piątek, 27 sierpnia 2010

"Zamówienie z Francji" Anna J. Szepielak


Pamiętam, że miałam  jeszcze niedawno taki okres, że w ogóle nie czytywałam książek polskich autorów. Nie pamiętam jak to się zaczęło, ale pamiętam, że miałam do nich ogromny awers. I nie pamiętam też dlaczego tak miałam.
Jednak pamiętam jak się skończyło- skończyło się ogromną chęcią na czytanie polskich pisarzy! Oj tak, wygłodnieniem totalnym.
Teraz wiem, że to były moje fanaberie, że jakoś sobie wyimaginowałam w głowie, że co polskie jakoś pewnie nie może być dobre, tudzież zachęcające. W ogóle myślę, że w tym okresie szukałam w książkach czegoś innego, niż szukam teraz.
Jakoś dziwnym trafem na przekór temu co kiedyś myślałam, ostatnimi czasy polscy autorzy mnie oczarowują.
Porwała mnie "Fastryga" Grażyny Jagielskiej, "Zaplecze Marty Syrwid oszołomiło, Marika Krajniewska w "Zapachu malin" poruszyła we mnie najdelikatniejsze struny....
A Anna J. Szepielak? Pani Ania mnie ukoiła. Oczarowała, zafascynowała i wciągnęła. A właściwie to co napisała na mnie tak wpłynęło.
"Zamówienie z Francji" to opowieść o młodej fotograficzce, która szuka swego miejsca w życiu. Boryka się z różnymi problemami, podejmuje różne decyzję i jakoś stara się z nimi żyć- z dnia na dzień...
Jednak pewnego dnia dostaje od szefa ciekawe zlecenie- ma zrobić zdjęcia do folderu reklamowego kwiaciarni "U Flory" - niby nic niezwykłego, ale...kwiaciarnia ta znajduje się w Francji i Ewa- główna bohaterka, ma na dwa tygodnie właśnie do Francji wyjechać.
Wyjeżdża. A to co ją tam spotyka przeradza się w ciekawą historię, pełną ciepła, przyjaźni i magii.
Ewa zostaje wplątana w historię starego rodu.... spotyka ludzi, których nie spodziewałaby się spotkać, otwiera się na nich i... zmienia się sama. Zaczyna inaczej myśleć o swoim życiu, zaczyna doceniać to co zostało jej dane, ale też zauważa potrzebę zmian.
Ja polubiłam bohaterkę już na samym początku, z każdą stroną się tylko do nie przekonywałam bardziej.Może dlatego, że przypominała mi mnie samą, a może bliskie były mi tylko jej poglądy?
Do tego Francja....lawenda...wino....hm... moją głowę zaprzątnęły marzenia... i jakiś taki spokój, który przy czytaniu książki towarzyszył. 

Jak widzicie książką jestem oczarowana. Zaczęło się od okładki, która jest po prostu cudna, a skończyło na rewelacyjnej historii.
Książkę oceniam na ******6****** i mam nadzieję, że pani Ania napiszę jeszcze więcej książek, które dane mi będzie przeczytać. Bo takich książek w moim przypadku nigdy dość!

GORĄCO POLECAM!
A i jeszcze nie odmówię sobie wpisania tu fragmentów, które mi się spodobały:
" Polacy są dość tradycyjnym narodem, dlatego sądzę, że większość rodzin w ten czy inny sposób zachowuje stare obyczaje. Nawet jeśli to są drobiazgi, jak wspólne obchodzenie świąt, tradycyjne potrawy czy przechowywanie pamiątek rodzinnych. Mimo zachwytu nad zdobyczami współczesności, coś się tam w nas kołacze (...). "

"Bywają przecież sytuacje, że człowiek rano budzi się spokojny i bezpieczny, a wieczorem spostrzega, że jego świat się zawalił. I wtedy przestaje się ufać życiu. A świat nabiera czarnych barw. Trudno jest żyć z wiecznym smutkiem na ramieniu." 

