poniedziałek, 31 stycznia 2011

"Jesteśmy rodziną" Josie Lloyd, Emlyn Rees


Dosyć rzadko czytam książki pisane przez więcej niż jedną osobę. Nie znam też pary, która potrafiłaby razem stworzyć jakiś tekst- bo o książce nie wspomnę. Chodzi mi o parę żeńsko-męską oczywiście.
Dlatego już na wstępie autorzy książki przeze mnie opisywanej dostają ogromnego plusa. Piszę autorzy, bowiem książka "Jesteśmy rodziną" napisana została przez swoisty duet pisarski- angielskie małżeństwo- Josie Lloyd i Emlyn Rees.
Wcześniej zetknęłam się z nimi czytając dwie książki ich autorstwa "Chodźmy razem" i "Znowu razem" (recenzja tej książki była jedną z pierwszy przeze mnie tu napisanych). Obie książki mi się podobały, ale obie czytałam dosyć dawno temu- za czasów studiów - i ich odbiór (pozytywny) był dyktowany przede wszystkim moim wiekiem. Obie bowiem są o miłości, lekko ujętej i wesoło opisanej. Teraz pewnie by już ich tak pozytywnie nie odebrała.
Tym razem też jest o miłości. Jednak już wcale nie ujętej lekko, nie prostej i wcale nie zabawnej. No bo jakże zabawna może być miłość, która by mogła być spełniona musi nieść za sobą ofiary. W ludziach i nie tylko....
"Jesteśmy rodziną" to przede wszystkim historia pewnej rodziny. Rodziny, która rozpadła się pięćdziesiąt lat temu. Rozpadła się w tragicznych okolicznościach, a teraz też w całkiem nieciekawych okolicznościach ma szansę zacząć wszystko od nowa. A jeśli nawet nie zacząć od nowa, to przynajmniej się pojednać. Lub pojednać się spróbować. Tylko czy jest to możliwe? Tego właśnie dowiemy się czytając tę książkę.
Razem z bohaterami książki przeniesiemy się w lata pięćdziesiąte, do małej nadmorskiej miejscowości, w której wydarzenia ówczesnych dni odbiły piętno na życiu naszych bohaterów. Wydarzenia tamtych dni w książce przeplatają się ze współczesną opowieścią o poszukiwaniu miłości i pojednania. W ten sposób możemy zrozumieć wydarzenia z przeszłości, możemy też zrozumieć współczesne wydarzenia, dla mnie naprawdę dobry pomysł na trzymanie czytelnika w napięciu.
 Bo historia tak przedstawiona trzyma w napięciu, stopniowo się rozwija i mimo iż może jakoś wyjątkowo nie zaskakuje to  zakończenie i tak daje satysfakcję z przeczytanej książki.

To taka zwykła, normalna książka, taka do nieśpiesznego czytania, ale wcale nie nudząca. Cieszę się, że doczytałam ją do końca i mam plan przeczytania wszystkich książek autorstwa tego duetu. Stawiam dobrą ****4****.

Ps. Postanowiłam, że od tego posta każda czytana przeze mnie książka będzie specjalnie sfotografowana - taki mały dodatek ode mnie i od moich marzeń od fotografii:) Jakoś tak bardziej osobiście się zrobi:)Na zdjęciu postaram się ukazać coś co mi się z książką kojarzyło lub co przy czytaniu jej mi towarzyszyło.


Zaczęłam ferie- zatem spodziewajcie się mojej większej aktywności. No i znowu wróciłam do "Cukierni pod Amorem"- na razie przypominam sobie pierwszy tom (a rzadko zdarza mi się dwa razy czytać tą samą książkę i dalej ochać i achać), ale już wkrótce wgryzę się w drugi:).

