czwartek, 29 grudnia 2011

"Szukając Noel" Richard Paul Evans


Tym razem pan Evans nie trafił u mnie na dobry czas. Się znaczy czas mam ostatnio dobry, nawet bardzo dobry, ale książka "Szukając Noel" mimo, że dobra, dobrze przeze mnie nie została odebrana.
Raczej mnie irytowała zamiast cieszyć. Czym mnie irytowała? Tym czym w innym czasie by mnie uraczyła. Przede wszystkim swoją przewidywalnością. Strona po stronie byłam pewna co zaraz będzie. Schematycznie do bólu.
Oto i mamy niejakiego Marka Smarta, który poznaje niejaką Macy. Oboje mają za sobą nieciekawe przeżycia. Spotykają się w dosyć przewidywalny sposób i od razu zaczyna ich coś łączyć- jak dla mnie - za szybko, ale tak już pewnie musi być. Oboje poszukują swego "miejsca" na ziemi, choć w trochę innym znaczeniu. Macy -po latach życia w adopcyjnych rodzinach, usiłuje znaleźć swoją utraconą w dzieciństwie siostrę, Mark- po śmierci matki i paru innych niefortunnych zdarzeniach próbuje poukładać swoją codzienność. Czy tych dwoje może być razem? Czy pokonają przeszłość? Czy odzyskają to co dla nich ważne?
Och..., odpowiedzi autor podsuwa nam pod nos, dosyć szybko i w trochę za oczywisty sposób. Choć jest w książce pewien moment w którym mamy chyba się zawahać i z niecierpliwością czekać na rozwiązanie. Na mnie ten moment jakoś wyjątkowo nie zadziałał.
Mimo tego, że średnio tym razem odebrałam powieść Evansa wiem, że nie jest to zła książka. Myślę nawet, że takich książek też potrzebujemy.
Może po to by uwierzyć w pozytywne zakończenia, może by na chwilę zapomnieć o szarości świata lub w tej szarości dostrzec jej kolorowe odcienie, a może by się przy czytaniu totalnie zrelaksować.
To taka jakby bajka, w której musi być i trochę zła i dobra, ale dobro musi zwyciężyć. By dodać nam sił i wiary, w to, że po złych przeżyciach muszą nastąpić dobre. A jeśli nie następują to można sobie o nich poczytać.
Książka dobra na końcówkę roku, na czas Bożego Narodzenia i czasu po nim. Myślę, że migocząca choinka wprowadzi nas w klimat książki, rzuci na strony książki bajkowy blask i może ten "lukier", który mnie się nie podobał - Wam wyda się strawny.  Ja strawność książki oceniam na ***3***, choć zdaję sobie sprawę, że w innym momencie życia mogłabym tę książkę ocenić o wiele wyżej.




I jeszcze cytat muszę sobie dopisać, bo naprawdę dobry!
"Dzieci nie pojawiają się na świecie z załączoną instrukcją obsługi. Samemu trzeba nauczyć się, jak radzić sobie z każdym z nich, a gdy ci to wreszcie zaczyna wychodzić, one postanawiają wyprowadzić się z domu."

R. P. Evans, "Szukając Noel", Wyd. Znak, Kraków 2011,s. 304

środa, 28 grudnia 2011

"Rodzinnych ciepłych świąt" Magda Parus


Święta, święta i po świętach. Najpierw przygotowujemy się do nich z wielkim zaangażowaniem, potem je celebrujemy, a gdy miną wracamy do naszej szarej codzienności.
Frazes? Tak, lecz jakże prawdziwy.
Jak i książka pani Magdy Parus. Dobitnie prawdziwa. Realna aż do bólu. I uwierzcie mi to nie kolejna książka wychwalająca czas Bożego Narodzenia, to też nie próba ukazania nam tego co w samych Świętach najważniejsze jest lub być powinno. To też na szczęście nie książka w stylu amerykańskich powieści o tym jak to w Święta się wszyscy ze sobą godzą, wspaniale dogadują i ciekawie spędzają czas, strojąc domy, gotując i piekąc. A... i obdarowując się prezentami. Choć to wszystko w pewnej formie i na stronach tej książki odnajdziemy.
To książka, która motyw Wigilii, Świąt Bożego Narodzenia/Wielkanocy wykorzystuje do ukazania relacji jakie panują w rodzinie. Mamy bowiem siostry Kamilę i Lenę oraz ich rodziny.
U Kamili "spędzamy" Wielkanoc. U Leny Wigilię.
Poznajemy ich rodziny i relacje jakie w nich panują. Relacje zupełnie różne, jak to w życiu bywa. Dwie różne rodziny i zupełnie inne relacje panujące między ich członkami. Dzięki temu, że u Leny "spędzamy" parę Wigilii pod rząd mamy okazję też obserwować jak te relacje się zmieniają i do czego doprowadzają. A finał ten myślę, że bardzo zaskakuje.
Mnie zaskoczył, choć wydawał się bardzo prawdopodobny. Gdzieś w głębi duszy miałam nadzieję, że taki nie będzie. Choć taki właśnie musiał być, by mną tak dogłębnie poruszyć. By książka mogła na mnie wywrzeć tak duże wrażenie i zmusić mnie do ważnych przemyśleń. Do zatrzymania się w szaleńczym pędzie ku świętowaniu, ku ozdabianiu, ku smakowaniu, ku obdarowywaniu i byciu obdarowywaną. Bym mogła uświadomić sobie, że ta cała powierzchowność świętowania może i jest przyjemna, może i ją lubię (tego nie ukrywam, bo zapach choinki z lasu to jeden z moich zapachów ulubionych,a migoczące lampki uwielbiam), ale najważniejsze jest dbanie o dobre relacje z bliskimi przez cały czas i wiarę w to co te Święta niosą - czyli miłość, w każdej postaci.
Bardzo się cieszę, że tę książeczkę przeczytałam właśnie przed Świętami Bożego Narodzenia. W pewnym stopniu sprowadziła mnie na ziemię, lekko otworzyła oczy i pokazała, że mam się z czego cieszyć, bo Święta spędzam z osobami, które kocham i tak jak być powinno. A jak być powinno, to już sobie sami po przeczytaniu tej książki odpowiecie.
Oceniam więc moje spotkanie z tą pozycją na pełną ******6****** i polecam, nie tylko w świąteczny czas. Owszem on czytanie książki wzbogaci, a może na odwrót ???

M. Parus, "Rodzinnych ciepłych świąt", Wyd. MUZA, Warszawa 2011, s. 184

piątek, 23 grudnia 2011

życzę...

ŻYCZĘ WAM WSZYSTKIM 
WSPANIAŁYCH CHWIL W CZASIE TYCH ŚWIĄT. 
RADOŚCI, UŚMIECHÓW SZCZERYCH, PARU ŁEZ MIŁEGO WZRUSZENIA.
ACHÓW I OCHÓW NAD PREZENTAMI...
ODPOCZYNKU PRZY BLISKICH, Z KOLĘDĄ WPADAJĄCĄ W UCHO, MIGOCZĄCYMI LAMPKAMI NA CHOINCE. 
NADE WSZYSTKO ZAŚ ŻYCZĘ WAM WIARY W TO BOŻE NARODZENIE I NADZIEI KTÓRA SIĘ RODZI W NASZYCH SERCACH. 

Dziękuję Wam, że jesteście...

