poniedziałek, 9 maja 2016

MOTYLEK KATARZYNA PUZYŃSKA

Zmierzenie się z kolejną mistrzynią kryminału, o której mówią niemal wszyscy blogerzy napawało mnie lękiem. No bo co to będzie, gdy ja niestety nie będę potrafiła zachwycić się twórczością autorki? Mnie jedynej się nie spodoba? Jednak podskórnie czułam, że może mi się spodobać. I dosyć mocno na to liczyłam. Chciałam nie ukrywam mieć nową autorkę od której się uzależnie i jak narkoman będę czekać na każdą książkę, którą wyda. 
I kochani moi MAM! Tak, Katarzyna Puzyńska to jest TO! Och jak ta dziewczyna pisze. Nie były żadnym kłamstwem wszelkie pozytywy 
z którymi na temat autorki się stykałam. Ba teraz sama je będę głosić. A opinię swą popierać mogę już nie tylko przeczytanym "Motylkiem", bo i "Więcej czerwieni" łyknęłam w majowy weekend i zdecydowanie jestem pod dobrym wrażeniem.Ale dziś o "Motylku" chcę Wam kilka słów napisać. 
Jak pewnie część Was wie (tych którzy są tu ze mną już długo, a liczę, że tacy są) kryminały, thrillery i książki sensacyjne należą do jednych z moich ulubionych. Muszę sobie raz na jakiś czas zaaplikować tego typu literaturę, niczym reset po innych jej rodzajach. 
Dlaczego tak je lubię? Pewnie dlatego, że strona po stronie mogę wczuwać się w bohaterów książki (tak w innego typu literaturze też mogę to robić), strona po stronie mogę wczuwać się w opowiadaną historię i budować w sobie ten dreszczyk emocji, który towarzyszy rozwiązywaniu głównej zagadki. Uwielbiam też ten moment, gdy pewne elementy układanki wymyślonej przez jej autora, wskakują na miejsce, zaczynają tworzyć całość i nabierać sensu. Lubię też, gdy następuje ten moment, w którym dowiaduję się dlaczego książka nosi taki tytuł, a nie inny. 
Wszystko to co lubię otrzymałam w "Motylku". Autorka po pierwsze stworzyła naprawdę dobre postacie, po drugie stworzyła świetne tło zdarzeń i po trzecie - choć powinno być po pierwsze w sumie - stworzyła świetną zagadkę do rozwiązania. Zagadkę, która nie jest oczywista, ale nie jest też z drugiej strony zagmatwana i zakręcona, a próby podążania za wskazówkami nie męczą, lecz ciekawią i mobilizują do myślenia. 
Lipowo czyli miejsce akcji wydaje się być miejscem, w którym mieszkamy bądź choć na chwilę przebywaliśmy. Główni bohaterzy wydają się być ludźmi takimi jak my, z zupełnie normalną codziennością, w którą nagle się wdziera coś niezwyczajnego - morderstwo. A to niezwyczajne wydarzenie wywołuje lawinę kolejnych zdarzeń, które mogą bądź wcale nie muszą pomóc nam w rozwiązaniu zagadki. Oczywiście Katarzyna Puzyńska napisała to wszystko w taki sposób, że nie mamy ochoty oderwać się od książki póki nie poznamy jej końca, a gdy już koniec poznajemy to wszystko do siebie zgrabnie pasuje i daje nam satysfakcję poznania prawdy. 
No i oczywiście we mnie autorka wzbudziła apetyt na kolejne jej książki, zresztą jak pisałam wyżej "Więcej czerwieni" już za mną, teraz kombinuję jak zdobyć kolejne tomy książek o Lipowie i jego mieszkańcach. Bo czuję, że i na kolejnych tomach się nie zawiodę, o czym obiecuję Wam donosić w miarę jak je uda mi się przeczytać. 
Polecam gorąco, czując, że jestem autentycznie od autorki uzależniona i ciesząc się z tego ogromnie - bo kilka książek z serii jeszcze przede mną, a i liczę, że Puzyńska jeszcze nie jedną książkę napisze, prawda pani Kasiu? 

