czwartek, 28 czerwca 2012

"Co się przydarzyło tej małej dziewczynce?" Asa Lantz


Bardzo, ale to bardzo nie lubię gdy czytam książkę i ciągle zastanawiam się o czym ona jest. Jeszcze bardziej nie lubię, gdy nie wiem z czego to wynika. Tak miałam z książką "Co się przydarzyło tej małej dziewczynce?" Asa Lantz - szwedzkiej autorki, którą już na okładce porównano ze Stiegiem Larssonem. Czy trafnie? Nie jestem jeszcze w stanie określić.
Czytając tę grubą książkę, bo rozmiarów jest ogromnych (co mi zazwyczaj nie przeszkadza, wręcz nawet kusi) od samego początku nie mogłam sobie poradzić ze sposobem narracji. Nie do końca łapałam czyje myśli teraz są mi przekazywane, w jakim czasie dzieją się opisywane wydarzenia, nie po drodze mi po prostu z tym. Co do samej zawartości treści to już było trochę lepiej. Bo ciekawa historia, która myślałam, że mnie zainteresuje.
O co chodzi zaczynamy się dowiadywać po emisji pierwszego odcinka filmu dokumentalnego, nakręconego przez niejaką Yi Young. Yi jest Chinką, która w niejasnych początkowo okolicznościach trafiła przed laty do Szwecji i tutaj już od jakiegoś czasu żyje. W swoim filmie chce opowiedzieć światu o okrutnym losie jaki ją spotkał w Szwecji. Chce zdemaskować osoby dzięki którym cierpiała, wyjawić tajemnice które mogą wstrząsnąć opinią publiczną w Szwecji i nie tylko. W jaki sposób? Właśnie kręcąc te filmy i pokazując je w szwedzkiej telewizji. Oczywiście chcą jej w tym przeszkodzić osoby, których może to dotyczyć. I wtedy zaczyna się "polowanie" na Yi. Strona po stronie wychodzą na jaw kolejne fakty, które mają na celu doprowadzenie nas do rozwiązania. Tak jak to w thrillerze być powinno. I niby tak jest, ale mnie zabrakło napięcia, niby jest ono stopniowo budowane, ale jak dla mnie na zbyt wielu stronach się ono rozłożyło. Zbyt wiele opisów niepotrzebnych burzyło mi to co sobie czytając budowałam. Pewne wątki zaburzały mi odbiór książki, niepotrzebnie mnie rozpraszały, nie do końca rozumiałam rolę różnych postaci stworzonych przez autorkę. Przez większą część książki się irytowałam, gubiłam i momentami nudziłam. Dopiero przez jakichś pięćdziesiąt ostatnich stron czytaniem tej pozycji się zainteresowałam. Wtedy to delektowałam się nią i mrożoną herbatą na balkonie. Ale niestety zakończenie już mnie nie zmroziło - czego oczekiwałabym właśnie po takiej książce. Nie zrobiło na mnie zbyt dużego wrażenia. No po prostu nie moje klimaty.
Coś czuję, że szwedzkie kryminały/thrillery jakoś mi nie leżą. A może po prostu trafiłam na tę książkę w nieodpowiednim czasie, może kompletnie jej nie poczułam, może zbyt długo ją czytałam. Choć mam wrażenie, że tak długo ją czytałam (parę dobrych tygodni), właśnie dlatego, że mi się nie podobała.
Po prostu nie potrafię jej docenić i nie dostrzegam w niej tego co mogli w niej dostrzec Ci, którym się podobała.
Zatem zasługuje na kiepską **2**,  po prostu to najwyraźniej nie było tomiszcze dla mnie. Mam nadzieję jednak, że inni będą potrafili znaleźć w niej coś dla siebie.
Za książkę dziękuję Wydawnictwu Świat Książki.
A tak będąc przy podziękowaniach to dostałam właśnie od Wydawnictwa Świat Książki niesamowity prezent! Sami zobaczcie.
Genialna okładka, "otulaczek" jak go sobie nazwałam, z filcu, na książki, np. do torebki co by się nie niszczyły. Zachwycona szczerze jestem. Jak dla mnie must have! 
Będzie mi łatwiej nosić w torebce książki.
Na przykład te które do mnie już jadą...zamówione w bajecznej promocji: MILION KSIĄŻEK ZA 9,90 NA LATO
Polecam Wam ją gorąco! Mnie skusiła, ale takie książki, w takiej cenie????? No chyba musiałabym być z kamienia, żeby sobie czegoś na wakacje nie zamówić!








