czwartek, 30 czerwca 2011

"Tygrysie Wzgórza" Sarita Mandanna


Wczoraj miała premierę rewelacyjna książka!
Od wczoraj też usiłuję napisać o niej kilka słów, lecz... nie mogłam się od niej oderwać, dosłownie chciałam odwlec moment, gdy moje oczy kończą czytać ostatnie słowa, a dziś rano, gdy w końcu się nią nasmakowałam to blogger mi fochy jakieś pokazywał (Wam też?). Jednak w końcu się przeprosiliśmy i mogę Wam już napisać o tym wszystkim czym chciałabym Was książką zainteresować, tak żebyście szybciutko pobiegli do najbliższej księgarni i zainwestowali w literacka podróż... do Indii.
Na tę podróż zaprasza nas Sarita Mandanna, która napisała dla nas przepiękną książkę o południowych Indiach, a dokładnie o po raz pierwszy opisanym rejonie Kodagu. Rejonie o którym sama wiedziałam niewiele, ale po tym co przeczytałam, mogę powiedzieć, że już coś o nim wiem i że... zakochałam się w nim bezwzględnie.
Bo czyż osoba kochająca zapach kawy i kardamonu, może nie kochać miejsca, w którym te rośliny się uprawia, czy osoba uwielbiająca słońce, może nie chcieć przynajmniej czytać o miejscu, gdzie słońce bywa najczęściej ?
A gdy dochodzą do tego wspaniałe opisy przyrody, kultury i mieszkający tam ludzie, których historie poruszają najbardziej zatwardziałe serca, to cóż... nie można się nie zakochać.
To wszystko tworzy wspaniałe tło dla sagi o niespełnionej miłości i przeznaczeniu. O silnych kobietach i nieustraszonych mężczyznach. O tym co może ich łączyć i dzielić. O tym jak często ludzkie losy mogą być nieprzewidywalne. O konsekwencjach ludzkich czynów.
Przede wszystkim jednak "Tygrysie Wzgórza" to opowieść o miłości, która zamiast łączyć dzieli, a nawet przyczynia się do tragicznych zdarzeń. Miłości wielkiej, niespełnionej, lecz mimo wszystko ważnej. Z której rodzą się i dobre uczynki. Bo mimo iż w książce tej dużo złego, to z drugiej strony można dostrzec dużo dobrego! Tak jak mówiłam... można się w tej historii zakochać... można nią zacząć żyć i przeżywać ją bez końca.
Czego i Wam życzę.... kupcie książkę, poznajcie Dewi, Dewannę, Macu, a czytając o ich losach nie raz się wzruszycie, zagniewacie, zachwycicie i oczarujecie! Wyruszcie w podróż do Indii przełomu XIX i XX wieku. Do kultury która swą egzotyką Was zadziwi i może nawet zainspiruje. Lecz ukarze Wam też to iż możemy mieszkać na innych kontynentach, możemy wyznawać inne religie, celebrować inne zwyczaje... lecz w głębi duszy jesteśmy podobni i chcemy właściwie tego samego.

Wspaniała książka na wakacje! Zwłaszcza, gdy sami musimy je spędzić w zaciszu naszego domu! Dzięki niej i ja odbyłam podróż marzeń.... choćby podróż literacką!
To wszystko przy zapachach, które uwielbiam! I migoczących szklanych kamyczkach, które dostałam razem z książką (wspaniały pomysł!), przez co musiały zostać uwiecznione na zdjęciu.
"Tygrysie Wzgórza" dostają więc u mnie notę najwyższą ******6******, naprawdę warto przeczytać, delektować się tą niesamowitą książką!

Za książkę dziękuję niezawodnemu WYDAWNICTWU OTWARTE. 

S. Mandanna, "Tygrysie Wzgórza", Wyd. Otwarte, Kraków 2011, s. 466

czwartek, 23 czerwca 2011

wyniki losowania, koniczynkowa heyda i WAKACJE!

