wtorek, 30 sierpnia 2011

"Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym" Jennie Dielemans


Należę do tej pewnie nielicznej grupy osób, które jeszcze samolotem nigdy nie leciały, a na wakacjach najdalej byłam na Słowacji. No i nad morzem polskim - lecz patrząc skąd nad to morze jechałam to bliżej mi było na Słowację.
Mimo to postanowiłam przeczytać książkę o przemyśle turystycznym, który odbywa się właśnie przede wszystkim do dalekich krajach, do których dotrzeć można/trzeba samolotem.
Książka, którą przeczytałam to nie idylliczne ukazanie takich dalekich podróży, lecz wręcz rozliczenie się z tym złudnym przekonaniem, że im dalej tym lepiej, autentyczniej, dziko i w miejscu nieodkrytym.
Może i tak było kilkanaście lat temu. Teraz... przemysł turystyczny to przede wszystkim bogate hotele, wakacje all-inclusive w tychże hotelach, obiecanki, że odkryjemy nieznane tereny - które kończą się na zamkniętych plażach i przyhotelowym basenie. A jak już mamy tę hotelową wygodę i parę zorganizowanych wycieczek "dookoła hotelu" to albo nie starcza nam czasu na odkrywanie prawdziwego piękna kraju do którego się udajemy, albo nam się już nie chce.
I de facto moglibyśmy to samo co robiliśmy na wakacjach w ciepłym kraju, robić w którymś z hoteli w Polsce. Moglibyśmy, ale nie chcemy, bowiem mamy złudne uczucie, że odpoczęliśmy właśnie tylko i wyłącznie dzięki temu iż było to bardzo daleko od domu i w tak egzotycznym kraju.
I może to jest prawda, nie mnie oceniać, nie mam zresztą do tego najmniejszego prawa, bo wyznaję zasadę "dopóki czegoś nie zjesz, nie mów jak smakuje".
Autorka też w sumie w swoich reportażach nie ocenia ludzi, którzy na takie wycieczki latają, lecz raczej krytykuje organizację takich wyjazdów i to na co my chyba nie zwracamy uwagę - ich konsekwencje dla mieszkańców odwiedzanych przez nas krajów.
A konsekwencje są straszne.
Nie zdajemy sobie sprawy (według autorki), że te wszystkie uśmiechające się do nas twarze "tubylców", którzy obsługują nas w hotelach itp. to twarze spracowanych ludzi, którzy za swoją pracę nie dostają godziwych zarobków, nie dostają nawet ułamka z tego co my płacimy za wczasy. Są wyzyskiwani i niejednokrotnie nie mają innego wyjścia.
Do tego dochodzi jeszcze emisja spalin z samolotów i ingerencja w przyrodę, która ma kusić nas swoją nieskalanością, a często zmasowany ruch turystyczny jest jej głównym wrogiem.
I choć jak napisałam wyżej nie mnie to oceniać, to reportaże tej szwedzkiej dziennikarki wydają się być bardzo realne, nie naciągane i niestety przerażające. Mają nas naprowadzić na istotę podróżowania i zachęcić nas do przemyślenia swojego podejścia do tematu.

Polecam i tym którzy takie wycieczki preferują i tym, którzy nie preferują. Czegoś ciekawego się na pewno dowiecie!
I sami wyrobicie sobie zdanie na temat tej książki, a może ją nawet potem ocenicie tak jak ja na *****5***** , bo uważam, że to ważne by pisać nie tylko o tym co oferują reklamowane biura podróży, ale i o tym co pod tą lukrowaną ofertą się kryje.

Czytaniem tej książki umilałam sobie ostatnie wakacyjne chwile. Bo już niestety dla mnie koniec wakacji, powrót do pracy nastąpił i pełną parą się rozkręca...


Za mój egzemplarz dziękuję księgarni MATRAS. Z tego co sprawdziłam możecie u nich kupić tę książeczkę w promocyjnej cenie.


J. Dielemans, "Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym", Wyd. Czarne, Wołowiec 2011, s. 228

niedziela, 28 sierpnia 2011

...aaa..tak mnie korciło, żeby Wam pokazać:)

I wcale nie zamierzam się leczyć...