"...przeszkody są po to, żeby je pokonywać, a zasady po to, żeby je łamać. Inaczej świat stałby w miejscu."

niedziela, 22 sierpnia 2010

"Krzyk ciszy" Elizabeth Flock


Na okładce książki "Krzyk ciszy" dowiadujemy się, że jest to książka, która na długo zapada w pamięć. Czy na długo? Oj nie wiem niestety.
To nie jest zła książka, ale rewelacyjną bym jej też nie nazwała. Byłam chyba zbyt wymagająca wobec tej książki. Spodziewałam się czegoś "mocniejszego". Jednak mimo wszystko dosyć mi się podobało.
Przede wszystkim już na początku polubiłam główną bohaterkę. Przez co łatwiej mi było ją zrozumieć, chętniej stawiałam się na jej miejscu, właściwie nawet jej współczułam.
Czytając poznajemy Isabel Murphy, dziennikarkę telewizyjną, kochającą żonę i idealną córkę. Jednak nie jest to prawdziwa Isabel- prawdziwa Isabel boryka się ze swoją psychiką. Boryka się z życiem, które z boku wygląda na idealne, ale wcale takim nie jest - właśnie przez samą Isabel - postrzeganym.
Czytając towarzyszymy Isabel w bolesnym procesie poznawania siebie, swojego życia, toksycznych relacji, które wpłynęły na jej sposób postrzegania świata, na jej psychikę. Towarzyszymy jej w wysiłku jaki podejmuje, by wrócić do normalności.
Isabel musi zmierzyć w prawdą o sobie i zaakceptować fakt, że jest jednym z pacjentów kliniki psychiatrycznej.Nie jest to wcale łatwe, zwłaszcza w stanie w jakim znajduje się bohaterka. Depresja i stany lękowe nie pomagają Isabel zaakceptować nowej sytuacji, ale musi ona spróbować poukładać swoje życie.Przede wszystkim za radą swojej matki musi "pokochać siebie"- a to już wcale nie jest takie proste- co nie oznacza, że jest niewykonalne.
Poznajemy też oblicza kliniki psychiatrycznej, w której znajduje się Isabel, zapoznajemy się z jej pacjentami i ich relacjami z Isabel. Niewątpliwie pacjenci owej kliniki w dużym stopniu na samą bohaterkę wpływają. 

Myślę, że książka ta jest opowieścią o akceptacji siebie i życia- które nie jest i nie musi być perfekcyjne. Jest opowieścią o tym jak nasze wczesne doświadczenia rzutują na nasze zdrowie psychiczne, jak to w jakiej rodzinie się wychowujemy, jakie łączą nas relacje z ludźmi, ogromnie wpływa na nas samych. Kształtują nas bowiem właśnie relacje z najbliższymi nam ludźmi.
Czytając niestety ciągle porównywałam książkę do "Lotu nad kukułczym gniazdem" i do "Przerwanej lekcji muzyki"....przez co książka naprawdę nie miała ze mną lekko. Z takimi dziełami jak "Lot..." ciężko konkurować.
Mimo to "Krzyk ciszy" dostaje u mnie ****4****, a to wcale nie mało.
Polecam wszystkim, który lubią powieści psychologiczne, lecz nie nastawiajcie się na coś odkrywczego. Jest porządnie, spokojnie. Dobrze, ale bez rewelacji.


A teraz znowu trochę prywaty. Wróciłam z wakacji...:) Było cudownie- więcej szczegółów na moim drugim blogu.
Wakacje udane, lecz czytałam niestety niewiele. Właściwie tylko "Krzyk ciszy" przeczytałam.
Wszystkie dni nad morzem wypełnione miałam po uszy atrakcjami, zatem książkę łapałam np. w trakcie oczekiwania na zamówiony obiad i w trakcie jednego wylegiwania się na plaży- bo słoneczno-wylęgowy dzień mieliśmy  niestety tylko jeden:

Tak to mniej więcej wyglądało.
A wczoraj sprawiłam sobie w końcu  cudną zakładkę do książek z Tchibo. I dziś czytam, czytam...czytam....:)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

"Nazywam się Czerwień" Orhan Pamuk


Sporo czasu zabrało mi pokonanie tej książki. Nie bez powodu piszę pokonanie, bowiem czytanie jej było trochę jak walka. Walka ze sobą, z tematyką książki, ze słownictwem, z zagmatwaniem i z tym, że mimo wszystko bardzo książkę przeczytać chciałam. Warto przecież zmierzyć się z różnymi przypadkami.
Według notki na stronie Merlin.pl książka to: 
"Urzekająca historia miłosna, pasjonująca intryga kryminalna oraz kunsztowna opowieść o życiu artystów w szesnastowiecznym Stambule. "Nazywam się Czerwień" to najpopularniejsza powieść  Noblisty, Orhana Pamuka. Porównywana do "Imienia róży" Umberta Eco, została przetłumaczona na ponad 20 języków i nagrodzona kilkoma prestiżowymi nagrodami literackimi.
W szesnastowiecznym Stambule grupa najwyśmienitszych artystów ma zrealizować zlecenie sułtana: stworzyć utrzymaną w nowoczesnym zachodnim stylu księgę upamiętniającą jego wielkość i chwałę. Księgę mają zdobić barwne miniatury. Ale sztuka figuratywna jest zakazana w religii muzułmańskiej. Zlecenie i jego wykonawcy są zatem w poważnym niebezpieczeństwie. Należy jak najdłużej utrzymać je w tajemnicy. Jeden z zatrudnionych mistrzów zostaje zamordowany..."



