wtorek, 15 maja 2012

"Na fejsie z moim synem" Janusz L. Wiśniewski, Irena Wiśniewska


Do opisania wrażeń z czytania tej książki zbieram się już naprawdę długo, chyba najdłużej w historii bloga. Chyba aż tydzień. Zblokowało mnie zupełnie. I sama nie wiem czy to spowodował bardziej jakiś kryzys, czy to co o książce chcę napisać, lub to czego napisać o niej nie mogę.
Łatwiej mi by było bowiem napisać to czego pisać nie mogę. Więc może tak to zablokowanie spróbuję ominąć.
Z całą pewnością nie mogę napisać, że najnowsza książka lubianego przeze mnie autora jest zła. Ale też z całą pewnością nie mogę napisać, że w moim odczuciu jest bardzo dobra.
Po prostu... jest....i tu się zaczynają schody.
Bo sama nie wiem jaka ta książka jest. Sama nie wiem czy jestem bardziej na tak, czy na nie. Tak też było z czytaniem tej książki - momentami byłam na tak i prułam przez nią jak szalona, a momentami zawisłam nad stroną i za nic przez nią przebrnąć nie mogłam, co gorsza łapałam się, że "nic nie załapałam". Raz sprawnie ułożone (choć w zupełnie innej formie niż mi pasująca) zdania mnie bawiły, raz okrutnie denerwowały. Raz myślałam, że tak świetnie to autor przedstawił, a to ci genialny pomysł, a raz czułam, że wszystko mi się plącze, że wszystko jakby na siłę pisane, jakby się autor zbyt starał.
Miszmasz mi w mózgu porobiło to czytanie, a na koniec zablokowało mnie totalnie gdy wszystko co czułam czytając wyrazić chciałam o tym pisząc.
I taką to zagwozdkę mi autor sprawił. Do dziś nie rozwiązaną, podobało mi się czy nie...?
A jeszcze bardziej się zastanawiam czy ja tę książkę po prostu zrozumiałam, czy nie, bo przecież jeśli nie to oceniać nie powinnam. Może i tak być, że nie zrozumiałam. Zatem nie mogę też napisać, że książkę ową zrozumiałam zupełnie, że wszystko co autor chciał przekazać dotarło do mnie i spotkało się ze zrozumieniem oczywistym. Nie!
Nie mogę też napisać, że się rozczarowałam - bo aż tak nie było. Po prostu było inaczej niż dotychczas, choć z pewnym elementem wspólnym w pisaniu pana Wiśniewskiego, który tutaj akurat mnie lekko drażnił. Ale było też parę elementów wspólnych dla książek autora, elementów za które właśnie autora lubię.
Nie mogę też napisać, że autora przestałam lubić, a właściwie tego co autor piszę, bo osobiście go polubić przecież nie mogłam, nawet przecież  go na oczy nie widziałam.
Nie, nadal jestem ciekawa tego co napisze jeszcze (bo taką nadzieję żywię) i nadal pozostaje we mnie wszystko to dobre, co wyczytałam z jego wcześniejszych książek.
I jak widać nie mogę tu samych pochlebstw prawić, ale nie mogę też napisać, że mi się bardzo nie podobało.
Po prostu spróbowałam przełamać to moje zablokowanie i chciałam Wam napisać, że nie często mi się to zdarza, ale czasem sama nie wiem co o przeczytanej książce napisać, bo sama nie wiem co o niej myślę. Zbyt duży miszmasz mi w głowie się porobił i ten post jest jakby próbą uporządkowania go.
Czy się udało, czy nie...cóż zdarza się najlepszym słabsze dni mieć... grunt, że wiecie, że książkę przeczytałam, a co o niej będziecie myśleli - sami po przeczytaniu jej możecie mi napisać lub pozostawić to w swojej głowie.
A przechodząc do oceny (cóż trudna sprawa, ale ocenić trzeba) stawiam ***3***, tak pośrodku - bo jak widać, ani na tak nie jestem, ani na nie.
A książkę przy kawce na balkonie czytałam i skrawek go Wam pokaże. Coś czuję, że latem balkon będzie rządził. W końcu go mam i w końcu w takiej formie w jakiej zawsze mieć chciałam.

Ps. Chciałam (korzystając z tego, że "Na fejsie z moim synem" to pierwsza przez nich wydana książka) jeszcze powitać na rynku wydawniczym nowe (choć już chwilę istniejące) Wydawnictwo Wielka Litera- coś czuję i wnioskuję patrząc na kolejne tytuły przez nie wydawane, że to może być jedno z moich ulubionych wydawnictw, co Wy o nim myślicie?

J.L. Wiśniewski, "Na fejsie z moim synem", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 448