J. Lloyd, E. Rees "Jesteśmy rodziną", wydawnictwo MUZA, Warszawa 2005, s. 453. 

poniedziałek, 24 stycznia 2011

"Czas w dom zaklęty" Katarzyna Enerlich


Zastanawiam się już od pewnego czasu jak wyrazić mój zachwyt nad tą książką. Bowiem od samego początku czytania ciągle mój zachwyt wzrastał. Urzekła mnie pani Katarzyna Enerlich swoim pisaniem, poruszyła i zachęciła do zgłębiania jej pozostałych książek.
Temat poruszony w tej książce wcale nie jest łatwy, miły i zabawny, raczej nie sprzyja łatwemu czytaniu, pochłanianiu książki i odpoczywaniu przy niej. A mimo to... odpoczęłam, zachwyciłam się, książkę wręcz miałam ochotę pochłonąć.
"Czas w dom zaklęty" to opowieść o wybaczaniu- o pokonywaniu siebie, o pokonywaniu bólu i cierpienia jakie inni nam wyrządzili... o radzeniu sobie z życiem, często zupełnie inaczej wyglądającym niż nasze o nim wyobrażenia.
Razem z główną bohaterką Rutą odkrywamy tajemnicę wybaczenia. Poznajemy jej los, dowiadujemy się komu i co ma wybaczyć i ... przechodzimy z nią wewnętrzną walkę. Bowiem w sytuacji Ruty wybaczenie wcale nie jest proste. Kobieta, która na łożu śmierci prosi o jej wybaczenie, zniszczyła Rucie właściwie prawie całe życie, pozbawiła jej rodziny, miłości,nadziei. Przez swoje prześladowania wyrządziła Rucie i jej bliskim ogromną krzywdę- której na pewno nie da się już naprawić? Ale czy da się ją wybaczyć?
Straszne to jak inni ludzie - z pozoru normalni- potrafią wpłynąć na nasze życie, jak z pozoru normalne miejsca mogą być nienormalne, toksyczne, jak nasz świat jest pełen hipokryzji. I skąd to wszystko wynika? Z nienawiści, z żalu, z zazdrości, samotności? Czym musi kierować się człowiek uprzykrzający życie innym ludziom, rujnujący im wyobrażenie o dobru płynącym z drugiego człowieka? Co sam musiał przeżyć, żeby kimś takim się stać?
Wiele pytań mnożyło się w mojej głowie w trakcie czytania. Na niektóre odpowiedziała mi książka, a na niektóre pytania odpowiedzi muszę poszukać w samej sobie. I może dlatego książka mnie tak zachwyciła? Lubię gdy książka zmusza mnie do myślenia, pozostawia we mnie jakiś ślad, inspiruje i zastanawia.... na pewno pozostawia we mnie jakiś ślad...
Taka jest niewątpliwie ta książka. "Czas w dom zaklęty" to książka niezwykła- oby takich książek było jak najwięcej.
Dodam jeszcze, że bardzo podobało mi się też wplątanie w opowieść sztuki, opisów miast, zwyczajów żydowskich oraz (co zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie) każdy rozdział tytuł ma zaczerpnięty z utworów Rainera Marii Rilkego - co dodaje wyjątkowej atmosfery do spisanych przez autorkę stron.
Przypadła mi także do gustu sama okładka.... nie sposób przejść obok niej obojętnie.

Przyznaję, z wielkim ukłonem dla autorki, całą ******6****** i szczerze, gorąco polecam! Ja na sto procent przeczytam jeszcze coś Pani Katarzyny.
Dodam jeszcze, że kompletnie nie rozumiem (na razie) porównywania jej do pani Kalicińskiej (tą pisarkę akurat też lubię) - książki ich są naprawdę inne..., każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa, ale przez to też inna!

Zajrzyjcie jeszcze tutaj - jest to strona autorki zdjęć-ilustracji, które zamieszczone są w książce- co też na mnie zrobiło dobre wrażenie.