Najwyższa pora na wyniki losowania! Wczorajszego!
Oto mała foto-relacja:
Do losowania jak widać zgłosiło się pięć osób (szkoda, że tak mało).
Jak zawsze zaczęłam od zrobienia losów- tym razem z koniczynką na szczęście (sprawcę koniczynki pokażę na końcu). Potem losy zawinęłam w trójkąciki i....
Losiki siup do najpiękniejszej maszyny losującej- od której nie mogę od wczoraj oderwać wzroku. Potrząsnęłam... I wylosowałam !
Efekt jaki jest każdy widzi! A wylosowaną proszę o jak najszybszy kontakt- w piątek idę na pocztę!
I tak jak prosiłam mam nadzieję, że książka od BIEDRONKI powędruje dalej, a na jej końcu będziecie się wpisywały!
Aaaa... jak pisałam wyżej, przedstawiam Wam sprawcę koniczynek. To mój wczorajszy prezent z okazji zbliżających się urodzin. Dostałam go od mojej kochanej R., która nie dość, że dodaje mi sił do życia i pracy- to jeszcze słucha tego co mówię. I zapamiętuje, a potem totalnie zaskakuje!
Oto i koniczynkowy sprawca! BOSKI!
Zawsze taki chciałam mieć- do dyskretnego oznaczania moich książek, ale nigdy nie kupiłam sama. To teraz dostałam, w tej ślicznej torebusi, którą użyłam do losowania. Z cudownymi owocami, które już spałaszowałam. Od najcudowniejszej osoby! R. jeśli to kiedykolwiek przeczytasz JESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ!

Jak zapewne wiecie zaczęły się wakacje! Nie tylko dla uczniów- też dla nauczycieli. Jeszcze tylko parę spotkań w szkole i mam totalny luz! I szalenie się z niego cieszę. Dlatego spodziewajcie się mnie tu częściej. Moje półki się uginają pod stosami, które proszą się o przeczytanie, a ja im nie zamierzam dłużej odmawiać.
I Wam zatem życzę udanych wakacji (tym którzy je mają) i czasu na swoje stosy.
Pozdrawiam gorąco, choć lato dziś nas nie rozpieszcza...

niedziela, 19 czerwca 2011

"Kto zabił Inmaculadę de Silva?" Marina Mayoral


Są takie książki, w których nie potrafię dostrzec piękna. Których czytanie do końca mnie nie pociąga, w których nie potrafię się zatopić i doczytuje je tylko dlatego, że jak wiecie bardzo rzadko pozwalam sobie na porzucenie książki. I mimo, że lektura tych książek nie jest zła, to czegoś mi w nich brakuje.

Niestety tak też było z książka hiszpańskiej autorki Mariny Mayoral.
"Kto zabił Inmaculadę de Silva?" to opowieść o młodej (siedemnastoletniej) dziewczynie, która chce zostać pisarką. Żeby móc pisać- trzeba mieć temat. Bohaterka - Ethel- temat ma. Ciekawy temat. Postanawia wyjaśnić tajemniczą śmierć swojej krewnej, tytułowej Inmaculady i jej przyjaciela/kochanka Antona del Canote. Stara się zatem dowiedzieć na ten temat jak najwięcej. Pomagają jej w tym kuzynka i przyjaciel Juancho. Razem docierają do osób, które mogą coś wiedzieć na temat tej tajemniczej śmierci.
Przy okazji tego "śledztwa" Ethel odkrywa własne uczucia do Juancha, a losy jej ciotki wydają się przypominać jej własne relacje z chłopakiem.
Tylko co naprawdę wpłynęło na losy Inmaculady i Antona? Jaka jest prawda o ich śmierci? Która z relacji jest prawdziwa? Czy losy Ethel i Juancha są podobne?
I Ethel i czytelnik musi na te pytania odpowiedzieć sobie sam.
Bowiem opowieść urywa się właściwie w najciekawszym momencie- gdy Ethel uświadamia sobie swoje uczucia, a my poznajemy dwie wersje wydarzeń sprzed lat. I sami musimy się to nich ustosunkować- co nawet mi się podoba, możliwość wybrania sobie zakończenia historii to bardzo fajny zabieg. Jednak...nawet to nie wzbudziło we mnie większej do książki sympatii.
Spodziewałam się po tej książce czegoś więcej. Już sama (piękna!) okładka nastawiła mnie na powieść z Hiszpanią w tle. Gorącą historię o miłości i spełnianiu swoich pragnień. Bo czyż okładka nie zapowiada, że będzie tajemniczo, namiętnie i z nutką historii Hiszpanii w tle? Z tajemniczą, wciągającą historią?
Dla mnie było przewidywalnie, za prosto i nudnawo.
Cóż najwyraźniej tym razem okładka podobała mi się bardziej niż treść- za co niestety muszę postawić tylko ***3*** i ubolewam nad tym, że nie odkryłam w tej książce czegoś co pozwoliłoby mi się nią zachwycić, choćby w minimalnym stopniu. Wiem, że wiele osób ona zachwyciła, dlatego może moje rozczarowanie jest tak wielkie.
W czasie, gdy czytałam książkę odkryłam rewelacyjne pióro- którym pisanie sprawiało mi ogromną frajdę... zatem tytuł książki wypisany na zdjęciu przeze mnie. A pisać ręcznie uwielbiam, więc byłam w swoim żywiole.