czwartek, 22 grudnia 2011

"Matka wszystkich lalek" Monika Szwaja

"Matka wszystkich lalek". Już sam tytuł brzmi tajemniczo, prawda? Do tego okładka, która też wiele nie wyjaśnia (a mnie osobiście wręcz odstrasza niestety) i bardzo znane nazwisko autorki - Monika Szwaja. Autorka, która kojarzyła mi się raczej z powieściami o miłości lub ze sporym wątkiem miłosnym w tle.
Przyznam się więc, że decydując się na przeczytanie tej książki miałam pewne o niej wyobrażenie.
I niepotrzebnie.
Bo autora nie można szufladkować. Bo to po pierwsze moja druga dopiero książka tej autorki (wcześniej czytałam "Zupę z ryby Fugu") i właściwie nie mam czego do "szuflady" włożyć , bo po drugie właśnie takim szufladkowaniem sami sobie robimy krzywdę, albo oczekując od autora/ki czegoś co będzie można włożyć do tej określonej szufladki, albo wręcz odwrotnie - porzucając autora/kę w obawie, że znowu przeczytamy to czego czytać nie chcieliśmy.
I tak z tym pewnym wyobrażeniem o książce zaczęłam czytać trochę się na nią "blokując". A to się zaczynałam czepiać, że za szybko akcja się toczy, że w "normalnym" życiu nie byłoby tak sielankowo, że naciągnięte niektóre wątki... i .... w pewnym momencie skapitulowałam!
O nie, wcale nie przestałam czytać! Nie, nie...nie....
Po prostu skapitulowało moje do książki uprzedzenie i historia, a właściwie dwie historie w niej przedstawione porwały mnie kompletnie i bezwarunkowo! Czytałam z wypiekami na twarzy, szybciutko przerzucając strony, by dowiedzieć się co będzie dalej i dlaczego. To chyba świadczy więc o tym, że naprawdę nie warto mieć uprzedzeń do książek, warto zaś dać się porwać fabule i się jej nie czepiać.
Mieć z czytania po prostu dobrą zabawę, niekoniecznie prostą, ale i nie wymagającą ogromnego myślenia.
No dobrze, a o czym tak z wypiekami na twarzy czytałam?
O Klarze/Claire, o "Matce Wszystkich lalek"- i nic Wam nie zdradzę tu więcej, pisnę tylko, że autorka zaskoczyła mnie wprowadzeniem wątku II Wojny Światowej - wątku wcale nie prostego, a w tej książce tak opisanego, że jego realność mrozi krew w żyłach i wywołuje szczere łzy, o splataniu się ludzkich losów, o kobietach, ich wyborach, o mężczyznach, o nadziejach na szczęście i o trudach jakie napotykamy na życiowej drodze. W tle zaś mamy piękne Karkonosze (moja kochana Jelenia Góra się gdzieś tam przewija), Bretanię, Niemcy, trochę wątku miłosnego (podanego w naprawdę smaczny sposób, choć i trochę lukru jest, ale przeżyłam), trochę codzienności i trochę przeszłości.
Czy to już nie brzmi dla Was zachęcająco? Bo chciałabym Was do lektury najnowszej książki pani Moniki zachęcić gorąco! Dajcie się porwać tej książce, bez względu czy lubicie styl autorki czy nie...
Myślę, że może Was zaskoczyć, a nawet zauroczyć. Mnie zauroczyła na pewno!
Zauroczona więc stawiam *****5***** i wiem, że po książki pani Moniki będę od czasu do czasu sięgać. I te starsze i te które mam nadzieję jeszcze napisze i którymi nie da się totalnie zaszufladkować. Bo choć trochę pewnie cech wspólnych jej książki mają, to można to przekłuć na sukces - czasem warto czytając poczuć się "jak u siebie".

Moi drodzy wielkimi krokami zbliżają się już tak ważne dla mnie Święta Bożego Narodzenia. Choć jakoś w tym roku mam mały problem z złapaniem nastroju świątecznego to i tak się nie poddaję - w końcu spadł śnieg (przysypał świat cukrem pudrem wspaniałym) - staram się w moim nowym (jeszcze nie do końca ogarniętym) mieszkaniu wprowadzić elementy świąteczne. Stąd i ta urocza mini-choinka na zdjęciu obok, a książka "Matka wszystkich lalek" to w sumie doskonały prezent pod taką choinkę. Zresztą i choinka była prezentem. :D Uroczym i pięknym.








M. Szwaja, "Matka wszystkich lalek", Wydawnictwo SOL, Warszawa 2011, s. 350

środa, 14 grudnia 2011

Wyniki losowania z Wydawnictwem ZNAK

Pora na wyniki losowania z Wydawnictwem ZNAK.
Otóż jestem w głębokim szoku, że tyle osób się zgłosiło! Oczywiście szok ten z tych pozytywnych. Oby takich więcej. Jednak jak zawsze nie mogę nagrodzić (wylosować) wszystkich, więc wylosowałam 2 osóbki. To znaczy w sumie nie ja wylosowałam, lecz niezawodny RANDOM.ORG.
Ja przeliczyłam wszystkie osoby, które się do losowania zgodnie z jego zasadami zgłosiły (tj. osoby, które zgłosiły się do godziny 19.00 dn.13.12.2011r. oraz osoby anonimowe, które podały do siebie jakiś kontakt)- zgłosiło się 57 osób.
A Random wybrał numerki : 37 i 47 :)

Pod nimi zaś kryją się :
37-> Magda-m.buba@interia.pl
47-> Ann - z (jak odkryłam) Tu czy tam
Proszę zatem te osoby o jak najszybsze podanie mi swoich adresów i tytułu wybranej książki !
Gratuluję!
A dla pozostałych mam jeszcze kod rabatowy ze zniżką 30% do Księgarni Wydawnictwa ZNAK.
Kod jeszcze chwilkę ważny bo do 15 grudnia (włącznie).
Kod: achyochy - należy wpisać przy zamawianiu książek ze strony Wydawnictwa.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

przedświąteczne losowanie ze ZNAKiem :)

Przyszła i pora na konkurs z Wydawnictwem Znak.
Co prawda miałam go ogłosić rano, ale okoliczności pewne mi przeszkodziły.
Robię to jednak teraz i od teraz do ..hm... jutra (13.12.2011) do 19.00 można się zgłaszać do losowania.
A co będę losowała? A książki, ku Waszemu NIE zaskoczeniu :)
Spośród chętnych wylosuję dwie osoby. Osoby te będą sobie mogły wybrać jedna z książek przeze mnie wcześniej prezentowanych.Pod tytułami podlinkowane są moje wcześniejsze notki - więc można poczytać w razie, gdybyście nie byli pewni, którą chcecie.



"Bóg, kasa i rock'n'roll"                               "Obiecaj mi"                                          "Podróże małe i duże"

Zatem zapraszam do zgłaszania się w komentarzach. Nie trzeba teraz deklarować którą książkę chcecie- możemy to ustalić po wylosowaniu wygranej osoby. Osoby, które wylosuję już z góry proszę o szybki kontakt. Im wcześniej do mnie się zgłosicie, tym szybciej książki do Was dotrą.
Powodzenia Wam życzę i jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po te książeczki, dla mnie czytanie ich było ogromną frajdą!

"Bóg, kasa i rock'n'roll" Szymon Hołownia, Marcin Prokop


Książka, która przyciąga. Po pierwsze ciekawą okładką - i choć wiem, że nie wolno oceniać książki po okładce to i tak muszę napisać, że już ta okładka obiecuje wiele...
Po drugie przyciąga nazwiskami jej autorów- bo któż z nas nie zna Marcina Prokopa i Szymona Hołowni? No któż?
Przyciąga też swoją zawartością- poruszanymi przez autorów tematami: Boga, kościoła, wiary, pieniędzy, muzyki i idola. Tematami gorącymi jak wrzątek i elektryzującymi myślę, że większość naszego społeczeństwa. 
 "Bóg, kasa i rock'n'roll" to rozmowa dwóch bardzo inteligentnych mężczyzn, mężczyzn jakby z dwóch innych światów, potrafiących pokonać te różnice i mogących prowadzić ze sobą naprawdę produktywny dialog.
Dialog, którego nie sposób nie chcieć poznać, któremu oprzeć się nie można i który czyta się tak, jakby się go słuchało- bezpośrednio od jego autorów. Dialog, który kipi inteligencją, wiedzą, chęcią zrozumienia poglądu rozmówcy, dystansem i ogromnym humorem. Coś takiego po prostu staje się ucztą dla czytelnika.
I nie ważne czy jesteśmy z obozu Hołowni, czy z obozu Prokopa- ja po trochu stałam się członkiem i jednego i drugiego obozu. Argumenty Szymona Hołowni dotyczące  kościoła i wiary w Boga- przemówiły do mnie niemal zupełnie, ale próby ich podważenia przez Marcina Prokopa też do mnie przemawiały. I jak tu nie wejść jedną drogą do jednego obozu, drugą do drugiego? Po prostu z dialogów obu Panów zaczerpnęłam to co do mnie przemawiało najbardziej, to co zgadzało się z moim pojmowaniem poruszanych przez nich tematów.
Lecz nie chodzi , jak mi się wydaje, w tej książce o to by przystępować do któregoś z "obozów", chodzi o to by poznać zdania autorów, by zobaczyć, że te zdania mogą koło siebie egzystować, a ich autorzy mimo różnic mogą się akceptować, ba nawet przyjaźnić. Wszystko w zdrowych proporcjach - bez usilnego nawracania lub od wiary odciągania. Po prostu przedstawienie swoich argumentów, w kulturalny sposób, sposób, który nas czytelników mobilizuje do zastanowienia się nad swoją wiarą, nad swoimi poglądami, nad wartościami, które uznajemy - w świetle naszego współczesnego życia.
Książka - jak wspomniałam wyżej -uczta dla czytelnika, mobilizująca do myślenia, sprawiająca frajdę z możliwości z obcowania ze zdaniami sławnych panów (dla niektórych pewnie nawet autorytetów lub idoli), bez zbędnego zadęcia i blichtru sławy.

Naprawdę gorąco polecam! Po choinkę prezent rewelacyjny!
Prezent, za który wystawiam ogromną ******6****** i mam nadzieję, że dialog autorów zostanie jeszcze kiedyś rozwinięty...

A że czytałam ją najczęściej siedząc na mojej nowej podłodze- tam też i została sfotografowana. Tak jak i moja nowa podłoga, tak i książka podobała mi się bardzo. Prosta w formie, a jakże treściwa. :)

Gdyby ktoś chciał z nią posiedzieć pod choinką na przykład to o godzinie 11 pojawi się u mnie konkurs, w którym do wygrania między innymi ta książka.