K. Enerlich, "Czas w dom zaklęty", Wydawnictwo MG, 2010, s. 205

wtorek, 18 stycznia 2011

"Kręgi albo kolejność zdarzeń" Jan Antoni Homa


Książka nie należy absolutnie do książek "czytadeł" (choć nigdy nie ukrywałam, że czytadła lubię!). Skupić się na niej się trzeba w stu procentach, trzeba czytając ją smakować każde słowo, układające się w wyrafinowane zdania...Trzeba w książkę "wejść", żeby móc potem z niej "wyjść" z satysfakcją, ze zrozumieniem...
Akcja powieści toczy się w miejscowości o co najmniej dziwnej i tyleż mrocznej nazwie: Zabijany Krochmalne.
Bohaterowie to mieszkańcy tej arcy ciekawej miejscowości oraz (a właściwie w szczególności) ludzie, którzy do tej miejscowości z jakiś powodów zawędrowali. I tak poznajemy głównego bohatera Marcina- nauczyciela, który po pewnych niefortunnych wydarzeniach w swoim życiu, zaczyna pracę właśnie w zabijańskiej szkole. Chwile przed swoim dotarciem do Zabijan poznaje młodego dziennikarza-filozofa... Rafała, z którym łączy go jakaś nierozerwalna nić porozumienia oparta na... hm...zaobserwowanych dziwnych zachowaniach ludzi.
Zaś już w samych Zabijanach nasz bohater poznaje całą gamę ciekawych osobliwości. Ucznia Kubę- dziwne dziecko, które od razu przypada mu do gustu, panią Genowefę-gospodynię u której zamieszkuje, nauczyciela matematyki -Zenobiusza, który usiłuje dowiedzieć się dlaczego zginęła jego żona... no i Aurelię, która do Zabijan trafiła przez ucieczkę przed światem. Wszystkich tych bohaterów (i tych, których nie wymieniłam) coś łączy...ich losy się ze sobą splatają, przeplatają, są od siebie w jakiś sposób zależne. Niczym kręgi na wodzie...wypływają z siebie i ku sobie...
I mamy to wszystko opisane tak poetyckim językiem, że czytanie sprawia ogromną przyjemność, a zetknięcie magii z realnością nie wydaje się dziwne, lecz wręcz wskazane. I mimo, że może fabuła wydawać się momentami trochę dziwna, poplątana i niezrozumiała (czasem tak miałam) to i tak chcemy brnąć dalej w to co pan Jan Antoni Homa stworzył. A dodać muszę, że nie jest on stricte pisarzem, jest skrzypkiem a jak głosi opis na okładce "w obliczu nietrwałości dźwięku zainteresował się słowem. Pisanym.".
I bardzo dobrze mu to wyszło. Z każda stroną coraz lepiej. Oprócz dozy tajemniczości i magii samej historii autor porusza też wiele zagadnień etycznych- nad którymi zazwyczaj nie mamy czasu się zastanowić i traktujemy je jako codzienność. Czytając możemy sobie o nich przypomnieć i albo z autorem się zgodzić, albo nie.
Książkę oceniam na ****4****, bowiem czasem się w niej gubiłam...,ale wiem na pewno, że chętnie przeczytam kolejne powieści autora i wtedy będę mogła wypowiedzieć się czy autor przypadł mi do gustu czy nie.
Myślę, że warto po książkę sięgnąć i wyrobić sobie o niej własne zdanie...tylko pamiętajcie skupcie się na niej najmocniej jak możecie.

J. A. Homa, "Kręgi albo kolejność zdarzeń", Wydawnictwo SOL, Warszawa 2010, s. 365

piątek, 14 stycznia 2011

bo się powstrzymać nie mogłam...

Oczywiście nie mogłam się powstrzymać musiałam po raz kolejny pokazać Wam, że nie jestem normalna:P, że oszczędzać nie potrafię, że książki kocham ponad wszystko(no może ponad prawie wszystko) - nawet ponad postanowienia noworoczne (że ich już więcej przez jakiś czas kupować nie będę), że książki u mnie zawsze wygrywają...konsekwentnie stosy rosną, a ja ginę w gąszczu literek.
Tadam...
            tadam....
                                mój stos najwyższy:)

Pierwsze od góry cztery książki są od Wydawnictwa Sol, któremu chciałabym ogromie za nie podziękować. Już wkrótce zamierzam je czytać (zresztą jedną, której tutaj nie widać właśnie czytam).
Następne dwie są z kolei od wydawnictwa, które uwielbiam od długiego już czasu, a teraz udało mi się z nimi nawiązać współpracę- mianowicie, jak widać po znaczku, są ze Świata Książki- te też wkrótce przeczytam!
Kolejne trzy plus "Era Kobiet" są zdobyte na Targu z książkami, który gorąco polecam!  Naprawdę warto zajrzeć, a wszystkie wymiany (tudzież sprzedaże), których miałam okazję być członkiem u przebiegły naprawdę uczciwie i sympatycznie.
No i pozostałe książki to już taki kaprys styczniowy... zamówienie w ŚK. :) Bo to nie jest tak, że jak bloger nawiąże współpracę z jakimś wydawnictwem to już nic u nich  nie kupuje...ja dalej wiernym członkiem Świata Książki pozostaję.
Już się ferii nie mogę doczekać, bowiem plany czytelnicze mam OGROMNE, stosy przede mną chbya jeszcze większe, więc postanowiłam zaszyć się w kącie i czytać....czytać...czytać, no może czasem obiad Mężowi miłemu ugotuje.... w końcu on najbardziej cierpi na tych moich stosowych maniach...
Zatem byle do ferii....byle do lutego:)

wtorek, 11 stycznia 2011

"La cucina" Lily Prior

 Dziś skromnie, nie opiszę sama tej książki, lecz przytoczę jej opis ze strony czytelni onetowskiej...

