poniedziałek, 31 grudnia 2012

2013

Podsumowań nie będzie, nie mam w zwyczaju podliczania, przeliczania i robienia statystyk z okazji 31 grudnia....
Wolę raczej pozytywnie nastroić się na 1 stycznia i to co ma przynieść Nowy Rok...
Mam nadzieję, że będzie przynajmniej tak dobry jak ten, który mija...
Jeśli będzie lepszy to już w ogóle byłoby bardzo dobrze...
Zatem moi drodzy z książką lub bez...
Z lampką szampana,  z uśmiechem na twarzy...., z nadzieją na to co ma nadejść,
wkraczajmy w ten 2013 rok i cieszmy się jego każdą minutą...:)


poniedziałek, 17 grudnia 2012

trochę z innej beczki...TreeCards i mój angielski

Z angielskim to u mnie raczej kiepsko. To znaczy może nie kiepsko, ale nie tak jakbym chciała. I niestety ciężko mi to zmienić. Na zajęcia w szkole językowej chyba mnie nie stać (bo to zawsze jakiś inny wydatek ważniejszy), a gdy usiłuję uczyć się sama w domu to z tym różnie bywa. To czasu za mało, a to człowiek zmęczony, a to nudnawe to czasami bywa, żmudne i trudne.
Cóż... zapał mam zawsze wielki, ale najwyraźniej czasem za mało go by na dłużej wystarczył.
Tym razem znowu się nakręciłam i powiem Wam, że jak na razie idzie mi dosyć dobrze. Może dlatego, że naukę rozpoczęłam zupełnie inaczej niż dotychczas. Zupełnie nie zakładając sobie, że muszę, że powinnam, że taki, a taki materiał mam przerobić, itp.
„Fiszki TreeCards - Wydawnictwo Cztery Głowy”

Po prostu trafiłam na FISZKI, a można by rzec, że to one same na mnie trafiły. Nie będę przed Wami ukrywała, że produkt o którym dziś piszę dostałam od Wydawnictwa Cztery Głowy. Rzadko decyduję się na tego typu recenzję, bo tak mam i już. Początkowo stwierdziłam, że propozycję Wydawcy odrzucę, ale jednak coś zostało w mojej głowie zasiane. Nigdy wcześniej nie uczyłam się angielskiego za pomocą fiszek, ba nawet średnio łapałam o co w tym wszystkim chodzi. Stwierdziłam więc, że cóż mi szkodzi i zgodziłam się na "przetestowanie". I wyobraźcie sobie, że wsiąknęłam w ten tryb.
Metoda "TreeCards" podeszła mi zdecydowanie.
Jednak o co w nim chodzi?
To nauka angielskiego za pomocą zapadających w pamięć obrazków, rysunków,rymowanek oraz rebusów. Wszystko to oparte o teorię S. Leitnera (dla mnie to akurat było mało ważne). W bardzo przyjemnym, logicznym wydaniu. Mamy tu około 250 karteczek, na których znajdziemy zabawne rysunki ułatwiające zapamiętanie słowa/ wyrażenia, którego mamy się nauczyć. Do nauki i kontrolowania jej rezultatów mamy ciekawe pudełeczko tzw. tree box, podzielony na 4 części - system sprawdzający nasz poziom utrwalenia danego materiału. Plus przewodnik pokazujący nam jak to wszystko obsługiwać.
I oczywiście nie musimy nauczyć się od razu wszystkich słówek. Możemy rozdzielać sobie naukę tak jak chcemy. Ja tygodniowo utrwalam jakieś 20 fiszek. Mało, ale przynajmniej wiem, że na bank je opanowałam. Jak dla mnie bomba!   

Tak to, to co lubię, jestem wzrokowcem, więc idea rysunków na karteczkach (fiszkach) jest dla mnie bardzo czytelna i przekonująca. Do tego mogę się "odpytywać" sama lub mogę to komuś zlecić :).
Przyjemna metoda. Jakie będą jej skutki zobaczę na końcu nauki. Jak na razie idzie mi całkiem dobrze, w miarę systematycznie, nie mam nacisku, co tydzień po prostu odkładam słówka, które już "wykułam" i dokładam nowe, tak by w box'ie było ich dwadzieścia. I tak się moje testowanie kręci.
Mogę więc Wam dziś polecić ten produkt, z czystym sumieniem, nie dlatego, że ktoś mnie o to prosił. Po prostu jak na razie to chyba jedyna metoda nauki języka angielskiego, która mnie porwała i zapał może nie jest szalony, ale nie odpuszczam.
Zaczęłam od  Treecards - Everyday Life - A1 .
Wydawnictwo ma jeszcze kilka innych zestawów, z różnymi stopniami trudności i słownictwem.
Trzymajcie kciuki bym doszła do poziomu ostatniego i bym w końcu była zadowolona ze stanu mojego angielskiego słownictwa. A fiszki już na stałe leżą w zasięgu wzroku, bym mogła w wolnej chwili sobie je poprzerzucać.



wtorek, 11 grudnia 2012

"Pigułka wolności" Piotr Czerwiński


Dziś moi mili przychodzę by podzielić się z Wami moją porażką. Porażką czytelniczą.
Czemu aż używam słowa: porażka? Postaram się wytłumaczyć niżej.
Na lekturę "Pigułki wolności" bardzo się cieszyłam, nie mogłam się jej wręcz doczekać. Czytałam o niej właściwie same pozytywne opinie, tematyka przez autora poruszana wydawała mi się niezmiernie ciekawa, spodziewałam się niebywałych wrażeń, zabawy językiem, tak błyskotliwych uwag o poruszanym temacie, że będę musiała co drugą wypisywać, itp. Jak tylko ją dostałam, dokończyłam wcześniejsze książki i zabrałam się za czytanie.
Ruszyłam z impetem, pierwsze pięćdziesiąt stron pochłonęłam na raz. I z równym impetem zahamowałam tak około setnej strony.  I niestety z kartki na kartkę szło mi coraz gorzej. No może miałam parę zrywów, jakiejś takiej ogromnej chęci do zachwycenia się tą książką, ale niestety poległam. Nie potrafiłam się w niej odnaleźć, skupić na tym co autor pisze, podążać za jego tokiem myślenia i raczyć się nim. To wszystko nie złożyło mi się w książkę, którą czyta się bo się tego chce, tylko się w moim przypadku musi, bo odrzucić się nie da - taki już mam system, że doczytuję, nawet to co działa mi na nerwy najbardziej.
I nie wiem czy to po prostu książka nie dla mnie, czy z czytaniem jej wpadłam w jakiś nieodpowiedni czas, bo miałam wrażenie, że się męczę czytając, że to co autor pisze mnie drażni, że mnie wręcz wkurza. Bohaterowie jakoś kompletnie mnie nie zainteresowali, wręcz mnie drażnił ich sposób bycia, jedyne co mi się podobało to to, że autor świetnie opisywał współczesne wydarzenia, rzucając na nie bardzo ciekawe światło.
I tak oto dobrnęłam do końca "Pigułki wolności" ze świadomością, że średnio zrozumiałam co autor miał na myśli, czego akurat to i dlaczego mi to się nie podobało?
Cóż i tak bywa. Nie będę Wam tu dziś pisała o treści książki, myślę, że większość osób nią zainteresowanych trafiło już na tyle słów o niej, że wie czego można się spodziewać. Moje zdanie jest jednak inne - mnie wydawało się, że wiem czego spodziewać się mogę, ale mimo wszystko u mnie to nie zaskoczyło, nie pojawiła się ta chemia, która pozwala mi na wtopienie się w takie książki i niestety muszę postawić *1*.
To moja kolejna próba zmierzenia się z prozą Piotra Czerwińskiego, kolejna na nie. Chyba to jednak autor niestety nie dla mnie.
Stąd i słowo "porażka" - bo nienawidzę, gdy nastawiam się na ucztę czytelniczą, a wychodzę z ogromnym kacem i o pustym żołądku....
 P. Czerwiński, "Pigułka wolności", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2012, s. 384

