wtorek, 27 lipca 2010

rejestracja

Moje drogie, moi drodzy:)
Właśnie buszuję po internecie w poszukiwaniu możliwości zdobycia książek różnych, przegladam oferty wydawnictw (cudne!) itp., liczę kasę, przemawiam sobie do rozsądku (idzie ciężko), pogrążam się w nałogu....
I weszłam właśnie na stronę jednego z wydawnictw, które lubię, a jest to wydawnictwo MIRA.
http://harlequin.pl/mira, powiązane z wydawnictwem Harlequin. Tak wiem, ze niektórym pewnie się włosy na rękach zjeżyły, ale naprawdę Harlequin to nie tylko same tandetne harlequiny...zresztą to też książki.
Wydawnictwo to lubię, bardzo dobrze czyta się mi ich książki więc się u nich zarejestrowałam, a Was też do rejestracji zachęcam, musicie kliknąć tylko w ten link:
dzięki temu ja może dostanę do wydawnictwa książki, wy może też i wilk będzie syty i owca cała:)

rejestracja z mojego polecenia :)

"Zaplecze" Marta Syrwid


Przedziwny i zarazem straszny jest wpływ innych ludzi na to co myślimy o sobie i kim powoli się stajemy. Ogromny wpływ na nasz sposób myślenia o sobie mają przede wszystkim nasi rodzice. Od nich, od słów, które do nas już jako malutkich istotek wypowiadają, od ich zachowań wobec nas, od ich stosunku do nas będzie zależało to jak będziemy siebie postrzegali.
I może nie zawsze  one gruntują nasz sposób postrzegania własnego "ja", ale nie mniej ogromnie na niego rzutują.
Do wysnucia tej tezy przekonuje mnie książka Marty Syrwid pt. "Zaplecze".
Albowiem w książce tej widzimy jak rodzice swoim zachowaniem potrafią wpłynąć na dziecko. Jak potrafią swoimi zaburzeniami- zaburzyć rozwój własnego dziecka.
Główna bohaterka książki -Klara Wiśniewska, urodzona 1986r.- jest wciąż niezadowolona ze swojego wyglądu, ciągle się odchudza, tworzy nową siebie, lepszą niż jest- taką jaką chciałaby być. Odchudza się by być zauważoną...przez swoich rodziców właśnie. Przez patologicznego ojca, przez rozchwianą emocjonalnie matkę, przez resztę rodziny, która też ma na jej temat jakieś wyrobione zdanie. Stara się być szczupła, inteligentna, przebojowa- bo wydaje jej się, że dopiero wtedy zasłuży na dostrzeżenie, wtedy dopiero będzie coś znaczyć.
Skąd się to wzięło? Skąd w normalnym dziecku kiełkuje taki zalążek dramatu, który w zastraszającym tempie właśnie do dramatu w pełnym słowa znaczeniu dojrzewa?
Otóż tego dowiemy się po przeczytaniu tej książki.
Ja książką jestem lekko zszokowana.
Zszokowana historią- choć to nie pierwszy raz kiedy o czymś takim czytam, choć to nie pierwszy raz, gdy stykam się z anoreksją, przemocą w rodzinie, skomplikowanymi, chorymi układami... Zszokowana jestem też tym, że taką książkę napisała tak młoda dziewczyna- bowiem Marta Syrwid ma w tym momencie 24 lata...i jak niezbyt ufam młodym autorom- to tutaj chylę czołai jestem pod wrażeniem.
Podobała mi się konstrukcja książki, sposób pisania młodej autorki, ciekawie przemycony został też obraz społeczeństwa, w którym Klara (w sumie i ja też) dorastała. Nie nudziłam się czytając, choć czasem musiałam odpocząć- od nadmiaru zła...w jakim żyje główna bohaterka.
No i jeszcze muszę wspomnieć o jednym z moich ulubionych wydawnictw. "Seria z Miotłą" jak dotąd zawsze i tym razem mnie nie zawiodła, a w głowie powstał plan zakupienia wszystkich książek w tej serii wydanych.