Od wczesnego dzieciństwa Rosa Fiore znajdowała pocieszenie w rodzinnej kuchni.

La Cucina (kuchnia) serce ogromnego majątku ziemskiego, była miejscem, w którym pokolenia kobiet rodu Fiore przygotowywały wystawne uczty, a wokół starego jak świat stołu rozgrywały się dzieje wielu pokoleń rodziny.

Fascynacja Rosy sztuką kulinarną dorównywała jedynie jej gorącemu uczuciu do młodego Bartolomeo, który przeznaczony był innej. Zraniona Rosa skryła się w swojej kuchni, by następnie pogrążyć się w samotności jako bibliotekarka w Palermo. Spędziła tam wiele lat, godząc się z życiem bez miłości. Jedyną radość czerpała z gotowania.

Wtedy właśnie poznaje tajemniczego mistrza sztuki kulinarnej, znanego jako I’Inglese. Spędzają wspólnie cudowne lato, w czasie którego I’Inglese uświadamia Rosie potęgę jej zmysłowości i razem wznoszą się na wyżyny kulinarnych namiętności. Gdy I’Inglese nagle znika, Rosa powraca na farmę, by opłakiwać stratę drugiego kochanka. Odkrywa prawdę o tych, których kochała i jeszcze raz jej życie zmienia się dzięki magii ukochanej Cuciny.

Pełna życia i wzruszająca La Cucina jest hołdem złożonym rodzinie, jedzeniu i odwiecznym miłosnym uniesieniom.                                                  (za onet.pl)


Właściwie nie wiem dlaczego ta książka nie do końca mi podeszła. 
Czyta się szybko, gładko i "smacznie"- z prawie każdej strony wyskakuje przepis sprytnie wplatany między słowa opowieści. Z każdej też strony wypływa spora dawka erotyzmu... Gdybym miała powiedzieć w paru słowach o czym jest ta książka musiałabym powiedzieć, że o  jedzeniu- włoskim  i zmysłowych doznaniach seksualnych głównej bohaterki, które z jedzeniem są nierozerwalnie połączone. I właściwie może właśnie na tych paru słowach skończę, gdyż szczerze powiedziawszy nic więcej mówić nie chcę. Zostawiam samą siebie z pytaniem dlaczego tak tą książkę słabo odebrałam i oceną, którą stawiam za ten odbiór tj. ***3***. Wydawało mi się, że książka jest lepsza, że dostanę więcej Włoch, a mnie erotyzmu... może to właśnie przesądziło, a może to nie był dla tej książki dobry czas...może kiedyś odebrałabym ją zupełnie inaczej. Może bardziej bym się nią zainteresowała? Choć naprawdę już na samym początku zapowiadała się obiecująco. Mimo wszystko nie mogę powiedzieć, że książka mi się podobała, jeśli biorąc ją do ręki nie mogłam sobie totalnie przypomnieć o czym ona jest, na czym skończyłam, gdy książkę odkładałam. 


L. Prior "La cucina", Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2006, s. 244

niedziela, 9 stycznia 2011

"Zimowa róża" Christian Signol

"Zimowa róża" zakwitła i w moim sercu. Zakwitła jak nadzieja, jak siła, jak radość...
Bowiem przeczytanie takiej książki jak ta, kończy się...tak po prostu.... ciepłem w sercu. I właśnie nadzieją... rozbudzoną na maksa.
Książka naprawdę wzruszająca (choć tym razem nie płakałam), pełna ciepła, jakiejś takiej dobroci, miłości, ale też smutna i mądra. Tak, tak, wszystkie te określenia razem muszą się tu zmieścić.Bo o wszystkich nich myślałam, gdy czytałam tą piękną historię.
Historia ta opowieść o potrzebie nadziei. Nadziei, której potrzebuje nie tylko główny bohater- Sebatien, ale i wszyscy jego bliscy. Sebastien w wieku dziesięciu lat zaczyna chorować na białaczkę. Nie może tak jak inni chłopcy w jego wieku cieszyć się życiem - on musi o nie walczyć. A walce tej pomagają mu jego bliscy- dziadkowie. Bo to z nimi postanawia spędzić czas leczenia.
To jego dziadkowie i bliscy dodają mu nadziei- w czasem zupełnie różny sposób, dodają mu sił do walki, dbają o niego zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Czytając obserwujemy jak z chorobą radzi sobie nie tylko Sebastien- bo owszem jego choroba dotyczy najbardziej, ale cierpią też jego bliscy. A czasem się zastanawiam czy bliskim osoby chorej/umierającej nie jest jeszcze trudniej?
Ta książka naprawdę rewelacyjnie nam ukazuje cały ten trud. I to w taki sposób, że jesteśmy naprawdę w stanie wczuć się w emocje i odczucia bohaterów. Oprócz naprawdę udanego ukazania zmagania się z chorobą, mamy tu też ciekawie ujętych bohaterów - autor bowiem stworzył ciekawe postacie, których losy nie są proste, a czytając o nich dotykamy wielu trudnych tematów (jak np. adopcja), których na pierwszy rzut oka nie spodziewalibyśmy się w tej książce.
Czy Sebastien wygra walkę? Czy tytułowa zimowa róża, o której opowiada chłopcu dziadek da nadzieję zostanie znaleziona?  Nie mogę zdradzić! Myślę zresztą, że chętnie sami się przekonacie o tym.
Stawiam *****5***** i gorąco polecam. Ja książkę wyszperałam w bibliotece, mam nadzieję, że i Wam się do niej uda dotrzeć...