niedziela, 2 grudnia 2012

"Kiedy Bóg był królikiem" Sarah Winman


"Kiedy Bóg był królikiem" to książka do niespiesznego czytania, do zwinięcia się w kłębek na kanapie, pod kocem i czytania, czytania, czytania...
To książka, którą można smakować jak pyszny deser, po trochę, delektując się czytanymi zdaniami, wypisując sobie zdania, które trafiają do nas najbardziej, mając ochotę by pozostały w nas na dłużej. Takie też mam wrażenie po przeczytaniu tej książki: to książka, która pozostaje w czytelniku, to książka, która w nim dojrzewa, by ukazywać swoje oblicza, by pozwolić dochodzić powoli do jej sensu. 
I już Wam mogę zdradzić, że to w niej podoba mi się najbardziej. I ta atmosfera, specyficzna, która w niej panuje. Nie potrafię jej nazwać, lecz ją mocno wyczuwam.
Narratorką powieści jest Elly. Najpierw opowiada nam o swoim dzieciństwie, poznajemy ją i bliskie jej osoby, miejsca, zwyczaje. Pozwalamy się prowadzić za rękę w podróży przez jej dzieciństwo, jej dorastanie. Widzimy świat przedstawiony oczami dziecka. Świat jej ekscentrycznych rodziców, opiekującego się nią brata, specyficznej przyjaciółki. Dorastamy razem z nią, by następnie móc lepiej zrozumieć dalsze losy Elly, opisane w drugiej części książki jej dorosłe życie. Wszystko to na tle ważnych wydarzeń społecznych, które w jakimś stopniu też wpływają na obraz książki, na główną bohaterkę i jej bliskich. Mnie zdecydowanie bardziej podobała się druga część książki, w pierwszej trochę się gubiłam. Jakoś łatwiej było mi się odnaleźć w bliższych mi czasach, do tego bardzo zainteresował mnie włączony do książki wątek ataku na WTC z 11 września 2001.
Zatem o czym jest "Kiedy Bóg był królikiem"? Chyba przede wszystkim o miłości, przyjaźni, wierze w drugiego człowieka, o tym jaki właśnie drugi człowiek ma wpływ na nasze życie.
"Kiedy Bóg był królikiem" to też książka o więzach rodzinnych, o tym, że są niewymazywalne, że nasze dzieciństwo tkwi w nas jak mocny korzeń i kolejne lata to nowe konary na których opiera się nasze życie. I to życie czasem jest szarpane przez różne burze, czasem ocieplane przez słoneczne blaski, jednak ciągle trwa...
A o co chodzi z samym tytułem? Dowiecie się na stronach książki.
Zwińcie się więc na kanapie, przykryjcie kocem, weźcie do ręki książki lub czytniki (tak jak zrobiłam to ja) i oddajcie się niespiesznemu czytaniu, przywiążcie się do bohaterów, przeżywajcie to co oni przeżywają i wyciągnijcie swoje własne wnioski. Zimowe wieczory temu jak najbardziej sprzyjają.

Moje spotkanie z Sarah Winman oceniam na *****5*****, co prawda z małym minusikiem za momentami zbyt pokomplikowaną fabułę, bo czasem się gubiłam, ale może to przez to, że czytałam dosyć długo, od książki często się odrywając.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję WOBLINKowi, możecie u nich nabyć tę książkę w formie ebooka. Dzięki temu udało mi się przeczytać kolejną książkę na kindelku i wrażenia z tego doświadczenia jak widzicie dobre, lądują w cyklu e-czytanie.

S. Winman, "Kiedy Bóg był królikiem", Wyd. Albatros, Warszawa 2012, s. 400

niedziela, 25 listopada 2012

"Pompon w rodzinie Fisiów" Joanna Olech


W grodzie Kraka, w mieście z sławnym Wawelem nie sposób nie natknąć się na tematykę smoczą. Ba, można mieć nawet lekki przesyt ową tematyką. Zwłaszcza doskwiera on krakowskim dzieciakom, które tematem są w trakcie swojej edukacji można by rzec torpedowane.
Gdy zapowiedziałam moim świetlicowym dzieciakom, że będziemy czytać o smoku reakcja była niestety dość negatywna. "Znowu?", "Dlaczego?", "Blllleeee" - takie posypały się komentarze. Nie zraziło mnie to jednak i ogłosiłam "czas czytania".
Dlaczego mnie to nie zraziło? Bo po pierwszym zaglądnięciu do książeczki wiedziałam, że dzieciaki oszaleją z miłości do smoka - Pompona. Ja oszalałam !
Takiej dużej dawki humoru dawno nie mieliśmy. Bardzo dobrego humoru dodam. Do tego naprawdę ciekawy pomysł na książkę, bo któż z nas w dzieciństwie nie chciał mieć tajemniczego przyjaciela..., krasnoludka, zwierzątka...smoka?????? Ja chciałam! Marzyłam wręcz o tym, ba nawet całą wyprawkę dla takiego małego stworka stworzyłam z waty i ścinków, podkładałam chlebek na parapet...itp...
Owszem nie marzyłam o smoku, ale po tej książce chyba zaczynam marzyć.
Na początku poznajemy członków rodziny Fisiów, rodziny całkiem zwyczajnej, jest mama, tata, brat i siostra. I jest smok.
Co już nie jest zwyczajne. Do tego smok, który wcale nie jest np. gekonem lub jaszczurką, lecz po prostu gadającym smokiem. Smokiem, który beka, który zażywa kąpieli z pianą, który żywi się muchami, smokiem, który jest dosyć specyficzny, nie tylko przez to, że jest gadającym smokiem.
Zatem rodzina Fisiów zupełnie normalnie funkcjonować to raczej nie może. Jak funkcjonuje, jakie z powodu posiadania smoka mogą wyniknąć korzyści i problemy możecie dowiedzieć się czytając.
My połknęliśmy pół książki na raz, druga połowa też poszła za jednym posiedzeniem. Było przy tym dużo śmiechu (sama musiałam przestawać czytać, bo zanosiłam się śmiechem) i trochę też wzruszenia nawet. Było pouczająco czasem i czasem totalnie niepouczająco. Było tak jak dzieciaki lubią. Autorka w swojej książce udowodniła, że zna ten sekretny język, który sprawia, że nawet niechętne czytaniu dzieciaki, o przygodach Pompona i rodziny Fisiów słuchają (lub czytają) z otwartą buzią, wyrażającą ogromne zaciekawienie.
Udało mi się (a właściwie autorce) więc odczarować smoka w Krakowie, znowu smokiem dzieci zainteresować i do tego gdzieś tam przemycić temat o smoku na Wawelu, który tym razem okazał się bardziej strawny. Wilk syty (a może bardziej pasuje tu tym razem: smok) i owca cała. O dziwo!
Przed nami kolejne spotkanie ze smoczymi bohaterami pani Olech - "Pulpet i Prudencja. Smocze Pogotowie Przygodowe" zaczynamy czytać od poniedziałku. Coś czuję, że też nam przypadnie do gustu.

Pompon zasłużył więc jak najbardziej na najwyższą notę - ******6******, za wszystko! Za tekst, za ilustracje (spod ręki samej autorki), za twardą oprawę, no za wszystko po prostu!
Rodzice jeśli Wasze dzieci jeszcze nie znają Pompona naprawcie to - zbliżają się przecież Mikołajki...a ja zawsze podpowiadam Mikołajowi, że książki to najlepsze prezenty!


J. Olech, "Pompon w rodzinie Fisiów", Wyd. Znak, Kraków 2007, s. 144



wtorek, 20 listopada 2012

"White Plate" Eliza Mórawska


Dziś obchodzi urodziny osoba bardzo dla mnie ważna, osoba z którą ta książka kojarzy mi się najbardziej. Moja kochana Siostra.
Czemu akurat z nią kojarzy mi się książka kucharska jednej z najpopularniejszych blogerek kulinarnych? Ponieważ po pierwsze książka ta jest prezentem jaki podarowałam siostrze właśnie na urodziny, po drugie siostra moja uwielbia piec i gotować -  i wychodzi jej to uwierzcie mi wspaniale - i nie piszę tak, bo tak wypada, tylko naprawdę ma dziewczyna dar w rękach i kubkach smakowych, taki, że uważam iż  powinna restaurację lub cukiernię otworzyć (do dziś rozpływam się nad wspomnieniem o tiramisu jagodowym, jakie dostałam od niej na urodziny) lub przynajmniej stowrzyć o tym co tworzy bloga. Po trzecie bo White Plate to jeden z tych blogów, które moja siostra uwielbia. Ja zresztą też lubię, choć takiego daru do wypieków jak moja sis lub autorka nie mam, oj nie...
Ale dobrze, że mam tak cudowną siostrę, która dopieszcza moje podniebienie jak mało kto.
Eliza Mórawska też dopieszcza, ba nawet rozpieszcza. Rozpieszcza w swojej pierwszej książce kucharskiej "White Plate - słodkie". Rozpieszcza na maksa!
Po pierwsze rozpieszcza już samą okładką - nie dość, że to twarda oprawa, duża książka, to tak piękna, że nie można przejść obok niej bez zwrócenia na nią uwagi. O dziwo uwagę przykuwa prostota na zdjęciu, klasa po prostu. Talerz z okruszkami...niby nic nadzwyczajnego, jednak już to jakoś przemawia do mnie, sugerując, że po tych wypiekach mogą pozostać tylko okruszki, reszta może zniknąć niebywale szybko...
Gdy już zwrócimy uwagę na książkę to oczywiście nie powstrzymamy się przed jej otworzeniem. I tu w moim przypadku nastąpiło wielkie i przeciągłe "wowww", które mogły usłyszeć Panie na stoisku Wydawnictwa Dwie Siostry (bo tam, na Targach Książki prezent zakupiłam). Byłam i jestem zachwycona! Piękne zdjęcia! Spokojna czcionka, przyjemna szata graficzna, wszystko w przyjemnych barwach, dopieszczone do granic możliwości. Naprawdę zachwycające! Nie mogłam oderwać wzroku, nie mogłam tej książki normalnie zamknąć by za nią zapłacić.
Zaś co do treści to uwierzcie mi też zachwyca. Dla osoby, która piecze na co dzień będzie to bardzo przydatna i konkretna pozycja, dla takiego laika jak ja - totalna inspiracja by jednak tematem pieczenia się zainteresować z bliska, z perspektywy wałka i piekarnika....
Mamy tu jakieś 55 przepisów na słodkie cuda! Każde cudo sfotografowane, wypisane składniki i oczywiście przepis jak owo cudo wykonać. Łatwym językiem, który trafił i do mnie. Tak, że ślinka cieknie już przy kompletowaniu składników. Dodatkowo autorka zamieściła też liczne podpowiedzi jak sobie z pewnymi problemami przy przygotowywaniu ciasta i pieczeniu radzić. Mamy tu też przydatny bardzo spis miar, podpowiedzi dotyczące tego w czym można piec (formy na ciasta) i opis przydatnych składników, przypraw. Mamy też miejsce na swoje adnotacje odnośnie przepisów (bardzo fajna rzecz). Dodam jeszcze, że książka jest dwujęzyczna - w języku polskim i angielskim.
Wszystko to powoduje, że jak widzicie jestem tą pozycją oczarowana. Aż mi szkoda, że nie odpisałam sobie wszystkich przepisów nim podarowałam siostrze książkę. No nic, obiecała, że da odpisać. :)
Ba, dziś mi mówiła, że już parę przepisów wypróbowała i mi poleca. Ja wypróbowałam ciasto marchewkowe - wyszło pyszne i na stałe zagości w moim domu. A White Plate nadal będę odwiedzać na blogu, wierząc, że pani Eliza wyda kolejną tak piękną książkę.
Siostrze zaś najchętniej sprezentowałabym warsztaty kulinarne z autorką, szkoda, że są np. w Poznaniu, a od niej to bardzo daleko...może kiedyś autorka zawita i tam, gdzie mojej siostrze bliżej...? Śledzę to uważnie ! :) 
E. Mórawska, "White Plate - słodkie", Wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2012, s.196