Książkę oceniam na *****5***** i polecam do przeczytania, zaznaczając, że nie jest to łatwa lektura.

piątek, 23 lipca 2010

"Moje życie z Mozartem" Eric-Emmanuel Schmitt


"Moje życie z Mozartem" to moja pierwsza książka Erica-Emmanuela Schmitta. Niektórzy mówili mi, żeby nie zaczynała zapoznawać się z jego twórczością akurat od tej książki. Sama się trochę bałam, że się rozczaruję lub najzwyczajniej w świecie może nie zrozumiem o co chodzi, nie przypadnie mi do gustu itp. Bowiem ta książka jest specyficzna.
Nie jest to czytadło- zresztą nie tego się spodziewałam, nie jest to poezja- tego też się nie spodziewałam, a jednak czyta się świetnie, a język jest naprawdę poetycki.
"Listy do Mozarta" układają się w rodzaj autobiografii pisarza. Opisują fascynację autora muzyką Mozarta- autor sam wybrał bowiem fragmenty utworów, które znajdują się na dołączonej do książki płycie. Listy te ukazują też odrobinę prywatności autora, bowiem każdy list i każda fascynacja opisywanym utworem związana jest nierozerwalnie z pewnym wydarzeniem w życiu E.E. Schmitta.
I jak nie potrafię czytać i robić w tym samym czasie czegoś innego np. słuchać muzyki właśnie- to tutaj słuchanie dołączonej płyty było nieodzowne, muzyka dopełniała książkę, książka jakby dopełniała muzykę.
Lubię też gdy literatura mnie inspiruje. Ta książka zainspirowała mnie do poszukiwania szerszej wiedzy na temat Mozarta oraz poznania jego innych dzieł.
Jestem też niezmiernie ciekawa samego autora. Jakoś dziwnie pewna jestem, że jego dalsza twórczość też przypadnie mi do gustu.
Bowiem warto poczytać też w swoim życiu piękne książki, których język i sceneria zbudowana przez autora przeniesie nas w ten nadzwyczajny świat - niekoniecznie piękny, ale na pewno wart odwiedzenia.
Ta książka była zatem niewątpliwie PIĘKNA, choć krótka- pełna treści....

Stawiam *****5***** i mam nadzieję, że szybko uda mi się dotrzeć do kolejnych dzieł pisarza.

I cytat:
"Optymizm nie ma dziś dobrej prasy; jeśli nie uchodzi za głupotę, to w najlepszym razie za brak przenikliwości. W niektórych środowiskach więcej inteligencji przypisuje się wręcz nihiliście, temu, który pluje na swe istnienie, okrutnemu clownowi, który ciężko wzdycha i powtarza do znudzenia: "Tak czy owak, jest źle i będzie jeszcze gorzej".
Zapomina się, że optymizm i pesymizm wyrastają z tej samej konstatacji: istnieje cierpienie i zło, nasze siły ulecą, nasze dni są krótkie. Pesymista ulega słabości, wyszukuje negatywy, tonie bez walki.
Optymista bierze energiczny oddech i próbuje wydostać się na powierzchnię, szukając drogi wyjścia. Powrót na powierzchnię nie oznacza pójścia na łatwiznę, ale wydobycie się z głębiny mroku na słońce południa, tam gdzie można oddychać."

czwartek, 22 lipca 2010

"Bicz z piasku" Elsie Burch Donald


"Pełna emocji opowieść o niewinności, dojrzewaniu, głęboko skrywanej tajemnicy i niszczącej sile miłości za wszelką cenę. Przypadkowe spotkanie głównej bohaterki z przyjaciółką z czasów studenckich staje się początkiem definitywnego rozliczenia z przeszłością. To jedyna okazja, by poznać zagadkę wydarzeń sprzed trzydziestu lat. Grupa studentek żeńskiego Sweet Briar College zaplanowała wycieczkę na Stary Kontynent. Niespodziewanie dołącza do nich tajemnicza i piękna Olivia Hartfield, córka amerykańskich dyplomatów. Wytworna, wrażliwa, nienagannie wykształcona budzi podziw i szacunek. Ale to ona przyczyni się do tragicznego końca całej wyprawy, a jej wyrachowanie, przewrotne postępowanie nieodwracalnie wpłynie na życie Kate Preston i jej przyjaciół. Chorobliwa determinacja Olivii ostatecznie wyrzuci ją samą poza nawias społecznych norm" - opis na okładce.

