sobota, 21 maja 2011

"Podróż zimowa" Amelie Nothomb

(Myślę, że przy czytaniu tego co napisałam możecie sobie posłuchać o TEJ muzyki...)
Czy książka/książeczka, którą jesteśmy w stanie przeczytać w czterdzieści minut potrafi zauroczyć, zadziwić, zszokować z lekka, wciągnąć i pozostawić po sobie sporą dawkę myśli?
TAK!
Już na pierwszej stronie autorka pokazuje nam, że będzie ciekawie. Otóż od razu poznajemy Zoila. Młodego mężczyznę, którego ogarnęła ogromna chęć zemsty! Zemsty za niespełnioną miłość ku kobiecie, która wydaje mu się "najdoskonalszym okazem ludzkości". Zemsty gigantycznej.
Nasz bohater postanawia porwać samolot z setką ludzi na pokładzie i ... rozbić go w miejscu symbolicznym dla swej ukochanej! Ma to ją ukarać za to, że nie oddała się miłości ku niemu, nie potrafiła oddać mu się w pełni, tak jak on tego oczekiwał!
Swój plan Zoil opisuje nam w formie pamiętnika, pisanego na lotnisku, tuż przed wejściem do samolotu. Z każdą stroną dowiadujemy się co dokładnie popchnęło naszego bohatera do podjęcia takie decyzji, kim jest, jak wygląda jego spostrzeganie świata i siebie samego. Wszystko układa się w jedną całość.
Jakże to wszystko przemyślane, jak dobrze opisane, mamy wrażenie, że wchodzimy w bardzo intymny świat bohaterów książki, który przez autorkę ukazany jest tak jakby opisywane wydarzenia działy się naprawdę, jakbyśmy stali obok i obserwowali. Może to dzięki stylowi pani Amelie, może dzięki zwięzłemu językowi, może dzięki świetnym spostrzeżeniom, na pewne tematy, czułam, że ta książka do mnie przemawia, że jest autentyczna i że czytanie jej sprawia mi ogromną przyjemność. I mimo, że pełno w niej dramatu to ja odebrałam ją niezwykle pozytywnie.
Na tyle pozytywnie by postawić ogromną ******6******, a Wam polecić przeczytanie jej, przekonanie się, że i Wy nie pozostaniecie wobec tej książeczki obojętni!
Może też rozszyfrujecie dlaczego akurat w takim ułożeniu została sfotografowana przeze mnie książka? I skąd ta muzyka akurat na samym początku przeze mnie proponowana?:)  

Dodam jeszcze, że przekonałam się, że Amelie Nothomb po raz kolejny (tak czytałam już jej np. "Antychrysta") mnie zaskoczyła i wzbudziła chęć przeczytania jej pozostałych książek.
Za książkę dziękuję bardzo panu Arturowi z Wydawnictwa MUZA.
Muszę też tutaj napisać, że Wydawnictwo naprawdę postarało się z okładką, bardzo, ale to bardzo mi się podoba! Myślę, że będzie jedną z moich ulubionych. Genialna symbolika, delikatność i prostota powodują, że naprawdę nie można oderwać od niej wzroku!