środa, 14 listopada 2012

"Wrony w Ameryce" Marcin Wrona


Nie do końca wiem skąd się wzięło to moje zainteresowanie Stanami Zjednoczonymi, ale mam wrażenie, że towarzyszyło mi od zawsze. Ciągnie mnie do tego kraju ogromnie, fascynują mnie jego krajobrazy, jego kultura, obyczajowość i ludzie. Moim największym marzeniem jest objechanie każdego stanu USA, od zawsze o tym marzyłam i chyba na zawsze marzyć o tym będę. Owszem w Stanach widzę też wiele wad, lecz liczba zalet przeważa, stąd moje achy i ochy rozbrzmiewają jak tylko słyszę o tym kraju.
Nie mogłam więc przejść obojętnie obok książki reportera, którego bardzo też lubię, pana Marcina Wrony, który od 2006 roku jest korespondentem z USA pod flagą Faktów TVN. I uwierzcie mi czasem w Faktach mam ochotę oglądać tylko jego.
Gdy tylko się dowiedziałam, że pan Marcin taką książkę napisał, rozpoczęło się moje na nią polowanie. Upolowałam, w dzień Targów Książki, nie na targach co prawda, ale będzie się mi z nimi mocno kojarzyła. Niestety czytać od razu dane mi jej nie było. Mąż porwał w swoje ręce (a przyznam się Wam, że o tej wyżej wspomnianej podróży marzę nie tylko ja) i pochłonął żywcem. Aż się bałam czy mi wszystkich literek nie wyczyta. Nie wyczytał, zostawił coś dla mnie. I ja wpadłam między wrony. :)
"Wrony w Ameryce" czyta się mając wrażenie jakby autor siedział na przeciwko nas i nam opowiadał o swoich amerykańskich doświadczeniach, spostrzeżeniach na temat tego kraju, o swoim życiu w nim i o tym co go w nim fascynuje. Bo nie da się ukryć, że autor jest Stanami zafascynowany, tak jak i ja, tylko on ma o tyle lepiej, że na co dzień je ogląda z bliska. Ja po trochu mogłam też je jakby z bliska obejrzeć właśnie dzięki tej książce. Autor jednak nie pisze tylko o samych zaletach mieszkania w USA, wymienia też masę wad, dziwnych rzeczy, do których jest się mu nadal ciężko przyzwyczaić. Obala niektóre mity, wyjaśnia niektóre błędnie pojęte zwyczaje, oswaja je i tłumaczy zasady, które dla nas Polaków czasem wydają się sztuczne lub po prostu dziwne.
"Wrony w Ameryce" to książeczka pełna ciekawostek, pełna pożytecznych informacji, podanych z dużą dawką humoru, zdrowego dystansu, ale też ogromnej miłości do kraju, w którym autorowi przyszło żyć.
Na moją wysoką ocenę miało zatem wpływ wiele czynników. To, że mocno interesuję się tematem książki, to, że lubię jej autora, ale też to, że autor nie stał się nagle "Amerykaninem" i swoją polskość szanuje, wręcz ją podkreśla. Czytając czuje się taką normalność pana Wrony, to, że musi być niebywale sympatycznym człowiekiem, który podzielił się z nami swoimi spostrzeżeniami na temat kraju, w którym żyje i pracuje. Językiem przystępnym dla każdego, i zabawnie, i poważnie w odpowiednich momentach. Na tyle ciekawie, że jeszcze bardziej chciałabym USA móc zobaczyć na własne oczy. Dodatkowo możemy też dowiedzieć się paru rzeczy o pracy korespondenta, dziennikarza - co też jest dla mnie dosyć interesujące.
Oceniam więc moje spotkanie z Wronami na ******6******. Dziękuję autorowi, że moją fascynację jeszcze pogłębił.
Jak widzicie u mnie na pulpicie USA, do tego dokupiliśmy też "Wałkowanie Ameryki" i już się czyta...na razie przez męża, ale wkrótce trafi do mnie. Ciekawe czy jeszcze bardziej rozkocham się wtedy w tej tematyce, czy moja fascynacja trochę ochłonie?

M. Wrona, "Wrony w Ameryce", Wyd. The Facto, Warszawa 2012, s. 238

niedziela, 11 listopada 2012

"Pożądanie mieszka w szafie" Piotr Adamczyk


"Pożądanie mieszka w szafie" to książka, która przede wszystkim mnie zdenerwowała!
Bohaterem książki Piotra Adamczyka jest jego imiennik Piotr Adamczyk.
Piotr Adamczyk? Ten aktor? Otóż nie, i może nawet to dobrze, że ani autor tej książki, ani jej bohater nie mają nic wspólnego z "aktorem, który grał papieża", oprócz zbieżności nazwiska. Choć autorowi współczuję pewnie wiecznego zderzania go z "sławą" owego aktora.
Ów Piotr - bohater wydał mi się niestety totalnym fajtłapą. Mężczyzną, która bardziej jest dla mnie chłopcem, niepanującym nad swoimi żądzami i pragnieniami. Człowiekiem bardziej zagubionym we współczesnym świecie, niż redaktorem gazety ten świat opisującej. Facetem, który tak naprawdę nie wie czego chce, który szuka odpowiedzi na to pytanie w ramionach różnych napotkanych kobiet i tych też nienapotkanych - tych, które sobie wyobraża lub o których marzy.
Widzicie więc, że bohatera nie polubiłam, irytował mnie i męczył. Stąd moje zdenerwowanie, bo czyż można się nie denerwować na bohatera, który nas irytuje? No nie można.
Moje nerwy łagodził świetny język autora, świetne spostrzeżenia dotyczące współczesności, świetne porównania, dosadne określenia pewnych zjawisk, ale i liczne metafory, które skłaniały do myślenia.
Jest coś takiego w sposobie pisania autora, co mi się podoba, co mnie pociąga, wręcz nawet fascynuje. Jednak było to zbytnio poukrywane między niektórymi zdaniami tak naładowanymi erotyzmem, że aż trącącymi tandetą, rażącymi swoją namolnością i zbytnim podkreślaniem ich znaczenia. Jak dla mnie za dużo seksu, erotyki i totalnego pożądania... wylewającego się z prawie każdej strony. Odwracało to moją uwagę od czegoś innego, czegoś bardziej wartościowego w tej książce, czegoś, czego zauważyć mi się momentami nie udawało. Czego bardzo żałuję. To mnie też zdenerwowało. Na tyle, że miałam ochotę książkę porzucić, a to już bardzo zły znak.
Mam wręcz wrażenie, że nie do końca zrozumiałam o co autorowi chodziło, co chciał pokazać, co osiągnąć. We mnie wzbudził tylko zainteresowanie sposobem swojego opisywania świata, swoim językiem, a nie przedstawioną historią. I tak wiem, że to bardziej ironia, że książka ma "ukryte dno", że powinnam brać poprawkę na sposób patrzenia na to co czytam, ale...nie potrafiłam. Wszystko to pewnie potrafiłabym zauważyć i tym się delektować wręcz (bo miałam momentami takie zapędy), gdyby nie wybijał mnie z rytmu sam bohater, a to kolejną sceną erotyczną w jego wykonaniu, a to kolejnym aktem onanizmu, który wyskakuje z szafy. W sumie tytuł może powinien był mi to sugerować, może już powinnam była wiedzieć czego mogę się spodziewać. Lecz takiej dawki pożądania się nie spodziewałam. Raczej o innych aspektach samotności bohatera chciałam poczytać.
Tak więc niestety negatywna opinia mi powstała, opinia jakich wystawiać nie lubię, jednak i czasem muszę. Wierzę jednak, że autor ma spory potencjał, że jego sposób pisania wiele obiecuje i mam nadzieję, że coś jeszcze wyda. Może wtedy przekona mnie do swojej prozy bardziej. Może wtedy ją zrozumiem tak jak powinnam.I może jeszcze bardziej zauroczy mnie swoim doborem słów, swoim nazywaniem rzeczy raz po imieniu, a raz w taki sposób, że aż mnie unosi z zachwytu. To w tej książce akurat podobało mi się najbardziej. To pewnie też spowodowało, że się zdenerwowałam na nią, bo jak ktoś kto TAK nazywa rzeczy, kto TAK określa pewne zjawiska, może mnie nie zainteresować swoim bohaterem ????

