poniedziałek, 27 lutego 2012

"Błędne siostry" Renata L. Górska


"Błędne siostry" to książka przy której przede wszystkim odpoczęłam. Weszłam w przedstawioną przez autorkę historię i pozwoliłam jej powoli się prowadzić.
Najpierw zaczęłam zapoznawać się z główną bohaterką. Jak mam to w zwyczaju robić próbowałam sobie ją wyobrazić, ułożyć sobie w głowie to kim jest i jaka jest. Następnie, jakoś tak mam, że te główne bohaterki porównuję trochę do siebie i albo znajduje coś z nimi wspólnego, albo wręcz przeciwnie. Tym razem z główną bohaterką łączyły mnie .... migreny.
Może dzięki temu byłam w stanie zrozumieć jej potrzebę zmiany życia, która miałaby nieść za sobą możliwość pozbycia się tej "królewskiej choroby" ( i tu osoby, które miały tę wątpliwą "przyjemność" doświadczenia jej na własnej skórze wiedzą jak duża w tych dwóch słowach jest ironia).
Nasza gówna bohaterka, Karola, cierpi bowiem na tę przypadłość i aby się jej pozbyć za radą swojego lekarza postanawia zmienić środowisko w którym przebywa. Wraca do kraju z którego (można by rzec) przed laty uciekła.
Do Polski, w Karkonosze.
Do odosobnionego domu, na polanie. Domu, który skrywa wiele, naprawdę wiele, tajemnic i niespodzianek. Domu, który zmieni życie Karoli i nie tylko. Tylko czy ta zmiana będzie na lepsze, czy to będzie zmiana o którą Karoli chodziło? Czy zawsze wiemy co dla nas dobre? Czy coś zupełnie nieoczekiwanego może okazać się tym na co powinniśmy oczekiwać całe życie? I czym to musi być przypłacone?
Och, wiele pytań i wiele odpowiedzi znajdziemy w tej książce. Książce, która prowadzi czytelnika wartko przez masę stron. Stron, które jak pisałam wyżej mnie samą odprężyły, uspokoiły i ... zaspokoiły. Bo choć w pewnych momentach skarżyłam się na zbyt dużą ilość opisów i zbytecznych zdań (według mnie) to mogę z czystym sumieniem polecić tę książkę. A to co mnie w pewnych momentach drażniło pod koniec książki przekuło się w jej zaletę.
I teraz szczerze powiedziawszy, po skończeniu czytania, tęsknię za tym niespiesznym sposobem narracji, za tymi opisami, za przygodami mniejszymi i większymi bohaterki.
A nade wszystko tęsknię za Karolą.
Jak dobrze, że jest ona tuż obok, w książce, po którą zawsze mogę jeszcze raz sięgnąć i przy kubku ciepłej herbaty spotkać się z nią i ludźmi, którzy ją otaczali. Z legendą dotyczącą "Błędnych sióstr", z urokami karkonoskich krajobrazów, z nadzieją na naprawdę dobrą historię...
Naprawdę klimatyczna książka, do niespiesznego czytania, właśnie przy kubku ciepłej herbaty.
Takich książek nigdy dość!
Takie książki z czystym sumieniem dostają porządną *****5***** i z czystym sumieniem mogę pożyczyć taką książkę siostrze...,bo "Błędne siostry" to też książka dla sióstr...
Dobre książki są między innymi po to by właśnie z siostrami móc się nimi podzielić.


R.L. Górska, "Błędne siostry", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 752

niedziela, 26 lutego 2012

Wyniki losowania urodzinowego

No najwyższa pora na wyniki!
Najpierw musiałam Was zliczyć.

Potem przeprowadziłam losowanie, jak zawsze niezawodnym programem random.org.
Program zdecydował za mnie i oto wyniki!

Książka nr 1 wędruje do Magdy
Program losował wśród 18 osób, które zgłosiły się po "Hakus-pokus".
Wybrał numer 5 - a pod tym numerkiem była Magda.


Chętne na książkę nr 2 były 23 osoby. Program wylosował liczbę 10. 
Książka nr 2 wędruje zatem do osoby z numerkiem 10, czyli do Florentyny
Gratuluję i mam nadzieję, że wywołałam tym Waszą radość. 

Bardzo proszę o podesłanie mi danych do wysyłki książek. Mój email : landrusk@gmail.com


Niestety dziś mam jakiś dzień na nie z graficznymi/zdjęciowymi umiejętnościami więc relacja z losowania kiepska. Zdjęcia screenów można powiększyć. I wtedy widać wylosowane numerki.