Książkę przeczytałam dzięki Wydawnictwu







M. Mayoral,  "Kto zabił Inmaculadę de Silva?", Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2011, s. 167

środa, 15 czerwca 2011

"Stojak" Artur Wieczyński

Któż z nas nie spotkał w swoim życiu pana OCHRONIARZA- pracownika ochrony?
Czy to w supermarkecie, czy na parkingu, czy w swoim własnym miejscu pracy choćby.
Są, byli i będą. Przechodzimy zazwyczaj koło nich albo się na nich denerwując - bo patrzą nam na ręce nie raz oskarżycielsko (no może ja tak tylko mam, ale jak wchodzę do Sephory to mam wrażenie, że jestem dla pana z ochrony totalną, potencjalną złodziejką), albo zupełnie ich ignorując. Czasem zdarza się, że wylejemy do nich/na nich swoje żale, że np. szamponu nie ma tego co chcemy, a ceny to już absurd...(jakby to oni je ustalali???), czasem zaś pomyślimy o nich (i proszę się tu nie wypierać!) lekko kpiąco- "ten to się namęczy...heh".
A ja od teraz za każdym razem, gdy zobaczę pana z ochrony wiem już, że pomyślę sobie, że lekko to on nie ma i że mu współczuję zawodu.
Na ten mój sposób postrzegania tego zawodu wpłynęła niewątpliwe przeczytana przed chwilą książka.
Pierwsza (ponoć, ale o innej nie słyszałam, więc raczej tak) oparta na faktach powieść o pracownikach ochrony. O tych pracownikach na samym dole ochroniarskiej hierarchii. Tych pracujących właśnie w hipermarketach, na strzeżonych parkingach lub w biurowcach. Gdzie wydawałoby się, że praca powinna być lekka i przyjemna, a jest wręcz torturą.
Bohater książki, niejaki Patryk Boszczuk jest takim pracownikiem. Najpierw pracuje jako ochroniarz w Fabryce Batonów, lecz skuszony perspektywą zmian na lepsze trafia do pracy w ekskluzywnym biurowcu. Niestety nie jako biznesmen w gustownym garniturze, tylko znowu ochroniarz w paskudnym mundurku.
W mundurku, w którym przyjdzie mu czasem przestać cały dzień i noc, a nawet więcej. W mundurku, który bardziej przypomina niewolnicze kajdany niż wygodne ubranie.
Bardzo blisko bowiem opisanej przez autora pracy do porównania z niewolnictwem. No bo jak inaczej nazwać pracę za pół stawki, bez możliwości skorzystania z toalety lub przerwy na jedzenie? Jak inaczej nazwać oszukiwanie pracownika, zmuszanie go do wykonywania czynności, których robić on nie chce de facto nie musi? Jak inaczej nazwać upokarzanie pracownika i pogardzanie nim? A tak, wiem! Mobbing! Inaczej rzec nie można.
I tylko dziw bierze, że są ludzie, którzy się na to godzą, i że są ludzie, którzy tak innym robić potrafią!
Bo przecież ktoś tym steruje. Ktoś takie zasady wymyśla i je egzekwuje.
Mnie jeszcze dziwiła naiwność głównego bohatera. I nie tylko dotyczyła ona jego pracy, spostrzegania otaczającego go świata również. Ale może autor musiał trochę to przejaskrawić, by właśnie zwróciło naszą uwagę. Może i język czasami musiał być taki a nie inny, by podkreślić świat w którym żył Patryk.
I mimo paru minusów, które postawiłabym właśnie za totalną naiwność bohatera i zbyt momentami przejaskrawiony język to stawiam *****5***** i myślę, że warto książką się zainteresować, choćby po to by zmienić swoją opinię o tym zawodzie. Lub chociaż spróbować dowiedzieć się o nim czegoś więcej.