Stawiam niestety tylko **2**, mając świadomość, że to nie była książka dla mnie, mając nawet nadzieję, że inni dostrzegą w niej to czego jak dostrzec nie umiałam. Zresztą z tego co widziałam książka zbiera wiele pozytywnych recenzji. 

P. Adamczyk, "Pożądanie mieszka w szafie", Wyd. Dobra Literatura, Słupsk 2012, s. 289

czwartek, 8 listopada 2012

Liebster Blog


Jak pewnie zauważyliście rzadko bywam zapraszana do różnych łańcuszków, typowanek itp. Równie chyba rzadko biorę w nich udział. Jednak tym razem zostałam zaproszona przez osobę, którą poznałam na spotkaniu blogerów i wzbudziła we mnie taką sympatię, że nie potrafię jej odmówić. Tak, Viv,  o Tobie mowa:). Zatem odpowiadam na pytania zadane przez nią. 
Oto i one: 
1.       Jaka była twoja pierwsza, przeczytana samodzielnie książka?
     Szczerze powiedziawszy nie pamiętam, ale coś mi tam świta, że mogły to być książeczki z mojego wczesnego dzieciństwa np. "Pan Kotek był chory" czy wiersze Brzechwy- które ubóstwiałam.  

2.       Chuchasz, dmuchasz na książki czy nie przejmujesz się i zaginasz rogi, zakreślasz?
      Chucham, dmucham, głaszczę i w jeszcze masę innych sposobów dbam o moje książki. Zaginanie rogów mnie tak denerwuje, że mam ochotę zaginającemu urwać..ucho...

3.       Przeczytałaś (łeś) kiedyś szeroko pojętego gniota, który mimo to ci się podobał?
     Oj, pewnie, że tak!  

4.       Co cię skłoniło do założenia bloga?
Hm... pisałam o tym w pierwszym post'cie na blogu. Na początku blog miał być tylko dla mnie, miałam systematyzować sobie przeczytane książki i wrażenia jakie wywołały. Potem zaczęliście pojawiać się tu Wy i po części blog też stał się miejscem, w którym mogę dzielić się tym co myślę o książkach z Wami. 

5.       Skąd wzięła się nazwa twojego bloga?
Heheheh.... od moich wiecznych achów i ochów, wzdychania nad książkami - takie achy i ochy nad książką!  

6.       W jakie miejsce zapragnęłaś (zapragnąłeś) pojechać po tym, jak przeczytałaś (łeś) o nim  w książce?
Zawsze są to Stany Zjednoczone, chyba właśnie od czytania o nich w książkach zaczęła się moja miłość do tego kraju. 

7.       Jaką książkę szczególnie chciałabyś (chciałbyś) polecić, podsunąć swoim dzieciom?
Jest masę takich książek, nie jestem w stanie wskazać jednej, moje dzieci niestety obawiam się, że będą miały więcej książek niż ubrań...:) 
 
8.       Lubisz się spotykać z ludźmi zafiksowanymi na książkach, czy wolisz samotnie się realizować w tym zakresie?
Uwielbiam! W końcu mogę zobaczyć, że nie jestem sama, posłuchać tego co inni mówią o swojej pasji i podzielić się tym co we mnie...
 
9.       Chichrałaś (chichrałeś) się kiedyś na głos w środkach transportu publicznego, czytając książkę?
Jasne, chyba nawet przedwczoraj.  

10.   W szkole byłaś (byłeś) outsiderem, siedzącym w kącie z książką, czy duszą towarzystwa, a książki były zarezerwowane na przebywanie w domu? A może w szkole nie czytałaś (łeś)?
Oj, czytałam nawet na lekcjach, chociaż outsiderem bym się nie nazwała- miałam czas i na rozmowy i na czytanie na przerwach.  

11.   Kontynuację jakiej książki chciałabyś (chciałbyś) przeczytać?
Zazwyczaj  każdej książki kontynuację chciałabym przeczytać - bo mam wiele takich  książek na które jestem zła, że się kończą, że muszę rozstać się z ich bohaterami..., dobrze byłoby ich spotkać jeszcze kiedyś. 
 
I to by było na tyle. Dziękuję za wytypowanie do zabawy. Ja sama niestety pytań nie wymyślam, jeśli ktoś jednak chce przyłączyć się do zabawy to myślę, że Viv nie będzie miała nic przeciwko jeśli odpowiecie na jej pytania. 
Pozdrawiam serdecznie!  

środa, 7 listopada 2012

"Leśni bracia" Weronika Kurosz


"Leśni bracia" przetestowani zostali przeze mnie na dzieciach. Cóż w tym dziwnego? No, że nie na moich, nie przy wieczornym czytaniu na przykład, lecz...
Podczytywaliśmy sobie "Leśnych braci" w szkole, po rozdzialiku, relaksując się na miękkich klockach, sprawiając, że czytanie wchodzi nam w krew....
Zaczęło się jak zawsze: "A co to za książka?", "A musimy słuchać?", "A czy można słuchać i grać (na konsolach, które dzieci uwielbiają teraz niestety ponad wszystko)?" itp.
Jakież było więc moje zdziwienie, gdy z małej grupki dzieci - słuchaczy zrobiła się grupa całkiem spora, całkiem zaciekawiona i wsłuchana całkowicie!
Jakież było moje zdziwienie, gdy uwielbiane gry na konsolach zostały "zapuzowane", a buzie otwierały się z zaciekawienia, między jednym uśmiechem, a drugim.
I osiągnęłam to "Leśnymi braćmi". Nie wiem czy wpływ na to miał fakt, że Leśni Bracia to niesforni chłopcy, którzy po pierwsze wyglądają zabawnie, po drugie posługują się zabawnym językiem, a po trzecie mają niebywałe przygody, czy może ton mojego głosu to sprawił ? :P
Wszystko to w otoczeniu przyrody, o przyrodzie i jej poszanowaniu. Językiem przystępnym, barwnym i zapraszającym do przygody.
Nasi bracia spotykają bowiem między innymi Panią Jesień, Leśną Babę, a nawet Wodnika Szkaradka. Przy tych spotkaniach wykazać się mogą ogromną odwagą i po trochu bohaterstwem, ale w takim przystępnym wydaniu. Nie ma tu bowiem przejaskrawienia roli chłopców, dzięki czemu każde dziecko może się z nimi utożsamiać. Zarówno dzieciakom, jak i mnie podobały się "teorie na przyrodę"z jakimi Leśni Bracia się spotykali. Mimo bajkowości książki, a może i dzięki niej właśnie, dzieciaki przygody chłopców zaczęły przeżywać jak własne. A gdy kończył się rozdział domagały się kolejnego. Jednak dzwonek już wzywał na zajęcia...
Za to kolejny dzień zaczynaliśmy od pytania: "Kiedy Pani będzie czytać?", "A jaki tytuł ma kolejna przygoda?".
I tak przez pięć dni zaprzyjaźniliśmy się z "Leśnymi braćmi", z czytaniem. Weszło nam to w nawyk, że czytamy coraz to nowe książki. Ba, przynosimy swoje ulubione tytuły, by Pani nam je czytała. Zatem spodziewajcie się tu wysypu dziecięcych pozycji.
Wartych polecenia, tak jak "Leśni bracia", którzy przykuwają uwagę swoją treścią, ilustracjami i nawet cena z tego co widziałam jest przystępna.
A książka w twardej oprawie - co przy zakupie książki dla dziecka według mnie ma znaczenie duże!
Bo można na przykład czytać leżąc na miękkich klockach, na łóżku, pod stołem....i w innych miejscach nieniszczeniu się książki niesprzyjających.
Wszystko to powoduje, że książka Pani Weroniki Kurosz dostaje zarówno u mnie, jak i u dzieciaków ogromną *****5*****, polecam gorąco rodzicom - na prezent...bo ponoć Mikołaj już zamówienia robi...
(więcej książek, które polecam znajdziecie w etykiecie - "cykl achyochy z książka... dla dzieci")

