czwartek, 27 października 2016

"Dom na skraju nocy" Catherine Banner

Jakże ja lubię takie książki. Takie niespieszne historie, które toczą się spokojnie przez książkę, pozwalają nam rozkoszować się czytaniem i żyć życiem ich bohaterów. Jakżeż ja lubię takie sagi, o losach ciekawych bohaterów rozciągnięte przez kilkadziesiąt lat, opowiedziane w taki sposób, że książka wciąga od samiutkiego początku do samiutkiego końca. 

Taki jest "Dom na skraju nocy". Wciągający. Pochłaniający czytelnika. Niepozwalający zapomnieć o czytanej książce. To historia wielu ludzi opowiedziana tak, że nie chce się od niej odrywać, nie chce się pominąć najmniejszego wątku, odpuścić choćby zdania bez uważnego przeczytania go. A zarazem poznaje się tę historię bez chwili wytchnienia, pędząc przez strony, zdania by poznawać dalsze losy naszych bohaterów, bo nic co ich dotyczy nie jest nam obojętne. 
Tak więc "Dom na skraju nocy" to saga, trochę bajkowa, magiczna, a zarazem momentami do bólu realna, ukazująca losy czterech pokoleń rodu Espositów przez niemal stulecie. Cała akcja książki toczy się na małej wyspie, gdzie główny bohater, jakby trzon opowieści, trafia w 1914 roku. Musi się odnaleźć w zupełnie obcym dla siebie środowisku, musi wrosnąć w społeczność wyspy. Tak też się staje. Losy Amedea stają się nierozerwalne z wyspą, jej mieszkańcami i wydarzeniami, które na wyspie się toczą. Amedeo to podstawa rodziny, której losy poznajemy na kolejnych stronach. A rodzina ta jest niezmiernie ciekawa, tak jak i w sumie większość mieszkańców wyspy. Bo to książka w której historie wielu ludzi wzbudzą w Was ciekawość. To one budują wyspę, to one budują społeczność, w której żyją Espositowie, ale też i oni sami wpływają na wyspę i jej społeczność. 
Wszystko w tej książce jest po coś, każdy jej bohater w mniejszym lub w większym stopniu buduje ową historię, wszystko co dzieje się na wyspie, a czasem i poza nią jest ważne. To naprawdę książka kompletna, pełna tylu wydarzeń, że nie sposób czytać jej bez pełnego wachlarza emocji. Nie sposób też się w nią nie zaangażować, nie przeżywać porażek jej bohaterów i nie cieszyć się ich radościami. 

Ja nie mogłam się od niej momentami oderwać, choć jednocześnie im bliżej jej końca byłam tym bardziej nie chciałam by się kończyła. Czytałam dosłownie na skraju nocy, świtem. Rozpoczynałam z nią dzień i często myślami w ciągu tego dnia do niej wracałam. To musi dobrze świadczyć o książce, iż nie jest tylko zwykłym czytadłem, o którym zapomina się zaraz po odłożeniu go na półkę. Ja raczej ciągle myślałam jak szybko uda mi się znowu w losach Espositów zanurzyć i żyć ich życiem choćby przez kolejne strony. Wzruszać się, denerwować, cieszyć i delektować magią tej historii, magią miejsca w którym się ona toczy i budować sobie w głowie obraz tego wszystkiego. 
Ach co to była za książka! Nie przechodźcie koło niej obojętnie, wybierzcie się w podróż na Castellamare, by poznać naprawdę wartą każdej spędzonej tam chwili opowieści jakich tak naprawdę wcale nie jest wiele! 

C. Banner, "Dom na skraju nocy", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016, s. 534



czwartek, 6 października 2016

"Melanżeria" Anna Klara Majewska

Gdybym miała kupić tę książkę ze względu na okładkę to bym jej nie kupiła. Nie dlatego, że jest to okładka jakoś wybitnie zła (naprawdę bywają gorsze), po prostu sugeruje, że to książka dla młodych ludzi (nie żebym była stara :P) i o młodych ludziach. 
Lekko mylący jest też sam opis treści książki na okładce. Ja i po nim spodziewałam się książki o młodych ludziach, którzy balangują, z niczym się nie liczą i skupiają się na swoich potrzebach i karierze. Wręcz spodziewałam się, że to będzie książka o imprezach właśnie, o beztroskim życiu młodych karierowiczów, które się przecież kiedyś musi skończyć. Dosyć często dosyć tragicznie. 