K. Puzyńska, "Motylek", Wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014, s. 608

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

TYLKO TY Federico Moccia

Są takie nazwiska autorów, których zna prawie każdy. Ich książki są tak popularne, że wcale nie muszę się wysilać by dotrzeć do ich tytułów, nawet nie muszę ich pamiętać, bo wiem, że gdy wejdę do księgarni one już będą na mnie czekały. Na półkach. Z nowościami lub z bestsellerami. 
Tak też jest z Federico Moccia. Czy jest ktoś kto choć raz nie słyszał tego nazwiska? Raczej nie. 
Nazwisko i ja znałam od dawna, ale żadnej książki autora nigdy nie czytałam. Przyszła pora by to zmienić. 
W takich momentach, gdy mam się zmierzyć z nowym mi, ale znanym większości autorem ogarnia mnie trema. Czemuż to? Bo na ogól jest tak iż wcale książki tego znanego, rozsławionego i wychwalanego autora do gustu mi jednak nie przypadają. Tak też stało się z Federico Moccia, w przypadku książki "Tylko Ty". Tym razem jednak wiem dlaczego tak się stało. 

Po pierwsze "Tylko Ty" to najwyraźniej kontynuacja książki "Chwila szczęścia" o czym ja sięgając po nią pojęcia nie miałam. I jak to bywa w takich sytuacjach czułam się lekko oderwana od treści, od bohaterów i w ogóle czegoś mi brakowało - no cóż po prostu wcześniejszych wydarzeń! 
Po drugie chyba wyrosłam już z książek dla młodzieży. A autor w takich się specjalizuje i "Tylko Ty" zdecydowanie dla młodzieży książką jest. Już same problemy, które mają bohaterowie takimi pod młodzież są, już ich samo patrzenie na świat trąci młodzieżą, sam język książki jest taki iż młodzieży będzie on bardziej odpowiadał niż mnie. 
Po trzecie nawet gdy próbowałam wygasić w sobie odczucia wspomniane w dwóch wcześniejszych punktach to i tak mi coś nie grało w tej książce. Nie wiem czy forma narracji, czy przeplatanie wydarzeń (choć akurat pewne powroty do przeszłości w książce podobały mi się bardziej niż główny jej temat) czy może taka bajkowość zbytnia, która miała być ubrana w rzeczywistość. Bo ja chyba nie do końca lubię, gdy wszystko się tak idealnie układa, gdy owszem bohaterzy książki napotykają na problemy, ale tak małe, że pokonanie ich zajmuje stronę lub dwie. 
Jak widzicie sporo mi się nie podobało. Ale jednak doczytałam do końca, więc też coś musiało mi się podobać. Spróbuję więc i o tym Wam opowiedzieć. 
Przede wszystkim podobało mi się to, że autor umieścił akcję książki w Polsce. Razem z dwójką jej bohaterów wybrałam się więc w podróż z Włoch do Warszawy, Krakowa i Zakopanego. Fakt podróż ta skromna w opisach była, ale nie powinnam się czepiać, bo to nie książka podróżnicza przecież. Grunt, że w końcu trafiłam na książkę na pisaną przez obcokrajowca, który akcję swojej książki obsadził w Polsce co wcale nie jest tak częste! 
Podobały mi się w tej książce też niektóre postacie kobiece, tudzież samo kobiety pokazanie przez autora. Raczej jako silnej, niezależnej istoty, ale czułej i dobrej zarazem. Z takim podziwem rzekłabym autor kobiety tu pokazuje i nie wiem czy to domena Włochów czy tak po prostu wyszło. 
Cóż jeszcze, cóż jeszcze? Chyba tyle. Niewiele pozytywów, raczej więcej negatywów w "Tylko Ty" dostrzegłam. Fakt to nie książka dla mnie, i chyba też autorowi dam spokój nie poznając więcej jego książek, ale myślę, że podsunę je komuś zdecydowanie młodszemu niż ja, komuś kto niekoniecznie lubi czytać, a może dzięki tak napisanej książce do czytania się przekona. Bo tu trzeba przyznać autorowi, że jeśli nawet mnie swoim sposobem pisania zachęcił do dokończenia książki, która mi już w sumie od samego początku nie leżała (z wyżej opisanych względów) to chyba z osobą do której stricte skierowana jest ta książka poradzi sobie wyśmienicie, prawda? Tak coś czuję. 
Zatem młodzieży próbujcie Wy, a wierzę, że Wam spotkanie z autorem bardziej się przyda niż mnie. A ja pójdę sobie poczytać coś co może niekoniecznie Wam przypadnie do gustu. 