Dziwna książka. Sama nie wiem czy ja ją tak dziwnie odebrałam, czy po prostu taka jest.
Dosyć wolne tempo akcji powodowało, że czytało mi się ją dosyć ciężko, zbyt długie opisy- tylko mąciły główny sens książki. Ale z drugiej strony wiem też, że te opisy do książki wiele wniosły- w pewien sposób miały nakreślić nam tą historię, miały nas niepostrzeżenie przez nią prowadzić, aż do samego jej rozwiązania.
A opisywana historia faktycznie jest niesamowita, groteskowa wręcz, lecz jakoś w książce została jakby przytłumiona. Główna bohaterka raczej mnie denerwowała swoją niby "głupotą", a potem zaskakiwała "mądrością". Jej naiwność wręcz razi, jednak tłumaczymy sobie ją jej młodym wiekiem i niedoświadczeniem. Zresztą o to w tej książce chodzi. Wydaje mi się, że książka ma pokazać nam jak wygląda nasze postrzeganie pewnych spraw z perspektywy dwudziestolatki. Spraw kontrowersyjnych, trudnych i pełnych emocji właśnie- z którymi dwudziestolatka może sobie nie radzić. Widzimy jak nasze młodzieńcze doświadczenia mogą wpłynąć na nasze późniejsze życie, jak bardzo może ono być już później skażone...
Nie wiem co jeszcze mogłabym o tej książce napisać? Szczerze powiedziawszy niewiele mi do głowy przychodzi. Nie tyle się rozczarowałam, co troszkę przynudziłam...bowiem naprawdę historia ciekawa i może gdyby opisana była z ciut większą charyzmą to pewnie bym się wciągnęła.
No cóż książce wystawiam tylko ***3***- bowiem dało się przeczytać, nie było jakoś wyjątkowo źle, ale nic mnie nie zachwyciło. Ani wszystko co miało mnie skłonić do myślenia i do rozwiązania "zagadki", ani samo jej rozwiązanie. Owszem w pewien sposób szokujące, ale jak to lubię mówić - jakoś "płasko" było.

Mimo to wypisałam sobie parę cytatów i pora teraz na nie:

"Zdesperowani ludzie mają nadzieję pełną desperacji" 

"Możliwość zemsty jest niebezpieczeństwem samym w sobie"

"...najbardziej przełomowe wydarzenia w życiu chodzą razem: wypadki, choroby, śmierć, zakochanie, a czas nie upływa wcale na ich doświadczaniu, lecz na dochodzeniu do siebie po tym, jak się już wydarzą. "Dochodzić do siebie"- w sumie ciekawy zwrot, w przeciwieństwie do "wyleczyć". Sugeruje, że trzeba przejść pewien etap, wygrzebać się z własnej tragedii, otrząsnąć z popiołów przeszłości, by znów stanąć na nogi."

"Kiedy ktoś obraca się przeciwko tobie, odwdzięczasz mu się tym samym. To naturalna obrona, czyż nie? Właśnie w ten sposób zdobywasz sobie wrogów."

wtorek, 20 lipca 2010

"I że Cię nie opuszczę..." Elizabeth Gilbert


Jestem niespełna roczną mężatką. Niespełna, bowiem ślub braliśmy 22 sierpnia 2009 roku. Napisać tu muszę, że (naprawdę bez lukrowania)- był to najpiękniejszy dzień mojego życia...najszczęśliwszy i najbardziej prawdziwy. Nie interesowało mnie nic prócz mojego męża i jego oczu wpatrzonych we mnie. Każdy ostrzegał, prorokował, że na własnym weselu to my się tylko umęczymy, zestresujemy, przeżyjemy jeden z nieciekawych dni i na bank się nie pobawimy dobrze. Jednak my dwugłosem po weselu krzyczeliśmy : było świetnie! Nie wiem skąd dostałam takiego powera, skąd miałam tyle sił i uśmiechu, który mi z buzi nie schodził. Wiem jedno: było warto!
Dodam, że parą byliśmy wtedy już od 6 lat. Za dwa dni minie 7 lat, jak jesteśmy razem....za dwa dni i miesiąc będziemy mieć rocznice ślubu. I dalej wiem, ze było warto... i nie chodzi mi tylko o sam ślub i wesele, warto było zainwestować trochę sił i dużo miłości w ten związek. I choć czasem jest lepiej, a czasem gorzej....to ciągle chcemy więcej...i oby nam to nie minęło.
Skąd taka prywata? Otóż...przeczytałam książkę pani Elizabeth Gilbert   pt.  "I, że Cię nie opuszczę...". Jest to kontynuacja jej wcześniejszej książki (która mi się bardzo podobała) "Jedz, módl się, kochaj", która stałą się bestselerem, przez jednych lubianym, przez innych absolutnie nie. 
Po przeczytaniu książki wyciągnęłam pudełko z kartkami z życzeniami ślubnymi, obejrzałam stronę ze zdjęciami...jednym słowem powspominałam.
Skłonił mnie do tego temat poruszany w książce. Temat zawierania związku małżeńskiego. Bo o tym książka traktuje. Muszę Wam napisać, że gdy kupowałam tą książkę spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Jakiejś opowieści...z akcją...inny wydawał mi się też powód napisania tej książki przez autorkę. Czytając przekonywałam się, że w najmniejszym stopniu nie jest to, to na co się nastawiłam. Jednak nie spowodowało to mojego rozczarowania. Właśnie, że wręcz miło mnie zaskoczyło to co zostało mi ukazane. Polubiłam jeszcze bardziej styl pisania pani Gilbert, polubiłam samą autorkę jeszcze bardziej- bo jak wiemy obie książki są jakby swoistym pamiętnikiem z jej życia, dzięki temu wydała mi się jeszcze bliższa i choć może nie zgadzałam się z jej wszystkimi poglądami na małżeństwo - to wiele z nich podzielałam. Bo właśnie w tej książce razem z autorką dowiadujemy się na czym małżeństwo polegało w dawnych czasach, na czym polega teraz, jakie jest do niego podejście w różnych kulturach, jak usytuowane jest prawnie, jak podchodzą do niego różne kobiety i .....mamy możliwość sami się do tego wszystkiego ustosunkować. Owszem nasza bohaterka instytucję małżeństwa traktuje na początku dosyć negatywnie (zresztą pewnie ze swojego punktu widzenia ma rację), ale w miarę poznawania różnych faktów na jej temat- zaczyna się jakby "oswajać" i....koniec...sami musicie poznać. Mnie się spodobał. Bo ponoć "tylko krowa nie zmienia poglądów"....
Zatem książki nie sposób nie polubić. Możemy się nie zgadzać z teoriami pani Gilbert, jednak ona wcale nam ich nie narzuca...po prostu je opisuje...przez co książkę się naprawdę dobrze czyta.
Polecam...zarówno przed ślubem jak i po. Myślę, że w jakimś stopniu daje do myślenia...
Stawiam solidną *****5***** i mam nadzieję, że to nie koniec mojej przygody z autorką.

