnie o czym będzie, że wcale mnie nie zaskoczy, a będę ją czytała, bo temat zaginięć mnie po prostu z prywatnych powodów interesuje. Jednak musiałam zrewidować swoje poglądy. Bo to książka, która jak pisałam wyżej - zaskakuje. Nie tylko dreszczykiem emocji zafundowanym przez gatunek, który reprezentuje (a wpisuje się po trochu w sensację i kryminał, ocierając się też o thriller). To też książka poruszająca tematy psychologi, socjologi, poruszająca tematy tabu, trudne i nieczęsto podejmowane. Wszystko to razem spowodowało, że przymknęłam oko na pewne niedociągnięcia, frazesy i zbyt ckliwe momenty. Dałam się porwać tej historii, dałam się zaskoczyć, dałam się wciągnąć w wir wydarzeń (choć może wcale nie jakiś szaleńczy, ale...) i przeczytałam tę książkę na "jednym oddechu" :) spacerując z nią, jedząc z nią urodzinowy obiad (na który zaprosił mnie mąż) i opalając się na balkonie....Wszystko w ciągu jednego dnia.
Żyła sobie ta historia ze mną, obok mnie... we mnie....

Spotkanie z książka tym razem na *****5*****, a ja ostrzę pazurki na kolejne książki autorki, których mam na półce około 5...tzn. teraz wylądowały na półce mojej siostry, bo autorka i w jej gust czytelniczy wpasowała się dobrze.  
 A skoro opisuję książkę od Wydawnictwa Świat Książki pochwalę się Wam tym co ostatnio u nich zamówiłam w promocji: 
Jeśli się skusicie zapraszam tu:)

 
Oto i mój stosik, plus jedna książka, której tu akurat nie ma...Joy Fielding "Strefa Szaleństwa" :) - pojechała do siostry:) 
Zamówiłam  książki na które miałam od dawna ochotę, a w cenie 9,90 kusiły jeszcze bardziej. Bo czyż za 9,90 można odmówić sobie książki?  Jak widać nie. ;)
Teraz zabieram się do ich czytania, nadrabiania wszelkich zaległości, bo za jakieś trzy godziny zaczynają mi się wakacje. Spodziewajcie się mnie więc i tu i u Was częściej. Pozdrawiam upalnie! 

J. Fielding, "Teraz ją widzisz", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 288