A. Nothomb, "Podróż zimowa", Wyd. MUZA, Warszawa 2011, s. 96

piątek, 20 maja 2011

"Nasza Klasa i co dalej" Ewa Lenarczyk


Telenowela. Takie słowo kołatało mi się po głowie, gdy poznawałam historię przedstawione przez panią Ewę Lanarczyk w książce "Nasza klasa i co dalej".
Skąd ta telenowela? Otóż losy bohaterek owej książki są tak wyplątane, jak losy niejednej bohaterki brazylijskiej telenoweli. Mamy tu cztery dojrzałe panie: Monikę, Sabinę, Irenkę i Joannę, każdej z nich nie układa się życie małżeńskie - mężczyzna, którego kiedyś tam poślubiły, po dosyć długim stażu małżeńskim okazuje się nie być tym za kogo  brały go małżonki, wielka miłość, która najwyraźniej ich kiedyś połączyła teraz wygasła/wygasa, a życie swoją szarą codziennością nie pomaga w odzyskiwaniu i dbaniu o uczucie.
I panie owe niezadowolone ze swojego życia odnajdują swoje dawne miłości, dawnych chłopaków na portalu Nasza Klasa- o którym chyba nie muszę nic pisać, każdy zna, każdy do czynienia z nim miał i każdy ma wyrobione o nim zdanie.
I wszystko niby fajnie, naprawdę dobry pomysł na książkę, ciekawy temat- bo faktycznie statystyki mówiły o tym, że właśnie dzięki portalowi Nasza Klasa wiele ludzi odnalazło się po latach, wiele małżeństw się rozpadło, wielu poddało się wspomnieniom wpadając w sidła dawnych miłości, uczuć i marzeń.
Tak też i nasze bohaterki. Ale nie tylko one.
Myślę, że to książka nie tylko o nich i ich przygodach, autorka ukazała tu jeszcze portrety paru panów- między innymi związanych bohaterkami, którzy dzięki Naszej Klasie też postanowili zmienić swoje życie. Koleje losu i różne zdarzenia  doprowadzają wszystkich bohaterów do pewnego progu, który muszą przejść..., muszą podjąć pewne kroki, które wcale nie należą do łatwych. A gdy jeszcze dodać do tego sytuację, gdy losy bohaterów w jakiś sposób łączą się w jedną historię... hm... to według mnie powstaje telenowela, której wcale nie krytykuję - i ja miałam w swoim życiu wątek z oglądaniem telenoweli, oj miałam:). Po prostu czytając rozsupływałam sobie owe nitki, poznawałam przedstawione historię, co wcale nie było łatwe, ale... 
Bardziej niż trudności z rozsupływanie losów bohaterek, męczył mnie styl książki i paradoksy, które często z stron książki wyzierały. Niby czyta się łatwo, niby prościutki język, lekko wciągający, ale chyba za prosty, przesłodzony i przesadzony. No i te paradoksy, to szybkie tempo zmian, to za proste ukazanie naprawdę trudnych sytuacji, przedziwne reakcje kobiet, mężczyzn,... to wszystko powodowało, że miałam ochotę nie raz po prostu przerwać czytanie. Przerwać nie potrafiłam, może i to i dobrze. Bowiem poznałam bohaterki i bohaterów (bo niestety polubić mi się ich nie udało), poznałam ich historię, mogłam się nad nimi chwilę zastanowić, a teraz mogę książkę odłożyć na półkę i mieć nadzieję, że nigdy nie będę na miejscu ani jednej z bohaterek pani Ewy.
Bo może życie z drugim człowiekiem wcale nie jest takie straszne, owszem wcale nie jest łatwe.... ale.... za dużo jak dla mnie dramatu w tej książce.
Może dlatego stawiam tylko ***3*** i chętnie przeczytałabym inne książki pani Ewy, choćby po to, żeby przekonać się, że są lepsze od "Naszej Klasy..."
Za książkę dziękuję Wydawnictwu NovaeRes.
A tak z innej beczki, to chciałabym Wam polecić konkurs organizowany przez Wydawnictwo ZNAK