Ps. Nasunęłam mi się myśl, że Elizabeth Gilbert o wiele lepiej wychodzi pisanie o sobie, o swoich doświadczeniach, niż pisanie książek typu "Ludzie z Wysp"....Autorka ma bowiem dar mówienia o swoim życiu, który przecudnie przekłuła w dar pisania. Chciałabym choć trochę tak umieć...

niedziela, 18 lipca 2010

Letni łańcuszek

Tusieńka zaprosiła mnie do letniego łańcuszka:). To mój pierwszy łańcuszek, więc nie ukrywam chętnei wezmę w nim udział.
Zatem dziękuję Tusieńce i odpowiadam:
1.Do jakiego kraju, miasta chciałabyś pojechać zainspirowana lekturą?
Nade wszystko będzie to POZNAŃ- inspirowany książkami Małgorzaty Musierowicz. Nawet dzięki jednej z blogowiczek dowiedziałam się, że jest książka poświęcona Poznaniowi widzianemu z perspektywy moich kochanych Borejków. 
2.Jakie jest Twoje ulubione miejsce do czytania na wakacje? 
Myślę, że każde- bylebym miała wolny czas. Najwięcej czytam w swoim zwykłym pokoju, ale nie pogardzę też balkonem, parkiem lub rzeczką...chociaż ostatnio przeważa sceneria pokojowa. 
3.Poleć mi jedną książkę do przeczytania na wakacje
Nigdy nie potrafię polecić komuś jednej książki, ale tym razem się postaram i polecam "Zbieracza truskawek" Moniki Feth. Czytałam całkiem niedawno, w czerwcowym klimacie, książka, której akcja dzieję się w lecie...więc...czegóż chcieć więcej? 
4.Jaka jest Twoja najnowsza lektura? Co zaczęłaś czytać?
Hm....właśnie czytam "I że Cię nie opuszczę...." Elizabeth Gilbert. A dalej dosyć długa kolejeczka się ustawiła....

No i to wszystko,
nie bolało, 
przyjemnie nawet było, zatem do łańcuszka pozwolę sobie zaprosić:
-----> Claudette, 
---------> Kasie.eire
-------------->Kasię...z blogu Z pasją
------------------> Madziulę 

Starałam się wybrać osoby, które już wcześniej nie odpowiadały (jeśli nie dopatrzyłam- przepraszam!). Do zabawy zachęcam, ale nie zmuszam:). 

piątek, 16 lipca 2010

"Pokalanie" Piotr Czerwiński



"Powieść obyczajowa. Błyskotliwy portret współczesnych polskich trzydziestolatków – pokolenia „dwóch epok”, rozdartego między wychowaniem w PRL a życiem w RP. Nieszczęśliwie zakochany bohater popada w alkoholową degrengoladę, podsumowując swoje dotychczasowe życie. Od dzieciństwa lat 70., przez stan wojenny i kobiety, z którymi romansował, festiwale w Jarocinie i szalone wybryki młodości, aż po wejście w dorosłość i dwuznaczną pracę dziennikarza. Wyraziste tło społeczne". 