Tym razem "Stojak" sfotografowany na stosie gazet, które służyły mi jako przerywnik w czytaniu. Widzieliście już nowy magazyn o książkach o jakże sugestywnym tytule "Książki"? Ja właśnie czytam...

 

Za "Stojak" dziękuję tym razem pani Kamili z Wydawnictwa Novae Res.
 
A. Wieczyński "Stojak", Wyd. Novae Res, Gdynia 2011, s. 299

poniedziałek, 13 czerwca 2011

"Naga" Izabela Szolc + kobiece losowanie!

Czy nadzy jesteśmy tylko wtedy, gdy się rozbierzemy? Gdy będziemy mieć gołe piersi czy pośladki... czy może jest coś takiego jak nagość emocjonalna? Jest. I to właśnie udowadnia pani Izabela Szolc.
W swoich opowiadaniach pisze według mnie właśnie o emocjonalnej nagości kobiet. O kobietach emocjonalnie nagich. Bo odkrywają przed nami nie to co na zewnątrz, lecz coś zupełnie odwrotnego- swoje wnętrze.Wnętrze, z którym wcale nie żyje się łatwo i łatwo się też o nim nie czyta. Ale przeczytać warto.
I tak mamy tu na przykład portret lesbijki, kobiety, która wykorzystuje mężczyznę tylko w celu poczęcia dziecka, kobietę-mężczyznę (lub odwrotnie), kobietę zdradzoną, kobietę oszukaną, kobietę poniżoną, kobietę zgwałconą, kobietę zakochaną i kobietę cierpiącą. W każdej z tej kobiet trochę przerysowania, ale tak chyba być musi byśmy zauważyli w każdej z tej kobiet trochę czegoś z nas samych. Trochę własnej emocjonalnej nagości.
Byśmy zrozumieli własne próby zrozumienia uczyć swoich i innych, byśmy odkryli swoje pragnienia i nie bali się o nich mówić. Byśmy po prostu były, nawet jeśli nagie to nie emocjonalnie!
I choć ja za opowiadaniami wcale nie przepadam, a tych opowiadań jak wspomniałam wcale się łatwo nie czyta- to uważam, że warto się nad nimi pochylić, poruszyć i nawet zdenerwować. Warto odnaleźć w sobie odwagę, by zmierzyć się z tymi niełatwymi portretami i coś z nich wyciągnąć dla siebie.
Może na kolana Was nie powalą, ale na pewno zadziwią.
Jak wiecie - bo już niejednokrotnie wspominałam wolę dłuższe formy, dlatego stawiam w moim prywatnym "ocenniku" tylko ****4****, ale polecam każdej kobiecie poczytanie o może zupełnie innych od siebie kobietach, a jednak bardzo o siebie podobnych...

*******
W związku z tym, że zbliżają się moje urodziny, (a dobro ponoć powraca) chciałabym kogoś z Was obdarować wyżej opisaną książeczką. Jak będą chętni- zrobię losowanie, trzeba zgłaszać się w komentarzach wyrażając chęć przygarnięcia i puszczenia książki w świat potem dalej. I choć niezbyt lubię, gdy po książkach się pisze- tym razem mam taki pomysł by na końcu książki podpisywały się osoby, które książkę przeczytają...:) Co Wy na to? Taki mały wspólny, kobiecy projekt ;) 

Czekam na zgłoszenia do...hm... ostatniego dnia roku szkolnego tj. 22 czerwca! Po nim będę już miała prawie wolne więc zrobię losowanie, obfotografuję i puszczę książkę w świat! 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu AMEA. 