W. Kurosz, "Leśni Bracia", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 118

poniedziałek, 5 listopada 2012

"Pewnego dnia" Emily Giffin


Cieszę się, że nie przeczytałam jeszcze "Siedem lat później" Emily Giffin.
Wiecie dlaczego?
Dzięki temu będę miała szansę na kolejne spotkanie z Emily Giffin, bo po przeczytaniu "Pewnego dnia" nagle poczułam, że chętnie przeczytałabym przynajmniej z pięć nowych książek tej autorki i coś czuję, że za każdym razem byłabym zadowolona.
Emily Giffin mogę zaliczyć do autorek zadowalających mnie w pełni. Owszem może nie zaskakuje, z każdej strony nie wyzierają nowe, sensacyjne pomysły, jednak właśnie to utrzymywanie pewnego poziomu w autorce podoba mi się najbardziej.
Poziom, i to bardzo dobry, utrzymany jest i w nowej książce autorki. "Pewnego dnia" to książka charakterystyczna dla niej. I piszę to z ogromną dozą pozytywnego znaczenia tych słów.
Znowu akcja książki rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, znowu dotyczy kobiet i wyborów, jakie niejednokrotnie muszą podejmować. Wyborów wcale niełatwych. Niosących ze sobą konsekwencje na całe życie. Znowu mamy też bardzo dla autorki charakterystyczny sposób opowiadania historii. Jednym zdaniem: znowu mamy wszystko to co w autorce lubię!
W "Pewnego dnia" narracja przypada kobiecie i nastolatce. Kobieta jest biologiczną matką tej nastolatki. Nastolatka ta (jak już zdradza nam okładka, więc i ja Wam zdradzić mogę) została przez tę kobietę oddana do adopcji, kiedy ta kobieta sama jeszcze nastolatką była. Każda z nich wiedzie osobne życie, zupełnie różne, nie tylko ze względu na swój wiek. Lecz nastolatka postanawia po osiemnastu latach swojego życia w adopcyjnej rodzinie, poznać kobietę, która ją urodziła. Tak oto Kirby staje przed Marianne, tak oto życie tych dwóch bohaterek od tego momentu zmienia się, przeszłość powraca budując nową przyszłość. My zaś czytając możemy uświadomić sobie, że życie nie zawsze jest czarno-białe, że pewne decyzje choć determinujące naszą przyszłość mogą być tym innym odcieniem między bielą, a czernią.
Giffin po raz kolejny zatem niesamowicie trafnie opisuje emocje i odczucia kobiet, relacje między ludźmi, tworzy bardzo ciepły klimat powieści. Sprawiając, że mimo iż czasem pisze o sprawach dla nas niewyobrażalnych, potrafimy wczuć się w książkę i dać się porwać opowiadanej historii. Ja niewątpliwie dałam się porwać, czytałam zachłannie, z wypiekami na twarzy i z radością z tego czytania płynącą.
Kibicowałam bohaterkom, życzyłam im jak najlepiej, wręcz byłam momentami pewna jak książka powinna się zakończyć, bym była zadowolona.
Lecz autorka pokazała mi, że inna wersja zakończenia też jest możliwa, dająca wiarę w pozytywne zakończenia, lecz nie za słodkie i pozostawiająca miejsce na nasze późniejsze myślenie o tym co mogło stać się dalej. Jak dalej mogło wyglądać życie Kirby i Marianne. I ich bliskich... bo i oni w tej książce zajmują spore miejsce. Co oceniam na ogromny plus. Bo dzięki temu nie jest to książka płytka, trywialna, lecz dobra obyczajówka, ukazująca wiele aspektów omawianego tematu. 
"Pewnego dnia" jak widzicie zachwyciło mnie, chyba nawet bardziej niż wcześniej czytane przeze mnie książki autorki. Mam nadzieję, że "Siedem lat później" też tak bardzo mi się spodoba. Podskórnie wyczuwam, że tak!

Takie powroty do czytania wcześniej poznanych przeze mnie autorów mogę oceniać na ******6******, bardzo, ale to bardzo lubię, gdy autor/autorka dalej interesuje mnie swoimi książkami, Aż tak, że mam ochotę na kolejne, i kolejne, i kolejne... 

E. Giffin, "Pewnego dnia", Wyd. Otwarte, Kraków 2012, s. 480

wtorek, 30 października 2012

"Spójrz mi w oczy" Lisa Scottoline

Z Lisą Scottoline spotkałam się po raz pierwszy, jednak słyszałam o niej już wcześniej wiele pochlebnych opinii, okładka hipnotyzowała tymi niewiarygodnie niebieskimi oczami, tytuł ciekawił, a treść wydawał się być czymś totalnie dla mnie! I niestety pozory lubią mylić, a oczekiwania nie zawsze mogą być zaspokojone.
Niby nie powinnam na tę książkę narzekać, niby powinna była podobać mi się szalenie, bo i tematyka jej mnie interesująca, i czyta się ją szybko i w miarę przyjemnie, ale...
Coś mnie w niej uwierało, coś mi w niej nie zagrało i właśnie mogę po prostu napisać tak:
niby mi się podoba, ale nie tak jak się spodziewałam.
Czuję się przez to rozczarowana i jakoś niezaspokojona. To tak jest, że gdy coś nie sprosta naszym oczekiwaniom czujemy niedosyt i wręcz złość. Faktycznie czytając tę książkę zdarzało mi się złościć. Na co się złościłam?
Na to, że pomysł na książkę ciekawy, temat bardzo mnie interesujący i myślę, że dla ogółu ciekawy i bardzo trudny. Adopcje i wszelkie sprawy około adopcyjne (bo to główny rdzeń książki) są jakby nie patrzeć raczej tematem zagmatwanym, z wieloma odcieniami i tajemnicami. Jednak autorka swoim stylem tak go jakoś spłaszczyła, że zamiast intrygować to mnie irytowało to co czytałam. Owszem wszystko co opisywała mogłoby się wydarzyć naprawdę (jak to bywa w powieściach obyczajowych), lecz jakoś z drugiej strony wydawało mi się trochę odrealnione. Owszem można było się gdzieś tam w sytuacji bohaterki odnaleźć, lecz ja chyba nie do końca potrafiłam. Nie mogę Wam zdradzić o co mi chodzi dokładnie, podpowiem Wam, że po prostu reakcje głównej bohaterki na to co jej się przydarza są według mnie momentami dziwne, odrealnione właśnie i tak jakoś spłaszczone zbytnio. Do tego kompletnie według mnie niepotrzebny wątek miłosny, gdzieś tam niby wpleciony w tło. Dla mnie on tylko książkę przymulił, nic do niej nie wnosząc.
Na co się jeszcze złościłam? Na to, że za dużo z treści wyjawione jest już na okładce. Myślę, że zupełnie inaczej mogłoby się czytać mi tę książkę, gdybym nie do końca wiedziała o co chodzi, gdybym razem z bohaterką mogła "prowadzić jej prywatne śledztwo", razem z nią reagować na to co się dowiedziała i razem z nią podejmować decyzję - tzn. obserwować jej decyzję i albo się z nimi kłócić, albo zgadzać.
Niestety na okładce wyczytałam za dużo, za dużo też oczekiwałam najwyraźniej i owszem przeczytałam, ale częściej się złoszcząc na autorkę niż podziwiając to co pisze.
I złościłam się jeszcze na pewne nieścisłości, które wyłapywałam w książce, np. imiona dalszych postaci się plątały, literówki i powtórzenia drażniły, a czasem wydawało mi się, że wyłapałam parę nieścisłości co do samej treści.
Jak widać coś mi w tej książce nie zagrało, jak trzeba. Jednak nie spisałam jej na straty, bo mimo wszystko czytało się ją przyjemnie, w tempie zawrotnym, momentami z lekkim dreszczykiem, choć nie można powiedzieć, że pewnych rozwiązań nie można było się już wcześniej domyślić.
Tak więc jak widzicie czasem to o wydaje się nam bardzo odpowiadać trafia albo na nieodpowiedni moment w naszym życiu, albo okazuje się, że niestety myliliśmy się w swojej ocenie i ocenę musimy zrewidować. Ja zrewidowałam ją do ****4****, bo to książka, która nie jest zła, którą da się przeczytać, ale nadzieje moje budziła większe. Cóż... i tak bywa!

 L. Scottoline, "Spójrz mi w oczy", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2012, s. 485

wspominki potargowo-spotkaniowe!

Targi, targi i po targach....
Próbuję po nich wrócić do rzeczywistości, która nijak nie chce się dać ogarnąć.
Uwierzcie mogłabym jeszcze tak przez tydzień przepychać się między stoiskowymi alejkami, pełnymi książek, rozmów o nich i zadowolonych twarzy książkowych fanów.
Mogłabym też tak przynajmniej z tydzień (albo i dłużej) poznawać kolejnych książkoholików, rozmawiać z nimi o książkach i nie tylko, przekonywać się, że czasem zupełnie obcy sobie i zupełnie różni od siebie ludzie potrafią się dogadać, gdy motywem przewodnim rozmowy jest książka.
Mogłabym też taszczyć ze sobą kupione książki, oglądać je w domu, wąchać, planować kiedy je przeczytam i cieszyć się nimi jak dziecko.
Niestety...rzeczywistość bywa inna i stąd też mój trudny do niej powrót.
Żeby go sobie osłodzić dziś powspominamy.