Właśnie czytam recenzję na temat tej książki pisane przez innych blogowiczów, umieszczane na różnych stronach społecznościowych i forum....i ....chyba jestem jedną z niewielu osób, którym ta książka się nie podobała. Bo od razu napiszę Wam, że książką jestem zniesmaczona, nie tyle rozczarowana, co trochę zszokowana i jakoś tak pełna niezrozumienia. Zmęczyłam się czytaniem jej, a niestety jestem z tych co, żeby sobie móc pozwolić na opinię o książce- muszą ją do końca przeczytać.
Dodam jeszcze, że niestety nie lubię pisać negatywnych recenzji, raczej wychodzą mi one kiepsko i podejrzewam, że z tą może być podobnie...
W notce wyżej (cytowanej za empikiem) napisano, że książka jest błyskotliwym portretem......dla mnie jest wulgarna, pisana bardzo pretensjonalnym językiem. Nad wyrost pokomplikowana i "zdziwaczona" (tak wiem, że nie ma takie słowa w słowniku...). 
Owszem w trakcie czytania prologu powiedziałam do Męża miłego, że książka będzie świetna, ba nawet mu na głos fragmenty prologu czytałam, ale....w trakcie wgłębiania się w nią było coraz gorzej. Jakoś nie lubię czytać samych wulgarnych słów, określeń z rynsztoka... przez ponad 200 stron być w klimacie pijaństwa i jakiegoś dziwnego dramatu, w jakim osadzony został główny bohater. I może gdyby to wszystko rzeczywiście opisane było innym językiem, to byłaby to nawet bardzo ciekawa historia opisująca tło społeczne przemian PRL na RP....Nie wierzę niestety, że nie można było tego wszystkiego opisać w inny sposób...
Jak dla mnie wyszedł z tego bełkot pijanego bohatera, skaczącego od wydarzenia do wydarzenia (co akurat lubię nawet w literaturze), użalającego się nad swym losem, ale z drugiej strony pełnego podziwu dla swoich poczynań....
Nie wiem, może ja nie dorosłam do takich książek, najwyraźniej nie zrozumiałam jej kompletnie...      i nie rozumiem teraz tego zachwytu nad pisaniem Pana Czerwińskiego. 
"Czerwiński- nowy Hłasko?" - jak dla mnie kompletnie NIE!

Książka dostaje *1*, wraca do biblioteki....i ewentualnie może kiedyś spróbuję zmierzyć się z inną książka autora. Bo czuję, że jest w nim jakiś potencjał....tylko może musi trochę czasu minąć i może "jeszcze dużo chleba muszę zjeść",  żeby go zrozumieć.

wtorek, 6 lipca 2010

"Zapach malin" Marika Krajniewska


Książką jestem zachwycona, poruszona, wzruszona, wstrząśnięta i w książce zadurzona.....
Dawno mi się tak książka nie podobała. Pochłonęłam ją dosłownie, każde słowo przeczytane smakowało wyśmienicie i jak to z czymś smakowitym bywa miało się apetyt na więcej.Zapach malin tylko potęgował doznania.....
Ale książka nie jest łatwa, nie jest sympatyczna, nie jest błaha i ulotna. Jej treść dźwięczy mi w głowie jeszcze dziś, jeszcze dziś przeżywam każdy wątek.
Wątków w książce jest trochę. Bo najpierw dostajemy do ręki książkę, w której myślimy, że poznajemy młodą dziewczynę po wypadku,dziewczynę przykutą do łóżka,której świat był zupełnie inny niż ten, który ją czeka, zobaczymy jak reaguje na swe nieszczęście, jaka była i jaka jest.
Potem pojawiają się kolejne postacie: Sebastian - chłopak, który pomaga głównej bohaterce dojść do siebie, który swą cierpliwością potrafiłby chyba góry przenieść,
pielęgniarka- która przeżywa koszmar w życiu, ale podnosi się i pokazuje nam, że dobro istnieje i to nawet w niemożliwym do wyobrażenia sobie przez zwykłego człowieka wymiarze.
No i wątek poboczny- a może i nie poboczny- wątek dziennika prababki głównej bohaterki. Dziennika, który jest jakby lekarstwem i zarazem trucizną dla niej. Gdy przytaczane były słowa z dziennika miałam niezmierne wrażenie jakbym czytała fragmenty "Jeźdźca miedzianego" P. Simons. Ale to tylko zbieżność, podobna historia.... ten sam dramat.....
No i zakończenie, którego nie zdradzę (zresztą niewiele chcę zdradzić) poruszyło mną ogromnie! Nie było błahe, ckliwe- takie naturalne i odpowiednie raczej według mnie.
W książce stajemy twarzą w twarz z prawdą, że najważniejsza jest miłość, że gdy ona nas przepełnia, to nawet najtrudniejsze chwile można przetrwać. Tylko musimy ją w sobie znaleźć.