A. Lantz, "Co się przydarzyło tej małej dziewczynce?", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 640

poniedziałek, 25 czerwca 2012

"Czary w małym miasteczku" Marta Stefaniak


"Czary w małym miasteczku" zadziałały na mnie idealnie! Tak jak czary działać powinny, zostałam książką oczarowana, może nie w stu procentach, ale na pewno ponad dziewięćdziesięciu.
Książka już na dzień dobry niesamowicie przyciąga. Przeczytałam ją w tym samym dniu w którym do mnie dotarła. Po jej otworzeniu nie mogłam przestać czytać i właściwie zastanawiałam się dlaczego miałabym niby przestać? A może dlatego, że do moich oczu stała już wyznaczona wcześniej spora kolejka? Nie, to nie było ważne.
Ważna była ta niepozorna książeczka, która ze strony na stronę wciąga coraz mocniej. Przez większość czasu wcale nie zaskakując, bo czytając wiemy lub domyślamy się co się zaraz wydarzy. Lecz o dziwo, gdy w innych książkach by mnie to irytowało - tutaj zachwyca i wprowadza w odpowiedni nastrój. Nastrój baśni. Bo to jest właśnie realistyczna baśń.
Baśń, w której mamy i dobro, i zło, mamy krzywdę i zadośćuczynienie, mamy bohaterów dobrych i tych, którym do bycia dobrym brakuje trochę lub dużo. Na każdej stronie realność ociera się o magię.
Mamy realność prowincjonalnego miasteczka, z tym typowym dla niego klimatem, ale mamy też magię która to miasteczko zmienia - raz lepiej, raz gorzej dla niego i jego mieszkańców. I na koniec mamy morał. Jaki? Myślę, że każdy po lekturze sam go dostrzeże.
Fenomenalna książka. Książka która już na okładce ostrzega nas, że to "powieść zbyt realistyczna, by była magiczna i zbyt magiczna by była realistyczna". Realne są okoliczności wydarzeń, do bólu jest realne miasto, które autorka opisuje, sama miałam przyjemność zasmakować życia w takim miasteczku, gdzie wszyscy się znają, żyją w utartych schematach, jedni wybijają się bardzie inni mniej, jedni są bardziej uczciwi, inni w ogóle. Miasteczko, gdzie nie zawsze dzieje się dobrze, gdzie wszystko widać  jak na dłoni, ale nikt tego nie zmienia. Lekki marazm, połączony ze spokojem codzienności. Na takim tle jeszcze bardziej magiczne mogą wydawać się zmiany, które w owym miasteczku zachodzą, po pojawieniu się w nim pewnej staruszki. Jakie to zmiany, nie będę Wam pisała - cała magia czytania w tym. Napiszę Wam tylko, że pod koniec książki, gdy już nabierzecie pewności, że już wszystko wiecie i nic Was nie zaskoczy...możecie jednak być bardzo zaskoczeni. Ja byłam. I dobrze, choć jak pisałam wyżej, absolutnie nie przeszkadzało mi to, że przez większość książki domyślałam się co będzie dalej. Może właśnie o to chodziło? Bo czasem to co trwa nieprzerwanie powoduje, że zapominamy, że wszystko może się nagle zmienić. Zupełnie niespodziewanie możemy "spotkać" na swojej drodze dobro, albo zło...
A nad naszymi głowami raz zaświeci słońce, a raz zbiorą się ciężkie, jak z ołowiu chmury... 

"Czary w małym miasteczku" choć czytane w Krakowie (całkiem ponoć sporym mieście) oczarowały mnie tak, że zasługują na ******6******, liczę też na to, że pani Marta Stefaniak nie skończy rozsiewać tej magii na tej książce. Czekam na kolejne. Tak samo jak czekam na to, że w końcu zjem poziomkę z mojego balkonu....


