czwartek, 30 grudnia 2010

"Toliny" Conn Iggulden


Toliny są faktycznie wystrzałowe.
A jeszcze bardziej wystrzałowe mają pomysły.
No, ale kim są te Toliny? Hm... Cytując książkę "Toliny to nie duszki. Choć jedne i drugie mają skrzydła...", tym bardziej nie są ludźmi, ale jako zwierzątka też nie mogą być kwalifikowane. Może ustalmy, że Toliny po prostu są. Żyją obok ludzi, którzy ich nie widzą (do czasu!), nie szkodzą im, ani też nie pomagają (jak według mnie na przykład duszki), po prostu mają swój świat i sobie w nim żyją. My poznajemy ułamek tego świata- miejscowość Szerłudkowo, w którym Toliny się zadomowiły.
I wszystko by było pięknie, gdyby nie...hm... ludzie...
Otóż któregoś dnia Brodacze-ludzie z długimi brodami :) zauważają Toliny.... i uświadamiają sobie, że Toliny mogą im służyć do produkcji (tak, tak, książka jak najbardziej na czasie) fajerwerków.
I owszem Tolinów to nie zabija, ale... któż z nas chciałby żyć w niewoli i być zmuszanym do pracy? Na pewno wstrząsa to światem Tolinów. Jednak jak to w bajkach bywa.... pojawia się rozwiązanie. Jakie? Sami przeczytajcie!
Dodam tylko, że pomysłodawcą - odkrywcą rozwiązania jest uroczy Tolin- Iskrzak..., dzięki któremu wioska Tolinów nie raz zostanie obroniona. Bo po przygodzie z Brodaczami możemy czytać o dalszych losach Tolinów, które wcale nie są spokojne.
Szkoda tylko, że w pewnym momencie przygody się kończą...gdyż... kończy się książka.
Jak dla mnie trochę za mało, myślę, że mógłby być z tego całkiem ciekawy cykl książek. Mieliśmy już duszki, mieliśmy wampiry, anioły, krasnoludki...itp, itd...., ale nie było jeszcze Tolinów- zatem jest potencjał nowy.
Muszę (tzn. chcę) wyrazić też swój zachwyt nad sposobem wydania książki. Mnie książka graficznie oczarowała.  Już sama okładka powoduje, że książkę chce się po prostu mieć (w tym miejscu dziękuję Wydawnictwu Świat Książki ;] ), a gdy książkę otworzymy i obejrzymy ilustracje...to już wiemy, że książkę mieć musimy! No przynajmniej ja tak miałam.
Zatem mogę szczerze postawić ******6******, bo szata graficzna w połączeniu z literkami, układającymi się w naprawdę fajną historię dla dzieci warta jest takiej oceny. Już się nie mogę doczekać jak uraczę czytaniem tej książki bliskie dzieciaki.


C. Iggulden, "Toliny. Wystrzałowe opowieści dla dzieci", wyd. Świat Książki, Warszawa 2010, s. 176

środa, 29 grudnia 2010

"44 Scotland Street" Alexander McCall Smith


Bardzo lubię czytać o wspólnie mieszkających ludziach, o relacjach jakie się między nimi tworzą, obserwować ich codzienne życie, w większym lub mniejszym stopniu zależne od siebie...
Jeszcze lepiej mi się o tym czyta, gdy mogę obserwować jak między zupełnie różnymi ludźmi, których życie przywiodło do siebie, rodzi się przyjaźń lub choćby nutka porozumienia. No i owszem o kłótniach i różnych dziwactwach, które owych ludzi spotykają też poczytać lubię, nie ukrywam. Może wynika to z tego, że od 15 roku życia mieszkałam w internacie, potem w różnych studencko-pracowniczych mieszkaniach i ludzi zawsze koło mnie było pełno, a relacje z nimi były różne, ale niewątpliwie dostarczały dużo emocji.

W owej książce czytamy o ludziach, których łączy wspólny adres: 44 Scotland Street oraz praca. Najpierw poznajemy młodą dziewczynę Pat. Pat wydaje się być lekko zagubiona, tajemnicza, może trochę też samotna.
Pat wprowadza się do Bruca- egocentrycznego narcyza - no trafniej go nazwać nie mogę. I dzięki Brucowi oraz Pat poznajemy pozostałych mieszkańców kamienicy oraz ich bliskich.
A galeria typów ludzkich w książce jest przeogromna. Dominica- mieszkająca również w owej kamienicy- bacznie obserwuje mieszkańców, ma wyrobione o nich zdania, ciekawie wszystko komentuje i ocenia...., Irene- zbzikowana  matka, która "wychowuje swoje dziecko na geniusza", Matthew, u którego Pat zaczyna pracę, Sasha, Angus i jego pies ze złotym zębem.... no faktycznie jest w tej książce całe grono ciekawych typów postaci, które razem tworzą dosyć ciekawy obrazek.

Jedyne co mi w książce przeszkadzało to, to że do końca tak naprawdę bohaterów nie poznaliśmy. Przez to nie do końca mogłam zrozumieć pewne zachowania bohaterów, nie mogłam się wczuć w ich losy. Dodatkowo duże znaczenie w zrozumieniu/odebraniu pewnych fragmentów książki ma wiedza o kulturze szkockiej, łatwiej wtedy wyłapać i zrozumieć pewne niuanse, ironie i sarkazmy, których jest w książce dosyć dużo.Autor bowiem chciał jak sam mówi opisać kawałek życia w Edynburgu. I rzeczywiście to mu się udało.
Książka w swej pierwotnej wersji była powieścią w odcinkach pisaną przez autora dla gazety "Scotsman", co miało na pewno (zresztą sam autor nam o tym opowiada w przedmowie) duży wpływ na jej kształt. Czyta się szybko, niemal w każdym rozdzialiku coś się dzieje, coś potęguje napięcie i chęć czytania dalej. Poznajemy bohaterów, przywiązujemy się do nich i "żyjemy" ich życiem.

Jak dla mnie jednak trochę za szybko, za oględnie...
Myślę, że właśnie dlatego stawiam książce ****4****, wiedząc, że jest naprawdę dobra, ale nie do końca dla mnie. Zresztą tak jak z każdą książką bywa- sami musicie się przekonać czy Wam przypadnie do gustu....do czego oczywiście zachęcam!


A. McCall Smith, "44 Scotland Street", wyd. MUZA S.A., Warszawa 2010, s. 311

niedziela, 26 grudnia 2010

"Mechanizm serca" Mathias Malzieu


Hm... hm...... ach...hm.... och....hm.... hm.....oj....ach..... !
Tak wzdycham od pół godziny bo nie wiem jak zacząć i jak pisać, żeby książki "nie skrzywdzić", bo uczucia mam do niej mieszane. Ani na nie, ani na tak...
Owszem spodziewałam się większego "wow", w ogóle się spodziewałam "wow", ale czytając "wow" nie wypowiedziałam żadnego.
Może mój odbiór tej książki wynika z mojego wcześniejszego nastawienia się na nią, a nastawiłam się naprawdę pozytywnie, oczekiwałam czego wyjątkowego... no nie wiem sama.
Wyjątkowego niczego nie dostałam. Wyjątkowa jest tylko okładka. Bo jest przepiękna po prostu...
I właśnie spodziewałam się przepięknej historii. No i może ta historia właśnie byłaby przepiękna, gdyby nie została jakoś dziwnie przesadzona...
Pewnego mroźnego, a właściwie najzimniejszego w dziejach świata dnia, urodził się w Edynburgu pewien chłopiec...
Ani przyjście na świat tego chłopca nie było zwykłe, ani on sam zwykły nie był. Urodził się z zamarzniętym sercem..., które aby móc pracować zostało przez wiejską akuszerkę połączone z zegarem... To ratuje chłopcu życie, lecz jego życie nigdy nie będzie zwykłe...
Choć nie oznacza to wcale, że będzie to życie dobre... o nie. Wiedzie on raczej ciężki żywot, wychowywany przez ową akuszerkę-porzucony przez matkę, odosobniony, wyśmiewany przez rówieśników... samotny... nieświadomy...skazany na unikanie nadmiernych emocji... choć chcący je przeżywać...
I może unikanie nadmiernych emocji byłoby proste, lecz na swojej drodze główny bohater-Jack napotyka małą śpiewaczkę Miss Acacie... Od tego momentu nic nie jest już takie samo, a los Jacka plącze się niewyobrażalnie. Dalsze jego życie to ciągłe poszukiwanie szczęścia.
Czy odnajdzie to szczęście? Czy u boku Miss Acacii? Czy nie odnajdzie? O tym musicie sami przeczytać... a czyta się wyjątkowo szybko i "gładko".
Ja spodziewałam się większej magii, większego romantyzmu płynącego z książki... i może dlatego się rozczarowałam, bo tego nie dostałam. Choć stwierdzenie, że się rozczarowałam, jest trochę niesprawiedliwe...
Tak po prostu przeczytałam, jakoś się nie wzruszyłam... jakoś pewnie szybko o książce zapomnę... niestety.
Niemniej książkę oceniam na ****4****, bo rzeczywiście zła nie jest, ale bez rewelacji. 
Myślę też, że tę książkę każdy może odebrać inaczej, dlatego warto się przekonać jak wyglądał będzie nasz jej odbiór...
No i cytat, który mi w pamięć zapadł (a jednak!) i zdjęcie pierwszej strony (urokliwej), zrobione jeszcze latem...gdy książkę ową nabyłam (długo leżała, długo, ale u mnie tak czasem książki leżą... dobrze, że terminu przydatności nie mają).
 

„Jeśli boisz się, że zrobisz sobie krzywdę, zwiększysz tylko prawdopodobieństwo, że tak się stanie”

M. Malzieu, "Mechanizm serca", wyd. Świat Książki, Warszawa 2010, s. 167

piątek, 24 grudnia 2010

tuż przed Wigilią...

Tuż przed Wigilią chciałabym się z Wami podzielić opłatkiem... i złożyć Wam świąteczne życzenia

Życzę  Wam Wszystkim spokojnych i zdrowych Świąt, 
odpoczynku i wspaniałej atmosfery, która sprawia, że chce nam się żyć. 
Miłości i radości...
Sił i cierpliwości
oraz
prezentów-książkowych co najmniej tyle, ile bombek na choince;)

Spędźcie ten czas tak jak sobie wymarzycie... 