F.Moccia, "Tylko Ty", Wyd.MUZA, Warszawa 2016, s. 320

sobota, 9 kwietnia 2016

CUKIER. CICHY ZABÓJCA DR RICHARD JACOBY, RAQUEL BALDELOMAR

Wyobrażacie sobie kawę bez cukru, gorzką herbatę, poranek bez drożdżówki, drugie śniadanie bez batonika i popołudnie bez kawałeczka serniczka? A po obiedzie, gdy was dopadnie chęć na słodkie wyobrażacie sobie, że absolutnie po nie sięgnąć Wam nie wolno? A wieczorem, do serialu,... przecież tak miło wciągnąć tabliczkę czekolady. I co, wyobrażacie sobie, że nie wolno? Ja sobie nie wyobrażałam. 
Do czasu. I pewnie od razu pomyślicie: chodzi jej pewnie o wagę, o to że przytyła, bo nie oszczędzała sobie słodkości, bo nie zważała na to co je, bo pozwalała sobie na za dużo. Bo to przecież teraz bardzo modne być na diecie, czegoś nie jeść, oczyszczać organizm, itd. 
Cóż tu Was rozczaruję. Z wagą u mnie akurat było całkiem dobrze. W ogóle wydawało mi się, że ze wszystkim jest całkiem dobrze. Waga była całkiem ok (choć która kobieta tak naprawdę nie chciałaby zrzucić kilku kilo), jadłam raczej tak jak wszyscy, trochę zdrowo, trochę niezdrowo, wyglądowo też zawsze sprawiałam raczej wrażenie osoby szczupłej, ze zdrowiem wydawało mi się, że też nie mam większych problemów. A już na pewno nie są to problemy związane z cukrem. 
Jakież było moje zdziwienie, gdy jednak okazało się, że jest zupełnie inaczej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że cukier to mój główny wróg, tuż obok wszystkich produktów o wysokim indeksie glikemicznym. Jednak nie o moim zdrowiu chciałam Wam tu dziś przede wszystkim napisać. Choć niewątpliwie wszystko o nie się rozbija. I o Wasze zdrowie też. Bo ja na to jaki wpływ ma na nie cukier zwróciłam uwagę dopiero, gdy się dowiedziałam, że przez cukier z moim zdrowiem jest niekoniecznie tak dobrze jak myślałam. Musiałam więc sporo zmienić, przede wszystkim wykluczyć z diety cukier. I samo to już dało spore efekty. 
Jednak, żeby lepiej zrozumieć dlaczego ten cukier jest moim wrogiem zaczęłam nie tylko słuchać lekarzy, ale też zaczęłam o tym czytać. Przecież jak przystało na mola książkowego najlepiej przyswajanie wiedzy idzie mi poprzez czytanie. I tak oto wpadłam na książkę "Cukier. Cichy zabójca". 
Od razu napiszę Wam jedno: nie jest to książka doskonała, jednak na pewno warto zwrócić na nią uwagę. Dlaczego nie jest doskonała? Przede wszystkim dlatego iż jest napisana bardziej pod amerykanów, pod amerykańskie realia. Po drugie skupia się na uszkodzeniach nerwów obwodowych spowodowanych przez cukier, a to nie zawsze nas od razu musi dotyczyć lub interesować w tak ogólnym zrozumieniu tematu z jakim borykamy się na początku naszej "antycukrowej" drogi.  
A dlaczego warto na nią uwagę mimo tego zwrócić? Bo otwiera oczy na to, że cukier to naprawdę uzależniająca substancja i dostarczana naszemu organizmowi w sporych ilościach powoduje spore problemy z naszym zdrowiem. Począwszy od tych małych typu sporadyczne bóle głowy, skończywszy na tych całkiem sporych jak udary. I dzieje się to czasem zupełnie niepostrzeżenie, przez wiele lat, by nagle uderzyć w nas z ogromną siłą i wywrócić nasze życie do góry nogami. 
Autorzy tej książki po kolei analizują różne aspekty spożywania zbyt dużych ilości cukru przez ludzi i ukazują tego efekty. Trochę straszą, lecz czasem trzeba pacjentów przestraszyć by ich zmotywować. Bo przy odstawieniu cukru motywacja jest bardzo ważna. Podpowiadają też jak sobie z odstawieniem cukru radzić, co robić by sobie nie zaszkodzić, jak wykształcić w sobie nowe, zdrowe nawyki żywieniowe. 
Ale uwierzcie mi żyć bez cukru się da. Całkiem dobrze. Fakt początki mojego cukrowego detoksu były ciężkie, lecz teraz już po ponad czterech miesiącach walki jest zdecydowanie lepiej, a i efekty widać gołym okiem. 
Tak więc kochani jeśli tematy około zdrowotne są dla Was interesujące, jeśli sami zastanawiacie się nad swoim samopoczuciem, jeśli macie jakieś dolegliwości których dotychczas nie udało się żadnemu lekarzowi wyjaśnić, bądź po prostu wiecie, że cukier w Waszej diecie występuje zbyt często - sięgajcie śmiało po tę pozycję. Na pewno biorąc lekką na nią poprawkę, ale wierzę, że tak jak ja dowiecie się z niej czegoś co i Was zmotywuje do zmienienia swoich nawyków żywieniowych. 
A życie bez cukru będzie dla Was jeszcze słodsze niż z nim! Zdecydowanie wiem co mówię! 