I owszem to po części książka o tym właśnie. Ale kurcze jak napisana! Jak zupełnie inaczej przedstawione są te tematy niż w książkach o podobnej tematyce po które zdarzyło mi się sięgnąć. 

Owszem mamy tu młodych ludzi, trójkę znajomych/przyjaciół, którzy w pewnym momencie swojego życia się spotykają, każde z nich jest zupełnie inne, każde z nich ma też inne cele i marzenia. Jedno ich łączy. Co, nie zdradzę, sami do tego dojdziecie po książki przeczytaniu. Owszem żyją mocno, żyją odważnie, lecz my w tej książce tego ich życia wcale nie oglądamy od strony kariery, imprez czy    innych stereotypów na które się nastawiałam. Raczej poznajemy ich portrety psychologiczne, poznajemy ich życie takie jakim jest naprawdę, a nie jakim chcieliby je nam przedstawić. Poznajemy po prostu ich. W różnych życia momentach. I tych dobrych, ale też i złych. 

Zatem dlaczego chcę Was więc przekonać byście nie sugerowali się okładką (no chyba, że się Wam podoba akurat) bądź jej opisem? Bo to książka, która kupiona powinna być po to byście się przekonali, że w środku jest taka treść, że będziecie zadowoleni. Ja jestem bardzo i cieszę się, że coś mnie do niej pociągnęło i że mogłam ją przeczytać. I zrewidować swoje oczekiwania i nastawienie zdecydowanie na korzyść. 
Bo już wiem, że to książka, która chwile we mnie "posiedzi", która mi w głowie utknęła na jakiś czas i którą będę polecać bez mrugnięcia okiem. Książka, która mnie wciągnęła, zaskoczyła i zmusiła do kilku głębszych refleksji. 
I tak jak pisałam Wam wyżej to książka o młodych karierowiczach, to książka o beztroskich ludziach, którzy chcą żyć po swojemu, chcą robić kariery, chcą mieć pieniądze, chcą korzystać z uciech życia. 
I takich książek jest tysiące. Lecz tym razem to książka dojrzała, w zupełnie inny sposób ukazująca nam poruszany problem, niby poruszająca oklepane tematy, lecz autorce udało się je tak przedstawić, że wszystko to wiarygodnie wygląda, nie jest przejaskrawione, nie jest nudne, ani też nie jest kolejną książką o niczym. 

Kupcie, wypożyczcie, pożyczcie, przeczytajcie, warto! 