I. Szolc "Naga", Wydawnictwo AMEA, 2011, s. 154.


czwartek, 9 czerwca 2011

"Pokój" Emma Donoghue


Jestem pod tak ogromnym wrażeniem tej książki, że aż boję się pisać o niej. Boję się, że moje słowa nie będą w stanie wyrazić zachwytu, zauroczenia, wręcz chyba nawet zakochania się w tej książce!
Już od pierwszych stron nie mogłam się oderwać, a z drugiej strony musiałam raz na jakiś czas przerywać czytanie, bowiem emocje, które mną targały w trakcie poznawania historii "Pokoju" były tak duże, że musiałam je trochę studzić.
Studziłam podziwiając okładkę, która uważam jest rewelacyjna (zaskoczeniem było dla mnie to, że jest jakby "Półtwarda"- zaskoczenie bardzo na - tak).
Jak już emocje rozładowałam to wracałam z powrotem do poznawania Jacka, jego mamy i losu, który ich spotkał.
Losu okrutnego, losu, z którym nie każdy potrafiłby się pogodzić, nie każdy by sobie z nim poradził. Losu, który zgotował im ktoś nieobliczalny...
Bo czyż jesteście w stanie wyobrazić sobie, że od siedmiu lat żyjecie w jednym pomieszczeniu, od pięciu lat dzielicie je z własnym dzieckiem urodzonym właśnie w tym pomieszczeniu i nie macie perspektywy na zmianę. Do tego nie jest to Wasz wybór, lecz psychopaty, który Was zamyka i traktuje jak swoją własność. Myślę, że nie jesteście sobie tego w stanie wyobrazić. Ani ja, ani wy.
A gdy to wszystko opowiedziane jest słowami dziecka, które nie zna innego świata- to uwierzcie mi może Was to wszystko powalić na kolana. Mnie powaliło!
Podziwiam autorkę za tak umiejętne podejście do tematu. Do napisania tej książki popchnęła ją wiadomość o Austriaczce, która była właśnie przetrzymywana przez swojego ojca-oprawce przez siedem lat. Urodziła tam siedmioro dzieci.Trójkę z nich wychował w swym domu sam oprawca, jedno z dzieci zmarło, natomiast pozostała trójka, w tym pięcioletni Felix, dzieliła więzienie z matką i dopiero z chwilą jej uwolnienia po raz pierwszy mogła zobaczyć świat zewnętrzny. Autorka postanowiła podobną historię opowiedzieć oczami dziecka, co myślę, że wywołała piorunujący efekt. Pamiętam, gdy usłyszałam pierwszy raz właśnie o wspomnianej wyżej dziewczynie, pamiętam swoje emocje...szok i strach...
Może dlatego nie potrafię się zdystansować do tej książki, nie potrafię o niej zapomnieć i nie chcę! Żyję nią nadal i myślę, że już zawsze ona będzie żyła głęboko we mnie. Bo bardzo głęboko wyryła mi się w sercu.
Łzy lecą mi nawet teraz, gdy próbuję coś o niej napisać...
Więc może nie będę już więcej nic o niej pisała, powiem Wam tylko, że to książka, którą MUSICIE przeczytać...
by się nad nią rozbeczeć,
by się nad nią wywrzeszczeć,
by popaść nad nią w zachwyt,
by odnaleźć w sobie ogromne pokłady emocji, współczucia, zadziwienia, złości na zło,
by poczuć, że świat może być okrutny, ale i zadziwiająco dobry...
by zawsze mieć nadzieję....!

Tak po prostu, MUSICIE ją przeczytać, a ja wierzę, że nie pozostaniecie jej obojętni!
Wejdźcie do "Pokoju", pobądźcie w nim i wyjdźcie z niego odmienieni!

Aż brak mi skali do ocenienia tej książki, nawet mocna ******6****** nie oddaje mojego zachwytu!
Książką zachwycałam się w trakcie wyjazdu do rodziców... stąd zdjęcie...z moimi ulubionymi makami...

Za książkę OGROMNIE  chciałabym podziękować pani Agnieszce z Wydawnictwa Sonia Draga- dziękuję za umożliwienie przeczytania mi tej niezwykłej książki- wiem, że i w Polsce odniesie sukces!