R.P.Jacoby, R. Baldelomar, "Cukier. Cichy zabójca", Wyd. Vivante, Białystok 2016

wtorek, 24 listopada 2015

PO PROSTU BĄDŹ MAGDALENA WITKIEWICZ

Kilka książek Magdaleny Witkiewicz już przeczytałam, wszystkie podobały mi się bardzo. Tematy które w swoich książkach poruszała zdecydowanie przemawiały do mnie, czasem nawet mnie bezpośrednio dotykały, czasem mnie po prostu ciekawiły. I zazwyczaj tematy te autorka ukazywała w taki sposób, że czułam, że ja sama tak bym je chciała ukazać. Dlatego ogromnie ucieszyła mnie przesyłka od autorki z jej najnowszą książką (na tamten czas), czyli "Po prostu bądź". 

Oczywiście przeczytałam, oczywiście szybko, bo książki autorki czyta się nader szybko i przyjemnie, ale jednak tym razem nie było między mną, a książką chemii. Żadnej chemii. 
Nie było chemii między mną, a książki głównymi bohaterami, ba nawet Ci poboczni mi do gustu nie przypadli. Lecz przede wszystkim nie było chemii między mną, a historią opisywaną przez autorkę. Historią młodej dziewczyny, która się zakochuje, wzajemnie i choć nie bez przeszkód to mimo wszystko szczęśliwie. Zakochuje się i jak to w zakochaniu bywa jej życie jest tu i teraz, w danym momencie, owszem z planami na przyszłość, ale opartymi na tym szczęściu, którym żyje. Jednak los bywa okrutny i to szczęście może się w każdej chwili skończyć. I z tym przychodzi się naszej bohaterce zmierzyć. I o tym jest jej historia. Jednak nie jest w tym sama. Bo obok niej jest ktoś, kto niezmiennie czuwa, troszczy się i darzy ją uczuciem, które momentami jest wręcz irracjonalne. I fakt może to wszystko o czym pisze autorka ma sens, i może się nawet w życiu zdarza, ale jak dla mnie nie tak, nie tak szybko, nie tak łatwo. 