Pozdrawiam serdecznie i dziękuję, że jesteście...
Kaś

środa, 22 grudnia 2010

"Bikini" Janusz L. Wiśniewski

Najchętniej zaczęłabym od ocenienia tej książki. Bo od razu chce jej dać noty najwyższe, bo to książka najwyższych lotów! Zachwycona jestem....
Dawno nie miałam tak, że nie chcę skończyć książki czytać, bo nie chcę się rozstawać z jej bohaterami, z ich losami, z ich myślami ....a z drugiej strony chcę chłonąć tą historię każdym oka mrugnięciem.
Samo czytanie sprawiało mi taką przyjemność, że często nie mogłam się oderwać, a potem się łapałam na takiej myśli: "nie czytaj za szybko, bo Ci się skończy". I gdyby nie to, że wolny czas był moim sprzymierzeńcem w nie-czytaniu, bo wolnego czasu ot po prostu  nie było, to bym pewnie książkę pochłonęła, a nie przeczytała.
Zatem jak widać zachwycił mnie pan Wiśniewski- i to nie pierwszy raz zresztą... i czuję, że nie ostatni. Naprawdę jestem pełna podziwu dla tego autora. Sposób pisania, język i sama tematyka tej książki są naprawdę na wysokim poziomie.
To wcale nie jest prosta książka, bowiem porusza naprawdę trudne tematy. Czytając poznajemy młodą Niemkę-Annę.
Anna żyje w czasach II Wojny Światowej. A właściwie Annę poznajemy kiedy wojna w Europie ma się już ku schyłkowi. Co wcale dla Anny nie jest łatwe...bowiem zaczyna się bombardowanie Niemiec...mające doprowadzić do ich kapitulacji. Ginie jej cała rodzina, a miasto, w którym się wychowała właściwie znika z mapy. Zostaje sama....
W tym samym czasie na innym kontynencie, w USA normalne życie wiedzie jeden z reporterów "The New York Times"- Stanley. Los jednak daje mu okazję do sfotografowania wojny-a właściwie jej końca, oczami Amerykanina.
Zatem poznajemy Annę i Stanleya...., a w momencie gdy ich losy się splatają zaczyna się wspaniała lektura. Ich spotkanie zmieni zarówno ich życie, jak i życie ludzi ich otaczających... i nie jest to spotkanie normalne, nie jest to też spotkanie, które ma doprowadzić do związku głównych bohaterów, ...o nie, to spotkanie rodzi miłość...ale inna, nie taką z romansideł, nie taka oczywistą. Miłość różną, dotycząca różnych osób...
Nieodłączną częścią książki jest historia. Poznajemy ją, ale nie w taki podręcznikowy sposób. Czytamy patrząc na pewne fakty historyczne oczami naszych bohaterów. Co nie raz da nam do myślenia...
Książka zwraca też uwagę na pewien bardzo trudny temat: obarczania odpowiedzialnością za czyny Hitlera całego niemieckiego narodu. Bo przecież ta sprawa wzbudza kontrowersję do dziś. I wcale nie jest łatwo ją oceniać.
Myślę, że to bardzo mądra książka, której czytanie wywołało u mnie wiele emocji, zmusiło mnie do myślenia, ale też pobudziło uśpiony we mnie pęd do wiedzy historycznej...nie można bowiem czytać tej książki i nie chcieć się dowiedzieć czegoś więcej o opisywanych faktach.

Stawiam więc ogromną, zasłużoną ******6****** i POLECAM GORĄCO!
Dodam jeszcze, że jestem pewna, że po każda książkę napisaną przez pana Janusza Wiśniewskiego sięgnę w ciemno! A i jego samego poznać by było wspaniale.... :)
Do tego jestem naprawdę zachwycona wydaniem tej książki, wszystko jest tak cudownie dopracowane, że aż mi szkoda, że "Bikini" miałam pożyczone i niestety nie może zostać na mojej półce. 

Życzeń przedświątecznych jeszcze nie składam, bowiem jeszcze się nie raz myślę przed Świętami odezwę:) W końcu mam wolne- zatem czytam, czytam,czytam.:) A jest co!

J.L. Wiśniewski "Bikini", wyd. Świat Książki, Warszawa 2009, s. 431

niedziela, 12 grudnia 2010

"Podręcznik złej matki" Kate Long


Nie lubię źle pisać o książkach.Naprawdę nie lubię... zawsze z książki chcę wyciągnąć coś dobrego do opisania....
Tym razem jednak niewiele dobrego mogę o książce napisać. Nie znalazłam w niej tego czego szukałam, nie dostałam nawet ułamka tego czego oczekiwałam.
Po prostu czytałam, bo jak wiecie mam taką manie, że jak zacznę książkę to ją skończyć muszę- no chyba, że mega mocno jest nie do przeczytania. To czasem wysiadam.
Tutaj nie wysiadłam, bo ciągle łudziłam się, że na następnej stronie pani Kate Long czymś mnie zaskoczy, spełni moje oczekiwania choć w rzeczonym ułamku.
Nie spełniła. Książkę przeczytałam dla samego przeczytania. Bo ani mnie nie bawiła, ani nie zaskakiwała, nie wzruszała, nie ciekawiła. No i bardzo denerwowało mnie trywialne podejście do tematu. Bo temat naprawdę trudny.
W jednym domu mieszkają trzy kobiety- każda z innego pokolenia, każda borykająca się z innymi problemami, związanymi z jej sytuacją, wiekiem, naturą-charakterem. Te trzy kobiety nie są w stanie się ze sobą porozumieć, choć są rodziną, choć tak naprawdę tylko na siebie mogą liczyć.
No właśnie...wcale nie jest łatwo żyć pod jednym dachem z nastoletnią dziewczyną, ponad trzydziestoletnią kobietą, której wydaje się, że życie przegrała i staruszką, która już bardziej żyje przeszłością niż teraźniejszością. A w tej książce problemy, które z takiego układu wynikają zostały tak jakoś trywialnie podane, jakby tylko liźnięte, uproszczone i może nie zbagatelizowane, ale nie rozwinięte tak jak mogłyby być.
Autorka prześlizguje się po nich jakby tylko po to, żeby coś napisać. Żeby ciągnąć historię...i żeby ją jakoś zakończyć... 
Nie wiem, może ja tą książkę tak jakoś źle odebrałam, może nie dostrzegłam jej potencjału...
No cóż dla mnie to było takie słabe czytadło, które mogłoby być naprawdę dobre, gdyby wyciąć z niego zbyt proste pojmowanie poruszanych tematów. Miałam wrażenie, że autorka piszę tak by ludzie na pewno zrozumieli o co chodzi, by się bawili tylko czytając, a nie czytali i myśleli. A niestety jest to styl pisania, który owszem od czasu do czasu łyknę, ale na pewno się nim nie zachwycę i nie napisze o nim niczego dobrego.
No cóż książkę oceniam na **2**, słabo było.... oczywiście wiecie, że to moja subiektywna opinia i wcale nie trzeba się nią kierować :)

K. Long, "Podręcznik złej matki", Wydawnictwo REBIS, Poznań 2006, s. 360.

wtorek, 7 grudnia 2010

"Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy" wsłuchała i opracowała Anna Mateja


Niewątpliwie jest to dobra książka. Książka, której czytanie wcale nie jest łatwe, ale nie ze względu na język czy konstrukcję. Nie łatwo czyta się o chorobach i cierpieniach innych ludzi. Nie łatwo czyta się o ciężkich przypadkach, o sytuacjach beznadziejnych, o śmierci....
Jednak łatwiej się o tym czyta, gdy możemy też przeczytać o uzdrowieniu, o radości jaką ono dało, o spełnionych nadziejach.... o cudach, które na miano cudu zasługują bardziej lub mniej. Nade wszystko lepiej o tym wszystkim co złe czyta się, gdy z wypowiedzi lekarzy, którzy o tym opowiadają przemawia nadzieja, siła i wiara w to co robią. A przede wszystkim chęć niesienia pomocy...nawet, gdy wydaje się niemożliwa.
Takie są wypowiedzi lekarzy, których wysłuchała Anna Mateja. Dają nadzieję, wzbudzają zaufanie, lekarze stają się bliżsi, bardziej ludzcy.... Nabrałam do nich ogromnego szacunku i przepełnia mnie podziw. Bo to nie są zwykli ludzie, mimo, że tak zwyczajnie o swoich przeżyciach opowiadają.
Czytając ciągle dziękowałam Bogu, że tak naprawdę w moim życiu nie musiałam się jeszcze zmagać z poważną chorobą swoich bliskich lub swoją. Przyznam się szczerze, że dziękując Boga też prosiłam, żeby Nam tego oszczędził. Bo jedno wiem: najbardziej boję się choroby/śmierci swoich bliskich.
I choć parę szpitali już zwiedziłam, parę operacji już za mną... to i tak moje problemy są niczym w porównaniu z cierpieniem innych ludzi.
Mam wręcz wrażenie, że po przeczytaniu tej książki nabrałam trochę pokory- już głupio mi narzekać, że tu mnie boli, tam zakuło. Dziwnie zastanawiać się dlaczego wynik operacji jest taki, a nie inny- bo przecież mógł być gorszy...

Dodam jeszcze tylko, że Wydawnictwo Literackie i tym razem graficznie mnie nie zwiodło... choć wolałabym, żeby życiorys lekarza, którego wypowiedź czytam był na początku, a nie na końcu podrozdziału.

Ciężko oceniać taką książkę, raczej ocenę stawiam mojemu odebraniu jej. Stawiam *****5***** i cieszę się, że w końcu po tą lekturę sięgnęłam.

"Cud w medycynie. Na granicy życia i śmierci. Opowieści lekarzy" oprac. Anna Mateja, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 250

poniedziałek, 6 grudnia 2010

tego się nie da leczyć :D

Dziś moi drodzy chciałabym się z Wami podzielić moją chorobą- książkoholizmem!
Tak, wiem, że tego nie da się leczyć,
tak, wiem, że nie jestem przy zdrowych zmysłach,
tak, wiem, że nie wiem kiedy to wszystko przeczytam- posiadając wypchaną półkę, aż ciężko,
tak, wiem, że chcę ciągle więcej... i
TAK WIEM, ŻE WCALE MI NIE WSTYD! (no może trochę...)

Zatem zaprezentuje stosy, które przede mną...
1. Zamówienie z "Świata Książki" - no była takaaa promocja, że się nie opanowałam:) 

2. Dzisiejszy napad na bibliotekę- napad bowiem wpadłam i wypadłam szybciorem, bo czasu miałam nie wiele- ale poczucie, że coś wynieść muszę nie osłabło!
3. Prezenty Mikołajkowo-Imieninowe,
- Marlena de Blasi od Męża Miłego - Mikołaja... jedna na imieniny-druga na Mikołajki,
- Bluszcz- bo wpadłam po uszy i sama sobie zakupuję- prenumeratę chyba popełnię! 
- cudowna zakładka- od madmad, jeszcze raz dziękuję !!!! ja i książki cieszymy się ogromnie
- rózga- od ucznia-adoratora 6 letniego:) w sumie może ta rózga mnie ustatkuje??? :)

niedziela, 5 grudnia 2010

perfect gift for me:)

Jestem, tak na chwilkę, tak bez przeczytanej książki do opisania...
Ale jestem...
Co nie oznacza, że nie czytam...oj czytam, czytam.... tylko, że jakoś przez "Podręcznik złej matki" nie mogę przebrnąć... czytam licząc, że się rozkręci/zmieni/skończy(!), ale.... doczytam i napiszę!
A dziś tylko chciałam zawiadomić, że Mikołaj był. Już! U mnie!
Bielą otulił, ciepło, puszyście... i literkami nowymi obdarował....-on wie, jak ja to lubię!
Mam nadzieję, że Was wszystkich też literkami obdarzy! Bo dla mnie choćbym miała 1000 książek- każda nowa i tak ogromną frajdę sprawi! Myślę, że nie jestem odosobniona. :D

A teraz wracam do książek, otulam się bielą i puszystością i w tym ciepełku popijam kakao...słuchając tego:
prawda, że urocze????:)

poniedziałek, 29 listopada 2010

"Miłość" Toni Morrison


Z czytaniem noblistów mam zawsze problem, a może nie jest to problem lecz strach...
Strach, że nie podołam, że nie zrozumiem, że nie docenię. Ale żeby nie było, że tylko czytadła rozumiem:) to od razu napisze, że "Miłość" mi się podobała. Ba, nawet mnie porwała i zaintrygowała.
Tak....., książka mnie zaintrygowała - bo historia opisywana w "Miłości" Toni Morrison to jakby jedna wielka intryga... wypływająca z każdego kąta. Intryga losu... intryga miłości i nienawiści...