Rewelacyjnie na temat książki napisał Janusz L. Wiśniewski "Krajniewska w swojej opowieści przeplata odległą przeszłość z teraźniejszością, którą widzimy za oknem. Docieramy do ostatniej strony tej poruszającej książki i czujemy, że jedna rzecz jest niezmienna i najważniejsza: miłość"
(opis na okładce) 


Książkę oceniam na wielgachną ******6****** i POLECAM!!!!!!!
Cieszę się ogromnie, że spotkałam się z tą książką, cieszę się też, że stało się to akurat teraz, przed moją operacją. Nie porównuję siebie do bohaterki- bo to zupełnie inne światy, ale dzięki bohaterce i wszystkim słowom wyczytanym z tej książki może będę silniejsza przed, w trakcie i po....
DZIĘKUJĘ ogromnie Skarletce za użyczenie tej książki- Skarletka ciągle mi udowadnia, że są dobrzy ludzie na świecie i dla takich ludzi warto żyć!

Żegnam się też z Wami na chwilę- bo ja tu jeszcze wrócę!!!!!:)
Dziękuję wszystkim za komentarze- nawet nie wiecie jakiego powera dają:) Dziękuję za ciepłe słowa i proszę trzymajcie kciuki za mnie- a jak się wszystko uda to wrócę za jakiś czas (mam nadzieję, że niedługi). Miłych wakacji życzę i piszcie dużo, żebym miała co czytać jak wrócę.

poniedziałek, 5 lipca 2010

"Zbieracz truskawek" Monika Feth


Na czytanie tej książki wybrałam (oczywiście przez przypadek) rewelacyjny czas.
Bowiem:
- akcja książki toczy się na wakacjach - u nas wakacje pełną parą,
- wakacje opisywane w książce są upalne- gdy czytałam tą książkę był skwar okrutny,
- truskawki w tytule i treści typowo letnie- czytając pożerałam tony truskawek, wypijałam litry koktajli truskawkowych....wszędzie czułam truskawki (grunt to  odpowiedni nastrój), 
- w wakacje najlepiej czyta się thrillery- się świetnie czytało.
Zacznę totalnie nieprofesjonalnie (ale czy kiedykolwiek u mnie na blogu było profesjonalnie, heh?no, nie:) ) do książki przyciągnęła mnie okładka- rewelacyjna! Prosta,magiczna jakby i elektryzująca.  Potem zachęciła mnie opinia Skarletki (dziękuję Aniu, jeśli czytasz). A gdy zaczęłam czytać było już z każdą stroną coraz ciekawiej.
"Zbieracz truskawek" to thriller psychologiczny. Historia opowiedziana z perspektywy kilku postaci.
Z perspektywy mordercy, jego ofiar i ich bliskich.
W przedziwnych okolicznościach giną dziewczyny, ofiary najczęściej są zgwałcone, mają obcięte włosy i giną od ciosów nożem. Ich martwy wzrok ukazuje ogromne zdziwienie. Są ofiarami niebezpiecznego i nieuchwytnego psychopaty. Wszyscy są przerażeni. A koszmar się dopiero zaczyna... 
Historia niewiarygodna, ale z drugiej strony totalnie prawdziwa, realna, taka która może się zdarzyć obok nas, byleby nie nam.
Bo czyż na świecie nie ma ludzi chorych, spaczonych umysłów???? Czy na świecie nie ma psychopatów, których ukształtowało złe dzieciństwo?
Czy na świecie nie ma zwykłych dziewczyn, które potrzebują tylko, żeby ktoś je pokochał i pokazał im, że jest ich całym światem?
Otóż są- i psychopaci- bo tak nazwałabym tego mordercę. Otóż i są na świecie młode dziewczyny, które dopiero poznają życie, które czasem potrzebują "kogoś", kto pomoże im nieść ich bagaż emocjonalny....w związku z czym bardzo szybko dają się omamić i ślepo wierzą w człowieka, który ich otoczy tym czego tylko one pragną.A to z kolei dla postaci jak nasz tytułowy "Zbieracz truskawek" młyn na wodę.
I choć moglibyśmy się pokusić o próbę zrozumienia tytułowego mordercy- to ja się o to nie pokusiłam, z gruntu był dla mnie zły. Jedyne co mnie raziło to ufność...kogo? Nie powinnam pisać, bo mogłabym za dużo zdradzić, a thrillery mają to do siebie, że nie powinno się wiele o nich wiedzieć przed przeczytaniem ich. 
Ja książką byłam porażona- w pozytywnym słowa znaczeniu, nie mogłam się oderwać, a jednak musiałam, bo już tak mam, że czasem muszę napięcie zmniejszyć. Thrillerów niestety nie czytam za jednym podejściem, chcę, ale czasem nie mogę. Zatem czytanie było jak oglądanie serialu - ale i czytanie i oglądanie seriali lubię bardzo więc nie mogę się skarżyć.
Książkę oceniam na ******6****** i utwierdzam się w przekonaniu, że ten gatunek od czasu do czasu uwielbiam:).
Ps. Brakuje mi tylko w książce jakiejś notki o autorce- bo niestety nic o niej nie wiem. A nie omieszkałabym sięgnąć po jej inne książki- jeśli takowe napisała.