Ciągle miałam wrażenie, że to wszystko takie irracjonalne, że takie na siłę, gładkie, odrealnione. Miałam wrażenie jakby ta historia opowiedziana przez autorkę potencjał ogromny miała, ale w książce potoczyła się zdecydowanie za szybko i za "płasko". Jakoś brakowało mi takich prawdziwych emocji, takiego realnego spojrzenia na sprawę. Dzięki temu miałam wrażenie, że zamiast solidnej książki, takiej jak wcześniejsze książki autorki, dostałam opowiastkę, która ma owszem wzruszyć (i na bank wzrusza momentami), ma pograć na emocjach czytelniczek, ma urzec je tematem w niej poruszanym, ale...ale to nadal tylko opowiastka, coś o czym się zapomina zaraz po przeczytaniu. 

A ja bym jednak chciała, żeby autorka i w tej książce mnie urzekła autentycznością tego co opisuje, takim osadzeniem w temacie, taką wiarygodnością emocji i emocji wywoływaniem dłuższym niż moment czytania książki. Chciałam, żeby opowiedziana przez autorkę historia została we mnie tak jak te wcześniejsze z ktorymi się zetknęłam i są we mnie do dziś i do dziś dzielę się nimi z innymi, polecając książki pani Magdaleny. Jednak tym razem stało się inaczej. Nie było chemii, nie było emocji, które zdawałyby się być wywołane autentycznością historii, chęci wczucia się w sytuacje bohaterki. Po prostu przeczytałam i długo owszem myślałam...ale nad tym jak opisać tę książkę, byście dokładnie zrozumieli o co mi w tym opisie chodzi. I mam nadzieję, że zrozumieliście, że po prostu nie chciałam kolejnej opowiastki, jakich na półkach księgarni wiele, chciałam od autorki kolejnej książki, która mnie porwie, a nie tak po prostu będzie....

Tak więc książkę oceniam tylko na ***3***, bo owszem da się przeczytać, owszem jestem przekonana, że wielu osobom się ona nawet zdecydowanie spodoba (mojej siostrze na przykład książka się bardzo podobała), ale ja jednak ostatnio szukam czegoś innego nawet w literaturze kobiecej. I tu tego nie znalazłam. 

M.Witkiewicz, "Po prostu bądź", Wyd. Filia, Poznań 2015

piątek, 13 listopada 2015

SZEŚĆ DNI W LENINGRADZIE PAULLINA SIMONS

Myśle, że Ci którzy czytają mnie już od dawna doskonale wiedzą, że jedną z pisarek do których mam słabość jest Paullina Simons. I za "Jeźdźca miedzianego" i za "Dziewczyna na Times Square" i za kilka innych książek, które przeczytałam ( i pewnie za te, które jeszcze przeczytam też). Nie mogłam więc obojętnie przejść obok hasła na najnowszej autorki książce, mówiącego iż "Sześć dni w Leningradzie" to najbardziej osobista książka autorki. Osobista ponieważ opisuje wyjazd autorki do kraju w którym się urodziła, do miasta, w którym przeżyła pierwsze lata swojego dzieciństwa. Wyjazd, który dał początek właśnie uwielbianemu przeze mnie "Jeźdźcowi miedzianemu". 

Paullina Simons jako kilkuletnia dziewczynka emigrowała razem ze swoimi rodzicami z Rosji, a dokładnie z Leningradu do Stanów Zjednoczonych. Tam mieszka do dziś. Tam też powstały jej wszystkie książki, jednak "Jeździec miedziany" i jego kontynuacje swój początek mają właśnie w podróży opisanej przez autorkę w jej najnowszej książce. Podróży-powrocie, podróży-wspomnieniu dawnych lat, podróży - odkrywaniu tego co było i zderzaniu się tego z zaistniała rzeczywistością. 