E. Lenarczyk, "Nasza Klasa i co dalej", Wyd. Novae Res, Gdynia 2010, s. 347.

niedziela, 15 maja 2011

"Ostatnie fado" Iwona Słabuszewska-Krauze


Są takie książki, których czytanie wywołuje w czytelniku spokój. Nastraja pozytywnie, wycisza i pomaga wsłuchać się w otaczający nas świat. Taką książką była dla mnie książka Iwony Słabuszewskiej-Krauze "Ostatnie fado".
Książka już od pierwszych stron obejmuje nas jakimiś magicznymi nitkami, przyciągającymi nas do niej. Bo niby prosta historia, pisana bez jakiś ogromnych zwrotów akcji, bez szybkiego tempa, a jednak porusza, wciąga i magnetyzuje.
Główna bohaterka -Alicja, usiłuje rozwikłać zagadkę tajemniczego listu, napisanego przez jeszcze bardziej tajemniczą fadistkę do w sumie równie tajemniczego kuzyna Alicji - Dominika.
By rozwikłać ową zagadkę wyjeżdza do Lizbony i tam zaczyna toczyć się cała akcja.
Dzięki tej podróży nie tylko rozwiązuje tą tajemniczą zagadkę, lecz także o dziwo podróż ta pomaga jej "poukładać się" samej ze sobą. Ma czas na analizowanie swoich zachowań, usłyszenia głosu swojego serca i odkrycia tego kim jest.
My zaś dzięki jej podróży możemy poznać nie tylko Alicję, nie tylko razem z nią odkrywać kolejne fakty dotyczące tajemnicy sprzed lat, ale przede wszystkim możemy przenieść się do miasta muzyki i poezji. Poznajemy historię niektórych mieszkańców Lizbony - tych współczesnych Alicji i tych z przeszłości. Dzięki ich opowieściom możemy wczuć się w klimat tego miasta i wsłuchać się w jego muzykę. Poszczególne wątki mieszają się ze sobą, przenikają się i tworzą naprawdę romantyczną - lecz nie ckliwą i tandetną, całość!
Czytając mamy wrażenie, że otula nas portugalskie słońce, że czujemy zapach portugalskiej kawy (och!), a do naszych uszu dochodzi zjawiskowa muzyka. Dzięki temu ja czułam się jakbym wędrowała po Lizbonie razem z Alicją i nabrałam ochoty na to by wędrówkę czytelniczą połączyć z realnym zwiedzaniem Lizbony.
Tak jak uczyniła to pani Ania Dziewit- więcej na ten temat możecie obejrzeć w tym materiale.
O dziwo nabrałam też ochoty do wsłuchania się w muzykę fado- autorce (według informacji na okładce), gdy tę książkę pisała towarzyszył śpiew Cristiny Branco. Ja sama wsłuchiwałam się w "Fado Tradicional" Marizy.  I choć jakoś tej muzyki może i nie pokochałam, to wiem, że muszę kiedyś w swoim życiu przejść się uliczkami Lizbony...z książką w ręku... z książką, którą pokochałam.
Jednak teraz musiałam zadowolić się towarzyszącym mi ciągle zapachem bzu i muzyką płynącą po prostu z głośników.

Pora i na ocenę. Tym razem ******6****** i naprawdę polecam! Kolejna książka, która przekonuje mnie do polskich autorów!
Za książkę zaś dziękuję Wydawnictwu Otwarte.













I. Słabuszewska-Krauze "Ostatnie fado",Wyd. Otwarte, Kraków 2011, s. 315

środa, 11 maja 2011

stos, wygodne czytanie i zazdrość ku Warszawie skierowana...

Obiecałam sobie, że dopóki, któregoś z wcześniej prezentowanych stosów nie przeczytam w całości- to nie będę prezentowała stosów następnych. Jak widać obietnicę złamałam. No bo jak tu nie pokazać Wam moich radości? Przecież i Was myślę ucieszy ów stos! :)
I tak usprawiedliwiwszy się ...taram.... prezentuję... nacieszcie oczy...:)
jakość zdjęcia okrutnie komórkowa- przepraszam
Od góry:
"Natalii 5" i "Pensjonat Sosnówka" - od Wydawnictwa Prószyński. "Pensjonat Sosnówka" zmotywował mnie do zakupienia wcześniejszej części- zatem spodziewajcie się u mnie "sosnowego" cyklu.
"Sekretny język kwiatów" zakupione w "Świecie Książki", któremu jestem wierna, mimo połączenia go z Wetbild.
Następne trzy pozycje - "Podróż zimowa, "Liczenie baranów" i "Kto zabił Inmaculadę de Silva?" to efekt nawiązania współpracy z Wydawnictwem MUZA. Co nie ukrywam cieszy mnie ogromnie!
"Requiem dla tancerki" - pamiątka pokonkursowa.
"Bar dobrych ludzi"- wyhaczone w Matrasie- bardzo, ale to bardzo chciałam mieć tę książkę, więc gdy ją zobaczyłam na stole z promocjami nie mogłam się oprzeć!
Zaś "Piąta aleja" oraz "96 końców świata" to efekt wymiany na portalu lubimyczytac.pl
"Nasza klasa i co dalej"- od Wydawnictwa Novae Res - już zaraz, zaraz będę ją czytać!
I na końcu..... tak, cegła Larssona- w końcu i ja dałam się namówić- pożyczona od Sis. Mam nadzieję, że lepiej mi będzie się czytało niż słuchało- podchodziłam do niej na wakacjach - w audiobooku.