A jeśli nie macie pomysłu jaki prezent bliskim pod choinkę sprawić, a moje argumenty zachęcające do tej książki do Was nie przemówiły dostatecznie mocno to zachęcam ze skorzystania z WYSZUKIWARKI PREZENTÓW ZNAKU - sama sprawdziłam i z czystym sumieniem mogę polecić- naprawdę fajna sprawa! Dodatkowo możecie za pomocą tego "urządzonka" sami opublikować na stronie FB książki, które chcecie dostać- czasem warto podpowiedzieć bliskim o czym się marzy...ja podpowiedziałam, zobaczymy czy załapią po świętach.
A tak prywatnie czujecie już atmosferę świąt? Ja tak średnio, ale zaplanowałam już jaka książka mnie w nią wprowadzi- szczegóły wkrótce:)

Sz. Hołownia, M. Prokop, "Bóg, kasa i rock'n'roll", Wyd. ZNAK, Kraków 2011, s. 334

niedziela, 4 grudnia 2011

"Podróże małe i duże czyli jak zostaliśmy światowcami" Wojciech Mann, Krzysztof Materna


Wojciech Mann i Krzysztof Materna- dwóch przezabawnych i bardzo charakterystycznych panów. Znają ich pewnie wszyscy, lubią liczni, a teraz dzięki tej książce mogą poznać ich relacje z podróży, które kiedyś odbywali- razem lub osobno.
Książka całkiem przyjemna. Bardzo w stylu obu Panów. Opowiadają nam o swoich podróżach, które odbywali w czasach PRL-u. Co łatwym nie było, jednak im się udawało.
Opowiadają o tym razem i osobno, raz jeden, raz drugi, a czasem na przemian.
Opowiadają o tym wszystkim ze sporą dawką humoru, czasem z przymrużeniem oka, a czasem zupełnie serio.
Po prostu wspominają. Na przykład swoją podróż sławnym "Stefanem Batorym", pracę w Stanach Zjednoczonych, wakacje w Acapulco czy wrażenia z wyścigów Formuły 1 w Budapeszcie itp.
Jednak absolutnie nie można powiedzieć, że jest to książka podróżnicza. Owszem jest o podróżach, owszem jest parę ciekawostek na temat odwiedzanych przez Panów miejsc, lecz opowieść autorów traktuje o tym jak oni te miejsca odbierali, co w nich robili i dlaczego się w nich znaleźli. Jak stawali się "światowcami"- a w tamtych czasach spokojnie mogli siebie tak nazywać.
Do tego książka ta rewelacyjnie ukazuje ich relacje względem siebie, ale też i innych. Bo oprócz miejsc, które odwiedzili wspominają też ludzi, których na swej drodze spotkali. Swoich przyjaciół i ludzi poznanych przypadkowo. I to dla mnie było właśnie ciekawe.
Docenić też muszę sposób wydania owej książki. Po pierwsze twarda solidna oprawa, po drugie dużo ciekawych zdjęć- min. z archiwum autorów- ilustrujących to o czym czytamy oraz ciekawa szata graficzna. Naprawdę ciekawie wydane, w miarę ciekawe wspomnienia autorów.
Polecam - przede wszystkim fanom Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny. Ale nie tylko. Ja na przykład obu Panów znam, fanką jestem taką umiarkowaną, a z czytania tej książki miałam dużo przyjemności. Może dlatego, że sporo jej autorzy poświecili USA, a to kraj, którym się trochę fascynuję, a może dlatego, że czyta się błyskawicznie, mają wrażenie, że autorzy piszą dla nas i do nas. Niczego więcej nie oczekiwałam, bo do tego typu książek podchodzę z dawką rezerwy. Tym razem, ani się nie rozczarowałam, ani specjalnie się nie zachwyciłam.
Stawiam więc *****5*****, z zastrzeżeniem, że to słaba piątka, podciągnięta przez sposób wydania.
Zdjęcie książki wśród kartonów- to mi ostatnio towarzyszyło najczęściej przy czytaniu książki. 

Jak widzicie wróciłam. Piszę do Was już prosto z mojego nowego biurka.
Spod ogromu kartonów się już prawie wygrzebałam, choć przeprowadzka i "udomawianie" swojego mieszkania to nie prosta sprawa, i tak jestem tym zachwycona. I choć końca nie widać...to i tak się cieszę.
Wkrótce mam też dla Was konkurs- właściwie już na dniach- w którym do wygrania między innymi ta książka. Szczegóły niebawem.
Przypominam Wam też, że tę i inne książki z Wydawnictwa ZNAK możecie kupić 30% taniej, przy użyciu kodu rabatowego (kod: achyochy). 
A teraz wracam do kolejnego duetu - tym razem Hołownia i Prokop na tapecie. I szepnę Wam już, że jest wyśmienicie- tak jak się spodziewałam, że będzie.







W. Mann, K. Materna, "Podróże małe i duże czyli jak zostaliśmy światowcami", Wyd. ZNAK, Kraków 2011, s. 208.

sobota, 26 listopada 2011

dzień zero:)

KOCHANI :)
nastał upragniony dzień zero, przeprowadzam  się
w końcu na swoje...
znikam stąd na chwilę , ale wrócę
przez jakiś czas pewnie nie będę miała internetu.
Musze poukładać (dosłownie i w przenośni) swój świat...i wrócę!

sobota, 19 listopada 2011

"Obiecaj mi" Richard Paul Evans


Dziś skończyłam czytać książkę, która pozwoliła mi się przy sobie zrelaksować, pozwoliła mi dać się porwać przedstawionej w niej historii i tą historią magiczną mnie zauroczyła. Dawno już nie byłam tak zauroczona zwykłą książką, dawno już książka o miłości (bo o tym przede wszystkim opowiada "Obiecaj mi") tak bardzo mnie nie zainteresowała i wzbudziła we mnie duży zachwyt. Taką zwykłą historią o miłości, która ma w sobie tyle magi i nieprawdopodobieństwa, że nie powinnam w sumie nazywać jej zwykłą.
Swoją drogą dosyć dawno też czytanie książki nie sprawiło mi tyle przyjemności i odprężenia. Cieszę się więc, że ową lekturą się nie rozczarowałam, a jej autora po raz kolejny mogę pochwalić za to, że potrafi pisać o kobietach i dla kobiet naprawdę wspaniale. Lekko nierealnie, lecz naprawdę na dobrym poziomie.
I z każdą jego książką przekonuję się do niego coraz bardziej.
"Obiecaj mi" to historia Beth. Kobiety, której poukładane z pozoru życie rozsypuje się w pył, a wszelkie obietnice, które ktoś jej kiedyś złożył wydają się być głupim żartem. Musi zmierzyć się ze zdradą, opuszczeniem, chorobą bliskich i codziennością która nie wydaje się być już tak przyjazna jak kiedyś. Czy wtedy można mieć jeszcze nadzieję? Nadzieję na poprawę? Nadzieję w możliwość zaufania drugiemu człowiekowi? Nadzieję na miłość?
Można! A nawet jeśli się jej nie ma to czasem ktoś w magiczny sposób może spowodować, że znowu zaczniemy ją mieć. Tylko kto i jak? I czy obietnice złożone przez tę osobę będą dotrzymane i tak ważne dla Beth jak powinny być?
O tym przeczytacie w książce i nie tylko o tym... na blisko 300 stronach mam nadzieję, że i Wy odnajdziecie coś dla siebie. Obiecać Wam tego nie mogę, ale obiecuję, że warto spróbować.
Ja mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że "Obiecaj mi" to pozycja przy której odpoczęłam, wzruszyłam się, zdenerwowałam i uśmiechnęłam. Tego akurat potrzebowałam. Przy blasku i cudnym zapachu świec, z książką w ręku odbyłam podróż do trochę nierzeczywistej krainy ..., i tylko brakowało mi gorącej kąpieli z dużą ilością piany...lecz jestem już sobie sama winna. Czasem pochłonięcie książki zanim wanna napełni się wodą nie pozwala na zrealizowanie planu. A plan był właśnie taki: kąpiel, świece i książka. Jednak po prostu się w niej zaczytałam...
Taki efekt daje dobra lektura. Bardzo dobra. Książka której stawiam porządną ******6******.

Co ciekawsze będzie można powalczyć o książkę (i nie tylko o nią) u mnie niebawem w zorganizowanym tu (dzięki panu Tomkowi ze Znaku) losowaniu. Ale o nim za jakiś czas.
Tymczasem jeśli Was zachęciłam do przeczytania jej, to możecie ją nabyć na stronie ZNAKU, z 30% zniżką. Wystarczy wpisać kod rabatowy achyochy przy dokonywaniu zakupów i jest taniej. Na tę i inne pozycje. Choć jak widzicie tę polecam Wam szczególnie.
Z kodu można korzystać wielokrotnie, do 15 grudnia włącznie.
Mam nadzieję, że komuś się przyda!