Paullina Simons chciała wyjechać do Rosji by móc napisać książkę, by móc zrozumieć losy jakich doświadczyła jej rodzina, jej przodkowie. By móc wiarygodnie opisać kraj swojego dzieciństwa, by go zrozumieć i zrozumieć jego historię. Jednak chyba nie do końca spodziewała się tego co zastała. Ta podróż w ogromnym stopniu, mam wrażenie, zmieniła jej patrzenie na świat, na to co było, na to co jest i chyba na to co będzie. Niejednokrotnie autorka wydaje się być przytłoczona tym co w Rosji zastaje, niejednokrotnie miałam wrażenie, że czuje się zagubiona i wręcz zdziwiona Rosją, którą przyszło jej na nowo poznać. Lecz jest też w niej to coś co, mimo iż nie do końca rozumie kraj do którego przyszło jej po wielu latach choć na chwilę powrócić, porusza jej serce, coś po powoduje, że wspomnienia jej dzieciństwa nabierają nowych kształtów i barw, coś co łączy ją z jej pochodzeniem, coś czego nawet życie w zupełnie odmiennym kraju jakim jest Ameryka nie wymazało z niej. 

Dzięki tej książce poznajemy historię Rosji, poznajemy historię jej bohaterów, poznajemy też w jakimś stopniu jej kulturę. Jednak jak dla mnie przede wszystkim poznajemy przez te sześć dni w Leningradzie samą autorkę. I chyba to mnie w tej książce urzekło najbardziej. Zaczęłam zupełnie inaczej na autorkę patrzeć, stała się dla mnie człowiekiem z przeszłością i teraźniejszością, która z jej przeszłości się też wywodzi. Stała się mi bliższa, bardziej zrozumiała, ludzka... To już nigdy nie będzie dla mnie jakaś tam autorka z Ameryki, która popełniła książki poruszające moje serce. I choć jakoś nigdy do Rosji nie pałałam sympatią, nigdy mnie do tego kraju też nie ciągnęło, to dzięki Paullinie Simons spojrzałam jakoś na ten kraj przychylniej, z jakimś tam sentymentem, bo przecież Polska jakieś trzydzieści lat temu wcale nie była dużo inna...

Tak więc moi drodzy tym razem nie poznawałam bohaterów stworzonych przez Paullinę Simons, nie poznawałam historii przez nią wykreowanej. Poznałam po prostu samą autorkę i historię, która jest częścią niej samej. Historię z jej życia. I wszystkim fanom "Jeźdźca miedzianego" zdecydowanie polecam po "Sześć dni w Leningradzie" sięgnąć. I mimo iż momentami bywałam lekko znużona ( bo tak jak pisałam Wam wyżej nie przepadam za historią Rosji) to coś nie pozwalało mi tej lektury przerwać i wiem już czym było to "coś". To chęć obcowania z emocjami autorki, z jej wspomnieniami, z jej przemyśleniami, z nią samą. Bo to trochę tak jakbym się z nią w podróż ową udała. Podróż tę oceniam co prawda tylko na ****4****, ale z ogromnym plusem za możliwość poznania przeszłości autorki. 
Książkę przeczytałam w formie ebooka dzięki mojej nowej współpracy z portalem Virtualo.pl 
i zachęcam Was do zapoznania się z ich ofertą. Mają naprawdę korzystne ceny ebooków i sporo różnych atrakcyjnych promocji  i konkursów - zresztą wiem, że wiecie, że nie piszę Wam tego tylko ze względu na współpracę, prawda? 

P. Simons, "Sześć dni w Leningradzie", Wyd. Świat Książki, Warszawa 2015, s.352

wtorek, 3 listopada 2015

ZŁĄCZENI CAROL CASSELLA

Zaczynam pisać ten post chyba już po raz dziesiąty. Sama nie wiem dlaczego, ponieważ niby wiem co chcę Wam powiedzieć o tej książce, ale gdy próbuję ubrać to w słowa jakoś średnio mi idzie. 
Niby chcę zacząć od tego, że nie raz mnie samą zadziwia to jak plączą się moje losy, jakich ludzi spotykam na swojej drodze i jaki oni na moje życie wpływ mają, lecz wydaje się to być takie trywialne, takie proste aż do bólu, takie sztampowe. 