A.K. Majewska, "Melanżeria", Wyd. Wielka Litera, Warszawa 2016, s. 255

wtorek, 4 października 2016

"Florystka" Katarzyna Bonda

Jesień to idealny czas na dobry kryminał, thriller lub jakąś mocną sensację. Idealny czas na to by dać wciągnąć się historii z dreszczykiem w tle, historii dzięki które poczujemy różne emocje wcale nie wystawiając nosa z ciepłego domu, zwłaszcza gdy na zewnątrz paja i zimno okropnie. A gdy chodzi o takie historie to według mnie niezastąpiona jest Katarzyna Bonda i książki, które spod jej ręki wyszły. Ja tym razem przeczytałam  kolejny tom z cyklu o Hubercie Meyerze czyli "Florystkę" i uwierzcie mi dostarczyła mi ona sporej dawki rozrywki i różnych emocji, co prawda czytałam ją na początku jesieni, a początek ów był zaiste piękny (w przeciwieństwie do tego co dziś za oknem), ale razem z herbatką z cytryną kilka wieczorów w jej towarzystwie uważam za bardzo udanych! 
Tym razem Hubert Meyer musi rozwikłać sprawę zaginięcia małej dziewczynki. Zaginięcia, które wydawać by się mogło zwykłym zaginięciem, z którym doświadczeni policjanci i profiler nie powinni mieć większego problemu, owszem takich spraw nie udaje się rozwiązać od razu, ale rozwiązanie ich nie powinno tak bardzo się gmatwać i doprowadzać do kolejnych tragicznych wydarzeń. Wydarzeń, które łączą się z przeszłością tytułowej Florystki. Kim ona jest i dlaczego w sprawę zaginięcia dziewczynki jest zamieszana dowiadujemy się w trakcie czytania, poznajemy też wiele innych postaci, które nie zawsze są tylko tłem opowiadanej historii (jak kilkukrotnie myślałam, więc bądźcie czujni bo kilka osób nie bez powodu się w tej książce znalazło), lecz mogą w niej sporo namieszać. I mimo iż tym razem prawie od początku czułam, kto jest "winien" to i tak kilkukrotnie książka mnie zaskoczyła, a sprawy które niby wydawały mi się oczywiste wcale tak oczywistymi nie były, bądź wywodziły się z jeszcze innych zagmatwanych faktów. Wszystko to tworzy razem naprawdę dobrą książkę, od której ciężko się oderwać, a o to przecież w tego typu książkach chodzi,. By gnać przez nie ku rozwiązaniu opisywanej sprawy. By po drodze zagubić się kilkukrotnie, dać autorce wodzić za nos, dać się zaskoczyć właśnie wtedy, gdy myślało się, że przecież już się zna zagadki rozwiązanie i nawet jeśli się zna (bo się pochwalę jeszcze z raz- ja rozszyfrowałam ją po mniej więcej połowie książki - i pewnie nie byłam jedyną osobą, która tak miała) to wszystkie inne wątki są na tyle ciekawe by w całości tworzyć kryminał przy którym się nie zaśnie jak kawa przestanie działać lub wystygnie herbata. No dobra herbata wystygnie, ale dlatego, że zapomnicie o niej czytając. 
Zatem kochani kubek ciepłej herbaty, kocyk i czytamy, czytamy....
Ja wkrótce zabiorę się za kolejne książki autorki,  które czekają u mnie na półce, łącznie z jeszcze ciepłymi "Lampionami". Ach co to będzie za jesień...