M. Stefaniak, "Czary w małym miasteczku", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s.296

sobota, 23 czerwca 2012

"Stażystka" Mimi Alford


"Stażystka" to książka, która już od jakiegoś czasu za mną "chodziła"...
Interesująca historia, z nutką skandalu, skrywanej przez wiele lat tajemnicy, do tego wszystko w Stanach Zjednoczonych - na punkcie których mam lekkiego hopla. I powrót do lat sześćdziesiątych - cóż, więcej mi do zachęty nie trzeba było. Gdy tylko do mnie dotarła oszalałam z radości. Poszłam z nią do pracy, lecz tam nie miałam nawet minutki na czytanie. Świadomość, że w torebce mam książkę, którą tak bardzo chcę czytać była straszna! Pewnie łatwo Wam sobie wyobrazić jak rzuciłam się na nią, gdy tylko dotarłam do domu. Bo inaczej tego nazwać nie można. Rzuciłam się na "Stażystkę"(jakkolwiek to brzmi) i czytałam tak zachłannie, że w pewnym momencie zabrakło stron. Skończyła się. I jakie były moje wrażenia?
Dobre, choć spodziewałam się szalenie dobrych. Co nie znaczy, że te dobre wrażenia były słabe. Nie, po prostu było poprawnie. Choć pewnie użycie słowa "poprawne" w kontekście opisywanego przez autorkę romansu z prezydentem USA - JFK razi w oczy, jednak jej "spowiedź" właśnie taka była.
Autorka ukrywała swój sekret przez prawie pół wieku. Jednak w końcu ktoś dotarł do informacji, że prezydent Kennedy miał romans z 19-letnią stażystką z biura prasowego Białego Domu.
Tą stażystką była właśnie ona - Mimi Alford.
Po fali ataków na swoją osobę postanowiła przedstawić własną wersję wydarzeń. Wersję w której wcale nie wypiera się owego romansu, opisuje go ze szczegółami, przedstawia swoje motywy, swoją opinię na jego temat. Jej opowieść to nie tylko suche fakty i przyznanie się, to też jakby próba emocjonalnego wyrzucenia z siebie tego sekretu i odnalezienia siebie bez jego kontekstu. Próba rozliczenia się z przeszłością, ukazania jej tak jak była postrzegana przez autorkę. I nie chodzi tu tylko o sam romans, chodzi też o to jaki wpływ miał on na dalsze życie Mimi Alford. Bo sam romans trwał przecież zaledwie osiemnaście miesięcy, a my czytając poznajemy życie autorki przed i po tych osiemnastu miesiącach. To jakby próba przejrzenia się w lustrze...odszukania swojego odbicia w przeszłości i porównania go z tym obliczem jakie autorka w owym lustrze widuje teraz.
Takie książki jak ta trudno się ocenia, no bo na jakiej podstawie je ocenić? Czy podoba się nam ich treść? Przecież to zwierzenia kobiety, której nie mam najmniejszego prawa oceniać.
Ocenię tym razem moje spotkanie z książką, spotkanie które było bardzo dobre, spotkanie, które nie miałam ochoty by się kończyło, a skończyło się bardzo szybko. Spotkanie na które czekałam niecierpliwie i na które warto było czekać.
Bo opowieść ta wciąga, nie tylko dlatego, że czytamy o wielkim, kontrowersyjnym sekrecie. Wciąga dzięki sposobie opowiadania autorki, dzięki temu, że to nie tabloidalne przedstawienie faktów, lecz opowieść kobiety, która była właśnie TĄ kobietą.
I dzięki temu wszystkiemu wystawiam *****5*****. Polecam do przeczytania, choć musimy brać poprawkę na to, że jest to zwierzenie jednej strony tego romansu... druga strona już nie może tego skomentować. A ja nie ukrywam, że bardzo ciekawiłby mnie komentarz właśnie tej drugiej strony. Ciekawe jakby JFK z tego wybrnął.