sobota, 3 lipca 2010

"Szafa" Olga Tokarczuk i wakacyjne plany czytelnicze


Pani Tokarczuk chyba nie trzeba przedstawiać, tak samo chyba jak i jej dzieł. Większość wie jakie są, wie czego od nich oczekiwać, zwłaszcza od jej najwcześniejszych utworów. Ja swoją przygodę z panią Tokarczuk (wtedy) chcąc- nie chcąc rozpoczęłam w liceum, potem miałam jej totalny przesyt, więc przestałam ją czytać. Jednak ostatnio wpadła mi do rąk "Szafa" - i jakoś nie mogłam jej odłożyć na półkę...wyniosłam do domu...oczywiście po wcześniejszym obwieszczeniu tego pani bibliotekarce.
"Szafa" to zbiór trzech krótkich opowiadań. W swych opowiadaniach Olga Tokarczuk budzi do życia jakby nowy świat - świat przedmiotów, świat korytarzy, świat wyimaginowanej wyobraźni. Przenosi nas w świat pełen magi, gdzie fantazja sąsiaduje z mitami, a przedmioty mają własne prawa.
Mnie osobiście w tej książce podobało się najbardziej jedno opowiadanie pt. "Numery". Ukazany w nim jest świat hoteli wdziany oczami sprzątającej pokojówki.  Autorka rewelacyjnie kreśli portrety potencjalnych mieszkańców hotelowych pokoi. I tak jak ludzie w swoich domach są kompletnie różni, tak każda osoba zajmująca rzeczone pokoje jest inna, charakterystyczna....
Krótko piszę, bo i opowiadania krótkie, pewnie mogłabym z nich więcej wyciągnąć, ale....Książce daję ****4****- bo po pierwsze wolę dłuższe treści, za opowiadaniami nie przepadam, po drugie podobało mi się tak na prawdę tylko jedno, a to trochę za mało jak na piątkę.
Myślę, że znowu za jakiś czas sięgnę po "coś" Pani Tokarczuk, bowiem wyznaję zasadę, że Tokarczuk sobie aplikuję w małych ilościach- by docenić jej styl i każdą jej książkę odpowiednio przetrawić...

Co do drugiej części tytułu posta, to niestety nie udało mi się przeczytać całego czerwcowego stosiku- hm... przedobrzyłam  układając go. No i czerwiec był dosyć intensywnym miesiącem pod względem iście nieczytelniczym- wszystko układało się tak, żebym miała jak najmniej czasu na czytanie. Złośliwość rzeczy...hm... nie, po prostu plany u mnie zawsze działają "według swoich planów".
Zatem wakacyjne czytanie pozostaje bez planów. No może bez większych, wyraźniejszych planów, bowiem coś tam się naskładało czytelniczo i jeśli tylko pooperacyjny powrót do zdrowia pozwoli to będę to realizowała.
Powiedzmy do czwartku jeszcze czytam zachłannie, ale pewnie jakoś po czwartku pozostaną mi audiobooki. Ciekawa jestem jak mi z nimi będzie. Bo niestety stosunek do nich miałam zawsze  "raczej na nie", teraz zmuszona okolicznościami postaram się z nimi zaprzyjaźnić, a Wam jeśli tylko będę mogła napiszę o wrażeniach.
Zatem bez planów na wakacje....bez uprzedzeń do audiobooków....zaszywam się jeszcze póki mogę w książkę i macham Wam ręką ze świeżo umalowanymi pazurkami (na granatowo)...a co w końcu WAKACJE:) mam.