..no bo i po co....

A i jak się już chwalę to przy okazji zaproszę Was do polubienia moich "Achów Ochów z Książką" na Facebooku- tak, w końcu i ja tam jestem. W panelu bocznym bloga działa (ponoć) maszynka do like'nięć- nie obrażę się jeśli klikniecie:)

piątek, 26 sierpnia 2011

"Panna Wina" Witold Horwath


Niestety tym razem nie będzie tak pięknie, jak bywało ostatnio. Trafiło mi się parę dobrych książek pod rząd, ta jednak zupełnie się z tej dobrej passy wyłamała.
Mimo iż starałam się w tej książce znaleźć choć maluteńką zaletę- nie jestem w stanie i muszę Wam powiedzieć, że kompletnie mi się nie podobała.
Nic mi w niej nie podchodziło.
Ani przedstawiona historia - historia Panny Wina/y tj. Laury Santiliany, która zakochuje się w Panie Prawo- który jest surowym sędziom, wymierzającym jej karę publicznej chłosty i aresztu domowego. Za co? Za to, że wraz z gangiem do którego przynależała, okradała bogatych mężczyzn. Uwodząc ich, opijając i tworząc z nich łatwy kąsek dla swoich kolegów z gangu. Czytając obserwujemy przemianę bohaterki  i ugruntowywanie się jej miłości do starszego od niej sędzi, by w końcu czytać o tym czy uda się tę miłość "zrealizować" czy nie.
Ani koncepcja powieści mi się nie podobała - tzn. historia Laury jest wykreowana podczas internetowego czatu między autorem powieści (o ile dobrze zrozumiałam czytając opis na okładce), a zapoznaną internetowo "koleżanką". Czatu, który kompletnie nie załapałam, a jego forma tylko mi czytanie mąciła i nie mogłam się w pewnym momencie połapać- kto do kogo pisze i po co....
Ani język książki mi się nie podobał - dosyć dużo wulgarnych opisów, przywołania do pornografii i seksu. Słabo pobudzające opisy miejsc, w których akcja się dzieje oraz naprawdę kiepskie dialogi.
I nie wiem czy to ja nie potrafiłam zrozumieć tej niby "baśni dla dorosłych", czy mam za małą wyobraźnie literacka i za mało czytałam w życiu, żeby docenić to co autor napisał...
Bo po przebrnięciu 350 stron tej książki nie jestem w stanie znaleźć w niej ani jednego słowa, które by mnie do niej przekonało. A przeczytanie ostatniej strony wydało mi się zakończeniem tortury.
Taka moja prywatna chłosta... można by rzec...
Cóż, nie cierpię pisać negatywnych opinii o książkach - jednak tym razem nie było innej opcji. Choć naprawdę starałam się znaleźć coś w niej dobrego. Nie udało się!
Stawiam więc totalną *1* i nie polecam ! Choć może ktoś z Was (i taką mam nadzieję) jest w stanie mi odpowiedzieć na pytanie "co autor tej powieści miał na myśli?"i widzi w niej to piękno, którego ja absolutnie nie mogłam dostrzec.

Aaaa... pod sam koniec pisania znalazłam jeden plus książki- okłądka, która pięknie prezentowała się na tle kocyka w upalny dzień...
Lecz tym razem na okładce się skończyło.Choć okładka dodam też była bardzo myląca- spodziewałam się czegoś zupełnie innego.

Za książkę mimo wszystko dziękuję Wydawnictwu Nowy Świat. Mam nadzieję, że druga książka, którą kiedyś od Was dostałam będzie totalnym przeciwieństwem "Panny Wina" i będę z czystym sumieniem mogła napisać pozytywną recenzję.