R. P. Evans, "Obiecaj mi", Wyd. ZNAK literanova, Kraków 2011, s. 296 

piątek, 18 listopada 2011

"Strzeż się psa. Psi kryminał" Izabela Szolc


Albrecht.
Canis lapus. Pies domowy.
Pies św. Huberta. Bloodhound.
Pies szukający zaginionych dzieci, tropiący kryminalistów i zbiegłych niewolników.
Główny bohater książki Izabeli Szolc "Strzeż się psa. Psi kryminał".
Książki specyficznej, jak i sam bohater.
Bo Albrecht (cóż za urocze imię), dla przyjaciół Al, jest i głównym bohaterem książki i jej narratorem. Dzieli się z nami spostrzeżeniami na temat postrzegania przez siebie świata ludzi i psów oraz rozwiązuje zagadkę kryminalną. Psią zagadkę. W którą zamieszani są ludzie.
Na co dzień Albrecht żyje sobie ze swoją właścicielką Laurą w małej kawalerce, wiedzie dosyć dobry żywot, problemów nastręczają mu tylko podboje miłosne Laury. Ale i to nie rujnuje jego życia. Ma co jeść, ma gdzie się wybiegać, ma swoich psich przyjaciół, psie radości i problemy.
Ot, poznajemy kilka dni życia psa, z perspektywy samego psa właśnie.
Choć wcale znowu to nie takie "ot". Bowiem przemyślenia Albrechta są zupełnie poważne, momentami wręcz filozoficzne, a wątek kryminalny wydaje się być dosyć mocno skomplikowany.
Jednak  Albrecht wykazuje się też sporym poczuciem humoru, dystansem i ogromną wiedzą na tematy kulturalne i nie tylko. Niebywałe jak na psa. Jak widać Albrecht jest psem lekko ekscentrycznym i zarazem, co dziwne, zupełnie normalnym.
Czy Wam się Albrecht spodoba? Nie wiem, jednak myślę, że warto spróbować go poznać, wrażenia niezapomniane. Mnie samej Al przypadł do gustu, choć gdy myślę o książce jako o całości przede wszystkim na końcu języka mam słowo "dziwna". Ale czasem coś co dziwne też wywołuje u mnie pozytywne emocje i całkiem dobry odbiór. Zmuszą mnie to do głębszego zastanowienia się właśnie nad tym odbiorem. A myślenia przecież nigdy za dużo!
Książka "Strzeż się psa. Psi kryminał" dostaje więc ***3***. Postanawiam jednak kiedyś wrócić do rozważań Albrechta i może uda mi się odkryć dlaczego książka wydaje mi się dziwna. A wtedy może i ocena wzrośnie. 
Jeszcze chciałabym Wam wspomnieć, że tantiemy z tej książki pani Izabela Szolc w całości przeznaczyła na fundację "Viva!", a sama książka ma być hołdem dla psiej inteligencji- i myślę, że jest!
Ja zaś za swój egzemplarz dziękuję Wydawnictwu Oficynka.


I. Szolc, "Strzeż się psa. Psi kryminał", Wyd. Oficynka, Gdańsk 2011, s. 168.

wtorek, 15 listopada 2011

"Labirynt kłamstw" Tess Gerritsen


Niestety skłamałabym jeśli napisałabym, że ta książka mi się podobała. Wystarczająco dużo kłamstw kryje się pod samym książki tytułem.
Moje pierwsze spotkanie z Tess Gerritsen wypadło kiepsko. Co mnie bardzo dziwi, gdyż znam pewną osobę, która tę autorkę mi polecała. I de facto można powiedzieć, że osóbka zna się na rzeczy...
Może zaczęłam od nieodpowiedniej książki. A właściwie książek. Bo "Labirynt kłamstw" to dwie książki w jednej. Najpierw mamy "Telefon o północy", następnie "Bez odwrotu". Wydawnictwo Mira postanowiło wznowić pierwszych osiem powieści sensacyjno-kryminalnych autorki. Powieści sensacyjno-kryminalnych z wątkiem romansowym.
I to ten wątek romansowy w obu książkach mi przeszkadzał najbardziej i to on chyba zadecydował od moim złym odbiorze tomu "Labirynt kłamstw". Zbyt słodko, irracjonalnie ("kocham cię" mówione po dwóch dniach znajomości), bezsensownie i groteskowo (według mnie) opisane sceny miłosne. Cóż to nie dla mnie. Nie dla mnie spijanie sobie z dziobków, gdy za oknem zawierucha bomb i kul z pistoletów, gdy z każdej strony może nadejść niebezpieczeństwo, a bohaterowie nagle postanowili sobie wyznać miłość. I te poświęcenia dla miłości, do osoby, którą poznało się "dwadzieścia minut" temu. No coś strasznego. I choć nie raz z takim wątkiem w powieściach kryminalnych się spotkałam to tutaj raziło mnie to ogromnie i nie potrafiłam sobie wytłumaczyć pewnych zachowań bohaterów.
Natomiast sam wątek sensacyjno-kryminalny niczego sobie. "Telefon o północy" to połączenie afery szpiegowskiej z odkrywaniem kolejnych kłamstw, w których żyła główna bohaterka. Odkrywa ona bowiem, że jej mąż nie był tym za kogo się podawał, a ona sama nagle jest w ogromnym niebezpieczeństwie.
"Bez odwrotu"- to znacznie lepsza historia o tym jak jedno wydarzenie może zmienić nasze życie, jak dzięki jednemu wydarzeniu możemy zostać wciągnięci w afery i sprawy o których może nam się tylko śnić.
Catherine Weaver nawet nie zdaje sobie sprawy, że dzięki temu, że uratowała komuś życie, może własne życie stracić. A wszystko to powiązane jest z nielegalną produkcją broni biologicznej.
I tak się to kręci. No cóż po raz kolejny powtórzę nie dla mnie ta książka, a miałam wobec niej tak duże nadzieje...
Stawiam więc tylko **2**, lecz mam nadzieję, że może Wam uda się znaleźć w tych historiach coś dla siebie. Ja jak widać niczego dla siebie interesującego nie dostrzegłam. I tak bywa...
Szkoda mi ogromnie, że musiałam tę książkę przedstawić w tak ciemnych barwach, ale tak jak mówiłam...i tak bywa.





T. Gerritsen, Labirynt kłamstw, Wyd. MIRA, Warszawa 2011, s. 443

środa, 9 listopada 2011

Targi i spotkanie (skrót) plus stosik na osłodę

Od paru dni zbieram się do spisania relacji z Targów Książki w Krakowie. I zebrać się nie mogę.
Bo cóż o nich napisać? Że panował wszechobecny zaduch, że ścisk był ogromny i że mimo to uwielbiam atmosferę Targów? W tym roku podeszłam do nich znacznie spokojniej niż w tamtym roku. Nie miałam parcia na autografy autorów, nie zbierałam zakładek i ulotek od wydawnictw, nie kupowałam jak szalona i szczerze powiedziawszy nie zwiedziłam zbyt wielu stoisk. Mimo to jestem zadowolona, choć lekki niedosyt czuję (lecz niedosyt ten mam tylko z własnej winy i już). Mam też dzięki temu plan na przyszłoroczne Targi.
Więc o Targach tyle.
Po sobotnim buszowaniu po hali targowej odbyło się spotkanie blogerów. Ja jestem z niego bardzo, bardzo, bardzo zadowolona. Nie dość, że frekwencja dopisała (naprawdę spodziewałyśmy się z Claudette że będzie nas mniej) to do tego osoby przybyłe na spotkanie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Świetnie jest poznać osoby, których blogi czyta się właściwie każdego dnia, świetnie jest w końcu kojarzyć blog nie tylko z jego grafiką, ale i z twarzą oraz osobowością jego autora.
A gdy do tego ta osoba jest przesympatyczna i chciałoby się z nią nie tylko blogowo zaprzyjaźnić to już jest w ogóle bal....:)
zdjęcie zapożyczone od Claudette :)
Zatem jestem naprawdę zachwycona Wami - tymi którzy przybyli. I jak pisałam wcześniej mnie się bardzo podobało. A tym którzy ze spotkania naszego nie są do końca zadowoleni pozostaje mi życzyć by za rok też dali nam szansę i spróbowali się otworzyć na nas, a nie oceniać.

Na osłodę pokażę Wam jeszcze dwa stosiki, które uzbierałam od września. Jak zawsze mnie zachwycają. I jak zawsze wiem, że szybko ich nie przeczytam, ale wcale mnie to nie martwi. Grunt to mieć co czytać!
U mnie książek nigdy dość! I już!

Część oczywiście nabyłam sama, część od Wydawnictw- za co serdecznie dziękuję!