K.Bonda, "Florystka", Wyd. MUZA, Warszawa 2015, s. 576

poniedziałek, 9 maja 2016

MOTYLEK KATARZYNA PUZYŃSKA

Zmierzenie się z kolejną mistrzynią kryminału, o której mówią niemal wszyscy blogerzy napawało mnie lękiem. No bo co to będzie, gdy ja niestety nie będę potrafiła zachwycić się twórczością autorki? Mnie jedynej się nie spodoba? Jednak podskórnie czułam, że może mi się spodobać. I dosyć mocno na to liczyłam. Chciałam nie ukrywam mieć nową autorkę od której się uzależnie i jak narkoman będę czekać na każdą książkę, którą wyda. 
I kochani moi MAM! Tak, Katarzyna Puzyńska to jest TO! Och jak ta dziewczyna pisze. Nie były żadnym kłamstwem wszelkie pozytywy 
z którymi na temat autorki się stykałam. Ba teraz sama je będę głosić. A opinię swą popierać mogę już nie tylko przeczytanym "Motylkiem", bo i "Więcej czerwieni" łyknęłam w majowy weekend i zdecydowanie jestem pod dobrym wrażeniem.Ale dziś o "Motylku" chcę Wam kilka słów napisać. 
Jak pewnie część Was wie (tych którzy są tu ze mną już długo, a liczę, że tacy są) kryminały, thrillery i książki sensacyjne należą do jednych z moich ulubionych. Muszę sobie raz na jakiś czas zaaplikować tego typu literaturę, niczym reset po innych jej rodzajach. 
Dlaczego tak je lubię? Pewnie dlatego, że strona po stronie mogę wczuwać się w bohaterów książki (tak w innego typu literaturze też mogę to robić), strona po stronie mogę wczuwać się w opowiadaną historię i budować w sobie ten dreszczyk emocji, który towarzyszy rozwiązywaniu głównej zagadki. Uwielbiam też ten moment, gdy pewne elementy układanki wymyślonej przez jej autora, wskakują na miejsce, zaczynają tworzyć całość i nabierać sensu. Lubię też, gdy następuje ten moment, w którym dowiaduję się dlaczego książka nosi taki tytuł, a nie inny. 
Wszystko to co lubię otrzymałam w "Motylku". Autorka po pierwsze stworzyła naprawdę dobre postacie, po drugie stworzyła świetne tło zdarzeń i po trzecie - choć powinno być po pierwsze w sumie - stworzyła świetną zagadkę do rozwiązania. Zagadkę, która nie jest oczywista, ale nie jest też z drugiej strony zagmatwana i zakręcona, a próby podążania za wskazówkami nie męczą, lecz ciekawią i mobilizują do myślenia. 
Lipowo czyli miejsce akcji wydaje się być miejscem, w którym mieszkamy bądź choć na chwilę przebywaliśmy. Główni bohaterzy wydają się być ludźmi takimi jak my, z zupełnie normalną codziennością, w którą nagle się wdziera coś niezwyczajnego - morderstwo. A to niezwyczajne wydarzenie wywołuje lawinę kolejnych zdarzeń, które mogą bądź wcale nie muszą pomóc nam w rozwiązaniu zagadki. Oczywiście Katarzyna Puzyńska napisała to wszystko w taki sposób, że nie mamy ochoty oderwać się od książki póki nie poznamy jej końca, a gdy już koniec poznajemy to wszystko do siebie zgrabnie pasuje i daje nam satysfakcję poznania prawdy. 
No i oczywiście we mnie autorka wzbudziła apetyt na kolejne jej książki, zresztą jak pisałam wyżej "Więcej czerwieni" już za mną, teraz kombinuję jak zdobyć kolejne tomy książek o Lipowie i jego mieszkańcach. Bo czuję, że i na kolejnych tomach się nie zawiodę, o czym obiecuję Wam donosić w miarę jak je uda mi się przeczytać. 
Polecam gorąco, czując, że jestem autentycznie od autorki uzależniona i ciesząc się z tego ogromnie - bo kilka książek z serii jeszcze przede mną, a i liczę, że Puzyńska jeszcze nie jedną książkę napisze, prawda pani Kasiu? 

K. Puzyńska, "Motylek", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 608

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

TYLKO TY Federico Moccia

Są takie nazwiska autorów, których zna prawie każdy. Ich książki są tak popularne, że wcale nie muszę się wysilać by dotrzeć do ich tytułów, nawet nie muszę ich pamiętać, bo wiem, że gdy wejdę do księgarni one już będą na mnie czekały. Na półkach. Z nowościami lub z bestsellerami. 
Tak też jest z Federico Moccia. Czy jest ktoś kto choć raz nie słyszał tego nazwiska? Raczej nie. 
Nazwisko i ja znałam od dawna, ale żadnej książki autora nigdy nie czytałam. Przyszła pora by to zmienić. 
W takich momentach, gdy mam się zmierzyć z nowym mi, ale znanym większości autorem ogarnia mnie trema. Czemuż to? Bo na ogól jest tak iż wcale książki tego znanego, rozsławionego i wychwalanego autora do gustu mi jednak nie przypadają. Tak też stało się z Federico Moccia, w przypadku książki "Tylko Ty". Tym razem jednak wiem dlaczego tak się stało. 