W. Horwath, "Panna Wina", Wyd. Nowy Świat, Warszawa 2011, s. 350

czwartek, 25 sierpnia 2011

"Wiktoriańska herbaciarnia" Debbie Macomber

Zakichana, zakaszlana, z bolącą głową, zatokami i z niezbyt dobrym humorem postanowiłam sięgnąć po książkę, która nie będzie wymagała ode mnie dużego skupienia i będzie się ją po prostu dobrze czytało.
Wybór padł na "Wiktoriańską herbaciarnię" Debbie Macomber. I był to wybór świetny!
Nazwisko autorki obijało mi się o uszy dosyć często, zwłaszcza, że lubię śledzić poczynania wydawnicze Wydawnictwa Mira- bowiem potrafią oni nie raz swojego czytelnika zaskoczyć (choćby np. tą książką mnie zaskoczyli -recenzja - byłam nią zachwycona). Do tego już jedna książeczka autorki stoi na mojej półce i czeka na przeczytanie, "Sklep na Bloosom Street" przyciągnął mnie do siebie, gdy miałam fazę robienia na drutach. :). Faza powróci pewnie zimą- to i książkę przeczytam wtedy, bowiem temat robienia na drutach jest w niej poruszany...:)
Wróćmy może jednak do "Wiktoriańskiej herbaciarni". Książka ta jest kontynuacją losów bohaterów znad Zatoki Cedrów. Wcześniej niestety nie miałam z nimi do czynienia, więc pewnie dlatego czułam się trochę pogubiona. Duża ilość wątków i bohaterów początkowo mi się mieszała, lecz czytając zaczynałam je odróżniać i rozumieć.
Wszyscy mieszkańcy Cedar Cove są sobie bardzo bliscy, znają się od dawna i często służą sobie pomocą. Często są dla siebie nie tylko zwykłymi znajomymi, ale i przyjaciółmi. Do tego dosyć dużo tu powiązań rodzinnych. Jednak łączą ich nie tylko więzy przyjacielskie i rodzinne. Łączą ich wspólne wydarzenia, o których w mieście się ciągle mówi.
W tej książce Debbie Macomber skupiła się na pożarze restauracji Justine i Setha Gundersonów. I nie był to nieszczęśliwy wypadek lecz zamierzone podpalenie. Lecz nie tylko to martwi Justine i Setha- muszą oni też ratować swoje małżeństwo, wystawione na ciężką próbę.
Losy innych bohaterów książki też są wystawione na próbę. Zaufanie, rozstania, problemy finansowe, problemy z rodzicami i tęsknota to jedne z poruszanych przez autorkę tematów. Tematy te przeplatają się ze sobą, tworząc jakby zawiłą kronikę losów mieszkańców Cedar Cove.
A skąd nazwa "Wiktoriańska herbaciarnia", kto podpalił restaurację, jak potoczą się losy bohaterów i co z tego wyniknie? I czy to koniec ich przygód? Na te pytanie odpowiedzieć nie mogę. Odpowiada na nie autorka, a my czytając możemy te odpowiedzi poznać.
Czy warto?
Pewnie warto. Na pewno nie możemy nastawić się tu na literaturę, która zmusi nas do myślenia, raczej mamy wszystko "podane na tacy". Czy to plus, czy minus książki musicie ocenić sami.
Ja tym razem takiej książki potrzebowałam właśnie. Mimo, iż raczej nie czytam ich dużo.
Może dlatego stawiam tylko ****4****, ale mimo wszystko polecam osobom, które lubią książki obyczajowe, o miłości... podane w bardzo prosty i przystępny sposób.
I tak jak mówiłam przy czytaniu mnie towarzyszyły najczęściej chusteczki... niestety nie z powodu wzruszających scen (choć i pewnie takie w książce można odnaleźć), lecz z powodu totalnego zakatarzenia. Nie ma to jak zapalenie górnych dróg oddechowych na sam koniec wakacji! Prawda?

Za możliwość poznania losów bohaterów znad Zatoki Cedrów dziękuję Pani Monice z Wydawnictwa MIRA.



