poniedziałek, 17 grudnia 2012

trochę z innej beczki...TreeCards i mój angielski

Z angielskim to u mnie raczej kiepsko. To znaczy może nie kiepsko, ale nie tak jakbym chciała. I niestety ciężko mi to zmienić. Na zajęcia w szkole językowej chyba mnie nie stać (bo to zawsze jakiś inny wydatek ważniejszy), a gdy usiłuję uczyć się sama w domu to z tym różnie bywa. To czasu za mało, a to człowiek zmęczony, a to nudnawe to czasami bywa, żmudne i trudne.
Cóż... zapał mam zawsze wielki, ale najwyraźniej czasem za mało go by na dłużej wystarczył.
Tym razem znowu się nakręciłam i powiem Wam, że jak na razie idzie mi dosyć dobrze. Może dlatego, że naukę rozpoczęłam zupełnie inaczej niż dotychczas. Zupełnie nie zakładając sobie, że muszę, że powinnam, że taki, a taki materiał mam przerobić, itp.
„Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy”

Po prostu trafiłam na FISZKI, a można by rzec, że to one same na mnie trafiły. Nie będę przed Wami ukrywała, że produkt o którym dziś piszę dostałam od Wydawnictwa Cztery Głowy. Rzadko decyduję się na tego typu recenzję, bo tak mam i już. Początkowo stwierdziłam, że propozycję Wydawcy odrzucę, ale jednak coś zostało w mojej głowie zasiane. Nigdy wcześniej nie uczyłam się angielskiego za pomocą fiszek, ba nawet średnio łapałam o co w tym wszystkim chodzi. Stwierdziłam więc, że cóż mi szkodzi i zgodziłam się na "przetestowanie". I wyobraźcie sobie, że wsiąknęłam w ten tryb.
Metoda "TreeCards" podeszła mi zdecydowanie.
Jednak o co w nim chodzi?
To nauka angielskiego za pomocą zapadających w pamięć obrazków, rysunków,rymowanek oraz rebusów. Wszystko to oparte o teorię S. Leitnera (dla mnie to akurat było mało ważne). W bardzo przyjemnym, logicznym wydaniu. Mamy tu około 250 karteczek, na których znajdziemy zabawne rysunki ułatwiające zapamiętanie słowa/ wyrażenia, którego mamy się nauczyć. Do nauki i kontrolowania jej rezultatów mamy ciekawe pudełeczko tzw. tree box, podzielony na 4 części - system sprawdzający nasz poziom utrwalenia danego materiału. Plus przewodnik pokazujący nam jak to wszystko obsługiwać.
I oczywiście nie musimy nauczyć się od razu wszystkich słówek. Możemy rozdzielać sobie naukę tak jak chcemy. Ja tygodniowo utrwalam jakieś 20 fiszek. Mało, ale przynajmniej wiem, że na bank je opanowałam. Jak dla mnie bomba!   

Tak to, to co lubię, jestem wzrokowcem, więc idea rysunków na karteczkach (fiszkach) jest dla mnie bardzo czytelna i przekonująca. Do tego mogę się "odpytywać" sama lub mogę to komuś zlecić :).
Przyjemna metoda. Jakie będą jej skutki zobaczę na końcu nauki. Jak na razie idzie mi całkiem dobrze, w miarę systematycznie, nie mam nacisku, co tydzień po prostu odkładam słówka, które już "wykułam" i dokładam nowe, tak by w box'ie było ich dwadzieścia. I tak się moje testowanie kręci.
Mogę więc Wam dziś polecić ten produkt, z czystym sumieniem, nie dlatego, że ktoś mnie o to prosił. Po prostu jak na razie to chyba jedyna metoda nauki języka angielskiego, która mnie porwała i zapał może nie jest szalony, ale nie odpuszczam.
Zaczęłam od  Treecards - Everyday Life - A1 .
Wydawnictwo ma jeszcze kilka innych zestawów, z różnymi stopniami trudności i słownictwem.
Trzymajcie kciuki bym doszła do poziomu ostatniego i bym w końcu była zadowolona ze stanu mojego angielskiego słownictwa. A fiszki już na stałe leżą w zasięgu wzroku, bym mogła w wolnej chwili sobie je poprzerzucać.



2 komentarze:

  1. Fajna sprawa, ale chętniej sięgnęłabym po włoski, którego liznęłam na studiach i do dziś żałuję, że nie kontynuowałam nauki...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wytrwalosci w nauce, na pewno sie oplaci :)

    OdpowiedzUsuń