Wszystkim dziękuję za zgłoszenia - jak zawsze chciałabym Was wszystkich nagrodzić, ale... książek mało...
Pozdrawiam więc Was serdecznie !

wtorek, 21 lutego 2012

dwa lata...

Kochani!
Mój blog skończył wczoraj DWA LATA!

Niestety wczoraj nie byłam w stanie się moją radością z tego powodu z Wami podzielić.
Nie ma to jak porządna migrena, prawda?
Dziś już jest dobrze, stąd i siły na pisanie do Was.
I radość, że jestem wśród Was już dwa lata i ciągle chcę więcej, mój zapał do czytania i pisania o tym nie gaśnie.
Lecz żeby się tak tutaj sama do tego ekranu nie szczerzyć pomyślałam, że spróbuję wywołać radość innych. A co nam sprawia największą radość?
No książki oczywiście!
I dziś u mnie losowanie w związku z tym.
Do wylosowania mam dwie książeczki - z mojej prywatnej biblioteczki. Raz czytane, niezniszczone. :)

Zatem osoby, które są którąś z tych książek zainteresowane proszę się zgłaszać! W komentarzu podając numerek książki, którą chcecie.
Losowania dokonam hm... może w sobotę? Tak będzie najbezpieczniej. Czyli zgłaszamy się od dziś do 25.02.2012. 
Pozdrawiam Was serdecznie i bardzo Wam dziękuję za te dwa lata, które mogłam dzielić z Wami.

wtorek, 14 lutego 2012

"Last minute" Sylwia Kubryńska


Miewam tak czasem z książkami, że nie wzbudzają we mnie ani pozytywnych, ani negatywnych odczuć. Czytam, bo czytam. Lecz jakiejś wielkiej przyjemności z tego nie mam, ale też czytanie to nie denerwuje mnie, nie sprawia, że czytać mi się nie chce lub, że mam ochotę książkę odrzucić.
Dokładnie tak miałam z książką Sylwii Kubryńskiej "Last minut". Może wynika to z momentu w którym książkę czytałam tj. po bardzo dobrej książce "Kwiaty na poddaszu". A może wynika to z mojego totalnego braku jakiegokolwiek doświadczenia związanego z opisywanym przez autorkę tematem. Ani nigdy nie byłam w Tunezji, ani nigdy nie wdałam się w gorący romans z obcokrajowcem. I tu wiem, że się uśmiechacie!
Choć sprowadzając tę książkę do tych dwóch zdań byłabym niesprawiedliwa. Bo to nie tylko książka o wyjeździe głównej bohaterki do Tunezji i tym co ją tam spotyka. To też swoistego rodzaju rozliczenie się z jej życiem. Z jej przeszłością, z teraźniejszością i w pewien sposób nakierowanie się na jej przyszłość.
Niejaka Agnieszka zostaje zwolniona z pracy, boryka się z ciągłymi migrenami (i niestety tu się z bohaterką doskonale rozumiemy), tkwi w związku, który właśnie się rozpada i do tego w jakimś dziwnym stopniu "uzależniona" jest od swojej przeszłości.
Depresja, marazm, brak sensu... jej życie do tego dąży. Lecz jej przemądra przyjaciółka (i sama nie wiem czy tu ironizuję czy zazdroszczę) postanawia ją z tego wszystkiego "wyrwać". Serwuje jej lekarstwo w postaci wycieczki do Tunezji. A tam... wszystko nabiera innych barw.
Barw o których (o ironio!) bohaterka opowiada nam ze szpitalnego łóżka, dlaczego? Dowiemy się czytając, choć nie wietrzecie tu wielkiego dramatu lub egzotycznej choroby.
Opowiada nam więc Agnieszka o swej wycieczce, która nie miała tylko kolorowych barw, a rzeczywistość nie bywa tylko albo czarna, albo biała - czasem mamy też barwy pośrednie. Opowiada też o swojej przeszłości, ociera się o teraźniejszość, marzy o przyszłości. Próbuje zrozumieć siebie, swoich bliskich i to co jej się przytrafiło. Bo czyż może zdarzyć się młodej dziewczynie "wakacyjna miłość" ? Może! A jakże! Zwłaszcza w kraju, gdzie turystki są "rozchwytywane", gdzie kwitnie tzw. "seks-turystyka" ( bo i o tym książka opowiada w znacznym stopniu), gdzie wszystko jak pisałam wyżej - nabiera innych barw, a wypoczęty człowiek zaczyna wierzyć w swoje szczęście.
Lecz czy taka "wakacyjna miłość" może przetrwać? Czy to co zostało rozpalone w blasku ognistego słońca może rozpalonym pozostać i nie spopielić się w momencie powrotu do ojczystego kraju?
Ja na ten temat mam swoje zdanie, zupełnie inne niż autorka przedstawiła w swojej książce. Jakie dowiecie się docierając do zakończenia książki.
I albo Was ono usatysfakcjonuje, albo nie. Ewentualnie możecie je potraktować tak jak zrobiłam to ja - z ogromnym przymrużeniem oka.