D. Macomber, "Wiktoriańska herbaciarnia", Wyd. MIRA, Warszawa 2011, s. 332

wtorek, 23 sierpnia 2011

"Kolory tamtego lata" Richard Paul Evans


Za górami, za lasami....
Nie, wcale nie za górami i lasami, i wcale nie bajka... ta książką choć pełna bajecznego ciepła, bajką nie jest,
lecz przepiękną opowieścią o miłości i jej konsekwencjach.O odwadze i sile uczuć.
Dziewczyna z małego amerykańskiego miasteczka zakochuje się w przystojnym, bogatym Włochu, bierze z nim ślub, rodzi dziecko i zamieszkuję razem z nim w przepięknych okolicach Florencji.
I tyle byłoby z bajki.
Bowiem główna bohaterka -Eliana jest przez swojego męża zaniedbywana i zdradzana, ma zajmować się domem i służyć mu, gdy mąż postanowi do domu wrócić. Syn Eliany ma astmę i z tym problemem Eliana też musi borykać się sama. A piękno okolicznych winnic i boskiego krajobrazu tej części Włoch staje się dla Eliany więzieniem, a nie tym o czym marzyła. I choć docenia wszystko to co ma, zdaje sobie sprawę, że nie jest to do końca tym o czym marzyła. Czegoś jej brakuje... czegoś podstawowego... uczucia miłości.
Z kolei Ross ucieka do Włoch przed swoją przeszłością, próbując o niej zapomnieć i żyć zupełnie inaczej. Też jest niesamowicie samotny, jego życie wydaje się być puste i pozbawione sensu. Na początku właściwie nie wiele wiemy o Rossie Storym, oprócz tego, że nie jest on człowiekiem szczęśliwym. 
Wszystko się zaczyna zmieniać, gdy losy tej dwójki się połączą.
A nie będzie to łatwe połączenie... nie będzie to połączenie obfitujące w same radości...
Czy uda im się zapewnić sobie nawzajem szczęście? Nie raniąc przy tym innych i siebie nawzajem? Czy dane im będzie wspólne życie w miłości?
O tym wszystkim opowiada nam Richard Paul Evans w charakterystyczny dla siebie sposób. Niespiesznie, spokojnie, mimo to wciągająco, ale przede wszystkim wzruszająco. Bo to historia, która wzruszy nie jednego.
I mimo, iż wydaje się, że książek tego typu jest już przecież dużo- to ta ma swoją magię... i do tego, jak zapewnia autor historia ta wydarzyła się naprawdę. A opowiedziana została po to, by inne kobiety, w podobnej sytuacji jak Eliana, uwierzyły w siebie i nie bały się sięgnąć po miłość.
Stawiam *****5***** i cieszę się, że i tym razem autor w swój specyficzny sposób wciągnął mnie w przedstawioną przez siebie historię- tak, że chciałabym czytać o niej dalej...
Naprawdę dobra lektura na letnie, upalne dni... oczywiście przede wszystkim dla tych, którzy lubią czytać o miłości...
Z każdej strony książki wypływa dużo uczuć, więc i zdjęcie z symbolicznym sercem...