M. Alford, "Stażystka. Mój romans z prezydentem Kennedym i jego skutki", Wyd. Znak, Kraków 2012, s. 256

czwartek, 21 czerwca 2012

"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stieg Larsson



"Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" to chyba książka, którą czytałam najdłużej w swoim życiu. 
Moja przygoda z opasłym tomiskiem Stiega Larssona zaczęła się najpierw od audiobook'a. Miałam taki moment w swoim życiu, że nie mogłam czytać i musiałam słuchać. Zazwyczaj słuchając zasypiałam i wydawało mi się, że w ten sposób "przeczytałam" bardzo mało. W końcu słuchanie przerwałam, bo to jednak nie moja dziedzina, raczej mnie to nie pociąga...wolę widzieć niż słyszeć.
Minęło sporo czasu i postanowiłam powrócić do pana Stiega Larssona tym razem za pomocą Kindel'ka. Ten powrót okazał się dosyć zaskakujący - po pierwsze odkryłam, że czytanie na czytniku to  coś dla mnie (choć wypierałam się tego rękami i nogami swego czasu, o ironio nigdy wcześniej wtedy tego nie próbując), a o dziwo słuchając audiobooka pokonałam całkiem sporą ilość "stron" i byłam już w dosyć końcowym momencie książki. Mimo to postanowiłam przeczytać ją jeszcze raz. Tym razem e-przeczytać!
I e-czytałam tak sobie dobre kilka miesięcy. A to w drodze do pracy (choć teraz jest ona raczej krótka), a to czasem w łóżku (gdy inne książki mnie zaczynały nudzić), a to w trakcie podróży skądś-dokądś, a to w pracy (np. na radzie...ciiii!)... tak sobie podczytywałam, a procenty (bo czytnik wskazuję procentową ilość pokonanych stron) rosły...rosły (jakkolwiek to brzmi).
Jednak mojemu Kindelkowi pod koniec książki została zafundowana wycieczka do Turcji (;>), a ja aby móc poznać dalsze losy sławnej Lisbeth i nie mniej sławnego Mikaela musiałam przerzucić się na książkę. Ostatnich czterdzieści stron przeczytałam więc w wersji papierowej.
Jak widać przygód z książką miałam sporo! I może dlatego miałam wrażenie, że brakuje mi ich w samej książce?
Bo właśnie nie do końca jestem aż tak zachwycona jak wszyscy byli swego czasu (no prawie wszyscy). Czytało się dobrze, mimo licznych opisów, mimo przydługawych momentów, które zamiast nakreślać sytuacje trochę czytelnika z napięcia wybijały. Bo to przecież kryminał jest i napięcie powinno być, czyż nie? A ja czułam napięcie może w dwóch momentach. Niestety spodziewałam się czegoś więcej. Bo i przecież autor stworzył świetnych bohaterów, charakterystycznych, z charyzmą, stworzył też ciekawe tło wydarzeń, sama zagadka też nadzwyczaj ciekawa, ale jakoś mi to wszystko nie grało. Może po prostu za długo czytelnik czekał na "wow", może to "wow" było za słabe, bo przecież już w pewnym momencie się trochę domyślałam kto i dlaczego, skąd i po co... Nie będę Wam opisywać o czym książka jest, bo mniemam, że wśród czytających nie ma osoby, której przynajmniej nie obiłoby się to już o uszy...
Pierwszy to mnie jak widać nie zachwycił. Choć absolutnie nie mogę powiedzieć, że to zła książka, może ja po prostu miałam wobec niej bardzo wygórowane oczekiwania, a może tak trochę na siłę chciałam, żeby mi się podobała.
Dzięki temu spotkaniu z kryminałem Larssona odkryłam jednak dosyć dużo - po pierwsze na pewno audiobooki nie są dla mnie, po drugie Kindelek to rzecz wspaniała i e-czytanie również, choć absolutnie nie porzuciłabym dla niego czytania w wersji tradycyjnej, co to to nie! Jednak czytnik w niektórych miejscach sprawdza się świetnie! A po trzecie nie zawsze to co podoba się wszystkim musi podobać się mnie. I na odwrót.
Po czwarte zaś na pewno sięgnę po pozostałe tomu tego szwedzkiego kryminału...ktoś mi mówił, że dalej jest tylko lepiej....

To spotkanie z książką muszę niestety ocenić tylko na ****4****, a spodziewałam się i miałam nadzieję, że do tej oceny zabraknie mi skali. Może będzie tak przy kolejnych tomach, a może lepiej się na nic nie nastawiać? Zobaczymy!