Po pierwsze "Tylko Ty" to najwyraźniej kontynuacja książki "Chwila szczęścia" o czym ja sięgając po nią pojęcia nie miałam. I jak to bywa w takich sytuacjach czułam się lekko oderwana od treści, od bohaterów i w ogóle czegoś mi brakowało - no cóż po prostu wcześniejszych wydarzeń! 
Po drugie chyba wyrosłam już z książek dla młodzieży. A autor w takich się specjalizuje i "Tylko Ty" zdecydowanie dla młodzieży książką jest. Już same problemy, które mają bohaterowie takimi pod młodzież są, już ich samo patrzenie na świat trąci młodzieżą, sam język książki jest taki iż młodzieży będzie on bardziej odpowiadał niż mnie. 
Po trzecie nawet gdy próbowałam wygasić w sobie odczucia wspomniane w dwóch wcześniejszych punktach to i tak mi coś nie grało w tej książce. Nie wiem czy forma narracji, czy przeplatanie wydarzeń (choć akurat pewne powroty do przeszłości w książce podobały mi się bardziej niż główny jej temat) czy może taka bajkowość zbytnia, która miała być ubrana w rzeczywistość. Bo ja chyba nie do końca lubię, gdy wszystko się tak idealnie układa, gdy owszem bohaterzy książki napotykają na problemy, ale tak małe, że pokonanie ich zajmuje stronę lub dwie. 
Jak widzicie sporo mi się nie podobało. Ale jednak doczytałam do końca, więc też coś musiało mi się podobać. Spróbuję więc i o tym Wam opowiedzieć. 
Przede wszystkim podobało mi się to, że autor umieścił akcję książki w Polsce. Razem z dwójką jej bohaterów wybrałam się więc w podróż z Włoch do Warszawy, Krakowa i Zakopanego. Fakt podróż ta skromna w opisach była, ale nie powinnam się czepiać, bo to nie książka podróżnicza przecież. Grunt, że w końcu trafiłam na książkę na pisaną przez obcokrajowca, który akcję swojej książki obsadził w Polsce co wcale nie jest tak częste! 
Podobały mi się w tej książce też niektóre postacie kobiece, tudzież samo kobiety pokazanie przez autora. Raczej jako silnej, niezależnej istoty, ale czułej i dobrej zarazem. Z takim podziwem rzekłabym autor kobiety tu pokazuje i nie wiem czy to domena Włochów czy tak po prostu wyszło. 
Cóż jeszcze, cóż jeszcze? Chyba tyle. Niewiele pozytywów, raczej więcej negatywów w "Tylko Ty" dostrzegłam. Fakt to nie książka dla mnie, i chyba też autorowi dam spokój nie poznając więcej jego książek, ale myślę, że podsunę je komuś zdecydowanie młodszemu niż ja, komuś kto niekoniecznie lubi czytać, a może dzięki tak napisanej książce do czytania się przekona. Bo tu trzeba przyznać autorowi, że jeśli nawet mnie swoim sposobem pisania zachęcił do dokończenia książki, która mi już w sumie od samego początku nie leżała (z wyżej opisanych względów) to chyba z osobą do której stricte skierowana jest ta książka poradzi sobie wyśmienicie, prawda? Tak coś czuję. 
Zatem młodzieży próbujcie Wy, a wierzę, że Wam spotkanie z autorem bardziej się przyda niż mnie. A ja pójdę sobie poczytać coś co może niekoniecznie Wam przypadnie do gustu. 