R. P. Evans, "Kolory tamtego lata", Wyd. ZNAK Literanova, Kraków 2011, s. 349

czwartek, 18 sierpnia 2011

"Hyperversum" Cecilia Randall


Dobrze mieć czasem nastoletniego kuzyna. A jeśli ten kuzyn pochłania książki tak jak my - to już musi być w ogóle bardzo dobrze. A najlepiej jest jednak, gdy tymi książkami kuzyn się dzieli - z Wami oczywiście.
Ja takiego kuzyna mam, nawet był u mnie na wakacjach jakieś pięć dni i w tym czasie właściwie ciągle czytaliśmy i odwiedzaliśmy krakowskie księgarnie. Naprawdę miły czas!
Z jednej z takich wypraw do księgarni przytachaliśmy do domu właśnie "Hyperversum". Grubą powieść dla młodzieży!  Oczywiście dla kuzyna, ale i ja nie potrafiłam się powstrzymać przed przeczytaniem jego książki.
A jest co czytać! Blisko 800 stron naprawdę ciekawej zabawy!
Bo wszystko w tej książce zaczyna się od zabawy, a właściwe gry, Hyperversum. 
 Otóż grupka młodych przyjaciół umawia się na wspólną grę, nie pierwszy raz zresztą. Tylko, że tym razem gra nie toczy się tak jak zwykle... właściwie staje się bardziej realna...bowiem przyjaciele zostają przeniesieni do świata gry właśnie. Niemożliwe? W tej książce możliwe i myślę, że dzięki temu książka może przyciągnąć rzesze fanów.Gra staje się realną rzeczywistością, w zupełnie obcym dla grupki przyjaciół świecie.
Gdzie zostają przeniesieni? Do średniowiecznej Francji. Tam muszą pokonać swoje zadziwienie i przystosować się do życia, które ich czeka. Bo o powrocie nie ma co myśleć - jak uważają na początku.
Co ciekawsze dosyć dobrze odnajdują się w tym zupełnie odmiennym dla nich miejscu i znajdują w nim swoje przeznaczenie, choć to wcale proste nie jest.
Jakie mają przygody, jak się przystosowują do życia w średniowieczu i czy uda im się wrócić do XXI  wieku? O tym wszystkim przeczytacie na około 760 kilku stronach, za które podziwiam autorkę. I choć czasem troszkę się nudziłam to i tak jestem przekonana, że ta książka jest świetna! Ukazanie XIII wiecznej Francji, opisanie tego wszystkiego w tak realny sposób i połączenie tego z obrazem XXI wieku - budzi u mnie duży szacunek dla autorki.
Zawsze się zastanawiam, jak pisarzom udaje się stworzyć takie niewiarygodne historie, zachęcić nas do przeczytania tylu strony i dać nam przy tym powody do naprawdę dobrej zabawy. Nie wydaje mi się to wcale takie proste.
Podobało mi się jeszcze to, że autorka nie zrobiła z tej książki takiej czysto fantastycznej powieści- jakby się to mogło już na samym początku wydawać. Otóż bliżej jej do powieści historycznej, choć pani Randall zastrzega sobie, że "Hyperversum" powieścią historyczną nie jest.
Czymże zatem jest? Czy musimy tutaj wstawiać tę książkę w jakieś ramy? Myślę, że nie, lecz warto powiedzieć, że jest to książka, w której znajdziemy wiele historycznych wiadomości, ujętych w przystępny sposób, nie będziemy czuli, że jest to książka fantastyczna, mimo irracjonalności wydarzeń i odnajdziemy w niej też kilka prostych prawd, o których dosyć często współczesna młodzież zapomina. Znaczenie przyjaźni, miłości, wzajemna pomoc i szacunek dla historii to tylko niektóre tematy o których autorka chciała (tak mi się wydaje) opowiedzieć, przez przygody swoich bohaterów. Uważam, że we współczesnym świecie jest to bardzo ważne, by młodzieży o tym przypominać. I może dzięki temu też ta książka wydaje mi się uniwersalna. Wspaniały pomysł na obdarowanie swojego dziecka i możliwość późniejszej dyskusji o książce z nim- to coś co wydaje mi się po prostu szczęściem...
Dlatego rodzice uderzajcie do księgarni, a Ci co dzieci jeszcze nie mają też niech nie zwlekają (!) tylko kupią książkę i sami wybiorą się w tę magiczną podróż, pełną przygód...o których może właśnie marzymy lub marzyliśmy będą dziećmi.
Stawiam  ogromną *****5***** i jeszcze raz dodam, że podziwiam autorkę.
Książkę czytałam też na swoich własnych "wakacjach", bujając się na huśtawce, przy odgłosach płynącego potoczku i wdychając naprawdę najświeższe powietrze jakie może być... czekając na spadające gwiazdy... POLECAM!