Niestety na ogólną ocenę książki nie jestem w stanie oka przymrużyć i w mojej własnej, zupełnie nieobiektywnej opinii stawiam tylko ***3***. Tak jak pisałam na samym początku - to książka, która mnie ani w dobrą, ani w złą stronę nie ciągnęła. Ot przeczytałam, odłożyłam na półkę i pewnie zapomnę o niej szybko niczym rozchodzące się oferty wakacji "last minute".






S. Kubryńska, "Last minute", Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2011, s. 327

niedziela, 5 lutego 2012

"Kwiaty na poddaszu" Virginia C. Andrews


Trzeci dzień zbieram się do spisania tego wszystkiego co roiło się w mojej głowie podczas czytania tej książki. A roiło się dużo. Bo to książka, która wzbudza emocje, szarpie człowiekiem, powoduje, że człowiek nie wierzy w to co czyta, a z drugiej strony jest tego wszystkiego bardzo pewien. To książka, która potrafi być zarówno bardzo realna, jak i zupełnie nierealna.
Bo jak uwierzyć w historię dzieci przetrzymywanych na poddaszu ogromnego domu przez parę dobrych lat? Jak uwierzyć w to, że taki los zgotowała im własna, rodzona matka? Jak dopuścić do siebie w ogóle taką możliwość? Wydaje się to niemożliwe.
A z drugiej strony, w dzisiejszych czasach, gdzie otwierając dziś rano przeglądarkę internetową od razu natknęłam się na trzy historię maltretowanych, zabijanych i dręczonych dzieci, jak nie uwierzyć, że zło jest wśród nas? I to bardzo nie raz blisko i dosyć często udowadnia nam, że zawsze zbierze swój pokos.
Wierzyć się nie chce, lecz trzeba.
I tak jest z tą książką, wierzyć się w to wszystko co czytamy nie chce, lecz głos w naszej głowie mówi- uwierz, tak mogłoby być, i już. Czy się na to godzisz, czy nie.
"Kwiaty na poddaszu" czyta się dobrze, choć to słowo absolutnie nie powinno być tu użyte. Dobrze czyta się tylko ze względu na język autorki, na to jak tę wstrząsającą historię nam przedstawiła.
Poza tym czyta się okrutnie. Słowa bolą, opisywane zdarzenia ranią, a przemyślenia wywołują łzy.
Nie pozostaje się obojętnym, wyrabia się sobie swoje zdanie i buntuje się wobec czytanej treści. Oczy otwierają się coraz szerzej, z kartki na kartkę dziwimy się coraz bardziej, pewnych rzeczy się domyślamy, a pewne nas zaskakują. Aż docieramy do końca książki i z prywatnymi odczuciami odkładamy ją na półkę. Ja odkładałam ją na półkę z myślą ""oby się to nigdy nie wydarzyło". I z poczuciem, że chciałabym poznać dalsze losy rodzeństwa Dollangangerów. By przekonać się czy z takiej tragedii można się podnieść i ułożyć sobie życie, czy to co przeżyliśmy determinuje nasze życie ostatecznie.
Cieszę się ogromnie, że dzięki Wydawnictwu Świat Książki, "Kwiaty na poddaszu" zostały wznowione, mam nadzieję, że kolejne części tej książki wznawiane będą na bieżąco. Jednym słowem znowu mam na co czekać. A tych, którzy jeszcze "Kwiatów na poddaszu" w swoich rękach nie mieli zachęcam do zakupienia tej książki. Premiera już 15.02.2012.
Moje pierwsze spotkanie z prozą pani Virginii C. Andrews oceniam na ogromną ******6******.
Dobrze, że są takie książki. Otwierają nam oczy, trochę nami potrząsają i uwrażliwiają nas na krzywdę drugiego człowieka, zwłaszcza dziecka. Do tego czyta się je jednym tchem, lecz wcale szybko się ich nie zapomina.
Mnie książka tak wciągnęła, że spędziłam na łóżku całe niedzielne popołudnie czytając ją zachłannie.



  
V.C. Andrews, "Kwiaty na poddaszu", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 384