"W dużym pustym domu mieszkają dwie stare kobiety, Christine i Heed. W dzieciństwie były nierozłącznymi przyjaciółkami, choć pochodziły z odmiennych środowisk. Dziadek Christine, Bill Cosey, był jednym z pierwszych czarnych ludzi interesu, właścicielem znakomicie prosperującego kurortu nad oceanem. Będąc już w podeszłym wieku, poślubił przyjaciółkę własnej wnuczki, jedenastoletnią Heed. Od tej chwili łącząca dziewczęta więź zaczęła zmieniać się w nienawiść."
 I to by już wiele wyjaśniało, ale... nie do końca...
Czytając poznajemy głównych bohaterów, wśród których przeważają kobiety i to one nam swoimi losami książkę opowiadają.
Kobiety skupione wokół jednego mężczyzny. Kobiety w jakiś sposób temu mężczyźnie oddane, od niego uzależnione, na nim skupione.
Kobiety, które z miłości swoje życie właściwie przegrały...popadły w nienawiść i się w niej zatraciły. Poznając te kobiety tworzy się nam obraz mężczyzny, który tym ich życiem zawładnął. Zaczynamy rozumieć, możemy oceniać (bo któż tego nie robi?), tworzyć swoje opinie, zastanawiać się dlaczego tak się wszystko potoczyło, gdybać... próbować stawiać się na ich miejscu...poznawać tajemnice, które na życie bohaterek rzuciły duży cień. Cień, który miał zatrważającą siłę rażenia....
Stopniowo dochodzimy do prawdy o ludziach, o wydarzeniach. Tylko nie do końca wiemy, czy jest to całą i niepodważalna prawda... bowiem poznajemy historię z różnych punktów widzenia. A wiadomo, że punkt widzenia ma każdy inny i obiektywny on być nie może. Bowiem prawda jest tyle...ile bohaterek.
Zatem zatapiamy się w tą historię, pozwalamy się uwieść...dajemy sobą trochę manipulować, żeby w końcu...hm... zrozumieć tą ludzką tęsknotę, przewrotność losów, nieobliczalność miłości i uzależnienia. I samo czytanie powoduje u nas wiele emocji...a przecież o to w czytaniu chodzi.


Za te emocje stawiam *****5*****, choć przyznam dziwnie się czuję pozwalajac sobie na ocenianie noblistki. No cóż, ale może trochę arogancko... przyznam, że o to w moim blogu między innymi chodzi, żeby się swoją opinią podzielić, choćby to miało mnie onieśmielać.
Choćby opiniować o książkach noblistów.

T. Morrison, "Miłość", wyd. Świat Książki, Warszawa 2005, s. 232

wtorek, 23 listopada 2010

"Bez śladu" Linwood Barclay


Dosyć często pewne książki, które zakupię lub dostanę muszą u mnie na półce chwile postać. Chwila raz jest dłuższa, raz krótsza....raz to chwilka, raz chwila, a nie raz...chwila przeciąga się nawet do roku. Tak też było z tą książką. Zakupiłam, na półce ustawiłam i ... jakoś tak sobie książka stała i stała. Ale w końcu i na nią przyszła pora- dobra pora. Bowiem takiej książki potrzebowałam.
Potrzebowałam książki, która odciągnęłaby mnie od własnych myśli, od codziennej życiowej tyrady, która jakoś mnie ogarnęła ostatnio. A co najlepiej odciąga?
A thrillerek. Nie ma to jak poczytać o tym, że inni mają gorzej... :P. 

"Bez śladu" to typowy thriller, ale thriller ciekawy, porywający i wciągający. Thriller, który chce się czytać pełną parą, by w końcu dotrzeć do prawdy, do rozwiązania... wiedzieć o co chodzi, kto, jak, gdzie i kiedy...no i dlaczego. Właśnie najbardziej lubię dowiadywać się "dlaczego?".

W tej książce chciałam się dowiedzieć dlaczego nastoletnia Cynthia budzi się w opuszczonym przez jej rodzinę domu? Dlaczego znika jej ojciec, matka i brat, ślad po nich ginie i nikt nie jest w stanie ich odnaleźć lub choćby wytłumaczyć co się mogło stać. Chciałam się też dowiedzieć dlaczego już dorosła Cynthia ma wrażenie, że traci kontrolę nad swoim życiem, a bliscy, którzy zaginęli/zginęli 25 lat temu dają o sobie znać? I czy to właśnie oni dają o sobie znać?
I na te wszystkie pytania dostałam całkiem ciekawą odpowiedź. Sprawnie opowiedzianą, owszem z paroma niedociągnięciami (ale nie mnie to oceniać), z paroma przesłodzeniami i udziwnieniami...ale...wszystko razem dało naprawdę wartą przeczytania książkę. Książkę, którą jak pisałam wyżej można zaserwować sobie, gdy chcemy czytać...nie myśleć...
No oczywiście myślenia nie wyłączajmy całkowicie...może w trakcie czytania będziemy domyślali się końca...a może nie...ale pogłówkować też warto. 

Książkę oceniam na *****5***** i myślę, że chętnie wrócę do autora..., gdy najdzie mnie znowu ochota na thriller.

L. Barclay "Bez śladu", wyd. Świat Książki, Warszawa 2009, s. 431. 

wtorek, 16 listopada 2010

"Natychmiast, mocno, naprawdę" Daniel Handler


"Współczesna powieść obyczajowa błyskotliwe arcydzieło pisarza, porównywanego do Nabokova. Nieodparcie śmieszna, inteligentna i opisana bogatym językiem historia różnych miłości, które zawsze trzeba złapać w odpowiednim momencie. Kilka, a może kilkanaście osób, bo to samo imię nie musi oznaczać tej samej osoby, zakochuje się i odkochuje, i znów zakochuje... W kinie i w taksówce, na ulicy i w barze, w kobietach i w mężczyznach... Pomysłowe studium ludzkich uczuć na tle współczesnego świata, który jak każda dobra jadłodajnia jest czynny dwadzieścia cztery godziny na dobę." 
(Świat Książki naprawdę opis stworzył książce rewelacyjny- sama na to poszłam...)


Walczyłam. Naprawdę bardzo mocno walczyłam. I poległam.
Nie jestem w stanie przeczytać tej książki. Nie jestem nawet w stanie przeczytać ją zgodnie z moja zasadą, że co zaczęłam - skończyć muszę. Po prostu nie dam rady.
I myślę, że tytuł "Natychmiast, mocno, naprawdę" odzwierciedla moją natychmiastową chęć odstawienia tej książki, chęć mocną,..... naprawdę !
Czuję się jakbym pomyliła książki, jakbym czytała jakiś totalny bełkot, jakby strony były pomieszane, a wyrazy za nimi nie nadążały. Usiłowałam się skupić na maksa- bo myślałam, że może zbyt często się czymś innym rozpraszam, ale...nawet totalna cisza i dosłowne stu procentowe skupienie nie pomogło.
Zatem poległam. I owszem nie powinnam książki oceniać - bo nie doczytałam do końca, ale... no cóż i tak oceniam, boć to przecież o to w moim blogu chodzi między innymi i........ stawiam *1*.
Zabieram się zatem za inna książkę i mam nadzieję, że to nie mojemu czytaniu się "coś stało" tylko rzeczywiście "Natychmiast, mocno, naprawdę" nie jest dla mnie.

Ps. Szkoda mi ogromnie, że tak książka mi nie podeszła, bowiem napisał ją autor, który jako Lemony Snicket stworzył rewelacyjną "Serię niefortunnych zdarzeń"- która moje serce podbiła!

D. Handler, "Natychmiast, mocno, naprawdę", wyd. Świąt Książki, Warszawa 2008, s. 304

sobota, 13 listopada 2010

"Jaśki" Jean- Philippe Arrou-Vignod


A to mnie "Jaśki" zaskoczyły. Na plus oczywiście.
Książkę kupiłam na Targach na prezent dla pewnego chłopca. Chłopca, którego zarażam po trochę pasją czytania. I myślę, że i tym razem wybrałam dobrą książkę do zarażania!
"Jaśki" to jak nazwa wskazuje chłopcy o imieniu Jan  - sztuk sześć.
Bracia. Sympatyczni. Szaleni. Śmieszni. Rozbrykani. Pomysłowi. I po prostu normalni.
Normalne dzieci, których przygody opisał autor i wyszło mu to naprawdę zabawnie i interesująco.
Normalne dzieci wychowujące się  w normalnej rodzinie wielodzietnej. A w takie rodzinie nudno być nie może. I nie jest też nudno w książce. Ale książka też nie jest "przeładowana", udziwniona czy po prostu przejaskrawiona. Przygody tytułowych Jaśków są bardzo podobne do naszych przygód z dzieciństwa lub przygód naszych dzieci. Dzięki czemu możemy się z samymi bohaterami identyfikować.
Jest przecież Jan-A (tak chłopaki mają nietypowe imiona, pozwalające na rozróżnianie ich) - najstarszy, wszystko wiedzący najlepiej, marudzący, ale ciężko się mu dziwić- w końcu w trakcie jego życia przybyło mu 5 braci i różnych trosk z tym związanych.No i nie jest wcale w łatwym wieku - państwo moi ocieramy się o dojrzewanie. Jan-B- narrator, uroczy, lekko zaokrąglony chłopczyk- kochający czytać!!!! (tak, tak!), marzący o tym by zostać tajnym agentem, Jan-C- który jako średniak ma przekichane- bo ani do braci starszych nie należy, ani z młodszymi identyfikowany być nie chce, często nic nie rozumie czym nas trochę rozśmiesza, Jan- D- demolka, zabawny chłopczyk, któremu wszystko pali się w rękach,  Jan-E (tego akurat uwielbiałam, więc nie mogę być obiektywna) cudownie sepleniący, dotychczas najmłodszy wiec pojawienie się młodszego brata lekko zaburza jego świat, i Jan-F, który pojawia się w trakcie czytania i rośnie w miarę pogłębiania lektury.
Chłopcy muszą się zmierzyć z różnymi wydarzeniami : a to pojawienie się na świecie kolejnego brata, a to przeprowadzka, a to zwykłe problemy dzieci. I szczerze powiedziawszy radzą sobie różnie, ale wzbudzają przez to jeszcze większą sympatię. A przede wszystkim czytając wiemy, że są niezmiernie mocno kochani przez swoich rodziców: mamę- którą osobiście podziwiam!, która powtarza, że "grunt to dobra organizacja" i tatę, który jak to tata raz sobie radzi, raz mniej. No i banalny morał, ale banalny to on jest z punktu widzenia dorosłego: morał, że to rodzina jest najważniejsza i że rodzina razem przetrwa wszystko.
I owszem "Jaśki" kolegami "Mikołajka" być by mogli- ale...(wiem, że narobię sobie teraz wrogów), ale... jakoś większą moją sympatię wzbudzili, niż lekko rozkapryszony Mikołajek.
Zatem polecam rodzicom i dzieciom, i ku rekomendacji stawiam mocną *****5*****.
J-P. Arrou-Vignod, "Jaśki".wyd. "Znak", Kraków 2010, s. 392.

piątek, 12 listopada 2010

Prywatny antykwariat półkowy...bo nocą rodzą się pomysły

Nocą rodzą się pomysły. Zwłaszcza nocą, gdy wypoczęty człowiek nie może  spać- bo za dużo chyba wypoczywał (?).
Nocą ową wpadłam na pomysł zdobycia nowych książek.
W związku z tym, że z kasą na książki raczej krucho... (och te Targi...!), w szafkach pełno i nie ma gdzie (totalnie) książek nowych ustawiać, postanowiłam .... przewietrzyć moje półki. Tzn. na portalu lubimyczytac.pl założyłam półkę : wymienię/sprzedam. I poustawiałam tam książki, do których wiem, że nie wrócę już. Co nie oznacza, że są złe. Po prostu nie mam zwyczaju wracać do lektury tej samej książki.
Zatem zapraszam Was na stronkę :
PRYWATNY ANTYKWARIAT PÓŁKOWY
 na razie pozycji tam niewiele, ale będę aktualizowała. 
Dodam tylko, że ceny książek będą naprawdę niewygórowane. Rozumie pasję/chęć posiadania książek połączoną z wiecznym brakiem funduszy na nie:) Chętnie też się "na coś wymienię".
Zapraszam gorąco- może komuś się coś spodoba!

