poniedziałek, 2 kwietnia 2012

"Spadkobiercy" Kaui Hart Hemmings


Dziś będzie trochę nietypowo. Trochę o książce, trochę o filmie.
Chyba po raz pierwszy od rozpoczęcia pisania tego bloga najpierw przeczytałam książkę, a zaraz po tym obejrzałam jej ekranizację. Co nie oznacza, że nie robiłam tak wcześniej - robiłam. Mam nawet taką zasadę, że najpierw czytam książkę, a dopiero potem oglądam jej ekranizację. Nigdy odwrotnie.
Jednak zawsze te ekranizację oglądam dosyć spory czas po przeczytaniu książki. Tym razem od lektury i ekranizacji dzieliły mnie zaledwie dwa dni.
Po co to piszę? Żeby zwrócić Waszą uwagę na to, że oglądając film "Spadkobiercy" miała jeszcze w głowie sporo wrażeń po czytaniu książki "Spadkobiercy". A mogę nawet rzec, że czytając książkę już gdzieś tam w głowie tworzył mi się jej obraz trochę nakierowany przez zwiastuny filmu (które oczywiście gdzieś musiałam zobaczyć) i okładkę książki z głównym aktorem filmu na niej, która jak widać niewiele różniła się od plakatu promującego film.
Zatem niejaki Matt z "Spadkobierców" był dla mnie Geogrem Clooney'em, i już! Dobrze, że nie zdążyłam zapamiętać aktorek grających jego córki, bo to już w ogóle byłaby klapa. Jak zapewne wnioskujecie nie lubię mieć gotowych wyobrażeń postaci przed ich poznaniem.
Dodatkowo już miałam jakieś takie bardzo roszczeniowe nastawienie i do książki, i do filmu. Bo przecież książka, na podstawie której powstał scenariusz filmu, który ubiega się o Oskara musi być bardzo dobra, prawda?
Otóż według mnie taka niestety nie była. Była przeciętna. Mimo iż poruszała bardzo nieprzeciętny temat - obraz współczesnej rodziny. Rodziny, która przeżywa ogromny dramat. Żona głównego bohatera po bardzo groźnym wypadku zapada w śpiączkę, a on musi przygotować na jej śmierć dwie zbuntowane córki, rodzinę i przyjaciół. No i siebie..., dodatkowo odkrywając spory sekret żony, który (no niestety) rzutuje na życie Matta i obraz żony. Wszystko w scenerii bajecznych Hawajów.
Niezły galimatias. A w książce pokazany tak bardzo spokojnie, tak rzeczowo..., jakoś nie wzbudził we mnie emocji.
Już bardziej emocje moje wzbudziło kilka scen z filmu. Szczerze powiedziawszy nawet łezka mi się w pewnym momencie w oku zakręciła. Choć i film też nie zatrząsł moim światem. A tego oczekiwałam, albo od książki, albo od filmu. Dostałam natomiast przeciętną obyczajówkę, która owszem pretenduje do miana ambitnej, lecz coś przeszkadzało mi w nazwaniu jej taką. Może to, że miałam duże oczekiwania, może to, że widziałam sporo filmów obyczajowych i książek takich sporo też czytałam, a może się nie znam i moje paplanie wynika z niewiedzy... i tak może być.
Niemniej jak widać zachwycona nie jestem, choć nie uważam też, zęby czytanie tej książki lub oglądanie filmu było stratą czasu. Co to to nie! Po prostu nie nastawiajcie się na nic, a może odkryjecie w nich coś czego ja nie potrafiłam dostrzec. Chętnie o tym poczytam.
Ten mój brak zachwytu nad książką (bo filmu tu nie oceniam, nie od tego jest ten blog) oceniam na ****4****, po prostu ok, choć jak widać chciałam żeby było genialnie, a nie tylko ok. I tak bywa...




K. H. Hemmings, "Spadkobiercy", Wyd. Znak, Kraków 2012, s. 351

14 komentarzy:

  1. Ja obejrzałam film i nawet mi się podobał. George Clooney w innej niż dotychczas go widziałam kreacji. Ale nie był to aż taki zachwycający film by mnie skłonił do sięgnięcia po książkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a mnie Clooneye jako główny bohater też się spodobał, choć w dalszym ciągu nie jestem w stanie zrozumieć tych wszystkich zachwytów nad jego urodą... mnie się bardziej jego gra podobała niż lico:)

      Usuń
  2. Fakt, książka nie powala (stąd taka, a nie inna recenzja na moim blogu). Nie widziałem filmu, ale przypuszczam, że jest o niebo lepszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. obejrzyj:) a ja niestety z bólem serca muszę stwierdzić, że faktycznie film lepszy od książki, choć na swój sposób...nie było paru elementów z książki w filmie, może to i lepiej...

      Usuń
  3. I książkę, i film mam w bliżej nieokreślonych planach. No i jak zwykle staram się nie nastawiać na arcydzieło, ale Twoja recenzja ostudziła nieco mój "zapał" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie nastawiaj się, mnie to nastawienie zgubiło niestety jak widać... choć nie jest źle, nie jest źle...

      Usuń
  4. Mnie się film bardzo podobał - niestety obejrzałam go zanim dowiedziałam się, że w ogóle istnieje książka będąca pierwowzorem - bardzo przyjemny dramat obyczajowy, momentami troszkę duszny, ale też kipiący hawajską zielenią.

    A Clooney mógłby być moim ojcem, wiem, ale i tak go kocham i uważam, że lico ma przednie ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Raczej nie dla mnie - ani książka ani film.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja również jestem tylko po seansie i mam pozytywne wrażenia. Co do samej książki, to muszę przyznać, że ostatnio coraz częściej zdarza mi się stwierdzać, iż to właśnie film jest lepszy od swego papierowego pierwowzoru. A było to kiedyś dla mnie nie do pomyślenia. Jak widać jednak nawet z przeciętnej powieści można czasem stworzyć fajną filmową historię. Do tej pory moim takim największym rozczarowaniem i jednocześnie zaskoczeniem był "Pamiętnik" Sparksa, który w ogóle nie umywa się do swojej ekranizacji.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeszcze nie miałam okazji ani czytać, ani oglądać "Spadkobierców". Wolałabym najpierw przeczytać wersję papierową, a dopiero później obejrzeć, bo odwrotna kolejność odbiera mi frajdę czytania - dlatego wstrzymuję się od obejrzenia filmu, choć ciekawość mnie zżera ;) Tak więc będę dalej poszukiwać "Spadkobierców" w wersji książkowej, by zaspokoić swoją ciekawość i przekonać się na własnej skórze jak to z nią jest ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  8. Ciekawe, ale raczej daruję ją sobie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Film na pewno obejrzę, ale skoro książka nie jest arcydziełem, daruję ją sobie.

    OdpowiedzUsuń
  10. film średni. myślałem że będzie lepszy.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oglądałam film i nie przypadł mi do gustu.

    OdpowiedzUsuń