I to by było na tyle co do radości stosowych. Co jeszcze?
Muszę przyznać, że ogromnie zazdroszczę wszystkim tym, którzy będą mogli pojawić się na Warszawskich Targach Książki. Naprawdę ciekawe atrakcje się zapowiadają. Tutaj można zobaczyć program, gdyby ktoś jeszcze nie widział.
Ponadto Wydawnictwo Muza zaprasza na trzy ciekawe spotkania:


Jak dla mnie- szkoda, że akurat w Warszawie, ale chętnym polecam!

Chciałabym Wam jeszcze napisać o czymś co ostatnio mnie zainteresowało. Może już słyszeliście o czymś takim jak ThumbThing?
Wydaje mi się to być rewelacyjnym gadżetem! Naprawdę coś dla mnie! Już dziś Wam mówię, że zamierzam taki nabyć. I tak sobie leżeć na wakacjach i czytać, czytać, czytać.....
Więcej o nim możecie poczytać na stronie wygodneczytanie.pl
Sprzedaż rusza już niebawem w Polsce.

I to by było chbya na tyle, wracam na balkon bo pogoda idealna. Dzięki sprzyjającym okolicznościom niebawem ukarzą się kolejne recenzje. :)
Słoneczka i ciepełka życzę!

niedziela, 8 maja 2011

"Bracia Lwie Serce" Astrid Lindgren

Nigdy nie zapomnę, gdy po raz pierwszy zetknęłam się z tą książką. Wcześniej czytałam już inne polecane pozycje pani Astrid Lindgren, zakochałam się w nich i jak to ja chciałam więcej i więcej....
Jakież było moje zdziwienie, połączone oczywiście z radością, gdy pewnego wigilijnego wieczoru blisko 20 lat temu znalazłam pod choinką kolejną książkę uwielbianej przeze mnie autorki. Tym razem była to właśnie książka "Bracia Lwie Serce". Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że zamiast wtopić się w ich lekturę musiałam czytać znienawidzoną przeze mnie książkę "O Krasnoludkach i o Sierotce Marysi". Może właśnie dzięki temu jeszcze bardziej nie mogłam jej polubić????
Pamiętam też jak ukradkiem podczytywałam po kilka zdań, jakby w nagrodę, za przeczytany rozdział "Sierotki".
Tak wyglądała znaleziona pod choinką książka.

Pamiętam te emocje, które wywoływały te czytane po kilka zdania. A gdy już mogłam całkowicie wtopić się w wymarzoną książkę - wtopiłam się zupełnie! I od tego czasu, gdy mam na szybko wymienić ulubione książki z dzieciństwa, Bracia Lwie serce" przychodzą mi na myśl, jako jedni z pierwszych.
Niestety ową książkę- prezent ktoś mi po prostu zakosił. Komuś pożyczyłam i już do mnie nie wróciła. Strasznie mi tego szkoda.
Tym razem w moje ręce trafiła książka wydana w eleganckiej edycji. Też wydana przez Wydawnictwo "Nasza Księgarnia".  Czym się różni? Chyba tylko okładką i formatem. W środku ku mojemu zaskoczeniu i ogromnej radości są ilustracje przedrukowane z szwedzkiego wydania książki. Takie same jak w mojej pierwszej wersji. No i przede wszystkim jest ta sama treść, która mnie urzekła już gdy byłam dzieckiem. Piękna historia o przyjaźni, braterskiej miłości, która przezwycięża nawet śmierć, o walce dobra ze złem, dążeniu do wolności. Historia wzruszająca, dająca do myślenia, a przede wszystkim patrząc już z punktu widzenia osoby dorosłej pouczająca. Porusza trudne tematy lęku przed śmiercią, samotności i choć podejście autorki do tych tematów jest przez niektórych uznawane za kontrowersyjne (w sumie mnie już jako dorosła też trochę szokuje) wtedy jako dziecko oszalałam na jej punkcie i szczerze powiedziawszy bardzo podoba mi się i dziś.
Polecam, dla tych trochę starszych dzieci (powyżej 8 lat- jak nawet doradza samo wydawnictwo). Książki nie oceniam, bowiem czytałam ją juz nie raz i to powinno być jej największą notą.
I przy okazji przedstawiam Wam mojego ukochanego "ikeowego" misia Ignacego:)
Ignacy często towarzyszy mi, gdy w swych lekturach powracam do dzieciństwa. Towarzyszył mi i tym razem.