Zacznijmy od samych Targów. Jak co roku moje wcześniejsze obietnice, że już się więcej na nie nie wybiorę zostały zapomniane i dotarłam na Targi w sobotę, o porze zaiste porannej. Uwierzcie mi - było jeszcze pusto, sama byłam tym wręcz zaskoczona, ba, nikt mnie nie obijał, nikt nie deptał, normalnie myślałam, że się zgubię w tej przestrzeni. Jednak nie długo trwała moja radość. Z minuty na minutę przestrzeń się zaludniała, tłum gęstniał, jak i powietrze, którego w pewnym momencie wręcz mi brakowało. Nic to jednak, bowiem mimo wszystko uwielbiam te klimaty i tak sobie wędrowałam razem z Izą  miedzy stoiskami, a to spotykając znanych i mniej znanych autorów, a to kusząc się na kolejne pozycje książkowe, które faktycznie jakoś na Targach Książki wręcz krzyczą do nas: kup mnie! Tym bardziej podziwiam osoby, które zakupom się oparły - a uwierzcie mi poznałam takich.
Tak będąc już przy poznawaniu to przejdę od razu do spotkania blogerów, które razem z Claudette miałam przyjemność organizować.
Jak wiecie spotkanie miało się odbyć o 16.00, w sobotę, w Botanice na ul. Brackiej. Jak przystało na Bracką - padał deszcz! A co! Lało wręcz by można by nawet rzec.
Mimo to dotarło naprawdę dużo osób, wręcz przerosło to nasze najśmielsze oczekiwania.
Myślę, że było nas grubo ponad 20 osób, dokładnie nie policzyłam w końcu.
Pod spodem umieszczę listę osób, które zapisały swój "adres", wiem, że parę osób się nie wpisało - nie chciało lub nie zdążyło, gdybym kogoś pominęła dajcie znać to chętnie Was dopiszę.
A jak na spotkaniu było? Mnie wydaje się, że świetnie. Poznałam kilka nowych osób, dopisały twarze z ubiegłego roku, rozmowy toczyły się jak zawsze gwarnie, czasem w sporej grupie, czasem w grupkach mniejszych - jak to zawsze bywa. Ja mam nadzieję, że uczestnicy zadowoleni i że za rok też dopiszą!
Rozmowy toczyły się aż do godziny 20.00, a poruszaliśmy różne tematy, od tych książkowo-blogowych po te prywatne. W końcu możemy dopasować coraz więcej twarzy do blogów, które czytamy. I o to chodzi! Wszystko nabiera wtedy czasem innej barwy. Żałuję niestety, że przez te okrutnie ciężkie meble i ścisk ogólny nie ze wszystkimi mogłam porozmawiać, ale mam nadzieję, że to kiedyś nadrobimy.

Kolejny dzień - niedziela - zaskoczyła chyba nie tylko mnie śniegiem i kolejnymi tłumami na Targach. Ja wybrałam się tam już tylko na chwilkę, nawet niestety nie udało mi się zdążyć na kolejne (już bardziej oficjalne) spotkanie blogerów organizowane przez granice.pl. Właściwie jechałam tam tylko po pewien podpis, na którym zależało mojemu mężowi i by spróbować porobić zdjęcia. Podpis zdobyty, zdjęć jednak nie porobiłam - skutecznie utrudniały mi to przewalające się obok mnie tłumy. Zatem jak widać zdjęć niewiele..., obiecuję sobie jednak, że w przyszłym roku postaram się bardziej.
I tak jak widzicie skończyły się moje targowo-blogowe przygody, rzeczywistość przytłoczyła brakiem internetu i nawałem obowiązków i stąd ta późna relacja. Na osłodę jednak podaję wyczekiwaną listę blogów.
Oto osoby, które miałam przyjemność poznać i mam nadzieję jeszcze kiedyś zobaczyć (w kolejności w jakiej się wpisywaliście):
1. Isabelle -  http://magiaksiazki.blogspot.com/
2. Tirindeth - http://mybooksbytirindeth.blogspot.com/
3. Soulmate - http://marta6792.blogspot.com/
4. Joanna Malita - http://coczytamalita.wordpress.com/
5. Mała Emily - http://zapiski-malejemily.blogspot.com/
6. Sol - http://sol-shadowhunter.blogspot.com/
7. Fonin - http://magiastron.blogspot.com/
8. Gosiarella - http://wkrainiestron.blogspot.com/
9. Magda K-ska - http://stulecieliteratury.blogspot.com/
10. Fenrir - http://zaginionyalmanach.blogspot.com/
11. Silaqui - http://adanbareth.blogspot.com/
12. Zakładnik Książek - http://www.zakladnik-ksiazek.pl/
13. Anek7 - http://anek7.blogspot.com/
14. Enga - http://ksiazkowo.wordpress.com/
15. Viv- http://krakowskieczytanie.blogspot.com/
16. Elenoir - http://impressje.blogspot.com/
17. Elen - http://elen-magic-world.blogspot.com/
18. Ultramaryna - http://kochajmy-ksiazki.blogspot.com/
19. Ktrya - http://moje-recenzje-ksiazek.blog.onet.pl/
20. Claudette -  http://demi-sec.blogspot.com/

Gdyby ktoś jeszcze z obecnych na spotkaniu życzył sobie bym go do listy dopisała - tak jak wcześniej mówiłam- nie wahajcie się dać mi o tym znać!
Mam nadzieję, że nic nie pomyliłam! Pozdrawiam i idę spać...bo jutro znowu...rzeczywistość...
Koniec wspominek!
Wszystkich serdecznie pozdrawiam!

czwartek, 25 października 2012

"Mr. Pebble i Gruda" Mariusz Ziomecki


Są takie książki do których ciągnie mnie i już! Najpierw przyciąga mnie do nich ich okładka, czymś zwróci moją uwagę i nie pozwala przejść obok siebie bez rzucenia na nią okiem. Jak już się przy niej zatrzymam to zaczyna mnie ciągnąć do niej opis tego co w niej jest. Choć czytam zazwyczaj opisy na okładkach pobieżnie (nie chcę przez przypadek dowiedzieć się za dużo, bo i tak się mi zdarzało niestety) coś w tej treści przyciąga moje zainteresowanie i powoduje, że tę akurat książkę chcę przeczytać, czasem zupełnie nie wiedząc na co się piszę.
Tak też było z ową książką. Już jej zapowiedź mnie zaciekawiła, a gdy zobaczyłam ją na własne oczy zdębiałam. Gruba niesłychanie - co akurat wcale mnie nie odstraszyło. Bardziej odstraszyła mnie cena.
Nie kupiłam. I myślałam, że niestety nigdy nie uda mi się jej przeczytać.
Zatem gdy tylko nadarzyła się okazja zrecenzowania ebooka, z Wydanwictwa Czarna Owca - niezastanawiając się wiele wybrałam "Mr Pebble i Gruda" Mariusza Ziomeckiego.
Szczerze powiedziawszy nie wiedziałam o tej książce nic ponad to, że okładka przypadła mi do gustu, z pobieżnie przeczytanego opisu udało mi się wywnioskować, że może to być coś dla mnie i że... jakoś magicznie ciągnie mnie do niej bardzo mocno. Nie wiedziałam więc na co się piszę.
Od razu powiem Wam, że warto było! To książka niesamowita. Mądra, przemyślana, wyważona, napisana rewelacyjnym językiem jest powieścią, której się nie zapomina po przeczytaniu. Zostaje w człowieku, jak wydarzenia o których opowiada, pozostały w pamięci jej bohaterów.
Bo bohaterów Mariusza Ziomeckiego jest wielu. Przede wszystkim tytułowy Mr Pebble tj. Jan Kamyk. Ceniony poeta, ojciec chłopca z zespołem Sawanta, emigrant żyjący w Ameryce, do której wyjechał po śmierci swojej żony. To człowiek, który przeżył w swoim życiu dużo. Dorastał w czasach Gomułki, wkraczał w dorosłość w epoce Gierka, zakochał się w kobiecie, która walczyła z ówczesnym ustrojem, przeżywał dramat stanu wojennego i w końcu wyemigrował by na nowo ułożyć sobie życie, z dala od rodziny, od przeszłości, która nie była czymś co chciał wspominać.
Jednak przeszłość ma to czasem do siebie, że potrafi do nas wrócić w najmniej spodziewanym momencie. Do Janka wraca za sprawą kolejnych bohaterów tej powieści. Za sprawą ludzi, których losy nierozerwalnie łączą się z losami Janka i jego przeszłością właśnie. Przeszłością nie do końca wyjaśnioną, skrywającą masę wyrzutów, niedokończonych spraw, tajemnic i niedomówień. Kryjącą wiele dramatów, które by mogły się zakończyć lub zostać zapomniane muszą być najpierw wyjaśnione. Odkryte i zrozumiane.
Na około 900 stronach wędrujemy po osi czasu, po wydarzeniach, których ja osobiście nie mogę pamiętać lub pamiętam bardzo słabo, ale dla osób starszych ode mnie będzie to niesamowite przeżycie. Dla mnie była to jakaś lekcja historii, bo choć wiem, że powieść nie jest biografią to momentami miałam wrażenie jakbym czytała o czymś co wydarzyło się naprawdę. Pewnie dlatego, że autor tak umiejętnie przedstawił ówczesną rzeczywistość, że człowiek ma wrażenie jakby przeniósł się w owe czasu i wspominał wszystko razem z bohaterami powieści. Naprawdę autor rewelacyjnie ukazał tło swojej powieści, tak wiarygodnie, wręcz namacalnie, tak obrazowo opisał swoich bohaterów, że mam wrażenie, że gdzieś tam żyją obok mnie, że choć ich nie znam wiem, że mogli żyć, przeżywać to o czym czytałam.
Oczarowana, jeszcze jedną nogą będąca w tej historii stawiam ******6******.