Mam nadzieję, że osłodziłam Wam ten jesienny wieczór i wracam do czytania.
Pozdrawiam Was serdecznie!

wtorek, 8 listopada 2011

"Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" Małgorzata Gutowska-Adamczyk


Uwielbiam gdy czytanie książki jest dla mnie przygodą. I nie koniecznie chodzi mi o jakieś czytelnicze podróże, jakieś szybkie zwroty akcji czy zapierające dech w piersiach wydarzenia. Czasem przygodą staje się czytanie o zwykłych losach ludzi na tle zmieniającej się historii, losach zwykłych, które wcale takimi zwykłymi nie są, a czytanie o nich to jakby w nich uczestniczenie.
Tak właśnie odbieram serię pani Małgorzaty Gutowskiej -Adamczyk "Cukiernia pod Amorem".

Po zapoznaniu się z losami Zajezierskich i Cieślaków czas przyszedł na bliższe spotkanie z Hryciami oraz rozwiązanie zagadki tajemniczego pierścienia. Bo "Hryciowie" to niestety ostatni tom "Cukierni pod Amorem". Niestety bo chętnie przeczytałabym jeszcze z trzydzieści.
I szczerze... chyba podobał mi się najbardziej. Może przez to, że w losy bohaterów już wrosłam, że zaprzyjaźniłam się z nimi i bardzo mnie intrygowali ?
A może dlatego, że autorka odpowiedziała w tym tomie na wiele pytań, które krążyły w mojej głowie, ale i parę zostawiła bez odpowiedzi lub z odpowiedzią dwuznaczną. Dlatego absolutnie nie mogę czuć niedosytu- wszystko ułożyło mi się w zgrabną całość i zaspokoiło moje wymagania w (o dziwo!) stu procentach!
Do tego przekonałam się, że pani Małgosia jest dla mnie autorem kompletnym, który potrafi tak wciągnąć czytelnika w stworzony przez siebie świat, że świat realny przestaje istnieć, a żyjemy losami jej bohaterów. Bo czyż normalnym jest, że na kolejne tomy "Cukierni pod Amorem" czekałam jak na datę własnego ślubu?
Czy normalnym jest, że jak dostawałam w swoje łapki kolejne tomy to rzucałam wszystko i czytałam, czytałam, czytałam....wcale nie chcąc skończyć czytania. Delektowałam się każdym wątkiem, wyobrażałam sobie każdą postać ze szczegółami i zachwycałam się każdym opisem tła wydarzeń.
I czy normalnym jest, że gdy skończyłam ostatni tom to miałam i łzy w oczach, i ogromny uśmiech na twarzy - bo zarazem żałowałam, że skończyłam i cieszyłam się, że wyjaśniło się w książce tak wiele - wywołując u mnie uczucie dopełnienia ?!
Nie z każdą książką tak mam, właściwie mogę rzec, że z niewieloma! 
Tak to wszystko przekonało mnie, że wśród wielu autorów pani Małgorzata Gutowska-Adamczyk będzie tym o którym będę zawsze mówiła, że ma klasę i dar - dar stworzenia historii od podstaw, dar wciągnięcia czytelnika w świat swoich powieści dogłębny i umiejętność takiego opowiadania o losach ludzi, jakbyśmy ich mieli obok siebie i jakbyśmy ich znali od dawna. Bo czyż nie znajdziemy wśród cech bohaterów "Cukierni" cząstki siebie? Ja znalazłam. Nie wyjawię Wam z kim było mi najbardziej po drodze, to pozostanie moją słodką tajemnicą.
A Wam radzę, jeśli jeszcze nie wstąpiliście do "Cukierni pod Amorem" to zaopatrzcie się w pyszną szarlotkę (lub inny wypiek, u mnie tym razem królowała mamina szarlotka) i dajcie się porwać autorce! Warto! Przywiązanie gwarantowane!
Oczywiście moją swoistą laurkę dla tej książki (i nie boję się użyć tu słowa "laurka" bo to opinia szczera i w pełni oddająca moje zachwyty) musi zakończyć ocena! Jak się domyślacie pełna, solidna ******6******. Za to, że "Cukiernia pod Amorem. Hryciowie" jeszcze bardzie podniosła rewelacyjny poziom serii oraz zainteresowała mnie jak pisałam wyżej najbardziej!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak się cieszę mogąc wystawić taką notę! Na koniec rzeknę więc "ach" i "och" dla podkreślenia moich zachwytów i wiernie będę czekała na kolejne książki autorki, bo myślę, że czymś jeszcze nas zaskoczy!

M. Gutowska-Adamczyk, "Cukiernia pod Amorem. Hryciowie", Wyd. Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s. 504

wtorek, 1 listopada 2011

"Okno z widokiem" Magdalena Kordel


Widok z "Okna z widokiem" należy do tych od których może nie nie można oderwać wzroku, ale na pewno jest to widok bardzo urokliwy i budzący ciepłe uczucia. Autorka roztacza przed nami wizję bardzo urokliwej miejscowości, w której żyją normalni ludzie z normalnymi problemami. Życie po prostu.
I choć może w życiu nie wszystko układa się tak gładko jak w "Oknie z widokiem" to czyż zawsze musimy podkreślać złe strony naszej egzystencji, a tymi dobrymi nie możemy się zachwycać bezkarnie? Możemy!
I może się nam o tym jeszcze całkiem przyjemnie, lecz wcale nie za słodko czytać.
Przykładem jest ta książka. Oczywiście w "Oknie z widokiem" wszystko zaczyna się od problemów. Główna bohaterka - Róża- wyjeżdża na wieś do swojej babci nie bez powodu- ucieka przed tym co wydarzyło się w jej życiu. Jest pewna, że w swojej rodzinnej miejscowości odpocznie, choć na chwilę zapomni o problemach i poukłada sobie wszystko jak należy. Tak też i się stanie!
Lecz po drodze wydarzy się naprawdę dobra historia o której sobie poczytamy. Bo to nie tylko książka o "odnajdywaniu spokoju na wsi", lecz całkiem zabawna historia tej wsi, ludzi w niej mieszkających i ludzi do niej przyjeżdżających. I choć czasem absurdalność wydarzeń jest męcząca to warto wziąć poprawkę na swój odbiór i pozwolić się sobie samemu przy książce dobrze bawić. Pozwolić sobie w uwierzenie, że taka historia może być prawdziwa, a jeśli nawet nie jest to czy nie byłoby pięknie gdyby była?
Nie czytałam wcześniej książek pani Magdaleny Kordel, ale jeśli są podobne do "Okna z widokiem" to na pewno po nie sięgnę. W momencie, gdy świat będzie wydawał mi się zły i będzie mi brakowało wiary w pozytywne zakończenia.Bo mam wrażenie, że książki tej autorki mają właśnie na celu podniesienie nas na duchu i naładowanie nas pozytywną energią. Tak też mówi sama autorka we wstępie do czytelnika "cóż ja mogę poradzić na to (...), że lubię szczęśliwe zakończenia i wierzę w nie?". 
Pani Magdo i bardzo dobrze! W życiu nie można tylko układać czarnych scenariuszy! Nawet ja, raczej życiowa realistka-pesymistka uwierzyłam w przedstawioną przez panią historię i dobrze się przy niej bawiłam. Za co dziękuję.
A książkę wstawiam na półkę z oceną ****4****- co wcale nie oznacza, że książka jest tylko dobra, jest bardzo dobra, lecz nie aż tak jak te na piątkę.
Mam nadzieję, że zachęciłam Was do sięgnięcia po tę książkę, czasem warto sięgnąć po książkę, po którą wydawałoby się nie sięgnelibyśmy nigdy.
Całkiem dobra książka kryje się za firanką okładki. A sama okładka bardzo urocza i delikatna- znowu mogę z czystym sumieniem pochwalić Wydawnictwo SOL.