E Donoghue, Pokój, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2011, s. 409

poniedziałek, 6 czerwca 2011

"Hakus-pokus" Katarzyna Leżeńska, Darek Milewski


Mam problem z tą książką, bo to nie jest zła książka, ale czegoś mi w niej brakuje. Nie odnalazłam się w przedstawionej historii, lecz czytało mi się o tej historii całkiem dobrze. Może zmylił mnie trochę opis z okładki, może zbyt mocno się na tę książkę nakręciłam... a może po prostu to był zły czas na jej czytanie.
"Hakus pokus" to książka o ... no właśnie... o czym?
O miłości? Hm... no niby tak, ale takiej dziwnej miłości, jak dla mnie mało rozwiniętej, nieuzasadnionej, trochę naciąganej i nie zauważyłam chyba czytając momentu, w którym bohaterowie się w sobie zakochują...
A może o miłości niespełnionej, trudnej lub wręcz chorej? Miłości córki do chorej psychicznie matki, miłości męża do żony, która żoną być nie chce..., miłości, która doprowadza do tragicznych zdarzeń... o tak, to już bardziej. Jakoś wątek miłosny między głównymi bohaterami mi zbladł przy innych wątkach tej książki.
Choć to absolutnie nie jest książka tylko o miłości! Mamy tu bowiem wątek wręcz kryminalny, psychologiczny, ba... mamy tu dosyć mocno rozbudowany wątek komputerowo-hakerski...zresztą na nim opiera się fabuła.
Autorzy (muszę się przyznać, że chyba po raz pierwszy czytam książkę pisaną przez dwie osoby, do tego kobietę i mężczyznę- nie małżeństwo) poruszyli też wiele tematów trapiących współczesne społeczeństwo, np. transeksualizm, emigracja, bezpieczeństwo w internecie
Dosyć dużo wątków na raz... Jak dla mnie xhyba trochę za dużo. Lub może dla mnie były po prostu za mało wciągające. Trochę męczyły mnie sypiące się z każdej strony terminy komputerowe...internetowe, hakerskie... choć nie powinnam narzekać, bo na tym opiera się książka.
I nie narzekam, po prostu trochę mi szkoda, że moje oczekiwania wobec tej książki się nie spełniły, i że muszę postawić tylko ***3*** , a naprawdę liczyłam na więcej. 
W związku z tym, że to książka o tematyce związanej mocno z komputerami do zdjęcia z nią pozuje myszka moja ukochana...bez której laptop nie byłby już tak przyjaznym komputerem. Czytałam ją przede wszystkim na balkonie, drażniąc słońce czerwonymi pazurkami... ach, jak było przyjemnie...

Książkę przeczytałam dzięki 
K. Leżeńska, D. Milewski, Hakus-pokus, Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 491