środa, 10 listopada 2010

"Dziewczyna z zapałkami" Anna Janko


Jednego jestem pewna. Pewna jestem, że wiersze pani Ani Janko uderzają w każdą wrażliwą strunę mej duszy. A proza?
Proza chyba nawet jeszcze bardziej. Bo zakochałam się w "Dziewczynie z Zapałkami" i aż mi szkoda, że czytać skończyłam. Szkoda mi też, że czytałam egzemplarz z biblioteki- bo tą książkę tak po prostu muszę mieć, gdzieś u siebie, na półce czekającą... Na co? Na to by choćby na nią spojrzeć, choćby przekartkować od nowa. Choćby od nowa poczuć z nią więź.
Pani Ania Janko oczarowała mnie swoim sposobem pisania. Oczarowała mnie tą piękną, głęboką książką, której nie sposób przeczytać nie wzruszając się.
"Dziewczyna z Zapałkami" to jakby pamiętnik, pisany przez 30 letnią bohaterkę- Hanię.
Pamiętnik, w którym bohaterka przedstawia nam swoje życie. Życie- w którym jakby nie żyje. Nie czuje go, nie wydaje jej się dla niej odpowiednie. Hania pisze o swoich decyzjach, których konsekwencje znosi, o swojej samotności, swoim rozdarciu, braku zrozumienia, ale też o swoich wyobrażeniach siebie i tego jak wyobrażać sobie siebie by chciała. Zmaga się ze swoim życiem, ze swoją kobiecością. Zastanawia się skąd "ta rola" dla niej, "dlaczego?" , "po co?", "jak?". I jak w tej jej przypisanej roli się odnaleźć?
I nie trzeba wcale czuć tak samo jak bohaterka, nie trzeba tak samo "mieć" by to rozumieć. Bo wszystkie wydarzenia opisywane na kartkach tego swoistego pamiętnika są codziennością każdej kobiety. Najpierw rodzimy się, rośniemy w określonym schemacie rodzinnym, potem "uwalniamy" się z niego, by przejść do tworzenia kolejnego schematu własnej rodziny, do małżeństwa, roli matki, roli synowej.... I jednym to łatwiej przychodzi, innym przychodzi to trudniej... Ale niemniej jest to nasza codzienność, może dlatego proza Anny Janko jest tak bliska kobietom? Mnie...
Bo mnie bliska jest bardzo....

I z takiej książki nie sposób nie wypisać cytatów....a mam ich całą masę:

"Niewola niedokończonych, źle przeprowadzonych rozmów, nie rozładowanych konfliktów, bolesnej, niesprawiedliwej wymiany zdań. Pułapki międzyludzkich sytuacji. W domu. W pracy. W sklepie. Na ulicy. To podpałka dla bezsennych nocy, żar i trucizna. Wewnętrzny zgiełk..."

"Jak trzeba poganiać życie, żeby łaskawie żyło! Zabieramy to życie na spacer, aby się przewietrzyło. Karmimy je, żeby nie osłabło. Kładziemy do łóżka, by się wyspało, albo kochamy się z kochankiem, aby życie dotknęło w sobie czegoś, owej tajemniczej energii, która je uskrzydli i rozpali! Na chwilę. 
A na co dzień ciągniemy je za sobą, jak dziecko worek z kapciami...."

"Miłość ma naturę falową. Przychodzi i odchodzi. Wybucha i gaśnie. Wprawia w euforię lub w gniew. Zamienia świat w niebo albo w piekło. Ten rytm odmierza nasze życie; nie umiemy i nie chcemy się z tego wyrwać. (...) Niech więc i miłość raz jest, raz nie jest. Byleby zawsze wracała."

"Książki to nie są czyjeś rzeczy, to są świadectwa rozumu. Książki, które czytasz, pozwalają zajrzeć Ci do głowy i zobaczyć myśli, uczucia, intencje, potrzeby emocjonalne. Jeśli coś czytasz namiętnie, to znaczy, że tym właśnie jesteś. Jesteś autorem swoich lektur i one zawsze Cię zdradzą !!!"

"Kobiety kobietom potrafią wiele bólu zadać. Bez narzędzi, bez krzyku, jednym słowem, gestem, twarzą, nawet palcami. (...) kobiety kobietom potrafią życie zamienić w koszmar. "


"Potrzebuję adresata, aby być. Bo naprawdę mocno być- można być tylko wobec kogoś. (...) To inni nadają nam kształt. To dla innych trzymamy formę. Dlatego samotność bywa tak zabójcza. Dlatego ludzie trwają w złych związkach tak długo, jak się da (...)"


Oj najchętniej bym całą książkę przepisała. I za to między innymi stawiam książce ******6******. Takiej książki mi teraz trzeba było!

A. Janko "Dziewczyna z zapałkami", wyd. Nowy Świat, Warszawa 2007, s. 264

niedziela, 7 listopada 2010

Targi, targi...i po Targach stosy

Mimo tego, że zastanawiam się jak można na jeden z ważniejszych dni w życiu czytelnika zapomnieć aparatu, paru książek do podpisania i słowackich ""Lentynek" - (wiem Aniu, że mi tego nie wybaczysz:) ) to Dzień Targowy zaliczam do jednych z najbardziej udanych dni ostatnich miesięcy.

Po pierwsze sprawy prywatne ruszyły ku lepszemu- plany weszły w fazę czynu,
po drugie poznałam w tym dniu naprawdę cudowne dziewczyny, z którymi mam nadzieję, kontakt będzie częsty.
Po trzecie utwierdziłam się w przekonaniu, że niektóre osoby mogą być naprawdę BRATNIMI DUSZAMI! I szkoda tylko, że mieszkają tak daleko...
A po czwarte oszalałam jeszcze bardziej na punkcie książek, atmosfery którą wywołują one i ich autorzy. Tak....już na sto procent wiem, że to jest TA droga, którą chcę iść.....

Co do samych Targów Książki- jako moje pierwsze - dosyć mocno mnie zaskoczyły.
I pozytywnie i negatywnie.

Pozytywnie zaskoczyła mnie atmosfera totalnego święta książki i pisarzy, pozytywnie zaskoczyli mnie też sami autorzy- mimo naprawdę trudnych warunków z każdym do kogo podeszłam mogłam porozmawiać, mogłam choćby wymienić uśmiech.
Za co szczególnie dziękuję min. panu Pawłowi Pollakowi, pani Małgorzacie Gutowskiej- Adamczyk, pani Kasi Miszczuk, pani Małgorzacie Strzałkowskiej, panu Jackowi Dukajowi i pani Izie Kunie. Od nich udało mi się uzyskać podpis na książce. I choć pewnie byłam jedną z wielu (a nawet na pewno) to i tak ogromnie DZIĘKUJĘ!

Negatywnie natomiast odebrałam totalny ścisk, tłum, w którym na początku nie mogłam się odnaleźć, bardzo zagmatwane rozłożenie sali oraz według mnie średnią organizację Targów. No i brak jakiś znaczących rabatów- bo uważam, że wydawnictwa stosowaniem rabatów znacznie by się rozpromować mogły.

Mimo wszystko i tak wyszłam ze sporym naręczem książek.
A oto i moje zdobycze:


A kolejny stosik to właściwie efekt prezentów:
"Ja, Diablica" K. B. Miszczuk - sprezentowałam sobie sama! a pani Kasia podpisała:)
"U2 o U2" - wygrałam w "Zaciszu" - jeszcze raz dziękuję- rewelacyjna książka, jestem pod ogromnym wrażeniem.
"Niepełni" Pawła Pollaka - sprezentowani przez samego autora- za co też OGROMNIE dziękuję!

Co do spotkania blogowiczek- to bardzo dziękuję tym, które dotarły, naprawdę miło było spędzić z Wami czas i Was poznać! Mam nadzieję, że to nasze nieostatnie spotkanie!

PS. Więcej zdjęć umieszczę, gdy kochana Skarletka udostępni mi zdjęcia:)

środa, 3 listopada 2010

spotkanie-konkrety !

Ustalono! 
Ustalono spotkanie zaczytanych w książkach blogowiczek/ów...

Ustalono, że odbędzie się ono w Dniu cudownym - Targowym:) gdzie same o książkach słyszy się rozmowy ! (co nie oznacza, że tylko o książkach mamy rozmawiać)

Ustalono, że Dzień Targowy wypada 06.11.2010 r.- SOBOTA.

Ustalono, że godzina 16.30- będzie godziną optymalną- bo każdy się Targami nasyci-tudzież przesyci i będzie wrażeniami się chętnie dzielił...tudzież słuchał:)Ten kto nie był na Targach opowie nam o czymś innym ;P.

Ustalono, że spotkanie odbędzie się w Kawiarni TRIBECA COFFEE - na Rynku Głównym 27. Bardzo blisko Księgarni Matras- co na pewno ułatwi zlokalizowanie!

Rozpoznawanie się nawzajem mogą nam ułatwić książki w ręku- zatem zapraszam z książka w łapce;)

Bardzo proszę o zgłaszanie się chętnych w komentarzach (tudzież na email)- bo gdyby się okazało, że będzie nas dużo to zrobię rezerwację!

Wszelkie pytania można kierować do mnie:) chętnie służę pomocą:)

wtorek, 2 listopada 2010

"Mam łóżko z racuchów" Jaclyn Moriarty


Przedziwna książka. W swej przedziwności jednak cudowna.
Nie ukrywam, że ciężko mi się w ten przedziwny świat wchodziło. Najpierw każda kolejna strona mnie irytowała, każdy kolejny wątek, opis, rozdział wprowadzał zamęt i lekką niechęć-
"no bo o co tu do diaska chodzi...?".
Ale, ale....gdy wątki zaczęły się splatać, wydarzenia łączyć i tworzyć ciekawy obraz - pomyślałam- tak to historia dla mnie!
Choć absurdalna, to i tak pociągająca, choć nieprawdopodobna to z drugiej strony realna.... bajkowa....ale...rzeczywista.
Wszystko się we mnie kłóciło, wszystko się we mnie godziło- tak mogłabym opisać swoje odczucia w trakcie czytania.
I jak głosi opis z okładki to bajka dla kobiet- choć nie do końca bajką jest, to w pewnym sensie historia kryminalna- choć nie do końca tak nazwać ją można, zatem zdefiniować tą książkę bym się bała.
Autorka nas czaruje, wypróbowuje jakby na nas swe magiczne sztuczki, bawi nas zabawnymi sytuacjami i ironicznymi komentarzami, by zaraz trochę nas zdenerwować i wprowadzić wątek kryminalny...ot...pisarski miszmasz!
Wprowadza nam pewien zamęt, który z kartki na kartkę jakby "pęcznieje" by na końcu wybuchnąć i wyjaśnić nam to i owo...tudzież WSZYSTKO. :)
Powoli poznajemy Rodzinę Zingów, poznajemy też inne osoby, które z ową rodziną w jakiś przedziwny sposób są związane. Z każdą stroną dowiadujemy się coraz więcej o bohaterach, o ich życiu, oczywiście w tym czasie możemy ich polubić/znienawidzić/zrozumieć/odkryć...., aż w końcu autorka wyjaśnia nam to nad czym zastanawialiśmy się od samego początku : "o co tu do diaska chodzi...?". I uwierzcie mi o COŚ  tam chodzi!A o co to każdy kto będzie chciał przeczytać się sam dowie... ja mogę powiedzieć tylko, że warto do tego wyjaśnienia dotrwać.
Warto wejść w tą absurdalną Rodzinę Zingów... poznać ją i ewentualnie spróbować się z nimi zaprzyjaźnić.

Stawiam *****5***** i cieszę się, że kolejna książka z "Serii z Miotłą" mimo wszystko mnie nie zawiodła.