M. Kordel, "Okno z widokiem", Wydawnictwo SOL, Warszawa 2011, s. 302

niedziela, 30 października 2011

SPOTKANIE -TARGI KSIĄŻKI W KRAKOWIE

Wszyscy drodzy blogerzy i książkoholicy, jak wiecie za niecały tydzień rozpoczynają się Targi Książki w Krakowie. Jeśli znudzi się Wam buszowanie między stoiskami targowymi, poczujecie konieczność odsapnięcia, napicia się dobrej kawy, a przy okazji porozmawiania o książkach i nie tylko to mamy dla Was (my, czyli: Kaś i Claudette) propozycję nie do odrzucenia :)

Wszystkich przybyłych na Targi zapraszamy na spotkanie blogerów książkowych, które odbędzie się w sobotę, 5 listopada b.r. o godzinie 16:30 w kawiarni TriBeCa Coffee przy Rynku Głównym 27. 
W kawiarni tej mamy już zarezerwowany stolik, znajduje się ona w pobliżu Ratusza oraz pomnika-Głowy, niedaleko ulic Św. Anny i Wiślnej, dla zorientowanych też tuż obok Piwnicy pod Baranami i kawiarni Vis-a-vis :)

W razie jakichkolwiek pytań proszę o kontakt, najlepiej na maila: landrusk@gmail.com.  
Pozdrawiam i jeszcze raz serdecznie zapraszamy!!!
(identyczny post ukarze się na blogu Claudette- na który Was serdecznie zapraszam, jeśli jeszcze tam nie zawędrowaliście - Claudette kochana dziękuję za możliwość wykorzystania twych słów!!!) :) 

piątek, 28 października 2011

"Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego" Magdalena Grzebałkowska


Są takie książki, których czytanie sprawia tak ogromną przyjemność, że gdy pomyślimy, że może się ona skończyć to...odkładamy książkę... dawkujemy sobie ją po rozdzialiku, czytamy parę razy jedno zdanie, niespiesznie muskamy okładkę, wąchamy papier z którego jest zrobiona. Podsumowując- celebrujemy każdą chwilę z książką.
Jedną z takich książek w moim życiu była ( i w sumie nadal jest, bo to książka do której będę wracać, choćby po to, żeby ją przeglądać, muskać i wąchać) książka Magdaleny Grzebałkowskiej "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego".
Czytałam ją bardzo długo, lecz o dziwo nie przeszkadzało mi to tylko mnie cieszyło. Zresztą to taka książka nad którą warto się pochylić w zadumie i celebrować każde zdanie. Czytanie sprawiało mi tak dużą przyjemność, że wręcz się denerwowałam gdy ubywało kartek. Zatem mogę z czystym sumieniem rzec, że jest to jedna z "tych" książek.
Jednak pisanie o takiej książce już nie jest łatwe. Mam co do tej książki tyle uczuć, tyle mam wrażeń z jej przeczytania, że nie sposób ubrać tego wszystkiego w odpowiednie słowa. Bo zwykłe określenia mogą nie oddać tego zachwytu, który mi towarzyszył przy poznawaniu biografii księdza Twardowskiego, przy poznawaniu go z trochę innej strony niż dotychczas go znałam.
Myśląc o ks. Janie Twardowskim nie sposób pozbyć się z głowy pierwszej myśli, zdania..."Śpieszmy się kochać ludzi..." i w sumie dlaczego mamy się tej myśli pozbywać?
Bo to poeta nie tylko tej myśli. Bo to nie tylko Ksiądz od Biedronek, nie tylko od wierszy dla dzieci, nie tylko od postrzegania go jako księdza od sentymentalnych wierszyków. I owszem zawsze z tym cytatem będzie kojarzony, ale warto też zwrócić uwagę na inne aspekty jego osoby. Na te aspekty, które zwróciła uwagę pani Magdalena Grzebałkowska.
Autorka pokazuje księdza Jana jako może nie zwykłego człowieka, ale właśnie jako człowieka przede wszystkim. Człowieka z zaletami i z wadami, z problemami i troskami, z nieporadnością, a z drugiej strony z ogromną życiową mądrością.
Nie bez powodu tytuł książki to Ksiądz Paradoks, bowiem autorka ukazuje wiele cech poety, które się de facto wykluczają, lecz u niego potrafiły iść w parze i to właśnie tworzyło jego osobowość.
Pani Magda Grzebałkowska wykonała naprawdę dobrą pracę! Jestem pod wrażeniem jej uporu, jej chęci stworzenia tej książki, wbrew przeciwnościom, które zewsząd  na nią spadały.
Bowiem gdy czytamy jej książkę mamy wrażenie, że nie było jej łatwo zdobywać wiadomości o swoim bohaterze. Wręcz zarzucano jej, że napisanie tej biografii się nie uda. Mimo to dotarła do wielu osób, które w życiu księdza Twardowskiego odegrały jakąś rolę i udało jej się zdobyć wiele wiadomości, które pomagają nam dostrzec coś więcej  niż tylko księdza, który pisał wiersze. Dostrzegamy właśnie dzięki niej po prostu CZŁOWIEKA, pełnego sprzeczności, wymykającego się schematom, w których wypadałoby mu żyć.
I to w tym wszystkim podobało mi się chyba najbardziej. Bo nie czytałam tylko o sławnym księdzu-poecie, lecz także o zwykłym człowieku, z jego ułomnościami i zwykłą codziennością. Tak jak chciałabym móc go poznać. Nie tylko od tej sławnej strony, lecz od tej zwykłej, codziennej też.
Pani Magdaleno bardzo dziękuję za tę możliwość.
I choć pewnie nie powinno się oceniać biografii w jakiejś tam achoochowej skali, to i tak pozwalam sobie postawić ogromną ******6******, za te wszystkie emocje, które we mnie książka wywołała, za zachwyt, który niczym nie został zmącony.

Zaś Wydawnictwu ZNAK chcę ogromnie podziękować za możliwość przeczytania tej wspaniałej książki, za to, że tak pięknie została ona wydana i za to, że ją mam u siebie na półce.
Będzie to jedna z ważniejszych dla mnie książek.












M. Grzebałkowska, "Ksiądz Paradoks. Biografia Jana Twardowskiego", Wyd. ZNAK, Kraków 2011, s. 376

niedziela, 23 października 2011

"Rzeka zimna" Magdalena Kawka


Choć ostatnio czasu  u mnie na czytanie okrutnie mało to odłożyłam na bok wszystkie porozpoczynane lektury (a jeszcze niedawno zarzekałam się, że nie będę czytać kilku książek na raz! pac po łapkach powinnam sobie zrobić) i dałam się porwać nurtowi "Rzeki Zimna" Magdaleny Kawki.
A nurt szybki, z paroma porządnymi zakrętami, z paroma przestojami, z głębinami i płyciznami- jak na rzekę przystało. I to wszystko naprawdę w pozytywnym słów owych znaczeniu!
Do tego tematyka, która zawsze wzbudza we mnie ogromne zainteresowanie - tematyka ludzkich zaginięć- choć nie do końca tak rozwinięta jak się spodziewałam, bo książka w trochę innym kierunku poszła.
Stąd właśnie te zakręty.
Przestoje z kolei w każdej książce lubię - bo lubię się rozsmakowywać opisami sytuacji, opisami krajobrazów, opisami bohaterów... tak czasem mam.
Głębiny dotyczyły zaś poruszanych w książce tematów - bo i temat zaginięć, i relacji między matką a córką, i trochę dotknięta tematyka uczuć w małżeństwie oraz, a właściwie przede wszystkim temat główny książki- którego tu nie wymienię, bo od razu zdradziłabym rozwiązanie zagadki.W każdym bądź razie autorce udało się zainteresować mnie nie tylko wątkiem kryminalnym, ale i obyczajowym. Ba... nawet do zastanowienia się głębszego nad pewnymi kwestiami autorka mnie zmobilizowała.
Natomiast płycizny w rzece uwielbiam (głębokiej wody się boję), może i dlatego tak tutaj mi nie przeszkadzały- choć w pewnym momencie miałam ochotę "palnąć" główną bohaterkę za nieostrożność. Do tego dosyć szybko domyśliłam się rozwiązania (ale ja i tak też często miewam).
Wszystko to jednak składa się na bardzo ciekawy kryminał obyczajowy - jak sobie pozwolę tę książkę nazwać. Kryminał, który z czystym sumieniem mogę polecić każdemu.
I choć troszkę nie zrozumiałam idei samego tytułu- to mam wrażeniem, że tymi moimi zdaniami, sama go sobie właśnie wytłumaczyłam. Co tylko dodało jeszcze książce kolejnego plusa.
Z panią Magdaleną Kawką mam zamiar się jeszcze przynajmniej raz spotkać (na półce czeka wygrana kiedyś "Alicja w krainie konieczności"), a pierwsze spotkanie oceniam na solidną *****5*****.
Dodam tylko jeszcze, że bardzo podoba mi się graficzna strona książki, duże litery, ciekawa okładka... naprawdę Wydawnictwo Sol się postarało. Prostotą też można wiele zdziałać! 
Za oknem (pewnie nie tylko moim) szaro, zimno i mgliście. Tylko gorąca herbata i dobra książka zaczynają mnie mobilizować do życia, więc i to najczęściej koło mnie ostatnio. Stąd i szarzyzny na zdjęciu i aromatyczna herbata z cytryną.
A teraz przypałętało się jeszcze jakieś przeziębienie, więc dziś żadnej kończyny spod koca i nosa z nad książki nie mam zamiaru wystawiać.

Może w końcu uda mi się nadrobić moje czytelnicze zaległości... ale wybaczcie, po prostu ostatnio najczęściej bywam w pracy i ....hipermarketach budowlanych...

Ps. Jak wiecie Targi Książki w Krakowie się zbliżają, razem z Claudette organizujemy spotkanie blogerów w sobotę po Targach. Tak jak w tamtym roku porozmawiamy o książkach, blogach i o nas samych.
Ja już się nie mogę doczekać!
Więcej szczegółów wkrótce - mam nadzieję, że jesteście zainteresowani!