Orhan Pamuk jest niewątpliwie wielkim pisarzem, dostał literacką nagrodę Nobla, napisał wiele książek- bardzo poczytnych. Moje pierwsze z nim spotkanie przebiegło w miarę dobrze, nawet mnie zainteresował (najpierw przeczytałam "Dom ciszy") . Owszem nie przypada mi do gustu tematyka jego książek, nie do końca lubię klimaty tureckie,  ale mimo wszystko coś mnie do nich ciągnie.
Tym razem też tak było. Jednak w tym przypadku - ta druga wydana w języku polskim powieść Pamuka wprowadziła mnie w lekkie zakłopotanie. Przede wszystkim przez skomplikowaną strukturę narracji, która przypada nawet zwierzętom i roślinom. Nie do końca ogarniałam temat- ze względu na (przyznaje się bez bicia) małą wiedzę na temat historii Turcji.
Nużyło mnie też trochę czytanie tej książki ze względu na bardzo powolną akcję. Jak na intrygę- to była ona zbyt powolna, jak na kryminał...hm...dziwna.... Natomiast ukazanie miłości też mnie dziwiło i zaskakiwało, a czasem wręcz denerwowało. Jednak muszę brać pod uwagę, że uwarunkowane było to tamtejszą kulturą i czasem wydarzeń. Niestety  zbyt długie opisy powodowały, że musiałam książkę odłożyć i od niej chwilę odpocząć. I tak przeczytałam trochę, odpoczęłam, wróciłam-przeczytałam....itd...
Cieszę się, że przeczytałam, choć zadowolona nie jestem..., ale wcale nie mam zamiaru zaprzestać poznawania książek pana Orhana Pamuka, ba nawet jedna już czeka na półce.
Książce wystawiam ***3***, ale proszę się nie sugerować, bo ja chbya jednak jeszcze "nie dorosłam" do tego typu literatury..., bądź po prostu temat nie jest dla mnie.  Zdaję sobie sprawę, że wielu faktów nie zrozumiałam i zanotuję sobie, że po jakimś czasie powinnam do książki wrócić- żeby do końca zauważyć jej walory.


A teraz trochę prywaty. Właśnie zaraz wyjeżdżam nad morze. na mój pierwszy raz z morzem- bowiem nigdy wcześniej nie dane było mi go zobaczyć. Trzymajcie kciuki za udany wyjazd.... i macham Wam wakacyjnie. Buziaki trzymajcie się ciepło.
Mam nadzieję, że będę miała czas czytać i na weekendzie - po powrocie opiszę co przeczytałam (a zabrałam całe naręcze książek) :)

wtorek, 10 sierpnia 2010

"Po prostu razem" Anna Gavalda


Zwlekałam z napisaniem czegoś o tej książce, dlatego, że chciałam zobaczyć jeszcze jej ekranizację. Najpierw napiszę zatem może o książce, a potem opowiem Wam co myślę o filmie.
To było moje pierwsze spotkanie z Anną Gavaldą. Kusiła mnie ta autorka już swoimi innymi książkami, ale jakoś niezbyt miałam ochotę właśnie na "Po prostu razem", inne jej książki też odkładałam- myśląc "kupię może kiedy indziej..." . Jednak któregoś dnia książka sama wpadła mi w ręce- w bibliotece. Następnie poleżała trochę u mnie na półce, a potem zabierałam się do niej jak do jeża. Gdy zaczęłam czytać jakoś nie mogłam wejść w opisywany świat. Jednak cały czas coś mnie trzymało przy czytaniu i nie żałuję, że weszłam w tą historię głębiej.
Bo tu przede wszystkim chodzi o pewną historię. Pewne losy paru- z pozoru zupełnie różnych osób. Camille, Franck, Phillbert i Paulette- osoby nieprzystosowane i poturbowane przez życie. Osoby, które z pozoru właśnie niewiele łączy, ale każda z nich łaknie miłości, szczęścia, ciepła, bliskości i opieki. I to właśnie ich scala, pozwala żyć pod jednym dachem, borykać się ze swoimi ułomnościami, zahamowaniami i bagażem doświadczeń. Dzięki temu wspólnemu mieszkaniu nabierają chęci do życia, otwierają się na innych i ...nie potrafią bez siebie żyć. Stają się przyjaciółmi, parą...rodziną.
Naprawdę wzruszająca, niebanalnie opowiedziana historia. Historia, w którą owszem musiałam się wgryźć, lecz gdy już w niej byłam- popłynęłam razem z nią.