Z drugiej strony o tym właśnie jest ta książka, 
o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. O tym jaki mają wpływ na nasze życie, jaki wpływ mogą mieć w przyszłości, jakie piętno na nas odciskają. Bo tak już jest, że pewnych ludzi spotykamy w naszym życiu na dłużej, innych na trochę krócej, a jeszcze inni w naszym życiu są tylko migawką. Niby nic nie znaczącą. A po czasie okazuje się, że nic nie było bez przyczyny, że nawet ta migawka odcisnęła się na kliszy naszego życia i gdzieś tam w nas trwa. 

Łączy nas z jakimiś wspomnieniami, z jakimiś odczuciami, które pielęgnujemy lub wręcz odwrotnie odsuwamy od siebie jak najdalej. Czasem o nich zapominamy, żyjemy dalej, nawet nie zastanawiamy się czy jeszcze kiedyś w naszym życiu zaistnieją. A co z tymi ludźmi, którzy w naszym życiu byli ważni, którzy z jakichś różnych powodów z naszego życia zniknęli, bo przecież różne scenariusze życie pisze? 

O tym jest właśnie historia Raney, o tym jest historia Charlotte, o tym jest historia Bo. To historia trzech osób, których przeszłość miesza się z teraźniejszością i wpływa na przyszłość. To kompletne uwiarygodnienie moje tezy, że czasem Ci, którzy odcisnęli ślad w nas w naszej przeszłości wcale nie odchodzą "z nas" zupełnie. W jakiś dziwny sposób jesteśmy z nimi złączeni. Z jednymi bardziej, z innymi mniej, lecz nadal jakieś to połączenie istnieje. I w każdej chwili może zacząć mieć wpływ na naszą teraźniejszość lub przyszłość. Chociaż nie tylko na naszą, wszystko co wpływa na nas samych, uderza też w ludzi, którzy na danym etapie życia właśnie nam towarzyszą. 

"Złączeni" to książka, która porusza wiele naprawdę trudnych tematów, i tych natury medycznej (bo i takie aspekty w książce tej są ważne, ba początkowo myślałam, że to jej główny temat), i tych społecznych,  i tych najzwyklejszych, życiowych, codziennych. To książka dzięki której zadajemy sobie pytania. Pytania na które odpowiedzi wcale nie są łatwe i oczywiste, na które chyba wolałabym w życiu nie odpowiadać.

Jednak według mnie książka Carol Cassella to przede wszystkim piękna historia o życiu, jego blaskach i cieniach, o walce z życia przeciwnościami i cieszeniu się z tego co nam czasem samo oferuje. To książka o losach ludzi takich jak my, o tym jak te losy są warunkowane przez to kogo na swojej drodze spotykamy lub kogo nam na tej drodze brakuje. I choć wiele Wam o samej fabule nie chcę mówić, bo jak zawsze wolę podzielić się z Wami wrażeniami, a nie opisem tego co w książce znajdziecie, to mogę Wam zdradzić jedno: to wcale nie jest książka w której najważniejsze są około medyczne tematy, problemy natury moralno-medycznej itp. Ja tak początkowo myślałam. Myślałam, że to kolejna książka która będzie poruszała tematy życia po życiu, życia w śpiączce, wartości życia itp. Owszem, i to w niej się znajduje, ale według mnie "Złączeni" to książka o miłości (i to zupełnie różnych jej aspektach), o losach ludzi, którzy są ze sobą złączeni... Czym? 
Tymi wszystkimi migawkami na kliszy, które widzimy raz mocniej, raz słabiej. 

"Złączeni" lądują na półce z etykietką "na *****5*****", a w mojej głowie dalej toczą się myśli o tym jak wielu migawek początkowo nie dostrzegłam i ile z nich jeszcze kiedyś do mnie wróci. 

C.Cassella, "Złączeni", Wyd. Prószyński i Ska, Warszawa 2015, s. 416
Copyright © 2015 Read please
| Dostosowała www.jusssi.pl Distributed By Gooyaabi Templates