Zatem nie bójcie się tego sporego tomiszcza, autor tak je "skonstruował", że po przeczytaniu 900 stron, będziecie mieli ochotę na przeczytanie kolejnych 900. Czytajcie więc sobie niespiesznie, przy kawce, przy czymś co lubicie.... nastrojowo... pod kocem...., jesiennie, tak by czerpać z tego maksimum przyjemności. Bo choć autor poruszał trudne tematy, to przyjemność z czytania tego miałam ogromną.




Zresztą zawsze możecie zakupić ebook na Woblinku - ja czytałam ją właśnie dzięki Woblinkowi, zatem ląduje w cyklu e-czytanie z woblinkiem. A ostatnio Woblink kusi promocjami np. tą:


M. Ziomecki, "Mr. Pebble i Gruda", Wyd. Czarna Owca, Warszawa 2011, s. 904



wtorek, 16 października 2012

"Szopka" Zośka Papużanka


Pierwsze co ciśnie mi się na usta to zdanie: niezła "Szopka". W bardzo pozytywnym znaczeniu.
I w zasadzie mogłabym wszelkie moje wrażenia zamknąć w tym zdaniu, i to by było już dosyć znaczące. Jednak po co oszczędzać sobie samej radości z pisania o książce, która się tak bardzo spodobała, że jedno zdanie o niej to za mało.
Zacznijmy od tego z czym kojarzy się Wam słowo "szopka"?
Mnie z paroma sprawami, przede wszystkim ze Świętami Bożego Narodzenia, potem z miejscem, w którym mieszkają zwierzątka jakieś wiejskie, a na koniec z szopką jaką można odstawić.
Z czym zaś kojarzy mi się "Szopka" Zośki Papużanki? Z rodziną, jej wpływem na człowieka, jej mrokami i blaskami.
Autorka w swoim debiucie obrazuje nam zwykłą rodzinę. Takich rodzin jest tysiące, tylko, że rzadko o takich rodzinach mówi się wprost, słyszy się gdzieś o nich, ale niekoniecznie w wiadomościach - bo przecież ani nikt tam nikogo nie zabił, ani nie dokonał czegoś wyjątkowego.
O takich rodzinach się też raczej nie rozmawia. Bo to taki nasz jadalny bigosik. Kiszą się jej członkowie razem, wpływają na siebie i od siebie się uzależniają. To taka zwykła rodzina, która sprawia wrażenie rodziny jak najbardziej normalnej. Ale czy taka jest?
Zośka Papużanka wyłuskuje wszelkie problemy, które tą rodziną targają, wyostrza je, napiętnuje, jednak nie tworząc z tego jakiejś patologi - owszem nadal jest strasznie i dziwnie, ale ..., ale czyż my takich rodzin nie znamy? Czy przypadkiem w takiej rodzinie nie wyrośliśmy lub choć jedna z cech tej rodziny nie była cechą rodziny naszej?
Mam wrażenie, że autorka pisze o temacie, którym się raczej nie chwalimy, nie dzielimy, ale nie robimy też z niego dramatu. To po prostu nasza codzienność.
A tak naprawdę to po prostu rodziny, które mówiąc szczerze - odstawiają szopkę!
W takich rodzinach matki dbają o swoje dzieci - zagłaskując je na śmierć, nie wypuszczając ich spod swoich skrzydeł, emocjonalnie je terroryzując, ojcowie też sterroryzowani przez swoje żony nie potrafią w tej ojcowskiej relacji się odnaleźć, choć czasem bardzo chcą.
Żony kochają swoich mężów miłością bezgraniczną, ale za to zamykają ich w klatce swoich wymagań i rozczarowane miłość przeżuwają nienawiścią. Mężowie z kolei mylą miłość z uzależnieniem i obojętnością. Rodzeństwo zaś jest dla siebie czymś wrogim, czymś co zamiast wywoływać miłość samą w sobie to wywołuje lęk i uzależnienie z niego płynące. No jedna wielka - szopka!
I wszystko na zewnątrz wygląda pięknie, nie ma się do czego przyczepić. Bo jest i mama, i tata, i rodzeństwo, i problemy takie zwyczajne, codzienne, i radości też zwykłe.

Proza Zośki Papużanki jest poruszająca, nazywająca rzeczy po imieniu, wcale nie robiąc tego jakoś bezpośrednio. Jej bohaterowie mówią sami za siebie, tło społeczne jeszcze to wszystko wyostrza, kontekst wiele wyjaśnia.
"Szopka" to książka mocna, zmuszająca do myślenia, grzebiąca w naszym postrzeganiu opisywanego tematu, przez to wciągająca do granic możliwości - mimo iż wcale nie łatwa czyta się raz, dwa i trzeba się wręcz spowalniać w czytaniu, by niczego nie przeoczyć, by nie opuścić czegoś co swoją ironią, ukrytą aluzją może wpłynąć na nasz jej odbiór. Na nas samych.
Polecam gorąco!
******6******, taką prozę lubię!
Za taką prozą tęskniłam ostatnio, takiej prozy jak widać potrzebowałam, by znowu poczuć się jak ryba w czytelniczej wodzie.
Raz na jakiś czas musi książka mną "potrzepać", raz na jakiś czas muszę wrócić do takiej literatury. Tak jak raz na jakiś czas ciągnie mnie do drutów...bo przy drutowaniu moim książkę wchłonęłam... a pled się wydłużał, wydłużał..., może owinę się nim już tej zimy, razem z kolejną tak dobrą książką????

Z. Papużanka, "Szopka", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2012, s. 205

czwartek, 11 października 2012

SPOTKANIE BLOGERÓW KSIĄŻKOWYCH


Moi kochani!
Z okazji zbliżających się 16 Targów Książki w Krakowie zapraszamy (Kaś i Claudette)  Was serdecznie na SPOTKANIE BLOGERÓW KSIĄŻKOWYCH.
Spotkanie odbędzie się 27.10.2012 (sobota) o godz. 16.00 w kawiarni CAFE BOTANICA w Krakowie, ul. Bracka 9.
Mam nadzieję, że tłumnie przybędziecie oraz, że tak jak rok i dwa lata temu będzie miło porozmawiać z Wami o książkach i nie tylko.
W razie dalszych pytań proszę o kontakt ze mną : landrusk@gmail.com.
A jak trafić do CAFE BOTANICA zilustruje Wam mapka:

Zapraszam gorąco! 

PS. Swoją chęć przybycia możecie deklarować pod spodem w komentarzach - pomoże mi to ewentualnie w poszerzeniu rezerwacji, która na nas czeka w BOTANICE. 