C. Randall, "Hyperversum", Wyd. Espirit, 2011, s. 768

środa, 17 sierpnia 2011

"Łóżko" Janusz Leon Wiśniewski


Poszłam z tą książką do łóżka.
Dosłownie. Bo czytałam ją w łóżku właśnie i myślę, że wybrałam sobie do tego idealne miejsce.
Te "łóżkowe" opowiadania do tej scenerii najbardziej pasują i dzięki przyjemnemu ciepełku kołderki oraz szeleszczeniu pościeli można wczuć się w nie całkowicie.
Można odpowiednio się nastroić do czytania opowiadań o miłości, zdradzie, nadziejach, relacjach międzyludzkich, seksie i trosce o drugiego człowieka, tęsknocie i grze pozorów...
Każde z tych zaledwie siedmiu opowiadań porusza jeden z tych tematów, każde trochę inaczej je ujmuję, każde z opowiadań jest w pewien sposób inne, ale z drugiej strony podobne - ukazują nam one wszystkie jedną podstawową prawdę : wszyscy dążymy do bycia kochanym i kochania kogoś. I raz udaje się to lepiej, raz gorzej, lecz mimo to jest to nasz celu w życiu. Staramy się po prostu być szczęśliwymi. Po drodze ten nasz celu gubimy, odnajdujemy, szanujemy lub nim "wycieramy kąty", by potem się zatrzymać i zrozumieć co dla nas ważne i dlaczego do tego celu dążyliśmy. Tak też postępują bohaterowie opowiadań pana Janusza. To zwykli ludzie, których losy możemy poznać na tych kilku kartkach, możemy też sami z tymi losami się identyfikować i może to wydało mi się takie w tych opowiadaniach magiczne.
Do tego język, którym autor się posługuje jest jak zawsze dla mnie cudowny, uwodzicielski i zawsze zastanawia mnie to jak mężczyzna może tak pięknie pisać o kobietach, uczuciach i świecie w ogóle. Za to autora zawsze będę podziwiała, mimo, że inni go krytykują za zbyt dużą pompatyczność i ckliwość (choć ja tak nie sądzę, po prostu ma takie styl) to po raz kolejny utwierdziłam się, w swoich zachwytach nad nim. Minusem tego zbiorku może być tylko to, że większość tych opowiadań się już gdzieś wcześniej ukazała, choć dla osoby, która wcześniej nie spotkała się z autorem nie będzie to problem.
Niektóre opowiadania podobały mi się bardziej inne mniej, nad niektórymi jakaś łezka się w oku chciała zakręcić, nad niektórymi się uśmiechnęłam, a nad innymi zadumałam. Takich właśnie emocji potrzebowałam, takie dostałam i za to dziękuję, wystawiając solidną *****5*****.
Autor po raz chyba już trzeci mnie nie zawiódł, co mnie cieszy i pozytywnie nastraja do kolejnych z nim spotkań.
I żebym nie była gołosłowna... zdjęcie "Łóżka" w łóżku...




J. L. Wiśniewski, "Łóżko", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2011, s. 192

środa, 10 sierpnia 2011

"Przepis na torcik orzechowo-bezowy (czyli jak zrealizować marzenia) Agnieszka Forland


Ja i pieczenie - kompletnie nie idziemy w jednej parze. Tak mi się przynajmniej wydaje. Mimo, iż podejmuję próby to zazwyczaj efekt nie jest taki jakiego oczekiwałam. Co nie znaczy, że jest tragicznie, ale nie jest też dobrze. No, ok, mam parę przepisów, które udają się zawsze i wszędzie- ale reszta to totalny eksperyment. A realizowanie marzeń?  Nieodzowne!
Dlatego ucieszyłam się bardzo, gdy zaproponowano mi przeczytanie poradnika pani Agnieszki Forland "Przepis na torcik orzechowo-bezowy (czyli jak realizować marzenia)" i niecierpliwie czekałam na paczkę.
W końcu dotarła! W paskudne, deszczowe popołudnie, gdy i ja dotarłam do domu kompletnie przemoczona (piękną mamy jesień, tego lata, prawda?). Z ponurym humorem i wcale nie sympatycznym patrzeniem na świat.
Jakże miła więc okazała się zawartość paczki - absolutnie nie deszczowa, pięknie wydana książka plus segregator z kolorowymi kartkami w środku. Już to na wstępie wzbudziło moją sympatię. I ciekawość.
Dlatego od razu przystąpiłam do czytania. Szaleńczo szybkiego czytania, bowiem ów poradnik pochłania się naprawdę szybko i łatwo!
A co jest w środku?
Pani Agnieszka postanowiła pod pozorem pieczenia z nami wspólnego ciasta - lub przygotowywania się do tego zajęcia- przekazać nam kilka prostych (a jakże często przez nas zapominanych) porad jak spełniać swoje marzenia i z dnia na dzień stawać się szczęśliwszą.
Mamy tu bowiem i rady jak się do pieczenia tytułowego torciku przygotować, ale są one też radami przygotowującymi nas do realizacji naszych marzeń, mamy też różne przydatne informacje o samym pieczeniu, pomysły, ciekawostki pieczenia dotyczące, ale mamy też dużo ciekawostek na temat motywowania siebie, metody mające na celu ukierunkowanie nas na cel, dosyć dużo inspirujących cytatów.
No i na końcu sami musimy podjąć działanie- albo pieczemy ten torcik, albo nie...
Ja pewnie kiedyś spróbuję! Upiec torcik, bo po przeczytaniu książki pani Agnieszki nie wydaje mi się to już takie trudne.
A spełnianie marzeń? Hm... choć wcale nie jest łatwe, to i tak zajmuję się tym już od dłuższego czasu, z większymi lub mniejszymi sukcesami. Porady autorki tylko umocniły mnie w tym co robię.
Dlatego polecam- jednym spodoba się mniej, innym bardziej, ale tak to już z poradnikami jest. Ja sama mam do nich spory dystans.
Może przez ten dystans właśnie stawiam ****4****, choć mam ochotę dołożyć ogromnego plusa za naprawdę REWELACYJNE wydanie, szata graficzna naprawdę zwraca uwagę, a segregator jest ciekawym dodatkiem.
Z tego co wiem ta książka jest pierwszą z serii przygód "Torcikowej Mistrzyni", mam nadzieję, że się to autorce uda- bo przecież o to chodzi w realizacji marzeń, prawda?