piątek, 3 czerwca 2011

"Oddech, oczy, pamięć" Edwidge Danticat


Czasem zdarza się, że książka, która powinna mi się podobać, jakoś mi nie podchodzi. Tak było właśnie tym razem. I niby wszystko ok, wszystko prawidłowo, składnie, ale... czegoś mi brakowało.
Może przez to, że dosyć długo podczytywałam tę książkę, a pewnie powinnam usiąść i skupić się na niej odpowiednio. Nie wiem...
Mimo wszystko historia przedstawiona w książce jakoś mną nie zawładnęła.
Dziwne, bowiem "Oddech, oczy, pamięć" ma być książką poruszającą, wywołującą skrajne emocje i zadziwiającą. Porusza bowiem wcale nie łatwe tematy.
Życie dwunastoletniej Sophie Caco zmienia się diametralnie, gdy musi opuścić swój rodzinny kraj i wylecieć do Nowego Jorku. Do swojej matki, dotychczas bowiem wychowywała ją jej ciotka- którą postrzegała jako swoją matkę, mimo iż wiedziała, że matką jej nie jest. Wszystko się zmienia, a mała Haitanka musi zmierzyć się z demonami z życia matki. Odkrywa tajemnice rodziny, dowiaduje się w jakich okolicznościach przyszła na świat i czego było to konsekwencją, Próbuje zrozumieć matkę, siebie i decyzje kobiet, które ją otaczały i miały wpływ na jej życie. Tajemnice rodziny miały bowiem na nią ogromny wpływ, wręcz się z nich wywodzi i teraz powinna się z nich uwolnić. Co wcale nie jest proste, wspomnienia dręczące matkę, silna więź haitańskich kobiet wcale jej w tym nie pomagają.
Losy Sophie poznajemy jakby na trzech płaszczyznach, najpierw jako dwunastolatka wylatuje z Haiti do Nowego Jorku, musi opuścić kochającą ciotkę i w końcu poznać swoją matkę, Musi zmierzyć się z "nowym", odkrywając tajemnice przeszłości. Następnie obserwujemy dorastanie Sophie- niespokojną młodzieńczość, w trakcie której życie Sophie znowu się zmienia. Poznaje dużo starszego od siebie mężczyznę, zakochuje się w nim. Kolejne demony wtargają do życia Sophie.
Na samym końcu obserwujemy Sophie jako matkę, żonę,dorosłą córkę i wnuczkę. Usiłującą pozbyć się demonów z przeszłości, walczącą o siebie i doceniającą to co te haitańskie, kobiece więzi jej dały...
I jakoś to wszystko było dla mnie bezbarwne, jakoś styl autorki totalnie mi nie podchodził, wręcz mnie rozpraszał i irytował. Nie ciągnęło mnie do tej historii, nie fascynowało lub przerażało to co czytałam..., cały czas brakowało mi czegoś, tej iskry, która ciągnęła by do książki moje oczy, przyśpieszałaby mój oddech i utkwiłaby mi w pamięci.
Faktycznie to nie książka dla mnie, stawiam jej więc tylko **2**, choć wiem, że na pewno  może się podobać- czego zresztą innym życzę!
Książka kojarzyła mi się z  nie wiem w sumie dlaczego z zieleniom traw i takie jej wymyśliłam tło.

E. Danticat, Oddech, oczy, pamięć, Wydawnictwo G+J, Warszawa 2007, s. 220

środa, 1 czerwca 2011

"Co widział pies i inne przygody" Malcolm Gladwell


Ciekawość to...
I teraz mogliście sobie pomyśleć np. "pierwszy stopień do piekła". Mnie jednak ciekawość dziś kojarzy się przede wszystkim z dziećmi (bo to one zadają mi każdego dnia milion ciekawskich pytań), z moją nieokiełznaną ciekawością wszystkiego i ... z panem Malcolmem Gladwellem. Bo on tą ciekawość moją w dosyć dużym stopniu zaspokoił.A sam zresztą wydaje się być człowiekiem bardzo ciekawym otaczającego go świata.
Dzięki jego książce dowiedziałam się na przykład co pitbulle mówią nam o przestępczości i czy faktycznie określeni ludzie są ich właścicielami, jak to bywa z plagiatami, dlaczego niektórzy ludzie panikują, a inni nie radzą sobie ze stresem, skąd sie wzięła pigułka antykoncepcyjna i jakie wywołała początkowe reakcje....
Och, dużo się dowiedziałam i przyswajanie wiedzy tej sobie stopniowałam. Bo książka ta to skarbnica wiedzy, na tematy, z którymi na co dzień się stykamy, ale tak naprawdę niewiele o nich wiemy. Dlatego czytałam sobie po rozdzialiku i podziwiałam autora za umiejętność dotarcia do informacji, skupienia ich w swoim artykule i przedstawienia ich w taki sposób, że czytelnik nie ma wrażenia jakby czytał encyklopedię, tylko naprawdę interesującą książkę. W którą można się wciągnąć!
A potem można ewentualnie zarazić się bakcylem pana Gladwella i swoją wiedzę pogłębiać... może dzięki jego kolejnym książkom właśnie!
Ja się zaraziłam i właśnie za to stawiam *****5*****. Mam nadzieję, że i Wy nie pozostaniecie na te ciekawostki obojętni i dołączycie do fanów autora!
Książkę czytałam dosyć długo (dawno już tak długo niczego nie czytałam, choć nie ukrywam mam jakiś zastój od paru tygodni) i żeby jej nie zniszczyć czytałam w okładce własnoręcznie zrobionej. Całej Wam nie pokarze, ale możecie zobaczyć jej ułamek:).
Książkę mogłam przeczytać dzięki Wydawnictwu Znak
 M. Gladwell, Co widział pies i inne przygody, Wyd. ZNAK, Kraków 2011, s. 400