M. Kawka, "Rzeka zimna",Wydawnictwo SOL, Warszawa 2011, s. 317

środa, 12 października 2011

"Świat według reportera-Szwecja" Piotr Kraśko


Czasem zupełnie niepozorna książeczka, na którą normalnie nie zwrócilibyśmy uwagi może okazać się strzałem w dziesiątkę. Może być zaskoczeniem, które pozytywnie zachęci nas do autora lub tak jak w tym przypadku zresztą też- serii książeczek, które przez autora pisywane są.
Bowiem książeczka "Świat według reportera -Szwecja" to jedna z siedmiu dotychczas wydanych przez National Geographic książeczek. Nieustannie używam słowa "książeczka", nie bez powodu. Inaczej tego ująć nie można, bo to mała książeczka, która bardziej przypomina broszurkę, niż książkę. I choć nie dużo w niej treści, bo zaledwie 93 mini strony, to wzbudziła we mnie ogromne zainteresowanie nie tylko pisywanym przez autora krajem, ale też tym jak autor pisze. Bo Piotr Kraśko kojarzył mi się tylko z reporterem i dziennikarzem TVP1, i choć pisarzem nazwać go dalej nie można, to stworzył naprawdę fajną książeczkę, która zasługuje na uwagę.
Moją uwagę przykuła przede wszystkim słowem "Szwecja" na okładce. Szwecja to jeden z moich wymarzonych kierunków podróży. Zawsze mnie tam ciągnęło, mimo raczej kompletnie nieprzyjaznej mi aury pogodowej. Mimo to zawsze ten kraj mnie fascynował. A po przeczytaniu spostrzeżeń pana Piotra moja chęć poznania choć ułamka tego miejsca, wzrosła do zenitu.
Co jeszcze przykuło moją uwagę? Świetny styl pisania autora - opowiada on z ogromnym luzem o historii tego kraju, o jego tradycjach, o ludziach, którzy go zamieszkują, miejscach, które są godne uwagi i fenomenie tak małej społeczności o taki silnie wykształconym optymizmie. Porównuje też inne kultury, kraje (w tym oczywiście Polskę) z Szwecją - i według mnie Szwecja wypada tu naprawdę często ciekawiej. Przynajmniej z mojego punktu widzenia.
A kolejne spojrzenia autora reporterskim okiem na inne kraje ciekawią mnie jeszcze bardziej. Zatem dążyć będę by i pozostałe mini książeczki w łapki dorwać. Na razie zaprenumerowaliśmy National Geographic- i myślę, że jest się z czego cieszyć :), a książka była dołączona do najnowszego numeru właśnie National Geographic.
Zaś co do oceny to mogę postawić tylko *****5*****, jednak trzeba brać poprawkę na to, że jest to bardziej reportaż z podróży niż książka pełna przydatnych informacji o kraju. Mnie się niemniej czytało ją świetnie, w tempie zawrotnym (droga na spotkanie - bardzo miłe zresztą) i chcąc więcej, a to dobry znak.

P. Kraśko, "Świat według reportera- Szwecja", Wyd. G+J, Warszawa 2011, s. 93

środa, 5 października 2011

Alessandro D'Avenia "Biała jak mleko czerwona jak krew"


Już na samym wstępie chciałabym napisać, że jest to książka zaskakująca.
Na samym początku zaskoczył mnie sposób narracji. Książka jest jakby pamiętnikiem (choć do końca nim nie jest) lub zapisem zwierzeń młodego chłopaka. Chłopaka, który wydaje się nam typowym nastolatkiem. Leo  - chodzi do szkoły, miewa konflikty z rodzicami, zajmuje się tym czym zazwyczaj zajmują się nastolatkowie, a oprócz tego jest zakochany.  Niby nic dziwnego, jednak Leo opowiada o tym wszystkim w jakiś magicznie przyciągający sposób. Z kartki na kartkę dowiadujemy się więcej o Leo i otaczającym go świecie i zaprzyjaźniamy się z nim. Zaczynamy go rozumieć, zaczynamy mu „kibicować” i jesteśmy ciekawi co stanie się dalej.  
 I tak jak to los lubi życie Leo i jego przyszłość, marzenia wystawione są na pewną próbę. Bowiem dziewczyna, w której Leo jest zakochany okazuje się być chora na śmiertelną chorobę. Jak Leo na to zareaguje, jakie będą jego dalsze kroki? Co się zmieni w jego życiu, kogo doceni, na kim się zawiedzie?  Jak potoczą się jego losy, czy będzie miał na nie wpływ i co wyda mu się ważne? Tego wszystkiego dowiadujemy się czytając.
To wszystko razem też mnie zaskoczyło. Do tego ciekawe porównania nawiązujące do kolorów, dosyć realnie opisana rzeczywistość nastolatków i wcale nie łatwy temat- wszystko to podane w bardzo przystępny, lecz nie za trywialny sposób. 
Myślę, że fabuła jest naprawdę interesująca.  Ja jeszcze nie spotkałam się z takim przedstawieniem tematu. Tematu wcale nie łatwego.  Bowiem chodzi tu o nastoletnią miłość. Zmierzenie się nastolatka z tematem śmierci oraz pojęcia przyjaźń i miłość. Owszem z pozoru wydaje się to tak za łatwo opowiedziane, jednak we mnie ta książka wzbudziła wiele emocji i zmusiła do przemyśleń.
Można się bowiem nad nią wzruszyć, można też roześmiać (jest parę naprawdę komicznych porównań) i można też zadumać. Myślę, że tego zwłaszcza dzisiejszym nastolatkom trzeba.
Książkę właśnie przede wszystkim kierowałabym do nastolatków. W czasach, gdy literatura młodzieżowa opływa wampirami, wilkołakami i innymi paranormalnymi postaciami, myślę, że ukazanie normalnych ludzi z ich codziennymi raz łatwiejszymi, raz trudniejszymi problemami jest naprawdę dobrym pomysłem.  
 I choć owszem nastolatką już nie jestem, lecz przesłanie książki do mnie trafiło. Myślę, że do wielu nastolatków też mogłoby trafić. Książka ta mogłaby by ich trochę sprowadzić na ziemię. 
Dodam jeszcze, że pozwoliłam sobie na podsunięcie książki 14 letniemu kuzynowi- który przeczytał ją błyskawicznie i … był nią zachwycony. A to mówi samo za siebie! 
Zdjęcia książki nie mam - bowiem czytałam egzemplarz recenzencki, jeszcze długo przed jej wydaniem.Od tego czasu nie przestałam o niej myśleć, lecz podjęłam decyzję, że opowiem Wam o moich wrażeniach z tej lektury w dniu jej premiery! Tak i uczyniłam. 
Zatem polecam gorąco! Stawiam ******6******, więc nota mówi sama za siebie. :)  
A tak poza tym, bardziej prywatnie to mam jakiś kryzys czytelniczy. Książki mi się piętrzą, a ja najchętniej spałabym tylko, mój zegar biologiczny szwankuje, bo za oknem robi się już ciemno po 19...i to mnie ku kołderce pcha i oczy mi zamyka. Ze zmęczenia, od nawału rzeczy, które się ciągle około mnie dzieją... z moim udziałem aktywnym lub nie, ale się dzieją. 
Do tego czytam biografię ks. Twardowskiego, której nie mam ochoty skończyć (bo jest tak dobra) i nad którą skupiam się dłużej niż zwykle... 
Jednak czytania i bloga nie zamierzam porzucać, co to, to nie!