A. Forland, "Przepis na torcik orzechowo-bezowy (czyli jak zrealizować marzenia)", Wyd. Kampuni, 2011, s. 131

wtorek, 9 sierpnia 2011

"Państwo Głuptakowie" Roald Dahl


Myślę, że znacie taką książkę "Charlie i fabryka czekolady"? Jeśli nawet nie znacie książki, to na pewno słyszeliście o filmie pod tym samym tytułem.
Jeśli choć na jedno moje pytanie odpowiedzieliście sobie "tak" to zapewne obiło się Wam o uszy nazwisko Roald Dahl. A czy wiedzieliście, że ja nic o nim nie wiedziałam? Ha! Przyznaje się! Nigdy z tym Panem wcześniej do czynienia nie miałam.
I tak za sprawą przyjaciół i niepozornej książeczki pożyczonej od nich, zostałam fanką nieżyjącego już niestety autora. No, a przede wszystkim zostałam fanką "Państwa Głuptaków". Szalonej książeczki dla dzieci, która postawiła mój sposób patrzenia na takie książeczki do góry nogami ;).
No bo przecież opowieści dla dzieci powinny być miłe, grzeczne i poprawne, a tu...
A "Państwo Głuptakowie" zupełnie poprawni nie są. On - ledwo widoczny spod obklejonej jedzeniem brody, gburowaty, niemiły i niesympatyczny. Jego żona to ponoć najbrzydsza kobieta na świecie (co starają się oddać ilustracje Mirosława Tokarczyka) i do tego jej sposób bycia też do najprzyjemniejszych nie należy. Żyją sobie więc tak razem Państwo Głuptakowie, w okropnym domku bez okien i ... uprzykrzają sobie nawzajem życie oraz okolicy.
A to Pan Głuptak podkłada swojej żonie żabę do łóżka, za co w ramach rewanżu żona gotuje mu makaron z dżdżownic, a to na przykład wspomniany Pan smaruje klejem drzewa, do którego przyklejają się ptaki, a potem Pani Głuptakowa robi z nich środowy pasztet. Dodatkowo Państwo Głuptakowie przetrzymują w swoim "ogrodzie" cztery małpy, które szkolą do cyrku. Do czasu jednak wszystkie te złośliwości uchodzą im płazem,... w końcu los się odwraca...i to Państwo Głuptakowie "obrywają" po głowie. Dosłownie! Zatem jest i morał...
Moi drodzy ubawiłam się czytając o tym wszystkim ogromnie! Jechałam tramwajem i śmiałam się w głos, bo nie mogłam wytrzymać.Strasznie się cieszę, że trafiłam w swoim życiu na tę opowiastkę, chętnie zapoznam z nią dzieciaki w szkole, a i pewnie moje przyszłe kiedyś nią uraczę.
Jeśli uda się Wam na nią trafić, nie zrażajcie się okładką, nie wahajcie się- tylko kupiecie (raczej tylko w antykwariatach możecie ją już spotkać), nie pożałujecie! Naprawdę fantastyczna, pełna humoru, ale i refleksji książeczka.
Polecam gorąco i stawiam solidną ******6******, Państwo Głuptakowie pewnie nie byliby zadowoleni :P.