A. Lindgren, "Bracia Lwie Serce", Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2009, s. 272

czwartek, 5 maja 2011

"Z Miśkiem w Norwegii. Jak łatwo i tanio podróżować z dzieckiem po świecie" Aldona Urbankiewicz




"Ta nasza opowieść, która się pisze, to nie przewodnik, nie muszę opowiedzieć tu o wszystkim, to moje życie, ja je piszę, w taki, a nie inny sposób. To moja droga. Moja historia."

Tymi słowami chciałbym zacząć spisywać moje wrażenia z tej oto małej, niepozornej książeczki. Słowami samej autorki- pani Aldony Urbankiewicz. Myślę, że w dużym stopniu obrazują czym ta książka naprawdę jest.
Książeczka, mała, niepozorna, o ciekawym formacie, który pewnie nie mnie jedyną zaskoczył, to jakby zapis podróży, którą pani Aldona odbyła ze swoim mężem i swoim 14-miesięcznym synem Mikołajem - tytułowym Miśkiem właśnie. Panią Aldonę z rodziną zawiało do Norwegii.
Kraju, który od zawsze mnie interesował, przyciągał do siebie i niestety nigdy nie udało mi się go odwiedzić. Zresztą ja w swoim życiu niewiele miejsc niestety odwiedziłam. Szczerze powiedziawszy to marny ze mnie podróżnik.
Może właśnie, aby choć trochę zasmakować czegoś mi obcego, lubię poczytać książki o podróżach innych. I tak też właśnie potraktowałam tą książkę. Nie jak przewodnik, nie jak poradnik (choć przyznam podtytuł na okładce może taki wniosek nasunąć), tylko jakby opowieść o podróży. I to wcale nie prostej podróży- bowiem Norwegia raczej z tego co się zorientowałam, do łatwych podróżniczo krajów nie należy i nie łatwo też podróżuje się z małym dzieckiem przecież.
Autorka właśnie usiłuje nam ukazać cienie i blaski takiej podróży. I choć trochę dla mnie tego było za mało, to w pewnym stopniu jej się to udaje. Swoją opowieść o tym kraju przeplata z opisami codziennych zmagań, jakie ich w tej niecodziennej sytuacji spotykają. Pisze wydaje mi się bardzo prostym językiem, tak jakby pisała po prostu pamiętnik z podróży (co kilka razy podkreśla), wspomina też swoją wcześniejszą wyprawę do Norwegii- jeszcze bez Mikołaja. Właściwie miałam wrażenie jakby usiłowała te dwie różne podróże porównać. Myślę, że ukazuje nam też trochę to jak bardzo zmienia się życie człowieka, gdy na świecie pojawia się jego dziecko. I pewnie to życie zmienia się o 360 stopni, lecz wydaje mi się, że właśnie Pani Aldona i jej mąż są przykładami na to, że mimo wszystko nie powinno się rezygnować ze swoich pasji. Owszem ich realizowanie nie będzie łatwe, ale można chociaż spróbować. Bo powtarzając za autorką "Czy narodziny dziecka muszą oznaczać rezygnację z marzeń?".
Jedyne co mi w książce przeszkadzało to zbyt duża ilość powtórzeń, nieraz miałam wrażenie, jakby czytała dwa razy jedną stronę- zmieniały się tylko nazwy. Trochę drażnił mnie też momentami zbyt swobodny język autorki- ale to było w miarę znośne.
Plus ogromny muszę postawić za to, że w książeczce znalazło się miejsce na zdjęcia! Fajnie się czyta i ogłada- zwłaszcza książki o podróżach. Jakoś łatwiej wtedy wejść w ten świat.
No i oczywiście muszę przyznać, że jestem naprawdę pod dużym wrażeniem tego czego dokonali bohaterzy... bowiem przejechanie 6900 kilometrów, z małym dzieckiem wydawało mi się dotychczas po prostu niemożliwe. A jednak! Wszystko jest możliwe! Dlatego chylę czoła i podziwiam!

Za poziom wciągnięcia i ten podziw, który mi towarzyszył gdy czytałam między innymi też, stawiam *****5***** i naprawdę nie mogę się doczekać kolejnej podróży Mikołaja- tym razem ponoć Mikołaj z rodzicami udał się do Portugalii.