środa, 2 maja 2012

"Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem" Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Czytać tę książkę przyszło mi w najodpowiedniejszym dla niej momencie!
W bardzo trudnym dla mnie momencie.
Zadziwiające jak bardzo tej książki wtedy właśnie potrzebowałam. I zadziwiające jest to, że lektura potrafi mieć tak terapeutyczną moc.W takim stopniu chyba zdarzyło mi się tak po raz pierwszy!
I owszem brzmi to jak frazes, wiem, że o tym mówiło już pewnie z milion innych osób, ale lektura potrafi zdziałać cuda. Oczywiście w odpowiednim momencie naszego życia, odpowiednio podana.
Są przecież książki, które powinny się nam podobać, leżą w naszym guście, właściwie jesteśmy pewni, że czytanie ich będzie przyjemnością, aż okazuje się, że to jednak wielkie rozczarowanie. I dlaczego tak się stało, że po lekturze wrażenia były zupełnie inne, a książka nas drażniła? A bo może w złym momencie życia sobie ją zaserwowaliśmy.
Z tą książką wiedziałam już od samego początku, że się polubię. Ale, że aż tak bardzo się polubię to nie podejrzewałam.
Szczerze powiedziawszy nawet w danym momencie czytać jej nie miałam, chciałam skończyć wcześniej czytaną pozycję, ale z powodu nieciekawych wydarzeń w moim życiu nie mogłam się na owej lekturze skupić i "jakoś organizm mi ją odrzucał".
I już wydawało mi się, że czytanie odejdzie pewnie przez jakiś czas na dalszy plan, ale w moje ręce wpadła najnowsza książka pani Małgorzaty Gutowskiej- Adamczyk, która w książce tej prowadzi dialog ze swoimi czytelniczkami. Dialog o życiu, o codzienności, o tematach ważnych i tych mniej ważnych. Dialog o wszystkim co dotyczy naszego społeczeństwa.
Książkę wzięłam do ręki i zaczęłam czytać z planem, że przeczytam jedną, góra dwie strony ...i ... wsiąkłam. Pochłonęłam ją wręcz.
Każde słowo, każde zdanie w tym trudnym dla mnie momencie życia było jakby balsam na obolałą duszę. I choć z nie wszystkimi zdaniami się zgadzałam to samo "obserwowanie" rozmowy kobiet dawało mi jakąś taką moc. Bo to o rozmowę przede wszystkim chodzi. O wymienianie się poglądami na różne tematy, o szukanie wspólnego mianownika - czegoś co nas, mimo różnic między nami łączy.
Niejednokrotnie czytając coś tam od siebie dopowiadałam (np.o... tak z tym się zgadzam, też tak mam, absolutnie to nie tak, , cooo? itp....) zgadzając się z autorkami lub wręcz odwrotnie.
Ale tak jak w życiu tak i w książce nie ze wszystkimi opiniami musimy się zgadzać, ale dobrze jest ich wysłuchać i się nad nimi zastanowić. Bo akurat mogą coś w nas zmienić, mogą zmusić nas do zrewidowania swojego poglądu na dany temat lub choć troszkę otworzyć w nas tę furtkę do nowego postrzegania świata.
A opinie, które nas łączą tylko utwierdzają nas w wierze w siebie, w kobiety w ogóle, w ten właśnie wspólny mianownik...
Skąd jednak wzięły mi się tu moce terapeutyczne książki? Otóż jak wspomniałam wyżej czytając tę książkę nie byłam w łatwym momencie swojego życia, potrzebowałam chyba nie tylko wsparcia bliskich (które oczywiście miałam), ale i też kogoś obcego, kogoś obiektywnego, kogoś z kim się nawet spotkać nie mogę. Bo czasem zdania wypowiedziane (tu przeczytane) przez ludzi, których nie znamy uderzają nas najbardziej, przemawiają do nas i trafiają tam gdzie trzeba.
W książce tej było wiele takich zdań, które mnie na dobrą drogę naprowadzały, które dawały wiarę, że może nie będzie tak źle, a nawet jeśli to dam radę. I raz na wozie, raz pod wozem. Tak jak i inne kobiety, tak jak autorki słów, które sobie czytałam.
Bo tak jak napisała w tej książce Kasia Hordyniec : "Głową muru nie przebijesz.(...) Odwróć się kobieto od tej ściany!" , głową muru nie przebiłam. Owszem mur tym razem sam runął (a właściwie zburzyć go musiała osoba, która przed nim mnie postawiła), ale ja zauważyłam nowe możliwości, zmieniłam swój sposób myślenia i otworzyłam się na rady innych.
A gdy sytuacja się uspokoiła, gdy wszystko co złe odeszło, słowami przeczytanymi w owej książce też mogłam podziękować mojej przyjaciółce, która nie pozwoliła mi się rozsypać, która stała przy mnie pod tym murem...
Bo:
"...prawdziwy przyjaciel to właśnie taki anioł zesłany z góry. Strzeże, chroni, czasem napomina. Daje poczucie bezpieczeństwa, pewność, że nawet jeśli stanie się nie wiadomo jak straszna rzec, nie będziemy sami."
I teraz chciałabym móc podziękować za te wszystkie słowa, w których odnajdywałam siebie i za te z którymi się kłóciłam, kobietom, które z panią Małgosią rozmawiały, które razem z autorką podzieliły się swoim spostrzeganiem świata i które stworzyły razem książkę, która z pozoru wydaje się zwykłą rozmową, a jest rozmową...niezwykłą!
Dziękuję za książkę, z którą sama mogłam porozmawiać!
Teraz już nad moim niebem jaśniejsze chmury,nawet zachciało mi się kwiaty sadzić...więc, żeby nie kończyć smutnym akcentem...wrzucam zdjęcie książki z kwiatami i ocenę wystawiam najwyższą.
******6******, mając nadzieję, że inne kobiety też tak tę książkę odbiorą.
Polecam! Choć jak widać recenzja bardzo osobista, nie typowo merytoryczna, to myślę, że może tym bardziej szczera. Wierzcie, warto tej książce poświęcić swój czas. Warto wejść w dialog z jej twórczyniami.




M. Gutowska-Adamczyk, "Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z czytelniczkami Cukierni pod Amorem", Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2012, s. 370