R. Dahl, "Państwo Głuptakowie", Wyd. Alfa, Warszawa 1989, s. 72

czwartek, 4 sierpnia 2011

"Wbrew naturze" praca zbiorowa

Uwielbiam pokonywać swoje przyzwyczajenia i przekonania.
Jednym z takich przyzwyczajeń lub mówiąc inaczej przekonań było kiedyś stwierdzenie, że nie przepadam za literaturą polską- teraz ją wręcz uwielbiam! Jeszcze inne przekonanie, które w jakiś sposób we mnie dalej kiełkuje to opinia, że nie przepadam za opowiadaniami.
Z przełamaniem tego przyzwyczajenia pomogła mi książka "Wbrew naturze". Tymi opowiadaniami zaczytywałam się z taką rozkoszą, że gdy skończyło mi się ostatnie byłam wręcz zła.
Siedemnaście rewelacyjnych opowiadań, spod pióra rewelacyjnych polskich autorów- mniej lub bardziej mi znanych. Siedemnaście wzruszeń, siedemnaście zaskoczeń, na około 237 stronach. Siedemnaście opowiadań traktujących o temacie starości, tak bardzo przez nas młodych omijanej. Ale nie tylko o starości, też o samym upływie czasu, o dojrzewaniu do decyzji, do uczuć. O relacjach między ludźmi i uczuciach, które te relacje wywołują.
Siedemnaście opowiadań wśród których pewne podobały mi się bardziej, inne mniej, mimo to uważam, że wszystkie są na naprawdę wysokim poziomie.
Wszystko to złożyło się na tom opowiadań, który nie tylko daje nam samą przyjemność czytania..., skłania nas też do myślenia- a to bardzo mocno lubię w literaturze.
Dlatego naprawdę polecam! I choć nie jest to książka łatwa, niejednoznaczna, to warto nawet na wakacjach po nią sięgnąć i zatopić się w lekturze...wolnej, cennej, ważnej.
Warto potem sobie ją przemyśleć, przetrawić i może zmodyfikować (jeśli trzeba) swój sposób postrzegania pewnych spraw. Bo często wydaje nam się, że tak wiele rozumiemy, że pewne tematy wcale nie są nam dalekie...ale po tej lekturze możemy mieć zupełnie inne odczucia i to jest w niej piękne.

Niesamowicie podoba mi się jeszcze sposób wydania książki- opowiadania oddzielone są od siebie zdjęciami- łączącymi się z poszczególnymi opowieściami taką mała, subtelną, niezauważalną wręcz nitką.
A same zdjęcia- powalające! Zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Zresztą tak jak i cała książka.
Za co stawiam solidną *****5***** i jeszcze raz zachęcam Was do sięgnięcia po tę książkę.


Dla mnie opowiadania stanowiły pewien collage, składający się na całą książkę dlatego i na zdjęciu chciałam to przedstawić. I nie oparłam się jeszcze ukazaniu Wam dwóch zdjęć, z książki, które mnie zachwyciły lub zadziwiły... naprawdę chylę czoła nad tą książką.

Podobało mi się też to, że na końcu książki mogłam przeczytać kilka zdań na temat autorów opowiadań- owszem niektórych znałam, ale z niektórymi spotkałam się po raz pierwszy. Myślę, że dzięki tej książce nie po raz ostatni.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu AMEA.


A. Amer, N. Bobrowska, A. Drotkiewicz, A. Janko, W. Kowalewski, M. Królik, R. Lipczyński, M. Mizuro, G. Plebanek, Z. Rudzka, B. Rudzińska, H. Samson, T. Sobieraj, I. Sowa, J. Stróżniak, M. Sufin, I. Szolc, "Wbrew naturze", Wydawnictwo AMEA, 2010, s. 239