Na czytanie tej książeczki wybrałam naprawdę rewelacyjny moment! Pochłonęłam ją w trakcie weekendu majowego. Weekendu, który spędziłam w domu - ani pogoda, ani inne okoliczności nie sprzyjały podróżom (a szkoda!) więc przynajmniej mogłam ubrać trampki i choć czytelniczo wybrać się na wycieczkę!
Za możliwość tej podróży dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

niedziela, 1 maja 2011

"Córki hańby" Jasvinder Sanghera


"Córki hańby" to książka po którą pewnie sama z siebie szybko bym nie sięgnęła. Po pierwsze dlatego, że raczej nie lubię czytać o tradycjach krajów muzułmańskich, trochę mnie ta kultura przeraża i niepokoi mnie czytanie o niej. Po drugie gdy pierwszy raz usłyszałam o tej książce miałam o niej zupełnie inne wyobrażenie. Raczej postrzegałam ją jako jedną z wielu powieści, poruszających temat kobiet muzułmańskich. Jak wielkie więc było moje zaskoczenie, gdy książka wcale nie okazała się być powieścią, lecz raczej opowieścią, jakby reportażem o okrucieństwie wobec kobiet, literaturą faktu po trochę, a może i nie tylko po trochę.
Okrucieństwie, które wcale nie ma miejsca tylko w krajach Azji, lecz zdarza się (i to bardzo często) tuż koło nas, wyzwolonych Europejczyków. Wydaje się nam bowiem, że żyjemy w już na tyle rozwiniętym świecie, że kobiety mogą być wolne, mogą same decydować o swoim życiu, mogą robić to co chcą i są nawet za to szanowane. Otóż nic bardziej mylnego.
Jasvinder Sanghera ukazuje nam, że tuż obok tych wszystkich wyzwolonych, bądź po prostu wolnych kobiet, żyją kobiety, które praw do wolności nie mają żadnych, traktowane są jak rzecz, są poniżane, gnębione, a nawet mordowane. W imię, według mnie, chorych idei.
Autorka ukazuje nam to powoli otwierając nam oczy na te wszystkie okrucieństwa. Wcześniej napisała książkę o sobie, o swojej historii (niestety nie miałam okazji zapoznać się z "Zhańbioną", lecz wiem, że muszę to kiedyś nadrobić), tym razem ukazuje nam historie innych kobiet, historie kobiet do niej podobnych, kobiet, którym pomaga wyrwać się z piekła w którym żyją, które zgotowali im często ich najbliżsi. W sumie kobiet to może za duże słowo. Bowiem autorka przedstawia nie raz historię nastoletnich dziewczyn, które zostają zmuszane do aranżowanych małżeństw, bądź są zagrożone zbrodniami w imię honoru.
Udaje się jej pomagać tym dziewczynom i kobietom dzięki założonej przez siebie organizacji "Karma Nirvana". Organizacja ta zrzesza ludzi, którzy  mają na celu pomoc ofiarom przemocy domowej i zbrodni honoru. I co ciekawsze jej pomocą objętą są nie tylko kobiety, organizacja zajmuje się też pomocą dla mężczyzn, którzy o dziwo też w kulturze muzułmańskiej cierpią i bywają prześladowani.
Książka jak widać nie należy do przyjemnych czytadeł, mimo to czyta się ją bardzo dobrze. Zazdroszczę autorce tej umiejętności opowiadania o tym co ją spotkało i o tym co spotyka innych, z taką siłą, że czytający ma ochotę sam zaangażować się w jej walkę.
Cieszę się, że sięgnęłam po tą książkę, otworzyła mi oczy na pewne sprawy, pozwoliła jeszcze bardziej docenić to co mam i jakie wiodę życie oraz myślę, że trochę mną też wstrząsnęła. O to wydaje mi się w tego typu literaturze chodzi.


Ciężko się ocenia tego typu książki. Przecież ich treść nie podlega tutaj ocenie czy nam się podobała czy nie. Ja spróbuję raczej ocenić książkę w kategorii czy do mnie przemówiła. I właśnie w tej kategorii przyznaję *****5*****. Naprawdę warto od czasu do czasu przeczytać coś takiego.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

J. Sanghera "Córki Hańby", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 245