środa, 10 października 2012

"Pojechane podróże" zbiór pod red. Marka Tomalika


"Pojechane podróże" kupiłam z myślą o mężu. Ze mnie bowiem podróżnik można by rzec - żaden. Do tego raczej jestem z tych wszystko planujących, układających i przez to w podróżach mało spontanicznych. A i jeszcze dodam, że trochę tchórzem po prostu jestem. Kompletnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie siebie, w którejś z opisywanych wypraw. Natomiast mojego męża byłam sobie w stanie wyobrazić w każdej z nich. Stąd i książka była prezentem dla niego. Przeczytał, wychwalił i odłożył na półkę z nadzieją, że uda mu się zrealizować choć jeden procent tego czego dokonali autorzy relacji w książce umieszczonych.
Książka leżała i leżała, a ja podchodziłam do niej jak do jeża. Bo przecież to nie dla mnie. Szalone wyprawy??? E... nie. Spontaniczne, niezaplanowane podróże, pełne niebezpieczeństw, niewygód i sporej dawki problemów. Nie, to nie dla mnie. Ale książka czemu nie, więc po nią w końcu sięgnęłam i ja. I co? I się nie zawiodłam. Odkryłam, że owszem takie podróże raczej nie dla mnie, ale jest we mnie sporo podziwu dla ludzi, którzy się na to decydują. I chyba trochę im zazdroszczę odwagi, jaką się charakteryzują. Bo bohaterowie książki "Pojechane podróże" to ludzie według mnie przede wszystkim odważni. Ciekawi świata, ale i siebie w tym świecie. Ludzie, których gna wewnętrzny motorek zdobywania i odkrywania. Ludzie niepowtarzalni, pełni pasji, a przy okazji tacy jacyś przystępni, niezadufani, opowiadający o swoich przygodach z poczuciem humoru i radością. Opowiadający przede wszystkim o swojej pasji, z pasją! Ta pasja wydobywająca się z ich słów wciąga nawet takich tchórzy jak ja. I uwierzcie mi miałam takim moment podczas czytania, że sama chciałabym rzucić wszystko, moje zaplanowane życie i wyjechać w podróż do miejsc, których zobaczenie mi się marzy. Jak widać autorzy zarażają energią i inspirują.
I choć może nie każdy po przeczytaniu "Pojechanych podróży" rzuci wszystko, spakuje się i pojedzie w podróż marzeń, to warto poczytać o ludziach, którzy czasem tak robią. A z czasem staje się to ich sposobem życia.
17 inspirujących relacji z "pojechanych podróży", 17 osób zarażonych pasją podróżowania. Każda relacja zupełnie inna, pisana w inny, charakterystyczny dla danej osoby sposób, ale każda wciągająca (średnio do gustu przypadła mi tylko relacja J. Kuźniara - spodziewałam się czegoś więcej, ale nie ukrywam, że zaskoczył mnie sam fakt tego iż on też tak ekstremalnie podróżuje).
Każda relacja z nutą egzotyki, z różnymi miejscami na ziemi - raz ciepłymi, gorącymi, raz z zimnymi, wręcz lodowatymi, z innymi krajobrazami, innymi kulturami, sposobami życia. 17 relacji zupełnie innych, ale łączących się tą nicią chęci odkrywania i podróżowania inaczej niż w hotelowych przybytkach i zorganizowanych wycieczkach. 
Co jeszcze na plus? Ogromny plus to fotografie, w ogóle książka według mnie wydana jest pięknie. Każda strona zachęca do czytania i oglądania, poznawania przygód jej bohaterów. Świetny papier, zapach (tak, wącham książki nagminnie) i dołączona płyta DVD z czterema "Pojechanymi filmami" - relacjami z podróży - świetna! Naprawdę zachęcam Was do zakupienia jej lub przynajmniej pożyczenia. Ja cieszę się bardzo, że robiąc prezent mężowi, zrobiłam prezent i sobie.
Dwie pieczenie na jednym ogniu :)
Spotkanie z książką oceniam na *****5*****, pochwalę się Wam jeszcze, że na półce czeka już na mnie obszerniejsza relacja z podroży dwójki bohaterów poznanych w "Pojechanych podróżach" tj. "Byle dalej" Matry Owczarek i Bartka Skowrońskiego. Zapowiada się genialnie!

Zbiór autorów pod red. M. Tomalika, "Pojechane podróże. Szalone wyprawy Trzech Żywiołów", Wyd. Pascal, Bielsko-Biała 2012, s. 320

niedziela, 7 października 2012

"Na jagody" Maria Konopnicka

Jak się powiedziała A, to trzeba i rzec B. Stąd dziś moi mili książka z cyklu "Achy Ochy z książką... dla dzieci".

Chyba nie ma wśród nas osoby, która nie kojarzyłaby choć jednego zdania napisanego przez Marię Konopnicką. Ja przede wszystkim pamiętam czytane przeze mnie z wielką męką zdania z "O krasnoludkach i sierotce Marysi", niestety to wspominam po prostu źle.
Dobrze zaś wspominam przygodę z "Na jagody" pani Marii. Bodajże była to moja lektura nawet - taka z pierwszej bądź drugiej klasy szkoły podstawowej.
Do dziś pamiętam okładkę tej książki, czcionkę i ogólnie szatę graficzną. A treść? Też pamiętam, choć nie ukrywam, w owym wieku chyba nie wiele z niej rozumiałam. To znaczy łapałam sens, ale czaru płynącego ze słów poetki chyba nie odczuwałam. No na pewno nie tak jak teraz.
Właśnie dzięki Wydawnictwu Zysk i S-ka mogłam przenieść się w czasu dzieciństwa i wychwycić cały ten czar.
"Na jagody" zostało można by rzec - wznowione. I to jak! 
Po pierwsze książka wydana jest w twardej oprawie - co uważam za wysoce korzystne, bowiem kierowana jest do dzieci, a one książką potrafią wyczyniać cuda - nie tylko ją czytać.
Po drugie - szata graficzna - rewelacyjna! Kolorowo, jasno, wesoło i sensownie.
Numerek każdej strony jest "wpisany" w jagódkę - co nadaje pozytywny efekt i mnie się bardzo podobało. Rysunki ilustrują czytany tekst, są zabawne i interesujące. Czcionka przejrzysta, dosyć duża - więc i dziecku nie sprawi problemu jej czytanie.
Po trzecie - zwróciłam uwagę na coś czego nie pamiętam we wcześniejszych wydaniach. Wytłumaczenie trudniejszych, niezrozumiałych słów.Naprawdę świetny pomysł, bo nie ukrywam i ja już dorosła nie wiedziałam na przykład co oznacza słowo: rozwora. I choć ja mogłam się domyślić z kontekstu, to dziecko takiej umiejętności nie musi posiadać jeszcze. Naprawdę łatwiej się to wydanie czyta i łatwiej wytłumaczyć dziecku znaczenie niezrozumiałych dla niego słów. A uwierzcie mi dzieci, jak nie wiedzą co słowo znaczy, to nie wahają się o jego znaczenie zapytać!
Co do treści to głębiej się nad tym rozwodzić nie będę. Jak pisałam wyżej nie sądzę by ktoś nie wiedział o czym mogą być "Na jagody". A jeśli nie wiedzą lub ich dzieci jeszcze nie wiedzą to naprawdę warto kupić w księgarni to wydanie.
Mnie sprawiło przyjemność obcowanie z tą książeczką. Przypomniałam sobie jak już wtedy czytanie sprawiało mi ogromną przyjemność, stare słowa nabrały nowego znaczenia, a odbiór treści był wyrazistszy.I nadal lubię najbardziej fragment o ślimaku.

Stawiam *****5***** i polecam rodzicom zakupienie jej swoim pociechom - możemy dzięki temu pokazać im czym kiedyś dla nas były książki. A jeśli macie jeszcze stare wydania to możecie je razem z dzieckiem porównywać. Ciekawe, które spodoba mu się najbardziej :)




Ja czytałam w dzieciństwie takie:


 A w pracy znalazłam to:
















A jako ciekawostkę podam Wam informację, że jutro mijają 102 lata od śmierci poetki. A jej utwory nadal się wznawia i czyta!

M. Konopnicka, "Na jagody", Wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2012, s. 47

czwartek, 4 października 2012

nowy cykl na blogu

Oj tak zdaję sobie sprawę, że strasznie zaniedbałam bloga. To wszystko przez to, że znowu zaczęłam na raz czytać parę książek - a zauważyłam, że gdy tak robię, ciężko skończyć mi którąkolwiek z nich. No nic doczytam do końca kiedyś na pewno! A dziś przychodzę do Was z nowym pomysłem.
Z nowym cyklem.

Często w pracy i nie tylko stykam się z literaturą dziecięcą. I nie ukrywam, że jest to jeden z moich ulubionych aspektów mojej pracy. Oprócz tego marzy mi się, żeby po pierwsze rozbudzać manię czytania wśród dzieciaków, po drugie wśród ich rodziców. Rodziców, którzy często nie mają pomysłu na to co kupić swojemu dziecku, na przeróżne okazje i bez nich. Wybierają kolejną plastikową zabawkę, którą po pewnym czasie dziecko albo porzuci, albo zniszczy.
A czemu by nie zakupić maluchowi po prostu jakiejś książki?
No można by, tylko, że część rodziców nie ma pojęcia jaką książkę kupić. I tu też zaczynają się schody. Sama byłam świadkiem jak znany mi rodzic pokusił się (po moich namowach, by dziecku kupić książkę) o zakupienie jakiejś tam różowiastej książki o Barbie. Ok, wszystko dla ludzi, ale czy naprawdę na naszym rynku nie ma dobrych książek dla dzieci, które je faktycznie zainteresują?
Otóż są! Jest ich mnóstwo! Są fascynujące. Sama nie raz chciałabym znowu być dzieckiem, by móc przeczytać bezkarnie te wszystkie książki skierowane do dzieci.
Stąd też mój pomysł na cykl "Achy Ochy z książką ... dla dzieci".
Chcę w nim przybliżyć lektury i te starsze i te najnowsze, jeszcze ciepłe. Wznowienia tego co sama czytałam i zupełnie nowe książki, z zupełnie innym podejściem do dzieciaków. Parę ciekawych pozycji już Wam opisywałam (podepnę je do cyklu), jednak tak często czytam coś dla dzieciaków, że naprawdę może powstać z tego ciekawy cykl.
Mam nadzieję (ambitnie), że przynajmniej jeden rodzic dzięki temu co o literaturze dziecięcej piszę i pisać będę, kupi przynajmniej jedną książkę swojemu dziecku. I może rozbudzi w nim miłość do literatury...
bo czym skorupka za młodu...
A już niebawem kolejna książka dla dzieci...wznowienie...naprawdę warte zwrócenia uwagi na nie.
Mam nadzieję, że mój pomysł przypadł Wam do gustu.

Ps. Mnie to się w ogóle marzy taka praca, w której mówiłabym ludziom jakie książki powinni kupić. Tak się Wam dziś zwierzyłam :).