Ch. Signol "Zimowa róża", wyd. Świat Książki, Warszawa 2007, s. 190

wtorek, 4 stycznia 2011

"Ostatnią kartą jest śmierć" Anna Klejzerowicz


Macie tak czasem, że siedzicie nad książką i niby się Wam podobało, ale kompletnie nie wiecie co o niej napisać?  Cobyście nie "ułożyli" to w pewien sposób książkę krzywdzi, a nie powinno? Ja tak dziś mam.
Książką ową jest właśnie "Ostatnią kartą jest śmierć", którą pochłonęłam mega szybko (bo niestety jest chudziutka) i chyba właśnie za szybko. Jak dla mnie cała akcja toczy się za szybko, za łatwo i za prosto. Co nie oznacza, że jest źle- jest dobrze, a nawet momentami bardzo dobrze. Bo historia- intryga-zbrodnia bardzo ciekawa. Do tego jeszcze tarot- który jest dla mnie jedną wielką niewiadomą- hm... dzięki tej książce już trochę tą niewiadomą nie jest.

Otóż tarot jest tutaj jakby podwaliną wszystkiego. Bowiem ginie wróżka- tarocistka Semiramida. Semiramidę parę miesięcy wcześniej odwiedza nasza bohaterka- Weronika Daglewska- dziennikarka, która niestety traci pracę i zostaje wolnym strzelcem. Do porad wróżki Weronika podchodzi bardzo sceptycznie, nawet je ją denerwują...., ale gdy dowiaduje się, że wróżka niby nieszczęśliwie zginęła coś nie daje jej spokoju, uważa, że coś tu jest nie tak. W tym przekonaniu utwierdza ją mąż wróżki, który prosi ją o pomoc w wyjaśnieniu tego co się naprawdę stało.
Jak przystało na książkę kryminalną od tego momentu życie Weroniki zmienia się diametralnie, zostaje wciągnięta w wir zdarzeń, które prowadzą do rozwiązania zagadki. A rozwiązanie? Hm... dosyć ciekawe. Przyznam się szczerze, że oczekiwałam czegoś "straszniejszego".... może i podejrzewałam o co chodzi, ale.... wcale nie jest znowu takie oczywiste.
I tak jak pisałam wyżej dla mnie to wszystko trochę za szybko się toczyło, pewne sprawy za prosto się rozwiązały. Może to właśnie przez naprawdę mała objętość książki- może, gdyby autorka bardziej rozpisała pewne wątki, byłoby mi łatwiej wczuć się w książkę.
Mimo wszystko się cieszę, że ją przeczytałam- za co dziękuję Wydawnictwu Oficynka, które kiedyś mi książkę przesłało, a ja w końcu do niej dotarłam.
Książkę oceniam na ****4**** i polecam na przykład do czytania w pociągu tzn. w trakcie podróży- bo akcja jest szybka, nudzić się nie da, a i podróż minie szybciej.
Aha, jeszcze plusik za okładkę chcę dorzucić, która po pierwsze przyciąga wzrok, a po drugie naprawdę oddaje charakter treści książki. Bardzo, bardzo, dobra!