S. Larsson, "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2009, s. 634

wtorek, 19 czerwca 2012

"Pop Babylon, Kulisy showbiznesu" Imogen Edwards-Jones & Autor Anonimowy


Chyba od zawsze nie lubiłam boysbandów, ani girlsbandów.... nie interesowałam się Backstreet Boys, ani Spice Girls. Nie pociągała mnie idea identyfikowania się z członkami takich grup, szukania wśród śpiewających dziewczyn odpowiednika siebie..." tak, ta to ja, ta do mnie pasuje". Owszem nie będę się wypierała, że i takiej muzyki w swoim życiu łyknęłam, ale nie zagościła ona w moim sercu, ani zbyt długo w radiomagnetofonie (tak, bo ja muzyki słuchałam z kaset!).
Od samego początku pachniało mi to ściemą, zarabianiem kasy i sztucznością. Książka Imogen Edwards-Jones tylko mnie w mojej ocenie utwierdziła i uspokoiła - miałam nosa i nie dałam się nabrać.
Bo moim drodzy to książka, dzięki której odkryjemy to jak nabrać chcą nas ci, którzy tworzą show biznes. Ci którzy te zespoły tworzą od podstaw. Ci którzy na tym zarabiają pieniądze, często większe niż zespół, czy pojedynczy artysta.
Czytając już na samym początku poznajemy motywy pewnego właściciela podupadającej agencji muzycznej, które kierują nim w tworzeniu boysbandu.
Od samego początku chodzi o kasę. Bo przecież życie pełne używek kosztuje i to nie mało. Przecież trzeba mieć za co balować i dzięki temu utrzymywać się w showbiznesie.
A zespół? Można stworzyć! Casting, grupa przypadkowych ludzi, którzy mają spełniać określone role, niekoniecznie muszą umieć śpiewać, bo i po co. Wszystko można wykreować. Zatem zespół już niekoniecznie musi być genialny, chodzi tylko o to by go genialnie sprzedać publiczności. "Wybadać teren" i promować zespół do upadłego, różnymi metodami.
Jakim? Poczytacie o tym właśnie w tej demaskującej różne brudne kulisy powstawania zespołów i w ogóle muzyki książce. Czasem szokująco, momentami niewiarygodnie - bo przecież aż się wierzyć nie chce, czasem denerwująco- że się na to łapiemy. Po prostu showbiznes, który nas zwykłych szaraków robi w bambuko. I my na to właściwie wpływu nie mamy żadnego. Szkoda tylko tych ludzi, którzy dają się tak manipulować, tworzyć z siebie maszynkę do zarabiania pieniędzy, zyskując na tym sławę, która nie zawsze jest dobra i nie zawsze trwa wiecznie. A oni czasem stają się kimś kim zupełnie być kiedyś nie chcieli, czasem nie poznając się w lustrze lub nie dając się poznać swoim bliskim.
Poczytać o tym warto. Zwłaszcza mogą to zrobić ludzie, którzy showbiznesem się interesują, którzy w nim pracują lub pracować by chcieli.
Mnie co prawda jakoś książka ta nie poruszyła bardzo, ale jako taki przerywnik między jedną truskawką, a drugą - była całkiem ok. Bo ostatnio truskawki towarzyszyły mi wszędzie.
Czyż truskawki, słońce i balkon, ok plus bita śmietana to nie idealny zespół? Dla mnie zespół idealny, na całe lato... a nawet lata!

Książka zaś dostaje  tylko ***3***, jednak skuszę się na pewno jeszcze na kolejną książkę z serii BABYLON. Myślę, że ta która stoi na półce zaciekawi mnie bardziej, bo jest bardziej w kręgu moich zainteresowań.
Natomiast bardzo zaciekawiła mnie idea tworzenia tej serii - pozwala nam zwykłym ludziom odkryć rąbek tajemnicy, który towarzyszy zawodom i środowiskom, które są nam obce. Zwłaszcza przez to, że autorka pisze swoje książki zawsze z anonimowym współautorem, którym jest osoba w opisywanym biznesie pracująca. Ciekawe, prawda?

Po więcej informacji odsyłam Was na stronę Wydawnictwa Pascal.


I. Edwards-Jones & Autor Anonimowy, "Pop Babylon Kulisy Showbiznesu", Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2012, s. 440