J.Moriarty "Mam łóżko z racuchów". Wyd. WAB "Seria z miotłą", Warszawa 2007, s. 550

czwartek, 21 października 2010

Targowe spotkanie:)

Moi KOCHANI:)
Razem ze Skarletką (tak, tak, nie mogę tu o Tobie nie wspomnieć!) wpadłyśmy na pewien pomysł.
Pomysł spotkania.
Zaczęło się od pomysłu spotkania się we dwie, na Targach Książki, na które obie się wybieramy!
Jednak żeby dzień "Targowy" był jeszcze bardziej wyjątkowy to nie może zabraknąć towarzystwa i ...kawy (tudzież innych przyjemności barowo-kawiarnianych).
Zatem powstała idea zorganizowania spotkania blogowiczów. W Krakowie właśnie! W sobotę 06.11. Gdzie dokładnie i o której ? Hm...to jeszcze ustalę, może Wy mi coś podpowiecie itp.
Powołuję siebie na organizatora, Skarletkę na pomocnicę-tarczę :)A Was wszystkich zapraszam serdecznie!
I proszę o wyrażenie chęci uczestniczenia w takowym spotkaniu:) Bowiem jeśli się ktos zgłosi to my chętnie ze Skarletką sie z nim w sobotę spotkamy. Myślę, że miło poznać osoby, których blogi się czyta. Ja nie gryzę, Skarletka ponoć też ;) i myślę, że może być miło:)
Zatem czekam na odpowiedzi w komentarzach lub na email.
Pozdrawiam Was totalnie uśmiechnięta- bo dziś był świetny dzień i wszystko udało się nadzwyczaj dobrze:) Aż miło czasem zrobić coś dla kogoś (więcej na drugim blogu) ;)

wtorek, 19 października 2010

"Kuźnia na rozdrożu" Ewa Siarkiewicz


Gdy kupowałam książkę "Kuźnia na Rozdrożu" miałam jakiś określony obraz tej książki. To znaczy wiedziałam, że jest to czytadło dla kobiet, że to spokojna książka o miłości, zmianach w życiu, itp... Ale jakoś przypasowałam ją sobie do książek typu "Dom nad Rozlewiskiem"(który akurat uwielbiam,). Myślałam, że to kolejna książka o tym, że bohaterkę zaczyna uwierać jej dotychczasowe życie i postanawia je zmienić- wyjeżdżając na wieś np. do jakiejś Kuźni:), szukając nowego miejsca, nowych celów w życiu. Hm....
Zatem spróbujcie sobie wyobrazić jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że to co czytam dosyć mocno odbiega od mojego wyobrażenia na temat książki.
To co czytałam może nie do końca odbiegało od moich wyobrażeń, bowiem główną bohaterką jest dwudziestoparolatka (bliska 30tki), która w swoim małżeństwie czuje się niespełniona, nieszczęśliwa i wypalona. Dziwne to bowiem z mężem jest o ośmiu lat, jej życie wygląda jak sielanka - ma ciekawą prace, mieszkanie, dobrze zarabiającego męża, kochane przyjaciółki i przecudowną siostrę.
Ale...., ale  brakuje jej uczuć- uczuć od męża i do męża. Nie potrafi być szczęśliwa, czuje się dodatkiem do robiącego karierę męża (który w miedzy czasie awansuje i układa życie naszej bohaterce nie pytając ją o zdanie), z jednej strony jest racjonalistką, a z drugiej strony ciągle marzy i chce czegoś innego, Tylko nie potrafi się na to czego chce otworzyć, przemóc i rzucić to co jej nie odpowiada.
Do pewnego czasu, w końcu się przełamuje i....wszystko z jednej strony runie, a z drugiej strony się odbuduje.
No i tyle.
Przewidywalne, banalne, jakieś takie dziwne. Nie jakoś bardzo złe, ale też mnie nie wzruszyło, nie wywołało jakiś poruszających emocji, no może czasem zezłościło- bo taka niezdecydowana ta bohaterka. Bo takie frazesowe zdania, takie cienkie dialogi, takie niby ciekawe sytuacje-a nie rozwinięte, niedokończone...
I do teraz jeszcze zastanawiam się dlaczego taki tytuł? "Kuźnia na rozdrożu"? I gdzie ta magia? Bo książka reklamowana jako książka pełna magii, czarów...a tu parę przepisów na magiczne eliksiry, krótki wątek wróżki Eleonory i sny...hm...,które ponoć pomogły bohaterce zmienić swoje życie.
Oj nie dla mnie ta książka. Nie jest zła, ale jakoś czegoś więcej oczekiwałam. Nawet  tak jak pisałam na początku nie przeszkadzałaby mi schemat zmian życia- w sensie odnalezienia nowego miejsca na ziemi, swojego miejsca, choćby miała to być chata wróżki. A tu się rozczarowałam, bo zmiana owszem jest, owszem jest zwrócenie uwagi na parę trapiących nasze społeczeństwo problemów (ksiądz-ojciec, odrzucenie ze strony rodziny, przemoc w rodzinie, uzależnienie od internetu,itp.), ale są to tylko takie małe neoniki które się gdzieś zapalają, ale zaraz gasną przytłoczone dylematami bohaterki.
Książce stawiam ***3*** i głęboko się zastanowię przed kupieniem drugiej jej części (bo ponoć wyszła). Chociaż coś mnie kusi, żeby ją kupić i przekonać się czy bohaterka się zmieniła, może ta druga część bardziej by mi się spodobała????????

E. Siarkiewicz "Kuźnia na Rozdrożu", wyd. Świat Książki, Warszawa 2008, s. 365

poniedziałek, 11 października 2010

"Kanalia" Paweł Pollak


"Kanalia" to sprawnie prowadzony kryminał, który porywa, ciekawi i daje zaskakujące rozwiązanie.
"Kanalia" to nie tylko kryminał, ale też po części studium ludzkiej, zranionej psychiki.
"Kanalia" to książka, która mnie pozytywnie zaskoczyła.
Początkowo znużona miałam ją już odstawić, ale się nie poddałam i naprawdę warto było.
Lubię czytać kryminały- oczywiście w rozsądnych dawkach. A kryminałów psychologicznych odmówić sobie nigdy nie umiem.Tak było i tym razem, choć powiem szczerze spodziewałam się kompletnie innych rezultatów.

W jednym z wielkich polskich miast zostają zamordowane trzy osoby, niby nic ich nie łączy, ale....
Zaczyna się śledztwo, które ujawnia coraz to ciekawsze motywy, a w końcu doprowadza do "odnalezienia" sprawcy. I powiedzmy, że na tym pierwsza część książki się kończy.
Druga część książki zaczyna się procesem mającym na celu skazanie mordercy...i tu dzieje się coś nieprzewidzianego- o czym sami musicie przeczytać.
Mnie trochę w książce denerwował policjant Lepka (taki za ciamajdowaty jak na policjanta), ale końcówka książki jakoś mnie do niego przekonała. Co mi się jeszcze nasuwa? Hm...przede wszystkim rewelacyjne poczucie humoru autora, które wyziera z wielu stron. Nie raz, gdy czytałam zdarzyło mi się zaśmiać w głos lub choć przynajmniej uśmiechnąć.
Ciekawe są też dialogi- wydają się bardzo realne, nie wymuszane, zabawne. Tak jakbyśmy stali obok mówiących i przysłuchiwali się ich rozmowie.
Dzięki tym dialogom i ciekawej narracji możemy poznać każdego bohatera, możemy próbować odgadywać kto jest mordercą (choć mnie to się udało naprawdę na samym końcu), możemy wejść w książkę i poczuć jakbyśmy wszystko obserwowali na żywo.
Autor rewelacyjnie oddał realia policyjnego śledztwa, dzięki temu dowiedziałam się choć trochę o sposobie prowadzenia kryminalnych spraw... a wszystko to napisane tak wiarygodnie, że wierze, że tak jest naprawdę.
Dla tych którzy lubią kryminały i dla tych, którzy lubią je mniej- polecam! Choćby po to, żeby dowiedzieć się skąd tytuł "Kanalia".
Stawiam *****5***** i chętnie sięgnę po inne kryminały z "Czarnej Serii" Wydawnictwa Jacek Santorski.

P. Pollak "Kanalia" wyd. JSantorski&Co Agencja Wydawnicza.  Warszawa 2006, s.253.

wtorek, 5 października 2010

już jest!

Śpiesznie donoszę, że jest już nowy numer "Archipelagu"! Nie ukrywam, że po pierwszym numerze polubiłam magazyn  i wiernie mu kibicuję! Zatem gorąco polecam!
http://www.archipelag-magazyn.pl/

wtorek, 28 września 2010

"Gruba" Natalia Rogińska

„Gruba” nie jest zwykłą opowieścią o odchudzaniu czy poradnikiem, jak osiągnąć „doskonałość”. To książka o tolerancji, potrzebie akceptacji i o tym, że nawet niebagatelna otyłość nie wyklucza z życia pełną piersią.

Magda ma 28 lat, jest świetnym grafikiem, dobrze zarabia, czeka na klucze do własnego mieszkania. Ma wielki talent i równie wielki problem. Jest GRUBA. Nie pulchna, nie okrągła czy puszysta, tylko po prostu gruba.

Dziewczyna od dziecka nie jest w stanie zapanować nad ciągłą potrzebą jedzenia. Jej życiem kieruje nienasycone, uporczywe Ssanie. Nie jest jej z tym łatwo. Ludzie traktują ją jak odmieńca – wyszydzają, wyśmiewają, pokazują palcami. Przepraszałam odruchowo, bo wszędzie, gdzie pojawiało się moje duże ciało, robiło się spore zamieszanie – mówi bohaterka. Pomimo zawodowych sukcesów, nie może znaleźć akceptacji również w zatrudniającej ją firmie, gdzie pracuje w towarzystwie wiecznie odchudzającej się Janki, notorycznego podrywacza Fabiana, starającego się o dziecko Marcela i ślicznej, chudej Ewy. Z utęsknieniem wyczekuje dnia, w którym w końcu wyprowadzi się od toksycznej, uzależnionej od papierosów, forsownych ćwiczeń i telewizji matki. Jedyną, naprawdę bliską jej osobą jest babcia, która kocha ją bezwarunkowo.

Bardzo nie chciałam być taka. Bardzo chciałam, żeby mama mnie kochała. Bardzo mi się chciało jeść.

Pewnego dnia Magda postanawia rozpocząć walkę ze swoją tuszą, a tak naprawdę z samą sobą.       W jej głowie pojawia się niezwykła Blokada, która zabrania jej jeść. Od tego momentu wszystko w jej życiu zaczyna się zmieniać. Dostaje też realną szansę na radykalną przemianę. Czy z niej skorzysta? Czy wytrzyma w swoim postanowieniu?


Dobre czytadło. Tak bym określiła tą książkę, gdybym musiała zrobić to w dwóch słowach.
Ale nie muszę, co mnie cieszy bardzo, bowiem samo stwierdzenie "dobre czytadło" ma jakoś dziwnie negatywny wydźwięk, a ja absolutnie książki negatywnie nie odebrałam.
Jak ją odebrałam? Otóż tak zwyczajnie, bo to taka zwyczajna książka,  o zwyczajnej dziewczynie, która nie jest wcale taka zwykła, jak jej się wydaje.Jest gruba, ale oprócz tego ma ogromny talent, który dobrze wykorzystuje w pracy, jest dobra i wrażliwa, kocha swoją babcię i zrobiłaby dla niej wszystko. Potrafi dostrzegać dobre strony złych sytuacji, w każdym człowieku stara się odnaleźć choć maleńką część do polubienia. I choć nie do końca w siebie wierzy potrafi żyć, żyć pełną piersią, żyć wbrew powszechnej opinii, że "gruby nie może...", wbrew szyderczym komentarzom, wbrew patologicznej matce.
I tak jak mówi notka wyżej nie znajdziemy tu żadnych opisów diet, nie jest to poradnik "jak schudnąć", raczej Magda opowie nam o swoim życiu, w którym przyszedł czas na zmiany, radykalne, ale przeprowadzane w zwykły sposób. I za to książkę polubiłam. Za walkę ze stereotypami, za ukazanie siły, która drzemie w nas nie ważne czy chudych, grubych, wysokich czy niskich...
Choć rzeczywiście jest to czytadło, dobre jak powiedziałam wcześniej- to i tak warto po nie sięgnąć.