A. Klejzerowicz "Ostatnią kartą jest śmierć", wyd. Oficynka, Gdańsk 2010, s. 192

niedziela, 2 stycznia 2011

"Stokrotki w śniegu" Richard Paul Evans


Nie wiem czemu mnie ta książka urzekła. Czemu gdy kończyłam czytanie płakałam jak dziecko. Nie wiem czemu ta historia, aż takie wywołała emocje? Bo przecież to bardzo prosta historia, omawiana już nie raz w literaturze (fundamentalny przykład? "Opowieść wigilijna") w różny sposób...
Dobro, zło, niefortunne zdarzenie otwierające oczy na to co ważne, próba zmiany, zadośćuczynienia, obserwowanie zmian zachodzących w bohaterze/ bohaterach, nadzieja na lepsze, zmiana, radość z niej płynąca, przypieczętowana jakimś smutnym wydarzeniem, dającym nadzieję i mimo wszystko radość. 
Tak by można w skrócie.
Zatem czemu mi się aż tak spodobała? Bo ta książki mimo iż porusza tak naprawdę "obgadany" temat, ma w sobie ogromne pokłady magii i jest niby zwykła - ale niezwykła.
Daje jakąś taką wiarę w to, że nawet najgorsi ludzie potrafią się zmienić, że mimo iż pewne sytuacje są nieodwracalne, można próbować z nimi dalej żyć, starając się nie czynić zła. I że nie ważne ile mamy, co robimy, jeśli nie kochamy nie jesteśmy kochani to tak do końca szczęśliwi nie jesteśmy. Możemy sobie stwarzać złudę szczęścia, ale na ile ona wystarczy... nie wiadomo.
Wszystko to brzmi trywialnie, ale na tym życie polega. Dobre życie. I myślę, że dzięki tym trywialnym (a może wcale nie trywialnym) prawdom ta książka wzbudza takie emocje, jest przez czytelników tak pozytywnie odbierana. Zatem znalazłam odpowiedź na pytanie, które sobie na początku postawiłam. Czemu mnie ta książka aż tak urzekła? Bo to bardzo dobra książka jest.
No i oczywiście mimo iż wyjdę na okładkoholiczkę- zakochałam się w okładce, zresztą cały sposób wydania jest godny pochwały.Takie książki chce się mieć zawsze na półkach.
Książka zasługuje według mnie na ******6******, zatem i ja dołączyłam do jej zwolenników.

A i jeszcze cytaty:
"Wszyscy się od czasu do czasu gubimy. Jednak trzeba wierzyć, że warto się szukać." 

"Ludzie często szukają uzasadnienia dla swych decyzji, nieważne, czy dobrych, czy złych, zmuszając innych do zrobienia tego, do czego musieli zmusić siebie."

R. P. Evans, "Stokrotki w śniegu", wyd. ZNAK, Kraków2010, s. 297

kochani....

Moi kochani!
W związku z tym, że przedsylwestrowe i sylwestrowe wydarzenia pochłonęły mnie w stu procentach i nie miałam czasu tu zajrzeć- teraz chciałabym życzyć Wam:
DOBREGO ROKU, żeby dla każdego było on wyjątkowy i magiczny w taki sposób w jaki tego oczekujemy. Żeby nowe horyzonty się otwierały, a stare pozytywnie trwały, bądź odchodziły w przeszłość! :) WSZYSTKIEGO DOBREGO! 

Ja Sylwestra spędziłam szalenie miło, pierwszy dzień Nowego Roku jeszcze lepiej.... zatem żywię wielkie nadzieję, że ten rok będzie należał to spokojnie udanych. Bo o to chodzi.... by było normalnie i spokojnie....
Podsumowań nie robię, ponieważ po pierwsze bloga zaczęłam pisać w lutym- wcześniej nie liczyłam przeczytanych książek.
Po drugie nie potrafię wybrać najlepszej, najgorszej..itp... książki, bo potem czytam to co napisałam, a zza rogu umysłu wyłania się: jeszcze lepsza, jeszcze gorsza pozycja.... zatem w tym roku jeszcze bez podsumowań.
Jedyne co chciałabym jeszcze zrobić to gorąco Wam podziękować. Wam czyli czytelnikom, obserwatorom, wydawnictwom, autorom.... (kolejność przypadkowa).
Dziękuję za to, że jesteście, że czytacie, komentujecie, wspieracie i pozytywnie odbieracie to co robię!
Naprawdę nie spodziewałam się, że aż tak pokocham (tak, tak świadomie to piszę, szampan wyparował) ten świat, a komunikacja z Wami będzie przeradzała się w przyjaźnie, dobre znajmości i potrzebę codziennego Was czytania...:)
Serdecznie pozdrawiam i jeszcze raz wszystkim życzę owocnego roku- owocnego czytelniczo i nie tylko :)