wtorek, 5 czerwca 2012

"Disko" Anna Dziewit - Meller


On - O czym jest ta książką, którą teraz czytasz?
Ja -  O pedofilu... i takie tam... - zbywam  go lekko, bo o dziwo nie lubię mu mówić o czym są książki, które czytam, wolę by potem o nich poczytał tu, u mnie. 
On - I co fajna....? 
Ja - ......yyyy.....fajna....o dziwo....fajna - odpowiadam mu, zastanawiając się czy to aby nie lekko nienormalne, że w jednym dialogu używam słowa fajna i pedofil - razem. 
I o dziwo jestem pewna, że w tym przypadku mogę tak powiedzieć. 
Bo powieść pani Ani Dziewit-Meller jest według mnie książką łamiącą stereotypy, jednocześnie je mocno uwypuklającą. Jest to książka poruszająca trudne tematy, ale w taki sposób, że można powiedzieć o niej, że się nam podoba!
Jest to też książka o której nie powinnam mówić, że to tylko książka o pedofilu, bo to też książka o wielu innych patologiach, które "wątek głównego bohatera" po prostu uwypukla.
Dlaczego zaś wspomniałam, że książka stereotypy łamie? Bo czy można poruszać tak trudny temat jakim jest molestowanie dzieci w sposób niepatetyczny, niewyniosły, można mówić o nim lekko przy tym ukazując jak ważny jest to problem i jak spory ma zasięg? Można mówić dosadnie, ale zarazem " po ludzku"?
Można!
To właśnie autorka udowadnia! Pisząc zarazem w sposób dowcipny i poruszający, dosadny i zarazem delikatny, pisząc tak, że człowiek jest w stanie to przeczytać, zatrzymać się nad tym i się zastanowić... uświadamiając sobie, że jest to aż do bólu realne, że takie historie są na wyciągnięcie ręki, że czasem w z pozoru normalnych sytuacjach czai się coś nienormalnego, czai się zło...
Paweł Kozioł to przecież z pozoru normalny nauczyciel tańca, który trafia do z pozoru normalnej szkoły, z normalną dyrektorką, z normalnymi nauczycielami. Wszystko to w normalnej rzeczywistości szarego Śląska, z lat 90-tych. Z normalnymi uczennicami, z normalnymi dla nich problemami i typowym dla nastolatki spostrzeganiem świata, który wcale sielankowy nie jest. Wszystko niby normalnie, aż nagle na ten niby normalny świat spada bomba....niedosłowna, ale myślę, że o całkiem podobnym rażeniu.
Bomba, której czytelnik spodziewał się już od pierwszej strony, której wręcz bohaterom książki życzył - by się obudzili, by dostrzegli obok siebie wszelkie "nieprawidłowości", by ktoś powstrzymał to co było nieuchronne.
Cieszę się, że w końcu powstała taka książka! Mocna, oryginalna, zmuszająca do myślenia, poruszająca, a jednocześnie taka swojska. Książka, której się nie czyta tylko się ją chłonie. Z kartki na kartkę szybciej. Przeżywając to co jej bohaterowie, irytując się nad ich zachowaniami, przypominając sobie (oczywiście Ci, którzy w latach 90-tych żyli) tamte czasy, które teraz wydają się nam momentami śmieszne, momentami straszne, a momentami wspaniałe - tak przez autorkę  wiarygodnie sportretowane, że jesteśmy w stanie uwierzyć, że taka historia "nigdy się nie wydarzyła. Ale mogła." - jak sama autorka na początku pisze. Zdanie uderzające... prawdziwe do bólu. Rewelacyjnie nastawiające czytelnika do tego co na kolejnych stronach zostało mu zaserwowane.
Za to dziękuję Pani Ani. Dziękuję, za to, że nie tylko mnie tą książką nie zawiodła, ale wręcz zachwyciła i narobiła mi apetytu na "jej słowo". Bo udowodniła mi, że nie tylko potrafi o książkach świetnie mówić, potrafi też je świetnie pisać. Pani Aniu - ukłon....!

Ukłon na ******6******, i oby takich książek było więcej. Oby wyrastały jak grzyby po deszczu, oby uwrażliwiały i napiętnowały pewne sprawy - w sposób taki jak w tej książce!
I oby były tak wciągające, że nawet jazda w pociągu pełnym "kibiców" z policyjną obstawą, nie przeszkadza w pochłonięciu ich w ciągu trzech godzin podróży! "Disko" to naprawdę dobry przykład, że tak się może stać!


Ps. A tak z prywatnej beczki to już na szczęście minął maj...(tak, dziwny i momentami ciężki dla mnie miesiąc) i mam nadzieję z nim mój zastój czytelniczy. Mam nadzieję, że to iż w końcu na samym początku czerwca wpadła w moje ręce tak dobra książka, dobrze wróży moim kolejnym czytelniczym czerwcowym wyborom.





A. Dziewit-Meller, "Disko", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 287