Stawiam ****4**** i chętnie sprawdzę co Natalia Rogińska napisała w kolejnych książkach.

piątek, 24 września 2010

chwalipięta :)

Chciałam się dziś z Wami podzielić ciekawą stroną internetową, na której są jeszcze ciekawsze zakładki do książek. Po prostu świetne! No może oprócz insekta...
ZAJRZYJCIE TU! 

Co jeszcze?
Bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie Wydawnictwo Oficynka, które podesłało mi kolejną ciekawą (tak mi się zdaje) książkę i postaram się ją jak najszybciej przeczytać i coś o niej napisać.
Naprawdę ogromnie dziękuję! Za książkę i za tak miłą współpracę!
Nie ukrywam, że bardzo podoba mi się nawiązywanie współpracy z wydawnictwami! Chętnie czytam podesłane książki, bo budżet przeznaczany na książki coraz mniejszy- oszczędzamy na nowe mieszkanie! Oj trzeba zacisnąć pasa... niestety, albo i stety- bowiem będę już wtedy miała gdzie moje kochane książki trzymać:) 

No i jeszcze ucieszyła mnie wygrana książeczka w facebookowym konkursie wydawnictwa Prószyński! Już sie nie moge książeczki doczekać:)

Ok koniec chwalenia się, wracam do lektury Twojego Stylu- bo zaciekawił mnie swoją zawartością:) A na moje kochane "Zwierciadło" niestety muszę jeszcze poczekać- uroki prenumeraty- dostaję zawsze opóźniony numer...

Zatem pozdrawiam ciepło (bowiem dziś było obłędnie ciepło- taką jesień to ja lubię!) i życzę wszystkim cudownego weekendu! Ja spędzę go niestety dosyć intensywnie i samochodowo- ale na szczęście tym razem nie prowadzę więc w drodze zamierzam czytać!

wtorek, 21 września 2010

"Siedem kobiet" Rebecca Miller


Zwlekam z opisaniem moich wrażeń po przeczytaniu tej książki, bo jako chyba jedynej mnie do gustu ona nie przypadła. Co nie oznacza, że jest zła. Nie! Wręcz jest nawet bardzo dobra, ale nie dla mnie.
Przekonałam się, po raz kolejny, że mi nie pod drodze z opowiadaniami. Jest w nich coś takiego co mnie rozprasza i nie mogę wejść w ich atmosferę. 
I tym razem było podobnie. Miałam wrażenie, że czytam powierzchownie, że wręcz nie rozumie tego co czytam, nie łączę się z bohaterkami, nie współodczuwam....
Dziwne mi się to wydawało, bowiem każda z bohaterek jest ciekawą postacią, każda jest inną opowieścią. Ale nie potrafiłam bohaterek poznać, czułam się jakbym oglądała je zza szyby, jakbym nie mogła ich dosięgnąć.
Bohaterki Rebeccy Miller to kobiety w różnym wieku. Od najmłodszej 8 letniej, do dojrzałej kobiety. Każda z nich wydaje mi się, jest nieszczęśliwa lub każdej z nich czegoś brakuje. Każda w jakiś sposób czegoś szuka lub chce zwrócić uwagę na siebie. Tak jakby szukały własnej tożsamości.
I pozbywały się tożsamości nadanej im przez społeczeństwo- tożsamości z którą dotychczas żyły-ale wydaje się, że były nieszczęśliwe.
Dokonują wyboru, przełomu i ...albo to się udaje, albo nie. Ale o tym już każdy czytelnik sam musi przeczytać.
Ja przeczytałam, nie żałuje, ale też nie jestem zachwycona. Myślę, że czuję lekką gorycz, ze względu na to, że nastawiłam się, że w książce tej odkryję jakieś "dzieło", że się zachwycę, zakocham, zaczaruję.
Lecz niestety stawiam tylko ***3*** - z nastawieniem, że do książki powinnam(!) kiedyś wrócić. Przeczytać jeszcze raz, nie odrywając się, nie rozpraszając....
No i obejrzę film na podstawie tych opowiadań nakręcony. Może dzięki temu łatwiej będzie mi je zrozumieć.

piątek, 17 września 2010

"Magiczne drzewo" Andrzej Maleszka


Ze względu na specyfikę swojej pracy często stykam się z literaturą dla dzieci i młodzieży. Zetknięcia te uwielbiam. Przypominają mi korzenie moje fascynacji książkami, przywołują wspomnienia dzieciństwa i młodości... wzruszają i bawią.
Każdy z moich wychowanków wie, że pani Kaś... czytać uwielbia i chętnie przeczyta podrzuconą przez nich książkę. Czytam sobie, dzieciom...mężowi...
Tym razem podrzucono mi do przeczytania książkę "Magiczne Drzewo- czerwone krzesło" Andrzeja Maleszki. Wiedziałam, że taka książka istnieje ze względu na akcję promocyjną filmu, który powstał na jej podstawie. Filmu nie oglądałam- jeszcze! Po przeczytaniu książki jestem pewna, że film muszę obejrzeć. Nie dlatego, że książka jakoś szalenie mi się spodobała, czy coś...chcę zobaczyć jak tą książkę zekranizowana po prostu.
Bowiem w książka  "Magiczne drzewo" wcale nie wydało mi się magiczna.Owszem jest to ciekawe czytadełko np. dla dziesięciolatka, ale.... ale uważam, że  jest ono niestety  niedopracowane! Przede wszystkim literacko.
A szkoda, bo pomysł ciekawy. Wielka fantazja autora niestety nie poszła w parze ze zdolnościami do przelewania jej na papier. Czytając miałam momentami wrażenie jakbym czytała przerobiony scenariusz filmowy. Według mnie za mało było opisów, akcja za szybko przeskakiwała z tematu na temat, wątki nie były graficznie oddzielone i zlewały się w jedną masę- masę przypadków. Za dużo jakby pomysłów na jednej stronie. Jakby autor za wszelką cenę chciał czytelnika zainteresować "dziwnościami", a nie zatrzymać go przy sobie po prostu ciekawą fabułą. Ważne były tylko czary, przygody (zdecydowanie za proste), a nie uczucia i jakieś morały, które z tych przygód mogły płynąć. 
Po opisie z okładki spodziewałam się czegoś ciekawszego. Nie wiem czy ta książka usadziłaby dzieci na dywanie przez 15 minut.Czasem zbyt szybka jazda pociągu powoduje jego wykolejenie- takie miałam wrażenie czytając tą książkę.

Książkę oceniam na ***3***, choć może jestem niesprawiedliwa i punkt widzenia dorosłego moją ocenę zaniżył.

wtorek, 14 września 2010

"Pudełko ze szpilkami" Grażyna Plebanek


Moje pierwsze spotkanie z Grażyną Plebanek uważam za udane, acz zaskakujące.
Udane bowiem już na wstępie powiem, że książka do gustu mi przypadła, okazała się ciekawa i wciągająca.
A zaskakujące dlatego, że jakoś inaczej pisarstwo pani Grażyny sobie wyobrażałam. Jak wiecie ostatnio mam dosyć dużą potrzebę czytania polskich autorów...ale jak to z nimi bywa, niektórzy przerysowują swoje książki...albo ja ich po prostu nie potrafię zrozumieć. I bałam się, że Grażyna Plebanek do takich autorów może należeć. Dlatego tym bardziej zaskoczyła mnie ta książka (bowiem autora po jednej przeczytanej jego książce się nie ocenia).
"Pudełko ze szpilkami" jest takie normalne, takie swoiste, bliskie... pełne prawdy, którą na co dzień dostrzegamy, pełne problemów z którymi boryka się lub borykać będzie każda z nas.

Marta, dwudziestodziewięcioletnia kobieta z prowincji, robi karierę w wielkim mieście. Wydaje jej się, że życie ma już ustalone, że wie co teraz jest najważniejsze, na czym stoi i do czego dąży. Jednak jak to w życiu bywa- całej je wyobrażenie o owym życiu w skutek niespodziewanej ciąży legnie w gruzach. W jednej chwili ład, na który Marta pracowała, burzy się, a życie stawia ją przed nowymi wyzwaniami i realiami. Zostaje wciągnięta w wiele społecznych ról (matka, żona,pracująca matka, synowa...), w których nie do końca czuje się dobrze...nie do końca je rozumie i wcześniej ich pełnić nie musiała.
Staje przed dylematem: być pracującą matką, która nie ma czasu dla dziecka...męża... czy być matką na cały etat- matką, która nie ma siły na nic innego oprócz wyczekiwanego snu... ?
Kariera czy totalne oddanie się dziecku? I czy nie ma stanu pośredniego?
W podjęciu tej decyzji pomagają bohaterce jej trzy przyjaciółki (z których każda jest diametralnie inna), matka, siostra, babcia. Każda z tych kobiet dokonała w swoim życiu odmiennych wyborów. Każda ma swoje doświadczenia, swoją historię i swoje rady dla Marty. Każda z nich też inaczej widzi powinności Marty i stawia jej inne wymagania. Ale czy Marta będzie szczęśliwa, jeśli będzie tylko słuchała cudzych rad, a zapomni o tym co czuje i kim chce być? Czy uda się jej żyć w zgodzie ze sobą?
Czy będzie w stanie poszukać własnej drogi życiowej i nią iść?

Pani Grażyna Plebanek w swojej książce ukazała różnorodność poglądów na macierzyństwo, karierę, wartości życiowych. Książka ta, to wciągająca opowieść o współczesnej kobiecie, która musi sprostać wymaganiom narzucanym jej przez otoczenie, przez utarte konwenanse. To też opowieść o poszukiwaniu siebie, swojej drogi.... radzeniu sobie w zaskakujących sytuacjach.
Mnie pewnie dlatego tak poruszyła ta książka bowiem temat posiadania dziecka młodej mężatce jest narzucany nieustannie..., zresztą sama każdego dnia o tym myślę.... i nawet myślenie o tym nie jest proste. A co dopiero mówić o wprowadzaniu myśli w życie...

Książka zaskoczyła mnie też tym, że nie jest to kolejne czytadło z cyklu "jak ułożyć sobie życie na nowo", nie ma tu konkretnych porad, nie ma fantazjowania, zachwalania...jest brutalna rzeczywistość opisana w całkiem normalny sposób.
Ciekawa jest też konstrukcja książki- monolog głównej bohaterki... Gdy czytałam brakowało mi czasem relacji o mężu Marty...ale ostatnie strony zaskoczyły mnie i wynagrodziły wszelkie pytania rodzące sie w trakcie czytania. Bo o to chodziło....


Książce stawiam *****5***** i już się nie mogę doczekać kolejnych moich zetknięć z książkami pani Plebanek.

poniedziałek, 13 września 2010

stosik bilbioteczny

Długo mnie tu nie było, co nie oznacza, że się czytelniczo obijałam. O nie, nie!
Po prostu czasu miałam ostatnio mało w sumie i na czytanie, i na pisanie o tym. Choć z książek nie zrezygnowałam, wręcz przeciwnie- naniosłam książek z biblioteki, która coraz pozytywniej mnie zaskakuje.
A oto i moje biblioteczne łupy:
Od góry:
Jerzy Pilch "Pod nocnym aniołem"- w końcu przeczytam coś pana Pilcha...mój pierwszy raz, trochę się boję, że jak na pierwszy raz raczej ciężka książka...
Daniel Handler "Natychmiast, mocno, naprawdę" - zaciekawiła mnie okładka, no i nazwisko który jako Lemony Snicket napisał "Serię niefortunnych zdarzeń" -którą uwielbiam!  
Katie Long "Podręcznik złej matki"- kiedyś czytałam, gdzieś, pozytywną recenzję i jakoś mi w ręce wpadło.
Harlan Coben "Tylko jedno spojrzenie"- z tą książką mam problem- bowiem wydaje mi się, że już ją czytałam...a w sumie jej nie pamiętam....wyjdzie w praniu...  
Toni Morrison "Miłość"- najwyższa pora...!
Anna Janko "Dziewczyna z zapałkami" - oj na to polowałam i polowałam, w końcu sie udał!!!! Yeahhh!
Jaclyn Moriarty "Mam łóżko z racuchów" - miałam sama sobie tą książkę kupić, ale wszędzie była dosyć droga....i niespodziewanie znalazłam ją w bibliotece. Mam nadzieję, że i tym razem "serią z miotłą" się nie zawiodę.