A. D'Avenia "Biała jak mleko, czerwona jak krew", Wyd. Znak, Kraków 2011, s. 312


sobota, 24 września 2011

"Pewna forma życia" Amelie Nothomb


Drogi Przyszły Czytelniku !
Zapewne znasz tę specyficzną autorkę, jaką jest Amelie Nothomb. Pewnie zetknąłeś się z choć jedną z jej wielu książek lub może przeczytałeś jakąś opinię o nich. Masz też pewnie dzięki temu wyrobioną opinię na temat autorki i jej książek.
Ja też taką miałam. Mianowicie uważałam, że to jedna z moich ulubionych pisarek, a jej książki, choć podane w minimalnej formie, wiele wnoszą do mojego czytelniczego żywota. Ich specyficzność właśnie polega na tym, że są raczej krótkie niż długie, ale niezmiernie treściwe i zaskakujące. Takie odczucia miałam przy niedawno czytanej przeze mnie "Podróży zimowej", tak też miałam przy "Kwasie siarkowym", podobnie został odebrany przeze mnie "Antychrysta".
Zapytasz pewnie jak więc odebrałam "Pewną formę życia". I tutaj nie jestem w stanie szybko udzielić odpowiedzi. Bo "Pewna forma życia" jest dla mnie książką zupełnie inną niż poprzednie książki autorki czytane przeze mnie. Zazwyczaj czytając je wciągałam się już na początku, a czytelnicze podniecenie trwało do ostatniej strony. Tym razem było inaczej.
Ale może od początku....
Amelie Nothom ponoć znana jest z tego, że często koresponduje ze swoimi fanami - czego dowód możemy znaleźć w tej książce. Pewnego dnia dostaje list, który bardzo ją zaskakuje. Nadawcą jest amerykański żołnierz stacjonujący od 6 lat w Iraku. I nie jest to typowy żołnierz (taki jakiego wyobrażenie się nam jako pierwsze nasuwa).
Malvin - bo tak nazywa się nadawca listów, waży około 200 kg i w ramach protestu przeciwko wojnie w której uczestniczy - objada się. A swoją nadwagę wręcz gloryfikuje.
W taki sposób poznajemy korespondencję między autorką, a tym specyficznym mężczyzną. Jednak po jakimś czasie Malvin milknie, a Amelie nie daje to spokoju. Postanawia się dowiedzieć cóż się stało. Jej odkrycie jest dosyć zaskakujące, a prowadzi do jeszcze bardziej zaskakującego zakończenia.
Tak więc Drogi Przyszły Czytelniku muszę Ci się przyznać, że początkowo nie byłam zaciekawiona tą książką, ba korespondencja między Malvinem a autorką wręcz mnie lekko nużyła. Do czasu jednak... bo i tym razem autorka pokazała mi, że potrafi mnie jeszcze zaskoczyć i to naprawdę ciekawie! Nie wiem skąd w jej głowie rodzą się tak szalone pomysły, ale niezmiennie jestem ich fanką! I myślę, że Ty, Przyszły Czytelniku też nim zostaniesz, jeśli tylko dałeś mi się przekonać, że warto sięgnąć po tę niepozorną książeczkę, z rewelacyjną okładką, która świetnie koresponduje z tym co jest w środku.
Polecam Ci zatem. Może przekona Cię jeszcze to, że oceniam moje spotkanie z tą książką na *****5***** i mam nadzieję, że pani Amelie Nothomb jeszcze nie raz mnie zaskoczy!

Twoja zaskoczona tym, że "znowu jej się podobało"
Fanka Amelie Nothomb i Wydawncitwa MUZA, które wydaje jej książki. :) 
Ps. Załączam też zdjęcie książki - w totalnie innym świetle niż wydawało mi się, że książkę odbiorę!





A. Nothomb, "Pewna forma życia", Wydawnictwo MUZA SA, Warszawa 2011, s. 111

środa, 21 września 2011

jesienne atrakcje :)

Kraków już ogarnięty jesienną aurą, ja zabiegana jak to bywa czasem u mnie o tej porze roku (początek pracy, masa spraw do załatwienia, krótsze dni), nie mogę rozpocząć dnia bez kubka kawy, a wieczorem coraz częściej sięgam po gorącą herbatę... tak jesień pełną parą nadchodzi.
Lecz (o dziwo!) wcale mnie to nie martwi jakoś bardzo. Bo jesienią jeszcze bardziej kocham książki. A gdy zapowiada się tyle książkowych atrakcji jak tej jesieni, to z radości ręce zacieram. Najpierw Targi Książki w Katowicach, potem w Krakowie, mam nadzieję, że i spotkania blogerów się uda zorganizować z tego powodu...., masa ciekawych premier i naprawdę dobre stosy, które już u mnie zdążyły się naczekać na czytanie, a i nowe przybywają. Oto i one...
Pokazuję Wam, bo któż inny to zrozumie... jak nie Wy?
Jak widzicie zaopatrzona jestem porządnie na tę jesień, a i pozycje z wcześniejszych stosów nieprzeczytane się znajdą.
Zatem jesień czytelniczo ciekawa się zapowiada. Oby tylko to wszystko czym ostatnio przywalona jestem się tak po prostu już "przewaliło" i siadam i czytam...z wspomnianą herbatą w ręce i kocem na nogach:) Ach... się rozmarzyłam.....
Co do jesiennych atrakcji to udało mi się też być na spotkaniu z panią Małgorzatą Gutowską-Adamczyk.
Często na takich spotkaniach nie bywam, ale postanowiłam to zmienić. To wspaniała okazja do poznania autora, jego stosunku do swoich książek, genezy ich powstawania i wielu, wielu ciekawostek o książkach, autorze i nie tylko. Spotkanie z panią Małgosią utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że ją uwielbiam. Naprawdę miły wieczór z wspaniałą autorką! I już!
A "Hryciów" się już doczekać nie mogę... i .... w piątek przesyłam przepis na jabłka w cieście francuskim (bo tylko takie jabłkowe czary mi się udają). Na blogu "Cukierni pod Amorem" więcej szczegółów, ale trzeba się spieszyć!
A na koniec na totalną osłodę zostawiam Was z mini-fotorelacją ze spotkania, które odbyło się w Filii nr 8 Nowohuckiej Biblioteki Publicznej, 19 września, około 18.00 ja i inne fanki "Cukierni" mogłyśmy porozmawiać z autorką. I choć jechałam tam całą godzinę,zmordowana po pracy, to było warto!
Pani Małgosiu DZIĘKUJĘ!

wtorek, 20 września 2011

"Cudowne życie Staśka i innych aniołów" Teresa Anna Aleksandrowicz


Ludzi starszych darzę ogromnym szacunkiem. Nie potrafię przejść obojętnie obok ich cierpienia, wzruszam się uśmiechem starszej pani, gdy pomogę jej wysiąść z tramwaju, a starszych panów po prostu uwielbiam za ten młodzieńczy błysk w oku, gdy prawią komplementy. Co ciekawsze czytając tę książkę spotkałam na swej drodze, a właściwie za swymi drzwiami dokładnie, panią która mogłaby być jedną z bohaterek. Pani pukając do mych drzwi poprosiła o pomoc, nie odmówiłam i cieszę się z tego ogromnie. Bo czasem takie prośby (zaskakujące swą bezpośredniością) mnie płoszą... ale nie o tym być miało.
O bohaterkach i bohaterach tej wzruszającej książki miało być. O ich losach usnutych w cudowną bajkę... opowieść o tym, że wszystko jest możliwe, niezależnie od wieku i statusu. I czy w to uwierzymy czy nie, warto choćby o tym poczytać.
"Cudowne życie Staśka i innych aniołów" wcale znamion cudownego życia z pozoru nie nosi...trzy starsze panie, emerytki i Stasiek - bezdomny poeta/filozof. Ich codzienne zmaganie się z życiem, biednym i raczej zimnym. Mimo to szalenie energicznym.
Bo bohaterki nasze w miejscu usiedzieć nie potrafią. A każda z nich w zupełnie inny sposób. Natalia - odważna i rezolutna, zakochana w książkach i muzyce, oddana przyjaciółka..., lecz i bardzo samotna osoba. Wanda - hm... ta to dopiero ziółko jest - wiecznie narzekająca, "schorowana", zmęczona i gderliwa, lecz tak urocza, że nie można jej cech nie polubić. I Marysia - zajmująca się wszystkimi w około, tylko nie sobą, dokarmiająca bezdomnych, marząca o tym by być komuś potrzebną... Obok nich jest i nasz tytułowy Stasiek, którego trzy starsze panie kochają jak własnego syna,opiekują się nim i próbują go odciągnąć od alkoholizmu. Ach...cóż za towarzystwo!
I tak mija ich życie z dnia na dzień, bez większych fajerwerków... widoków na przyszłość. Do czasu jednak... Do czasu, aż Natalia spotyka na swojej drodze niejakiego Anioła - a nawet razy dwa, a Stasiek odkrywa przypadkowo coś dzięki czemu i jemu "wyrastają skrzydła". I proszę to traktować jako sporą metaforę - lecz wydaje mi się, że bardzo trafną.
Życie staruszek i Staśka nabiera innych barw. Czy to ich "barwy", czy dzięki temu są szczęśliwi? Każdy może odpowiedzieć na to pytanie sobie sam, po przeczytaniu książki. Co gorąco polecam! Taka bajka każdemu od czasu do czasu się należy, każdy od czasu do czasu w taką bajkę spróbować powinien uwierzyć. A jeśli nawet nie uwierzy to czy my dorośli w dzisiejszych czasach nie potrzebujemy odrobiny baśniowych klimatów, odkrywających nas od naszych szarych ulic i głów pełnych spraw codziennych. I mimo, że bajkowość tej książki też splata się ciągle z tą szarą codziennością, to i tak wszystko to składa się na niezwykła książkę, z bajecznym zakończeniem i pewnie i morał jakiś dla siebie jesteśmy w stanie znaleźć...
Stawiam *****5***** i polecam! Porozglądajcie się czy przypadkiem w waszej codzienności nie ma takich anielskich, bajkowych chwil i zdarzeń...
Ja szukałam ich między nitkami babiego lata i kolorowymi liśćmi, na ławce w parku... czekając na autobus, w którym chętnie ustąpiłam miejsca miłej staruszce.., tak pozytywnie nastroiła mnie książka! 

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

T. A. Aleksandrowicz, "Cudowne życie Staśka i innych aniołów", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 432