F.Moccia, "Tylko Ty", Wyd.MUZA, Warszawa 2016, s. 320

sobota, 9 kwietnia 2016

CUKIER. CICHY ZABÓJCA DR RICHARD JACOBY, RAQUEL BALDELOMAR

Wyobrażacie sobie kawę bez cukru, gorzką herbatę, poranek bez drożdżówki, drugie śniadanie bez batonika i popołudnie bez kawałeczka serniczka? A po obiedzie, gdy was dopadnie chęć na słodkie wyobrażacie sobie, że absolutnie po nie sięgnąć Wam nie wolno? A wieczorem, do serialu,... przecież tak miło wciągnąć tabliczkę czekolady. I co, wyobrażacie sobie, że nie wolno? Ja sobie nie wyobrażałam. 
Do czasu. I pewnie od razu pomyślicie: chodzi jej pewnie o wagę, o to że przytyła, bo nie oszczędzała sobie słodkości, bo nie zważała na to co je, bo pozwalała sobie na za dużo. Bo to przecież teraz bardzo modne być na diecie, czegoś nie jeść, oczyszczać organizm, itd. 
Cóż tu Was rozczaruję. Z wagą u mnie akurat było całkiem dobrze. W ogóle wydawało mi się, że ze wszystkim jest całkiem dobrze. Waga była całkiem ok (choć która kobieta tak naprawdę nie chciałaby zrzucić kilku kilo), jadłam raczej tak jak wszyscy, trochę zdrowo, trochę niezdrowo, wyglądowo też zawsze sprawiałam raczej wrażenie osoby szczupłej, ze zdrowiem wydawało mi się, że też nie mam większych problemów. A już na pewno nie są to problemy związane z cukrem. 
Jakież było moje zdziwienie, gdy jednak okazało się, że jest zupełnie inaczej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że cukier to mój główny wróg, tuż obok wszystkich produktów o wysokim indeksie glikemicznym. Jednak nie o moim zdrowiu chciałam Wam tu dziś przede wszystkim napisać. Choć niewątpliwie wszystko o nie się rozbija. I o Wasze zdrowie też. Bo ja na to jaki wpływ ma na nie cukier zwróciłam uwagę dopiero, gdy się dowiedziałam, że przez cukier z moim zdrowiem jest niekoniecznie tak dobrze jak myślałam. Musiałam więc sporo zmienić, przede wszystkim wykluczyć z diety cukier. I samo to już dało spore efekty. 
Jednak, żeby lepiej zrozumieć dlaczego ten cukier jest moim wrogiem zaczęłam nie tylko słuchać lekarzy, ale też zaczęłam o tym czytać. Przecież jak przystało na mola książkowego najlepiej przyswajanie wiedzy idzie mi poprzez czytanie. I tak oto wpadłam na książkę "Cukier. Cichy zabójca". 
Od razu napiszę Wam jedno: nie jest to książka doskonała, jednak na pewno warto zwrócić na nią uwagę. Dlaczego nie jest doskonała? Przede wszystkim dlatego iż jest napisana bardziej pod amerykanów, pod amerykańskie realia. Po drugie skupia się na uszkodzeniach nerwów obwodowych spowodowanych przez cukier, a to nie zawsze nas od razu musi dotyczyć lub interesować w tak ogólnym zrozumieniu tematu z jakim borykamy się na początku naszej "antycukrowej" drogi.  
A dlaczego warto na nią uwagę mimo tego zwrócić? Bo otwiera oczy na to, że cukier to naprawdę uzależniająca substancja i dostarczana naszemu organizmowi w sporych ilościach powoduje spore problemy z naszym zdrowiem. Począwszy od tych małych typu sporadyczne bóle głowy, skończywszy na tych całkiem sporych jak udary. I dzieje się to czasem zupełnie niepostrzeżenie, przez wiele lat, by nagle uderzyć w nas z ogromną siłą i wywrócić nasze życie do góry nogami. 
Autorzy tej książki po kolei analizują różne aspekty spożywania zbyt dużych ilości cukru przez ludzi i ukazują tego efekty. Trochę straszą, lecz czasem trzeba pacjentów przestraszyć by ich zmotywować. Bo przy odstawieniu cukru motywacja jest bardzo ważna. Podpowiadają też jak sobie z odstawieniem cukru radzić, co robić by sobie nie zaszkodzić, jak wykształcić w sobie nowe, zdrowe nawyki żywieniowe. 
Ale uwierzcie mi żyć bez cukru się da. Całkiem dobrze. Fakt początki mojego cukrowego detoksu były ciężkie, lecz teraz już po ponad czterech miesiącach walki jest zdecydowanie lepiej, a i efekty widać gołym okiem. 
Tak więc kochani jeśli tematy około zdrowotne są dla Was interesujące, jeśli sami zastanawiacie się nad swoim samopoczuciem, jeśli macie jakieś dolegliwości których dotychczas nie udało się żadnemu lekarzowi wyjaśnić, bądź po prostu wiecie, że cukier w Waszej diecie występuje zbyt często - sięgajcie śmiało po tę pozycję. Na pewno biorąc lekką na nią poprawkę, ale wierzę, że tak jak ja dowiecie się z niej czegoś co i Was zmotywuje do zmienienia swoich nawyków żywieniowych. 
A życie bez cukru będzie dla Was jeszcze słodsze niż z nim! Zdecydowanie wiem co mówię! 

R.P.Jacoby, R. Baldelomar, "Cukier. Cichy zabójca", Wyd. Vivante, Białystok 2016