Uściślę tylko jeszcze, że nie wiem kiedy czytelniczo wyrobię się z tymi książkami. Mam nadzieję, że ten magiel, którego ostatnio doświadczałam, trochę się przetoczy... i jesienne wieczory spędzę z książką w ręku.....taki jest plan!

sobota, 4 września 2010

"Spokojne czasy" Lizzie Doron


Na czytanie czasu miała ostatnio bardzo mało. A jak już miałam to kończyło się zaśnięciem z otwartą książką- i tylko Mąż miły się dziwił, jak ja tak potrafię spać i książkę prościutko przed zamkniętymi oczami trzymać...ponoć tak to wyglądało.
Ale w końcu udało mi się coś przeczytać. I to nie byle co.
Bardzo ciekawą i poruszającą książkę. Książkę wcale nie łatwą, wcale nie błahą, książkę, której się trochę bałam- ze względu na poruszaną w niej tematykę.
 Można by rzecz "Spokojne czasy" po czasach niespokojnych...
"Spokojne czasy" Lizzie Doron to książka opisująca ludzi ocalałych z Zagłady, ludzi, którym tragiczny los odebrał wszystko oprócz życia. I z tym życiem po traumie- jaką była II wojna światowa- muszą się borykać, muszą umieć się podnieść i żyć "po".
Lizzie Doron opowiada właśnie o tym jak tacy ludzie się podnosili i opisuje ich codzienność, przeplatając ją ich wspomnieniami. To właśnie w książce podobało mi się najbardziej. Czytamy o tym jak ich wspomnienia się zacierają, jak sobie z nimi radzą, jak dostosowują się do normalnego życia, w innym świecie, na innych warunkach.
Ich historię opowiada nam główna bohaterka -Lea- kobieta dla której czasy dzieciństwa nie istnieją. Jej pamięć zaczyna się "od dołu wykopanego w ziemi" bowiem tam przeżyła II wojnę światową. Nie wie skąd pochodzi, ani kim byli jej rodzice. Wraz z innymi żydowskimi sierotami zostaje przewieziona do izraelskiego kibucu. I tam od nowa zaczyna się jej historia. Oczami Lei poznajemy pokolenie Żydów, którzy przeżyli Holokaust. Po wojnie osiedlili się w Izraelu, gdzie każdy na swój sposób próbuje zbudować nowe życie na ruinach starego. Poznajemy ją samą, jej bliskich i zaczynamy żyć jej opowieścią. A opowieść nie jest łatwa. Mimo to daje nadzieję... i ta nadzieją w "spokojne czasy" tli się w książce nieustannie. Choć ta nadzieją przeplata się na każdej stronie z ogromnym smutkiem, bólem i dramatem. Lecz warte docenienie jest to, że mimo wszystko ciągle tam jest!
Taka mała książka, a tyle w niej treści....

Polecam, stawiam *****5***** i zabieram się za kolejne książki, bo mam takie zaległości, że aż głowa boli.
A i jeszcze zaprezentuję Wam moją zakładkę o której kiedyś pisałam..,
Oto i ona:

czwartek, 2 września 2010

rachunek lubienia

Pora i na mnie. Żeby nie było, że odmawiam zaproszeniom do łańcuszków itp...
Żeby nie było, że nie lubię...

Zatem co ja lubię????
1. Książki, czasopisma, magazyny- czytać lubię- choć tu się waham czy ja aby czytać nie kocham???
2. Spokój i ciszę lubię (choć nie gardzę muzyką). Spokój lubię bo rzadko go mam, z ciszą też mi bardziej po drodze, po ponad pięciu godzinach w rozwrzeszczanej szkole....
3. Weekendy lubię- tą perspektywę, że przez jakiś czas- mam czas:)
4. Czytać blogi lubię niezmiernie- wsiąknęłam i jawnie mówię: nałogowo Was czytam!
5. Pisać lubię - choćby potem i tego nikt nie czytał, choćby to było takie beleco...
6. Mówić lubię i słuchać tego co do mnie inni mówią- co wiąże się z niekończącą się potrzeba kontaktu z ludźmi.
7. Lubię upały- słońce nigdy mi nie przeszkadza, lubię gdy mi ciepło i jasno.
8. Lubię wąchać- zatem lubię zapachy (poranka, kawy, świeżej pościeli i prania, owoców....itd...), lubię jeść- zatem lubię pewne smaki....
9. Lubię czuć się bezpiecznie, zatem planuję nieustannie jak to z planami bywa nieustannie je dostosowuję do rzeczywistości...
10. Lubię - lubić ...kochać...mieć w sobie emocje i się nimi dzielić.

Ciężko wybrać tylko 10 rzeczy. Ale dobrze też zatrzymać się na chwilę i zmusić do myślenia o tym co się lubi. I dojść do wniosku, że tych rzeczy jest naprawdę wiele....


Do zabawy już nikogo nie typuję, bo straciłam rachubę kto już "lubił' a kto nie:) Ale zachęcam do zrobienia sobie takie swoistego rachunku lubienia.

Posta wstawiam na moich obydwu blogach, bowiem zaproszenia dostałam i tu i tam:) 

piątek, 27 sierpnia 2010

"Zamówienie z Francji" Anna J. Szepielak


Pamiętam, że miałam  jeszcze niedawno taki okres, że w ogóle nie czytywałam książek polskich autorów. Nie pamiętam jak to się zaczęło, ale pamiętam, że miałam do nich ogromny awers. I nie pamiętam też dlaczego tak miałam.
Jednak pamiętam jak się skończyło- skończyło się ogromną chęcią na czytanie polskich pisarzy! Oj tak, wygłodnieniem totalnym.
Teraz wiem, że to były moje fanaberie, że jakoś sobie wyimaginowałam w głowie, że co polskie jakoś pewnie nie może być dobre, tudzież zachęcające. W ogóle myślę, że w tym okresie szukałam w książkach czegoś innego, niż szukam teraz.
Jakoś dziwnym trafem na przekór temu co kiedyś myślałam, ostatnimi czasy polscy autorzy mnie oczarowują.
Porwała mnie "Fastryga" Grażyny Jagielskiej, "Zaplecze Marty Syrwid oszołomiło, Marika Krajniewska w "Zapachu malin" poruszyła we mnie najdelikatniejsze struny....
A Anna J. Szepielak? Pani Ania mnie ukoiła. Oczarowała, zafascynowała i wciągnęła. A właściwie to co napisała na mnie tak wpłynęło.
"Zamówienie z Francji" to opowieść o młodej fotograficzce, która szuka swego miejsca w życiu. Boryka się z różnymi problemami, podejmuje różne decyzję i jakoś stara się z nimi żyć- z dnia na dzień...
Jednak pewnego dnia dostaje od szefa ciekawe zlecenie- ma zrobić zdjęcia do folderu reklamowego kwiaciarni "U Flory" - niby nic niezwykłego, ale...kwiaciarnia ta znajduje się w Francji i Ewa- główna bohaterka, ma na dwa tygodnie właśnie do Francji wyjechać.
Wyjeżdża. A to co ją tam spotyka przeradza się w ciekawą historię, pełną ciepła, przyjaźni i magii.
Ewa zostaje wplątana w historię starego rodu.... spotyka ludzi, których nie spodziewałaby się spotkać, otwiera się na nich i... zmienia się sama. Zaczyna inaczej myśleć o swoim życiu, zaczyna doceniać to co zostało jej dane, ale też zauważa potrzebę zmian.
Ja polubiłam bohaterkę już na samym początku, z każdą stroną się tylko do nie przekonywałam bardziej.Może dlatego, że przypominała mi mnie samą, a może bliskie były mi tylko jej poglądy?
Do tego Francja....lawenda...wino....hm... moją głowę zaprzątnęły marzenia... i jakiś taki spokój, który przy czytaniu książki towarzyszył. 

Jak widzicie książką jestem oczarowana. Zaczęło się od okładki, która jest po prostu cudna, a skończyło na rewelacyjnej historii.
Książkę oceniam na ******6****** i mam nadzieję, że pani Ania napiszę jeszcze więcej książek, które dane mi będzie przeczytać. Bo takich książek w moim przypadku nigdy dość!

GORĄCO POLECAM!
A i jeszcze nie odmówię sobie wpisania tu fragmentów, które mi się spodobały:
" Polacy są dość tradycyjnym narodem, dlatego sądzę, że większość rodzin w ten czy inny sposób zachowuje stare obyczaje. Nawet jeśli to są drobiazgi, jak wspólne obchodzenie świąt, tradycyjne potrawy czy przechowywanie pamiątek rodzinnych. Mimo zachwytu nad zdobyczami współczesności, coś się tam w nas kołacze (...). "

"Bywają przecież sytuacje, że człowiek rano budzi się spokojny i bezpieczny, a wieczorem spostrzega, że jego świat się zawalił. I wtedy przestaje się ufać życiu. A świat nabiera czarnych barw. Trudno jest żyć z wiecznym smutkiem na ramieniu." 

"...przeszkody są po to, żeby je pokonywać, a zasady po to, żeby je łamać. Inaczej świat stałby w miejscu."

niedziela, 22 sierpnia 2010

"Krzyk ciszy" Elizabeth Flock


Na okładce książki "Krzyk ciszy" dowiadujemy się, że jest to książka, która na długo zapada w pamięć. Czy na długo? Oj nie wiem niestety.
To nie jest zła książka, ale rewelacyjną bym jej też nie nazwała. Byłam chyba zbyt wymagająca wobec tej książki. Spodziewałam się czegoś "mocniejszego". Jednak mimo wszystko dosyć mi się podobało.
Przede wszystkim już na początku polubiłam główną bohaterkę. Przez co łatwiej mi było ją zrozumieć, chętniej stawiałam się na jej miejscu, właściwie nawet jej współczułam.
Czytając poznajemy Isabel Murphy, dziennikarkę telewizyjną, kochającą żonę i idealną córkę. Jednak nie jest to prawdziwa Isabel- prawdziwa Isabel boryka się ze swoją psychiką. Boryka się z życiem, które z boku wygląda na idealne, ale wcale takim nie jest - właśnie przez samą Isabel - postrzeganym.
Czytając towarzyszymy Isabel w bolesnym procesie poznawania siebie, swojego życia, toksycznych relacji, które wpłynęły na jej sposób postrzegania świata, na jej psychikę. Towarzyszymy jej w wysiłku jaki podejmuje, by wrócić do normalności.
Isabel musi zmierzyć w prawdą o sobie i zaakceptować fakt, że jest jednym z pacjentów kliniki psychiatrycznej.Nie jest to wcale łatwe, zwłaszcza w stanie w jakim znajduje się bohaterka. Depresja i stany lękowe nie pomagają Isabel zaakceptować nowej sytuacji, ale musi ona spróbować poukładać swoje życie.Przede wszystkim za radą swojej matki musi "pokochać siebie"- a to już wcale nie jest takie proste- co nie oznacza, że jest niewykonalne.
Poznajemy też oblicza kliniki psychiatrycznej, w której znajduje się Isabel, zapoznajemy się z jej pacjentami i ich relacjami z Isabel. Niewątpliwie pacjenci owej kliniki w dużym stopniu na samą bohaterkę wpływają. 