A film.... hm...o dziwo też mi się podobał. Owszem zakończenie (tzn. pożegnanie na dworcu) totalnie zmaszczone, trochę niedociągnięć, trochę minimalnych zmian. Mimo to zdaję sobie sprawę, że przez 1,5 godziny nie da się totalnie odzwierciedlić każdego elementu książki.
Zresztą każdy z nas odbiera inaczej to co czyta, każdy z nas zwraca uwagę na inny szczegół historii w książce opowiedzianej, dla każdego z nas pewne elementy powieści mają inne znaczenie.
Film przypomniał mi też  jak piękny jest język francuski i jak inna w jakimś stopniu jest mentalność Francuzów.
Był taką odskocznią od przeważającego amerykańskiego kina, czasem lubię takie filmy, które nie muszą epatować podkreślaniem (tudzież przerysowywaniem) urody bohaterów (aktorów), nie wszystko musi być dopracowane, lśniące i przejaskrawione. Czasem lubię, gdy film jest jakby prawdziwy... a takie nieodmiennie ukazuje mi się kino francuskie.
Szkoda mi teraz tylko, że tak wiele z tego języka zapomniałam, że cztery lata nauki tak szybko się zamazały.... może by coś z tym zrobić - kołacze się gdzieś taka myśl....

No i ocena  *****5*****- myślę, że warto przeczytać, a ja szukam następnych książek autorki.

sobota, 7 sierpnia 2010

Sensowne losowanie- wyniki!!!!!

Kochani!
Dziękuję za tyle zgłoszeń do losowania, już pewnie wiecie, że lubię losowania- do momentu, gdy nie muszę losować jednej osoby. Zawsze mi szkoda tych, których nie wylosowałam, ale cóż takie są zasady.
Tym razem losowanie przebiegało następująco:
1. Sporzadzenie karteczek- w kształcie chmurek- bo się nad moją głową zbierały, gdy pisałam karteczki.
2. Zachęcenie (zmuszenie) Męża miłego do wykonania czynności  maszyny losującej.
3. Odczytanie karteczki przez Męża miłęgo wylosowanej.
W miedzy czasie ja fociłam, co by nie było, że niesprawiedliwie było! Się jeszcze tu pochwalę, że kolejne zdjęcia to już nie będą tak kiepskiej jakości-komórkowej, albowiem kupujemy aparacik cyfrowy i już się nie mogę go doczekać:)
A teraz krótka foto-relacja i ogłoszenie zwycięzcy:
1.
 2.

3.

Zatem książeczka wędruję do: AERIEN :)
Proszę o kontakt z adresem  na e-mail i mam nadzieję, że ta malutka książeczka sprawi CI przyjemność.
Wszystkich pozdrawiam i wyłączam komputer, bo mnie burza straszy okrutnie!

czwartek, 5 sierpnia 2010

"Bajki z sensem" losowanie!

Dziś wróciłam do Krakowa, po miesięcznym pobycie u rodziców i odkryłam w mojej pocztowej skrzyneczce taką oto książeczkę, którą wysłało do mnie wydawnictwo mojego ulubionego "Zwierciadła". W związku z tym, że zabrakło im nakładu numeru lipcowego, przesłali mi w sierpniu numer lipcowy i sierpniowy z prezentem. Prezentem była rzeczona książeczka. Wszystko byłoby super, gdybym sobie jej wcześniej sama nie sprezentowała.
Zatem postanowiłam ją oddać w inne ręce, nie potrzebuję dwóch egzemplarzy, a moze komuś się przyda, może ktoś ją chciał zakupić, a już jej nie było...itp...
. Jeśli byłby ktoś chętny to wystawiam ją do losowania (jeśli będzie więcej niż jedna osoba). Zgłaszajcie się do soboty, w niedzielę uruchomię maszynę losującą (Mężu miły przygotuj się) i w poniedziałek książeczkę wyślę do wylosowanego. :)
Zatem zapraszam. Może komuś się przyda, spodoba itp.... Dodam, że mnie się podobała bardzo. Kiedyś wrzucę tu pewnie dłuższą recenzję....

A ja wracam do czytania. Czytam Anne Gavaldę "Po prostu razem", Pamuka na chwilę odstawiłam, bo niestety tym razem coś mi ciężko ten Pamuk idzie....
Korzystam z tych już zbliżających się ku końcowi dni wolnych i zaczytuję się namiętnie, zaoogladuję i relaksuję ile wlezie...a potem acham i ocham...nad tym co przeczytałam i obejrzałam;)  pozdrawiam wszystkich cieplutko.