piątek, 2 lipca 2010

"Cukiernia pod Amorem" Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Dosyć długo zwlekałam z napisaniem co myślę o tej książce. Dlaczego?Po pierwsze musiałam trochę ochłonąć (tzn. nie ma tam jakiejś takiej akcji szalonej, ale...coś w niej było takiego...), po drugie już tyle opinii o niej czytałam, że musiałam ułożyć w swojej głowie- swoją własną, po trzecie sama nie wiedziałam czy bardziej książkę lubię czy nie lubię....
Może najpierw napiszę o czym książka jest, a potem się do nie ustosunkuję.
Zatem "Cukiernia pod Amorem" jest przede wszystkim pierwszą częścią sagi o Gutowie- miasteczku w województwie kujawsko-pomorskim, wydarzeniach w nim się rozgrywających i historii, która porusza bohaterów powieści i samego jej czytelnika.
Oto bowiem podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Odkrycia, które dotyczy i wzbudza zainteresowanie córki właściciela tytułowej "Cukierni pod Amorem". Iga- owa córka postanawia rozwikłać zagadkę- dawną rodzinną tajemnicę. W trakcie tych prób poznajemy losy kilku pokoleń kobiet (i ich mężczyzn) związanych w większym lub mniejszym stopniu z rodziną Igi.
W trakcie czytania przenosimy się do dziewiętnastowiecznej scenerii- poznając losy przodków Igi, by zaraz potem powrócić do roku 1995 i razem z Igą próbować rozwikłać zagadkę. Tutaj z kolei nie tylko zajmujemy się zagadką- poznajemy też samą Igę i jej najbliższych, jej relacje z nimi i opinie na różne tematy- mamy szanse polubić bohaterkę lub ją znienawidzić.
Ja osobiście Igę polubiłam. Chyba nawet bardziej niż opisywane przez autorkę bohaterki wydarzeń z czasów dziewiętnastowiecznych. Spodobało mi się jej dążenie do odkrycia swoich korzeni, do zrozumienia ich, do wyjaśnienia tego co niewyjaśnione.
Nie spodziewajmy się jednak po książce, że w tej części wszystkiego się dowiemy. Jest wręcz odwrotnie- nie dowiadujemy się wiele, a zakończenie zostawia nas z kolejnymi, nowymi, frapującymi pytaniami. I tutaj właśnie musiałam wziąć poprawkę na swoje czytanie tej książki i na opinie, które się rodziły w mojej głowie podczas niego. Otóż ja chciałam konkretnych odpowiedzi, konkretnych wyjaśnienie. Nie wiem dlaczego uroiłam sobie, że wszystko się na samym końcu wyjaśni- wiedząc przecież iż jest to pierwsza część sagi, a w sagach tak bywa, że się ciągną wątki nieskończenie...
Tutaj czułam się jednak jakbym nie miała pewnej części książki, jakby zabrakło kartek, jakby sobie ktoś ze mnie zażartował. Stąd to moje lekkie (podkreślam lekkie) rozczarowanie książką. Natomiast reszta- cudna....opisy epoki, scenerii dziewiętnastowiecznych dworków i prowincji, opisy życia codziennego i wydarzenia historyczne dotyczące tamtego okresu- rewelacyjne. Przedstawienie ówczesnych kobiet, ich marzeń i namiętności- naprawdę uderzające. Cała historia jak najbardziej ciekawa.
Zatem mogę posłużyć się na koniec cytatem z okładki książki- słowami pani Doroty Wellman (która uwielbiam) " Wstąpiłam do cukierni Pod Amorem. I nie żałuję. Tu współczesność i przeszłość splatają się jak warkocz drożdżowej chałki. Jest w niej wszystko co lubię: słodycz miłości, gorycz zdrady, pokręcone ludzkie losy, tajemnice z przeszłości i pierścień, i mumia, i jagodzianki. Czekam na ciąg dalszy, bo apetyt został niezaspokojony. A ja jestem książkowym łasuchem".
Te słowa dokładnie oddają to co czuję wobec tej książki. Sama nie potrafiłabym ująć tego lepiej.....
Książka dostaje zatem *****5***** i czekam na kolejne części.