Myślę, że książka ta jest opowieścią o akceptacji siebie i życia- które nie jest i nie musi być perfekcyjne. Jest opowieścią o tym jak nasze wczesne doświadczenia rzutują na nasze zdrowie psychiczne, jak to w jakiej rodzinie się wychowujemy, jakie łączą nas relacje z ludźmi, ogromnie wpływa na nas samych. Kształtują nas bowiem właśnie relacje z najbliższymi nam ludźmi.
Czytając niestety ciągle porównywałam książkę do "Lotu nad kukułczym gniazdem" i do "Przerwanej lekcji muzyki"....przez co książka naprawdę nie miała ze mną lekko. Z takimi dziełami jak "Lot..." ciężko konkurować.
Mimo to "Krzyk ciszy" dostaje u mnie ****4****, a to wcale nie mało.
Polecam wszystkim, który lubią powieści psychologiczne, lecz nie nastawiajcie się na coś odkrywczego. Jest porządnie, spokojnie. Dobrze, ale bez rewelacji.


A teraz znowu trochę prywaty. Wróciłam z wakacji...:) Było cudownie- więcej szczegółów na moim drugim blogu.
Wakacje udane, lecz czytałam niestety niewiele. Właściwie tylko "Krzyk ciszy" przeczytałam.
Wszystkie dni nad morzem wypełnione miałam po uszy atrakcjami, zatem książkę łapałam np. w trakcie oczekiwania na zamówiony obiad i w trakcie jednego wylegiwania się na plaży- bo słoneczno-wylęgowy dzień mieliśmy  niestety tylko jeden:

Tak to mniej więcej wyglądało.
A wczoraj sprawiłam sobie w końcu  cudną zakładkę do książek z Tchibo. I dziś czytam, czytam...czytam....:)

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

"Nazywam się Czerwień" Orhan Pamuk


Sporo czasu zabrało mi pokonanie tej książki. Nie bez powodu piszę pokonanie, bowiem czytanie jej było trochę jak walka. Walka ze sobą, z tematyką książki, ze słownictwem, z zagmatwaniem i z tym, że mimo wszystko bardzo książkę przeczytać chciałam. Warto przecież zmierzyć się z różnymi przypadkami.
Według notki na stronie Merlin.pl książka to: 
"Urzekająca historia miłosna, pasjonująca intryga kryminalna oraz kunsztowna opowieść o życiu artystów w szesnastowiecznym Stambule. "Nazywam się Czerwień" to najpopularniejsza powieść  Noblisty, Orhana Pamuka. Porównywana do "Imienia róży" Umberta Eco, została przetłumaczona na ponad 20 języków i nagrodzona kilkoma prestiżowymi nagrodami literackimi.
W szesnastowiecznym Stambule grupa najwyśmienitszych artystów ma zrealizować zlecenie sułtana: stworzyć utrzymaną w nowoczesnym zachodnim stylu księgę upamiętniającą jego wielkość i chwałę. Księgę mają zdobić barwne miniatury. Ale sztuka figuratywna jest zakazana w religii muzułmańskiej. Zlecenie i jego wykonawcy są zatem w poważnym niebezpieczeństwie. Należy jak najdłużej utrzymać je w tajemnicy. Jeden z zatrudnionych mistrzów zostaje zamordowany..."



Orhan Pamuk jest niewątpliwie wielkim pisarzem, dostał literacką nagrodę Nobla, napisał wiele książek- bardzo poczytnych. Moje pierwsze z nim spotkanie przebiegło w miarę dobrze, nawet mnie zainteresował (najpierw przeczytałam "Dom ciszy") . Owszem nie przypada mi do gustu tematyka jego książek, nie do końca lubię klimaty tureckie,  ale mimo wszystko coś mnie do nich ciągnie.
Tym razem też tak było. Jednak w tym przypadku - ta druga wydana w języku polskim powieść Pamuka wprowadziła mnie w lekkie zakłopotanie. Przede wszystkim przez skomplikowaną strukturę narracji, która przypada nawet zwierzętom i roślinom. Nie do końca ogarniałam temat- ze względu na (przyznaje się bez bicia) małą wiedzę na temat historii Turcji.
Nużyło mnie też trochę czytanie tej książki ze względu na bardzo powolną akcję. Jak na intrygę- to była ona zbyt powolna, jak na kryminał...hm...dziwna.... Natomiast ukazanie miłości też mnie dziwiło i zaskakiwało, a czasem wręcz denerwowało. Jednak muszę brać pod uwagę, że uwarunkowane było to tamtejszą kulturą i czasem wydarzeń. Niestety  zbyt długie opisy powodowały, że musiałam książkę odłożyć i od niej chwilę odpocząć. I tak przeczytałam trochę, odpoczęłam, wróciłam-przeczytałam....itd...
Cieszę się, że przeczytałam, choć zadowolona nie jestem..., ale wcale nie mam zamiaru zaprzestać poznawania książek pana Orhana Pamuka, ba nawet jedna już czeka na półce.
Książce wystawiam ***3***, ale proszę się nie sugerować, bo ja chbya jednak jeszcze "nie dorosłam" do tego typu literatury..., bądź po prostu temat nie jest dla mnie.  Zdaję sobie sprawę, że wielu faktów nie zrozumiałam i zanotuję sobie, że po jakimś czasie powinnam do książki wrócić- żeby do końca zauważyć jej walory.


A teraz trochę prywaty. Właśnie zaraz wyjeżdżam nad morze. na mój pierwszy raz z morzem- bowiem nigdy wcześniej nie dane było mi go zobaczyć. Trzymajcie kciuki za udany wyjazd.... i macham Wam wakacyjnie. Buziaki trzymajcie się ciepło.
Mam nadzieję, że będę miała czas czytać i na weekendzie - po powrocie opiszę co przeczytałam (a zabrałam całe naręcze książek) :)

wtorek, 10 sierpnia 2010

"Po prostu razem" Anna Gavalda


Zwlekałam z napisaniem czegoś o tej książce, dlatego, że chciałam zobaczyć jeszcze jej ekranizację. Najpierw napiszę zatem może o książce, a potem opowiem Wam co myślę o filmie.
To było moje pierwsze spotkanie z Anną Gavaldą. Kusiła mnie ta autorka już swoimi innymi książkami, ale jakoś niezbyt miałam ochotę właśnie na "Po prostu razem", inne jej książki też odkładałam- myśląc "kupię może kiedy indziej..." . Jednak któregoś dnia książka sama wpadła mi w ręce- w bibliotece. Następnie poleżała trochę u mnie na półce, a potem zabierałam się do niej jak do jeża. Gdy zaczęłam czytać jakoś nie mogłam wejść w opisywany świat. Jednak cały czas coś mnie trzymało przy czytaniu i nie żałuję, że weszłam w tą historię głębiej.
Bo tu przede wszystkim chodzi o pewną historię. Pewne losy paru- z pozoru zupełnie różnych osób. Camille, Franck, Phillbert i Paulette- osoby nieprzystosowane i poturbowane przez życie. Osoby, które z pozoru właśnie niewiele łączy, ale każda z nich łaknie miłości, szczęścia, ciepła, bliskości i opieki. I to właśnie ich scala, pozwala żyć pod jednym dachem, borykać się ze swoimi ułomnościami, zahamowaniami i bagażem doświadczeń. Dzięki temu wspólnemu mieszkaniu nabierają chęci do życia, otwierają się na innych i ...nie potrafią bez siebie żyć. Stają się przyjaciółmi, parą...rodziną.
Naprawdę wzruszająca, niebanalnie opowiedziana historia. Historia, w którą owszem musiałam się wgryźć, lecz gdy już w niej byłam- popłynęłam razem z nią.

A film.... hm...o dziwo też mi się podobał. Owszem zakończenie (tzn. pożegnanie na dworcu) totalnie zmaszczone, trochę niedociągnięć, trochę minimalnych zmian. Mimo to zdaję sobie sprawę, że przez 1,5 godziny nie da się totalnie odzwierciedlić każdego elementu książki.
Zresztą każdy z nas odbiera inaczej to co czyta, każdy z nas zwraca uwagę na inny szczegół historii w książce opowiedzianej, dla każdego z nas pewne elementy powieści mają inne znaczenie.
Film przypomniał mi też  jak piękny jest język francuski i jak inna w jakimś stopniu jest mentalność Francuzów.
Był taką odskocznią od przeważającego amerykańskiego kina, czasem lubię takie filmy, które nie muszą epatować podkreślaniem (tudzież przerysowywaniem) urody bohaterów (aktorów), nie wszystko musi być dopracowane, lśniące i przejaskrawione. Czasem lubię, gdy film jest jakby prawdziwy... a takie nieodmiennie ukazuje mi się kino francuskie.
Szkoda mi teraz tylko, że tak wiele z tego języka zapomniałam, że cztery lata nauki tak szybko się zamazały.... może by coś z tym zrobić - kołacze się gdzieś taka myśl....

No i ocena  *****5*****- myślę, że warto przeczytać, a ja szukam następnych książek autorki.

sobota, 7 sierpnia 2010

Sensowne losowanie- wyniki!!!!!

Kochani!
Dziękuję za tyle zgłoszeń do losowania, już pewnie wiecie, że lubię losowania- do momentu, gdy nie muszę losować jednej osoby. Zawsze mi szkoda tych, których nie wylosowałam, ale cóż takie są zasady.
Tym razem losowanie przebiegało następująco:
1. Sporzadzenie karteczek- w kształcie chmurek- bo się nad moją głową zbierały, gdy pisałam karteczki.
2. Zachęcenie (zmuszenie) Męża miłego do wykonania czynności  maszyny losującej.
3. Odczytanie karteczki przez Męża miłęgo wylosowanej.
W miedzy czasie ja fociłam, co by nie było, że niesprawiedliwie było! Się jeszcze tu pochwalę, że kolejne zdjęcia to już nie będą tak kiepskiej jakości-komórkowej, albowiem kupujemy aparacik cyfrowy i już się nie mogę go doczekać:)
A teraz krótka foto-relacja i ogłoszenie zwycięzcy:
1.
 2.

3.

Zatem książeczka wędruję do: AERIEN :)
Proszę o kontakt z adresem  na e-mail i mam nadzieję, że ta malutka książeczka sprawi CI przyjemność.
Wszystkich pozdrawiam i wyłączam komputer, bo mnie burza straszy okrutnie!

czwartek, 5 sierpnia 2010

"Bajki z sensem" losowanie!

Dziś wróciłam do Krakowa, po miesięcznym pobycie u rodziców i odkryłam w mojej pocztowej skrzyneczce taką oto książeczkę, którą wysłało do mnie wydawnictwo mojego ulubionego "Zwierciadła". W związku z tym, że zabrakło im nakładu numeru lipcowego, przesłali mi w sierpniu numer lipcowy i sierpniowy z prezentem. Prezentem była rzeczona książeczka. Wszystko byłoby super, gdybym sobie jej wcześniej sama nie sprezentowała.
Zatem postanowiłam ją oddać w inne ręce, nie potrzebuję dwóch egzemplarzy, a moze komuś się przyda, może ktoś ją chciał zakupić, a już jej nie było...itp...
. Jeśli byłby ktoś chętny to wystawiam ją do losowania (jeśli będzie więcej niż jedna osoba). Zgłaszajcie się do soboty, w niedzielę uruchomię maszynę losującą (Mężu miły przygotuj się) i w poniedziałek książeczkę wyślę do wylosowanego. :)
Zatem zapraszam. Może komuś się przyda, spodoba itp.... Dodam, że mnie się podobała bardzo. Kiedyś wrzucę tu pewnie dłuższą recenzję....

A ja wracam do czytania. Czytam Anne Gavaldę "Po prostu razem", Pamuka na chwilę odstawiłam, bo niestety tym razem coś mi ciężko ten Pamuk idzie....
Korzystam z tych już zbliżających się ku końcowi dni wolnych i zaczytuję się namiętnie, zaoogladuję i relaksuję ile wlezie...a potem acham i ocham...nad tym co przeczytałam i obejrzałam;)  pozdrawiam wszystkich cieplutko.